Autorką opowiadania jest MrsEdwardCullen, ja tylko tłumaczę tą historię.
Natomiast postacie należą do Stephenie Meyer.
Rozdział 5
beta: Erubinka
- Ten dupek zaczął już mówić czy co? - zapytałem Victorii. To już cztery dni odkąd złapałem maskotkę Adrianiego.
- Nie – warknęła. - Trzymałam go tam przez cztery pieprzone dni i wciąż nic.
- Chcesz, żebym spróbował? - zapytałem. Byłem gotowy zaprzedać się Lucyferowi, tylko po to, żeby on zaczął mówić. Jeśli tylko dostałbym szansę.
Od dłuższego czasu obserwowałem Adrianiego; pracowałem nad tą sprawą. Dwa lata temu, rozprowadzał narkotyki w liceum. Pięcioro dzieci zmarło, z powodu jego fałszywej heroiny i koki. Doszedłem naprawdę blisko, żeby go dopaść tego dnia, ale udało mu się ponownie uciec... przejeżdżając mnie swoim samochodem. Byłem w szpitalu przez miesiąc, zanim zostałem wypisany. Miałem złamane obie ręce i lewą nogę i jakieś niewielkie krwawienie wewnętrzne. Ten skurwiel prawie mnie zabił, ponieważ próbowałem uratować świat przed śmieciem takim jak on. I, kiedy nigdy nie byłem osobą chowającą urazę w pracy, on sprawił, że stało się to osobiste.
- Um... ja... Umm... n-nie – wyjąkała. - Słuchaj, Kajusz powiedział, że jeśli nie zmusimy go do gadania, to Federalni się tym zajmą. Już wystarczająco ich opóźnialiśmy. - Zatrzymała się na chwilę. - Muszę iść. Pogadamy później.
Wsiadłem do mojej ciężarówki i odjechałem. Musiałem zniknąć na kilka godzin. Tak wiele rzeczy wydarzyło się przez ostatnie kilka dni.
Po pierwsze, aresztowałem tego śmiecia. Kiedy przyjechaliśmy na komisariat, chłopaki byli gotowi wyprawić przyjęcie. Nigdy wcześniej nie byliśmy tak blisko Adrianiego, przynajmniej nie przez ostatnie kilka lat. Każda pojedyncza poszlaka, jaką mieliśmy przez ostatnie kilka miesięcy była ślepym zaułkiem. Magazyn okazał się niczym więcej niż składzikiem. Skurwiel był mądry. Miał fałszywe magazyny swoich pupilków na antyki, których był właścicielem i kupił legalnie. Po tym wszystkim Victoria miała rację. Użył magazynu, jako zmyłki - na co, nie mam pojęcia.
Inna sprawa to to, że Carlisle przyleciał tu dzień po przyjeździe Mamy. Płaszczył się, błagał o przebaczenie. Potrzebowaliśmy całej siły, jaką miałem – i uchwytu mięśniowego Emmetta - żeby kurwa nie rozerwać go na kawałki gołymi rękoma. Kochałem moją mamę bezgranicznie, ale na jej nieszczęście ona była za słaba. Kilka łez, łamiące serce przeprosiny i była z powrotem w jego ramionach. Co stało się z szacunkiem do samej siebie i ochroną?
W międzyczasie, Emmett dawał mi ciche leczenie. Zachowywał się jakby nic się nie stało przy innych, ale kiedy byliśmy sami udawał jakby nie było mnie w tym cholernym pokoju. Wiedziałem, co starał się zrobić: zmusić mnie, abym poszedł po pomoc... pomoc, która nie zrobi nic dobrego. Terapia była stratą czasu, pieniędzy i energii. Mogłaby pomóc, kiedy byłem małym dzieckiem, ale nie teraz. Przez moją pracę doświadczyłem zbyt wielu rzeczy i powiedzmy to wprost: moje życie nie było łatwe.
