Autorką opowiadania jest MrsEdwardCullen, ja tylko tłumaczę tą historię.
Natomiast postacie należą do Stephenie Meyer.
Rozdział 6
beta: rodzynka
- Edwardzie, powinieneś wpadać częściej – powiedziała Kate.
- Dlaczego powinienem? - zapytałem, zapinając rozporek.
- To nie było miłe – powiedziała dosadnie.
- To prawda – odpowiedziałem, gdy zawiązywałem buty.
Westchnęła i wstała, żeby się ubrać. - Za każdym razem, kiedy dzwonisz, nie ważne, co robię rzucam wszystko i przychodzę do Ciebie. Wiesz, przynajmniej mógłbyś być miły. Na Boga, skłam.
- Kate, znasz u... - zacząłem, ale przerwała mi.
- Tak, tak! Znam pieprzoną umowę i szczerze jestem tym zmęczona. Nie jestem wycieraczką, że możesz przyjść i stanąć na niej, kiedy tylko chcesz, Edwardzie. Myślałam, że może się zmienisz, ale nie zrobiłeś tego. Chcę czegoś stabilnego i wiem, że ty nie możesz mi tego zaoferować. Jesteś zdumiewający, ale to nie jest wystarczające. Już nie... - powiedziała rozdrażniona.
- Okej – powiedziałem. Nie było nic, co mógłbym zrobić poza związkiem fizycznym. - Jesteś dobrą kobietą, Kate, i zasługujesz na dużo więcej niż mogę Ci zaoferować. Powinnaś być w stanie znaleźć mężczyznę, który może dać Ci więcej niż tylko seks.
Kate i ja spotkaliśmy się prawie rok temu, kiedy przyszła na komisariat zgłosić, że jej torebka została skradziona. Była bardzo piękną kobietą, czarne kręcone włosy i duże szare oczy. Pracowała, jako sekretarka, w czasie, gdy studiowała, aby zdobyć stopień z Human Resources. Była mądra i mówiła to, co chciała powiedzieć, czy Ci się to spodoba, czy nie. Tak jak w tej chwili.
- Cholera, jestem! - zawołała. Odetchnęła i spojrzała na mnie, tym razem trochę spokojniej. - Spójrz, Edwardzie, jesteś dobrym facetem. Nie wiem, co Ci się stało, że sprawiło, iż jesteś takim dupkiem, którego wolisz udawać albo, jeśli byłeś taki przez cały czas. Byłeś całkowicie jasny od samego początku, ale uwierz mi, kiedy mówię Ci, że nie możesz tak dłużej. Musisz zacząć komunikować się z ludźmi, mówić do niej o tym, co Cię trapi i wymierzyć swój gniew na osobę za to odpowiedzialną. Seks nie jest rozwiązaniem. Nie – nawet przez chwilę – myśl, że nie zauważam różnicy pomiędzy ostrym seksem, a gniewnym seksem. Może nie zranisz mnie podczas seksu, ale przysięgam, że czułam twój gniew za każdym razem – powiedziała. Prawda została powiedziana, zamknęła moje usta i wszystko, co mogłem zrobić to kiwnąć głową. - Odpychasz ludzi od siebie i nawet jeśli nie chcą Cię zostawić, nie mają innego wyboru.
- Kiedy stałaś się taka mądra? - zapytałem ją.
- Życiowe doświadczenia i praca dla terapeuty. Dodatkowo lubię czytać – powiedziała z uśmiechem.
Byłem gotowy by wyjść, odwróciłem się, żeby na nią spojrzeć. - Mogę czasem do Ciebie zadzwonić?
Potrząsnęła głową. - Po co? - zapytała. - Poza tym, oboje wiemy, że tego nie zrobisz. - Stanęła na palcach i pocałowała mnie w policzek. - Trzymaj się, Edwardzie.
Droga do domu była długa i nudna. Sprawdziłem, że nie mam żadnych wiadomości na sekretarce, wziąłem prysznic i przebrałem się w jeansy i czarną koszulę. Jasper poinformował, że chce nas przedstawić swojej Alice. Najwidoczniej udało im się wyjaśnić sprawy i byłem zadowolony z ich obrotu. Jasper przez długi czas był sam i zasługiwał na szczęście. Rosalie zdecydowała, że mnie odbierze. Nie widziałem jej odkąd Ma wyjechała, więc pomyślała, że miło by było 'dzielić' przejażdżkę i trochę 'pogadać'. Dla mnie brzmiało to jak ''ośmiel-się-powiedzieć-nie-a-rozerwę-Cię-na-kawałki''
Siedziałem na kanapie i czekałem, zobaczyłem serwetkę, którą nie tak dawno temu dał mi Emmett. Leżała tam przez kilka dni, prosząc o uwagę i wyśmiewając mnie.
Edwardzie musisz iść na terapię...
Chcę z powrotem mojego brata...
Straciłem nadzieję i wiarę...
Wszystko, o co chodziło na terapii to stawienie czoła swoim problemom... a ja byłem tym przerażony. Ból, pustka. Będę zmuszony, żeby o niej mówić i pamiętać rzeczy, które tak bardzo starałem się zapomnieć. Nigdy nie będę gotowy, żeby wrócić, ale muszę. Raniłem ludzi dookoła mnie, wiedziałem o tym. Nie chciałem już więcej być zły albo zachowywać się jak dupek. Tęskniłem za uczuciem spokoju i powoli odpychałem od siebie Emmetta i mamę. William odszedł na dobre i to mnie trapiło.