Jednak ważna sprawa była, że nie widziałem Williama. Nie miałem żadnego sposobu na skontaktowanie się z nim, a on nie pokazał się w parku, odkąd go odesłałem. Jego oczy tej nocy były takie przerażone. Ale dlaczego? Chciałem wierzyć, że wiedział, że nie pozwoliłbym, aby coś mu się stało. Sposób, w jaki błagał oczami, aby nie iść. Dlaczego czułem się tak dziwnie? Może w końcu stwierdził, że nie byłem wart wysiłku. Byłem złamanym facetem, który nie miał nic mu do zaoferowania. Rzuciłem prawdą w niego- prawdą, na którą był za młody, żeby zrozumieć. Za młody, żeby wiedzieć, że obietnice łatwo się łamią, umyślnie lub niechcący. Powiedział, że nie raniłby mnie, a ja kurwa chapnąłem na dzieciaka. Kto tak robi?
Tylko ja...
W moim trzydziestojednoletnim życiu, wiedziałem, że wiek nie był ważny. Prawdziwe życie nie troszczy się o wiek, status społeczny albo majątek. Ona tylko podnosi swoją paskudną głowę, a reszta jest historią. Czasami ludzie tacy jak Carlisle i Esme pojawiają się w jednym życiu i ratują cię. Oni zostają z tyłu, ci, którzy nie mogli zostać uratowani, zostają zostawieni na cierpienie.
Moje życie również nie było łatwe, Edwardzie, ale to nie oznacza, że powinienem stracić nadzieję i wiarę.
Przez co możliwe mógłby przejść, by to powiedzieć? Z tego, co o nim wiedziałem, wydawał się twardo stąpać po ziemi, mądrzejszy na swój wiek. Był dobrze wychowany, ale również wiedział jak skopać komuś dupę. O swojej rodzinie mówił bardzo mało i tylko wtedy, kiedy zapytałem. Następnym razem, gdy się spotkamy – jeśli będzie następny raz- zapytam go o więcej. Przykuł moją uwagę.
Dźwięk mojego telefonu wyrwał mnie z moich myśli. Spojrzałem na wyświetlacz i zobaczyłam, że to Jasper.
- Hej, Tex. Co jest? - zapytałem.
- Dzwonię, aby dać Ci znać, że niedługo popełnię pieprzone morderstwo! - powiedział rozdrażniony.
- Gino za trzydzieści minut?
- Zamów mi to, co zwykle. Właśnie wychodzę z biura.
Chicago było wielkim miastem, ale wciąż udało mi się mieć wszystko, co potrzebowaliśmy w krótkim czasie. Wysłałem szybką wiadomość do Emmetta, żeby poinformować go o naszych planach wyjścia do Gina, na wypadek gdyby chciał przyłączyć się do nas. Znając mojego brata, nie przyjdzie. Rosalie, z drugiej strony, powiedziała, że postara się wpaść, jeśli szybko skończy z samochodem.
Wchodząc do małej włoskiej restauracji, zostałem zaatakowany przez Lucie, żonę Gino.
- Edward! Come stai, ragazzo mio1?
- Io sono molto più adesso che ti ho visto2… - odpowiedziałem.
Lucia zaczęła się śmiać. - Zawsze czaruś. Jak tam wszyscy? To już wieki, odkąd byliście tutaj.
Powiedziałem jej co u nas. Zazwyczaj przychodziliśmy przynajmniej trzy razy w tygodniu, tak po prostu się spotkać. Pomiędzy szpitalami, aresztem, smarem i sprawami, zawsze znajdowaliśmy sposób, żeby wyjść razem.
- Więc, co mogę Ci podać? - zapytała.
- Na razie dwa duże dania główne - Jasper wszedł chwilę później do restauracji. Mogłem powiedzieć przez wyraz jego twarzy, że był wściekły.
- Długo się nie widzieliśmy, Texas – powiedziałem z uśmiechem.
- Uśmiechasz się – powiedział i uniósł swoje brwi.
- Wiem. Wiesz, robię to od czasu do czasu. Co nowego?
Ciężko westchnął. - Alice – powiedział, przejeżdżając dłońmi przez swoje włosy.
- Chochlik?
Spojrzał na mnie. - Nie nazywaj jej tak!
- Twoje słowa, nie moje stary. O co z nią chodzi?
Ponownie westchnął i spojrzał na mnie. - Przeprowadziła się do miasta, trzy miesiące temu z Phoenix. Ma trzydzieści cztery lata i jest nową Prokurator Okręgową. Jest najbardziej denerwującą, upartą, najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem. Jest zakochana w swojej pracy, nie wspominając o rodzinie. Zabiłaby dla nich, Edwardzie.
- Już okręciła Cię wokół palca – zachichotałem. - Spotkałeś ją w sądzie?
- Właściwie na przerwie. Potknęła się i rozlała na mnie kawę.
Kontynuował opowiadanie jak to wdali się w kłótnię, jak to ona zmiażdżyła go na rozprawie. Co kilka dni wpadali na siebie, zanim ona zdecydowała się wysyłać mu ciastka i kawę albo pojawiała się niespodziewanie w jego biurze i wkurwiała go swoimi komentarzami.
- ... i wczoraj, po prostu ją zaatakowałem... w moim biurze – wyszeptał.
- Czekaj, zaatakowałeś ją? - zapytałem z niedowierzaniem. Potwierdził.
- Pieprzyłeś ją w swoim biurze. - Kiwnięcie. - Bez wychodzenia z nią. Bez pierwszej randki, bez drugiej randki.
- Tak, Edwardzie! - powiedział zły. - Pieprzyliśmy się w moim biurze i to był najlepszy seks jakikolwiek miałem.
Zachichotałem i potrząsnąłem głową. - Co się teraz dzieje?
- Nic – powiedział. - Po tym jak skończyliśmy, siedzieliśmy w ciszy na sofie. Po jakimś czasie wstała i ubrała się. Kiedy zapytałem ją, żeby dała mi swój numer, powiedziała mi, że to było jednorazowe i wyszła. Człowieku, stałem zamrożony w jednym miejscu Bóg jeden wie przez jak długo.
- Powiedziała Ci, dlaczego?
- Myślę, że to ma związek z jej rodziną. Kurwa, nie jestem pewny. Dzisiaj rano byłem taki wkurwiony, więc poszedłem do jej biura, zapytać o wyjaśnienie, powód, cokolwiek, ale nie chciała mnie widzieć. Nie łapię tego. Polowała na mnie, jakbym był jej ofiarą przez ostatnie kilka tygodni. W jej oczach mogłem zobaczyć, ze chciała więcej. Powiedziała mi żebym wyszedł i to, co się stało było błędem.
- Pomyślałeś, że może być mężatką? - Podniósł swoją głowę i spojrzał na mnie. - Może jest jedną z tych kobiet, które zdradzają, Jazz.
- Nie. Nie Alice. Nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego – powiedział surowo.
- Czy naprawdę znasz ją tak dobrze, żeby być pewnym? - zapytałem. Był cicho. - Spójrz, co jakiś czas mamy 'Alice' w naszym życiu. Nie denerwuj się przez to. Spędziłeś miło czas i to wszystko. W ten sposób jest lepiej. Uwierz mi.
- Ale widziałem to, Edwardzie – powiedział. - Ona nie chciała, żeby to się skończyło. Chciała więcej. Jej oczy mówiły prawdę.
- Przestań pieprzyć, Texas. Wiesz, że takie rzeczy mogą być zwodnicze. Masz pieprzony żyjący dowód przed sobą – powiedziałem gniewnie.
- Nie wszystkie kobiety są takie jak B...
- Nie waż się wypowiedzieć jej imienia, Jazz. Mówię serio! - syknąłem.
- ...są takie jak ona!
- Dobrze, więc do cholery powiedz mi dlaczego rzuciła Cię w ten sposób. Jeśli nie jest mężatką, więc, o co jej chodzi? - Przetarł twarz rękoma i westchnął. Pieprzone kobiety.
Jedno piwo prowadziło do innego i jeszcze kolejnego. Skończyliśmy pijąc bez słowa. Był zagubiony we własnym świecie, a ja byłem w swoim. Ludzie mówią, że oczy są oknem do duszy. Ja mówię pieprzenie. Oczy są tylko organami, możesz nimi manipulować jak Ci pasuje. One nie są lustrem.
- Nie mogę przestać o niej myśleć – wyszeptał. - Jej uśmiech może rozświetlić pieprzony pokój, wiesz?
W tym momencie było mi go żal. Dostała się pod jego skórę. Jasper był jak ja. Kochał tylko raz w swoim życiu. Może znaleźć inną kobietę, ale nigdy nie będzie jej kochał.
- Jasper – zapytałem. Spojrzał na mnie. - Jesteś w niej zakochany, prawda?
- Tak myślę – powiedział i wyjrzał przez okno.
Zachichotałem i wypiłem dużego łyka mojego piwa. - Masz przejebane! - powiedziałem i potrząsnąłem głowa. - I chcesz poznać zabójczą część?
- Że będę tego żałował, tak jak ty?
- Nie. Będziesz się z tego cieszył...
Czy żałuję, że ją kochałem? Znałem pieprzoną odpowiedź, ale nie było potrzeby, żeby inni to wiedzieli.. I, dlaczego w ogóle powinni wiedzieć?
- Będzie dzisiaj padać – powiedział, zmieniając temat, gdy wyglądał przez okno.
- Wydaję się, że tak – powiedziałem i westchnąłem. Odkąd pamiętam, siedziałem przy oknie i gapiłem się na deszcz.
- Pracujesz dzisiaj?
- Nie. Wziąłem chorobowe.
- Dlaczego? - zapytał ze ściągniętymi brwiami. Doprawdy, dlaczego.
- Chcę zaliczyć – skłamałem drocząc się. - Przez całą noc...
- Dupek – powiedział oburzony. - Pewnego dnia, to się zwróci przeciwko tobie. Zapamiętaj moje słowa.
„Już się stało, mój przyjacielu..." pomyślałem. „Dawno temu..." gapiłem się przez okno przez kilka minut. Kilka kropli deszczu zaczęło spadać i mogłem zobaczyć ludzi pędzących, żeby znaleźć tymczasowe schronienie.
- Chcesz jeszcze jedną kolejkę? - zapytał Jasper.
- Zniesiesz to? - uśmiechnąłem się lekko.
- Dawaj...
Wstałem i poszedłem do baru po piwa. Franco wręczył mi szklani i gdy wracałem do naszego stolika, patrzyłem przez okno. Zobaczyłem w zaroślach kobietę z mahoniowymi włosami, idącą w pośpiechu. Wszystko stało się w zwolnionym tempie. Odwróciła na chwilę głowę i zobaczyłem twarz, którą tak bardzo starałem się wymazać z moich wspomnień.
To była ona.
Szklanki wyleciały z moich rąk i potknąłem się, uderzając w stół za mną. Moje serce biło w pełnym otwarciu przepony i nie mogłem oddychać. Zacząłem łapać oddech i złapałem brzeg stołu, żeby utrzymać się przed upadnięciem na podłogę, bez rezultatu.
- Edward – Jasper pośpieszył do mnie. - Stary, jesteś cały? - Nie mogłem odpowiedzieć. - Przerażasz mnie, Ed. Mów do mnie! - kontynuował, złapał moje ramiona i potrząsnął mną.
Nie pamiętałem jak długo byłem w tym stanie, zanim usłyszałem głos Emmetta. - Edwardzie, słyszysz mnie? - zapytał, gdy świecił światłem w moje oczy. Wziąłem głęboki oddech i mrugnąłem kilka razy. Jak mogła być tutaj? Czy to naprawdę była ona czy to wszystko sobie wyobraziłem?
- Słyszę Cię, Em – wyszeptałem.
- Kurwa, Edward, zapewniłeś nam zawał serca – westchnął. - Co się stało?
- Ja... um – jąkałem się. Co do cholery miałem mu powiedzieć? - Uh, ja... um, zobaczyłem kobietę, która wyglądała jak Lizzy – skłamałem. - Są jakieś szanse? - mruknąłem.
Spojrzał na mnie i zwęził oczy na krótką chwilę. Wiedział, że kłamię, ale wiedział również, że mu nie powiem. Mój umysł płatał mi niebezpieczne sztuczki i nie lubiłem tego. Byłem wystarczająco popieprzony. Stwierdziłam, że to był tylko wytwór wyobraźni i nic więcej, wstałem z podłogi i usiadłem przy naszym stoliku. Wyciągnąłem papierosa i zamierzałem go zapalić, ale Jasper chwycił moją rękę.
- Edwardzie, wiesz, ze nie można tutaj palić.
Kurwa. Upuściłem go na stół i trzęsącymi dłońmi chwyciłem szklankę z wodą. Co to do cholery było?
- Wyglądasz na wyczerpanego, Em – powiedział Jasper po chwili.
- Wiem – odpowiedział. - Jestem na podwójnym dyżurze już blisko dwa miesiące. Mam tylko dwa dni wolnego w tygodniu. Św. Józef jest kiepski. Przez kryzys, nie mogą płacić załodze na czas, więc większość z nich albo się przeniosła albo odeszła. Niektórzy z naszych lekarzy poszli tam, żeby pomóc, a reszta z nas uzupełnia ich grafik – westchnął.
- Jak długo?
- Kolejny miesiąc albo coś, ale my...
Nie zdążył skończyć, gdy telefon Jaspera zaczął dzwonić. - Hello? - Tex wziął głęboki oddech i przytrzymał go. - Czego chcesz, Brandon? Sądzę, że byłaś doskonale jasna dziś rano. - zatrzymał się ponownie i wstał z krzesła, pokazując, że wróci.
Zapadła niezręczna cisza. Mój brat patrzył wszędzie, ale nie na mnie. Nagle wyciągnął długopis z kieszeni, wziął serwetkę i zaczął pisać numer telefonu.
- Dziękuje – powiedziałem, patrząc na podłogę. Może byłem dupkiem, ale nie byłem niewdzięczny. Zostawił pracę, aby przyjść do mnie, kiedy go potrzebowałem.
- Cokolwiek, Edwardzie – powiedział, gdy wstawał, żeby wyjść. Położył serwetkę przede mną, a ja podniosłem głowę by na niego spojrzeć. - To jest numer telefonu do Garretta Cummings. Jest terapeutą i dobrym przyjacielem. Następnym razem, gdy usłyszę Ciebie, lepiej żebyś powiedział mi datę twojego spotkania. Jestem poważny – powiedział i odwrócił się do wyjścia.
- Do nikogo nie dzwonię – warknąłem. Zatrzymał się i odwrócił i spojrzał na mnie.
- Więc z nami koniec – szybko wyszedł.
Bardzo starałem się, aby nie pokazać moich emocji. To był pierwszy raz, gdy powoli bardzo powoli zacząłem stwierdzać, że odpycham ludzi od siebie moim zachowaniem. Najpierw William, a teraz Emmett. Nienawidziłem jej za to, co mi zrobiła. Sprowadziła mnie do tego stanu i wciąż nie mogłem pójść dalej. Utknąłem z moimi cholernymi wspomnieniami jej... nas. Inny mężczyzna powiedziałby 'do diabła z tym' i poszedł na przód, ale nie ja. Byłem przywiązany do życia, o którym śniłem i pragnąłem. Zatraciłem się w tym złudzeniu i nawet, jeśli chciałem się zmienić, nie wiedziałem jak ponownie stać się starym sobą.
Zatraciłem się w swoich myślach, i nie zauważyłem, że Jasper wrócił. Był równie cicho. Jego twarz była bardziej smutna, pewnie przez rozmowę.
- Czego chciała? - zapytałem.
- Przeprosić za sposób, w jaki mnie potraktowała – powiedział i wziął łyka piwa.
- Więc w porządku?
- Nie. Potwierdziła, że to było jednorazowe i nie może się nigdy więcej powtórzyć – powiedział i spojrzał na mnie.
- Pieprzone kobiety. Widzisz teraz, dlaczego pieprzę i odchodzę, żadnego skrępowania?
- Nie jestem Tobą – powiedział surowo. - Udowodnię Ci błąd. Alice jest inna. - Wstał, rzucił dwadzieścia dolców na stół i wyszedł.
Zapłaciłem rachunki i zostałem by dokończyć piwo. Stół był pusty, a ja siedziałem tam patrząc na notatkę, którą zostawił mi Emmett, odtwarzając scenę w moich myślach. Moje ciało zatrzęsło się i chciałem wyciągnąć stamtąd jej wizję. Nie! Zacisnąłem dłonie w pięści. Jak śmie powodować takie reakcje? Jakby dręczenie moich snów i każda budząca się myśl nie była wystarczająca... - Pieprzyć to – powiedziałem, złożyłem serwetkę i schowałem do kieszeni kurtki. Zanim dotarłem do domu, deszcz przestał padać.
W czasie, gdy brałem prysznic usłyszałem telefon, ale pozwoliłem, żeby sekretarka to odebrała. Nie byłem w nastroju na rozmowy. Wytarłem się i poszedłem się ubrać, kiedy telefon zaczął ponownie dzwonić. Tą wiadomość również odebrała sekretarka.
- Umm... Hello. Mam nadzieję, że dodzwoniłem się do Edwarda Cullena, policjanta. Jeśli nie to przepraszam, że przeszkadzam – usłyszałem jak mówił ponad dźwiękami przejeżdżających samochodów. Musiał dzwonić z budki telefonicznej. Moje serce zaczęło przyspieszać, i przez chwilę myślałem, że wyskoczy z mojej piersi. -Ja... err, znalazłem twój numer w książce telefonicznej. Um... poszedłem na stację, ale kobieta powiedziała mi, że dzisiaj nie pracujesz. - Cholera. - Chciałem sprawdzić czy z Tobą wszystko w porządku. Tamtej nocy nie chciałem, żebyś był zły. Przepraszam. - Zatrzymał się. - Teraz muszę iść. Muszę iść na trening. Do widzenia... Oj, i przy okazji tu Will – zakończył i rozłączył się.
Usiadłem na podłodze i ponownie włączyłem wiadomość... i znowu... chciałem go zobaczyć. Chciałem mu powiedzieć, że nie byłem zły. Musiałem mu wytłumaczyć, że byłem przerażony, – jeśli ośmieliłbym się to powiedzieć – o niego. Nie wiedziałem czy ten dupek był uzbrojony czy nie i chciałem tylko, żeby był bezpieczny, przestraszyłem go i teraz myśli, że wciąż jestem zły na niego, że nie chcę z nim ponownie rozmawiać.
Jak długo mogłem taki być? Znałem prawdę: nie zaznałem spokoju ze sobą, nawet, jeśli innym mówiłem inaczej. Nie chciałem, żeby widzieli, jaki byłem wciąż wrażliwy. Nie chciałem, żeby wiedzieli, że byłem gotowy odepchnąć wszystkich od siebie, ponieważ nie byłbym wstanie patrzeć jak odchodzą ode mnie. W swoim życiu miałem tylko siedem osób, osiem, jeśli wilczyc w to Williama. Byłbym przeklęty, jeśli siedziałbym i nic nie zrobił.
Wziąłem telefon i bez namysłu wybrałem numer do Emmetta. Odebrał, ale nie powiedział ani słowa. - Widziałem ją – powiedziałem. Cisza. - Chodzi mi, że u Gina. Poszedłem po piwa i zobaczyłem ją za oknem. Emmett, to była ona – kontynuowałem. - B-Bella.
Wziął głęboki oddech. - Edwardzie, twój umysł pła...
Przerwałem mu. - Wiem Emmett. Mogłem ją sobie wymyślić. Rozmawialiśmy o lasce Jaspera i po prostu ją zobaczyłem. Emmett, proszę – prosiłem. - Nie jestem gotowy jeszcze na terapię. Nie zmuszaj mnie. Jeśli to zrobię, muszę to zrobić na swoich warunkach. Nie chcę być do tego zmuszony. Proszę. Jesteś moim bratem, musisz mnie zrozumieć. Proszę.
- Edwardzie, przysięgam na Boga to jest twoja ostatnia szansa, stary. Pozbieraj się. Chcę z powrotem mojego brata.
- Wiem – westchnąłem. Rozmawialiśmy przez kilka kolejnych minut, zanim musiał wracać do pracy. Dzień wciąż był młody, więc zdecydowałem się na spacer i kupienie czegoś do jedzenia.
-Ж-
Czas zleciał szybko. Cztery godziny później, skończyłem z warzywami, jedzeniem i spacerem. Posprzątałem, zrobiłem pranie i w końcu zdecydowałem usiąść w patio dla relaksu. Włączyłem radio na mojej ulubionej stacji, wyciągnąłem piwo i papierosy na stół i zapowiadało się dobrze. Usiadłem na moim leżaku i cieszyłem się widokiem.
Nagle coś przyszło mi na myśl. Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz rozmawialiśmy. Że tak powiem był moim mentorem. Po tym jak mnie zostawiła, mieliśmy cichy pakt. On nigdy o niej nie mówił, gdzie była i jak sobie radziła.
Był pierwszą osobą, która zobaczyła mnie w moim dole. Był tym, który pomógł mi wrócić do domu tej nocy, gdy pokazałem się w jego domu, zalany całkowicie, waląc do jego drzwi krzycząc o nią. Był tym, który sprawił, że doszedłem do wniosku, że ona odeszła na dobre. Nigdy nie usprawiedliwiał albo uzasadniał jej działania. Mogłem zobaczyć, że sam również czuł się zdradzony. Kiedy przyjechała do Forks, stała się jego towarzystwem, osobą, z którą mógł porozmawiać praktycznie o wszystkim innym niż sport i praca. Dała mu wiele rzeczy, ale najważniejsze dała mu córkę, za którą tak bardzo tęsknił.
Bez wahania, sprawdziłem godzinę i wziąłem telefon. To już miesiące, odkąd ostatni raz rozmawialiśmy.
- Hello.
Jego uśmiech sprawił, że się uśmiechnąłem. – Witaj, Komendancie.
- Cóż, patrzcie, kto zdecydował się zadzwonić – zachichotał. - Jak się masz synu?
- Dobrze. Jak u Ciebie? Jak przestępczość w Forks?
- Poza Newtonem, wszystko w porządku.
- Wyszedł z więzienia? - zapytałem.
- Dobrze się sprawował, więc wypuścili go przed czasem. Zresztą, nie marnujmy naszego czasu na gadanie o tym śmieciu. Powiedz mi, co nowego – powiedział.
- Nie wiele. Marcus przypisał mnie do patrolowania parku.
- Parku? - zapytał, jakoś zdziwiony.
- Tak, cholernego parku – zaśmiałem się.
- Edwardzie, co zro...?
- To samo, to samo – szybko powiedziałem.
- Ty i twój temperament. Wiesz, że to jest niedopuszczalne dla oficera.
- W mojej obronie, on mnie zaatakował. Musiałem się bronić – powiedziałem zadowolony z siebie.
- Tak, tak – powiedział. - Przyjeżdżasz do domu na Święto Dziękczynienia?
- Nie. Będę pracować – skłamałem. Nie było żadnej cholernej możliwości, że tam pojadę. Nie zaryzykuje zobaczenia jej.
- Nie będę mieć żadnych gości, jeśli oto się martwisz – powiedział spokojnie.
- To nie to. Po prostu nie mogę – odpowiedziałem, starając się brzmieć prawdomównie.
- Okej synu. Wiesz lepiej. Ale obiecaj mi, że wkrótce mnie odwiedzisz. Potrzebuje mojego skrzydłowego partnera na rybach. Odkąd Billy miał zawał serca, tak często już nie jeździmy.
- Obiecuje. Zobaczę, kiedy mogę wziąć wolne po Świętach Bożego Narodzenia – powiedziałem. Nigdy nie będę wstanie odpłacić mu za pomoc i wsparcie, które mi dał. Najmniej, co mogłem zrobić to pojechać tam na kilka dni.
- Dobrze słyszeć. Pamiętaj, że musisz odpoczywać i oczyścić swój umysł. Nasza praca nas pochłania, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie – poradził.
- Doradza mi facet, który nigdy nie wziął dnia wolnego? - droczyłem się.
- Touche. Po prostu staram się upewnić, że z Tobą dobrze, Edwardzie. Nie ważne co, zawsze będziesz dla mnie jak syn – powiedział poważnie.
Wierzyłem mu. Inni ludzie patrzyli na mnie i Emmetta jak na dzieci 'szoku'. Byłem dzieciakiem, który widział jak jego mama została zamordowana. Ale Charlie nigdy nie patrzył na mnie w ten sposób. Akceptował mnie i moją przeszłość nawet bez myślenia o tym. On... chronił mnie.
- Chodź dzieciaku. Zawieziemy Cię do domu – powiedział uspokajająco.
- Ja c... Ja ch... Chcę z powrotem – szlochałem pijany. To było mniej niż dzień odkąd odeszła. Zakradłem się do gabinetu Carlisle'a i ukradłem dwie butelki whiskey. Ledwo dałem radę wypić połowę butelki. Chciałem przestać o niej myśleć. - Nie mogę bez niej żyć - mamrotałem.
Umieścił mnie na tylnym siedzeniu radiowozu i zapiął moje pasy, mrucząc przekleństwa, których nie rozumiałem. Komendant nie był typem osoby, która przeklina. Gdy jechał, kontynuował pytania, czy ze mną w porządku i przeklinał więcej, kiedy nie otrzymał odpowiedzi. Siedziałem tam płacząc, patrząc na nasze zdjęcie, które trzymałem w portfelu.
Kiedy przyjechaliśmy do domu, mama i Emmett pośpieszyli do mnie. Carlisle wyszedł z domu, opieprzając mnie za bycie głupim i zachowując się niedojrzale, ponieważ moja ukochana mnie opuściła. Nie widział jeszcze Charliego.
- Esme, proszę wejdź do środka. Muszę zamienić słówko z twoim mężem – powiedział surowo Charlie.
- Nie mam żadnych sekretów przed moją żoną, Komendancie – powiedział i skrzyżował ręce na klatce.
- Jesteś tego pewien? - odpowiedział Charlie, zwężając na niego oczy.
- Z całą pewnością.
- Okej, więc. Jestem pewien, że zrozumie powód tego – powiedział i uderzył Carlisle'a w twarz. Carlisle upadł na ziemię.
- Carlisle! - krzyczała mama i podbiegła do niego. Charlie wziął go za kołnierz, gotowy pobić go do utraty sił. Nigdy nie wiedziałem go tak złego.
- Jesteś patetyczną wymówką, jako ojciec – grzmiał. - Naprawdę, Carlisle?
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz – powiedział, wycierając ręką krew z nosa. Charlie złapał go za kołnierz bardzo ciasno i pociągnął, żeby wyszeptać coś do jego ucha, sprawiając, że Carlisle zbladł.
- Jeśli kiedykolwiek zobaczę go w tym stanie. Złapię Cię. Nie tylko za zaniedbanie nieletniego i narażanie go na alkohol, ale również za...
- On nie zaniedbuje swoich synów, Charlie! - powiedziała ostro mama. - Jak mogłeś tak powiedzieć?
- Zapytaj swojego męża, Esmme – powiedział odpychając Carlisle'a. - Będę Cię obserwował jak pieprzony jastrząb, Cullen. Uważaj na siebie – powiedział.
- Edwardzie? Jesteś tam? - zapytał komendant, wyciągając mnie ze wspomnień.
- Tak.
- Słuchaj, muszę lecieć. Muszę jechać na posterunek – powiedział smutno.
- Nie ma sprawy – powiedziałem i uśmiechnąłem się.
- Nie bądź obcym. Dzwoń częściej.
- Będę, Komendancie – obiecałem.
- Trzymaj się, synu – powiedział i rozłączył się.
Pozbierałem rzeczy ze stołu i wszedłem do środka. Opadłem na łóżko, patrzyłem w sufit, mając nadzieję na bezsenną noc... albo przynajmniej, na sny bez niej…
1Jak się masz mój chłopcze?
2Ze mną teraz dużo lepiej, kiedy Cię widzę
~ 15 ~