Biorąc głęboki oddech, sięgnąłem po telefon i wybrałem numer. Zrobię to...
- Mówi Garrett Cummings – powiedział męski głos. Nie mogłem mówić. - Halo?
- Um, H-Halo – jąkałem się. - Nazywam się Edward Cullen. Znasz mojego brata Emmetta.
- Witam, panie Cullen. Muszę powiedzieć, że nie spodziewałem się twojego telefonu – powiedział spokojnie.
- Ja też nie – powiedziałem.
- Więc, dlaczego dzwonisz?
- Potrzebuję pomocy – odpowiedziałem.
- Decydując się prosić o pomoc z tym, przez co przechodzisz musi być bardzo ciężkie, ale również bardzo odważne – powiedział. - Wyczekuję naszych sesji.
- Kiedy możemy zacząć? - zapytałem mając nadzieję, że to będzie niedługo.
- Wyjeżdżam jutro na konferencję. Więc może dwudziestego ósmego o dziesiątej rano? Czy to Ci pasuje?
'Za długo', pomyślałem sobie. Prawie tydzień...
- Nie odpowiadasz i myślę, że myślisz, że to za długo i się wycofasz.- Oczyściłem gardło, ale wciąż nic nie powiedziałem. - Nie zrobisz tego. Już zadzwoniłeś i poprosiłeś o moją pomoc. Więc, dzień i godzina odpowiadają Ci? - zapytał brzmiąc na pełnego nadziei.
- Jest dobrze – powiedziałem ochryple.
- Więc zobaczę Cię za tydzień – powiedział i rozłączył się nie dając mi szansy na odpowiedź.
Gdy odłożyłem telefon do ładowarki, drzwi wejściowe otworzyły się, a potem zatrzasnęły. Napotkałem wzrok Rosalie, płonący z furii. Maszerując do mnie i potem nieoczekiwanie uderzyła mnie.
- Rosalie, co do cholery? - warknąłem, zlizując trochę krwi, która ciekła z mojej wargi. Jednym szybkim ruchem, przygwoździła mnie do ściany.
- Chcesz wiedzieć, co do cholery robiłam przez ostatni tydzień, ty dupku? Starałam się pozbierać do kupy mojego mężczyznę. Masz w ogóle pojęcie, jakie to uczucie widzieć trzydziestojednoletniego mężczyznę, który płacze jak dziecko obwiniając siebie, że nie jest w stanie pomóc swojemu bratu? - warknęła mi w twarz, a jej oczy zaczęły wypełniać się łzami. - Nie śpi w nocy, ponieważ śni o tobie, że toniesz i obwinia siebie za to – kontynuowała.
- Ros...
- Zamknij się do cholery, Edwardzie. Teraz ja mówię! Chcesz wiedzieć, dlaczego wciąż się do Ciebie odzywam? Ponieważ, jestem jednym połączeniem jakie Emmett ma z Tobą. Za każdym razem, kiedy wraca z cholernego szpitala, pierwsza rzecz, o jaką pyta to to czy dzwoniłeś. Nie mogę opisać pieprzonego uczucia, kiedy mówię mu, że nie. Jeśli tylko mógłbyś zobaczyć ból w jego oczach. Myśli, że jego obowiązkiem jest chronienie Ciebie i że zawiódł, robiąc tą jedną rzecz! - Puściła mnie i stanęła na wprost okna. - Jestem w ciąży – wyszeptała. - Będę miała dziecko i nie mogę powiedzieć tego mężczyźnie, którego kocham, ponieważ to pochłonie go jeszcze bardziej.
W mieszkaniu na kilka chwil zapanowała martwa cisza. Podszedłem do niej i przytuliłem ją od tyłu. - Przepraszam, Rosalie. Nie zauważyłem, że tak bardzo was wszystkich raniłem.
Odepchnęła mnie i odwróciła się, żeby na mnie spojrzeć. - Nie przepraszaj mnie! Przeproś swojego brata. Jestem tylko twoją przyjaciółką. Nie jesteś jedynym mężczyzną, który został wyruchany przez kobietę. To, czego nie widzisz to, że nawet, gdyby Bella wzięła pieniądze od twojego ojca, zrobiła dobrą rzecz zostawiają Ciebie. Wyobraź sobie, co by się stało, jeśli pobralibyście się, mieli kilkoro dzieci i po tym jak dostałbyś pieniądze z funduszu, zostawiłaby Cię.
Rosalie była jedyną, która odważyła się wypowiadać jej imię. Nigdy nie obawiała się powiedzieć mi tego, co myśli, zwłaszcza, kiedy dowiedziała się, co mi się przytrafiło. Nigdy nie wahała się, ale wiedziała, kiedy wcisnąć swój nos i powiedzieć swoje zdanie, czy to Ci się podoba czy nie.
- Umówiłem się dzisiaj na terapie – powiedziałem.
- Co? - zapytała, gdy wycierała łzy.
- Zadzwoniłem dzisiaj do terapeuty, przyjaciela Emmetta.
- Zabawiasz się ze mną, żebym przestała wytykać Ci twoje gówna prosto w twarz?
- Nie, Rose – westchnąłem. - Pewne wydarzenia sprawiły, że zobaczyłem, że potrzebuje pomocy. Jestem zmęczony byciem złym przez cały czas.
- Emmett będzie taki szczęśliwy, gdy to usłyszy. Dziękuje – powiedziała i ciasno mnie przytuliła.
- Mogę prosić o przysługę?
- Co?
- Czy mogłabyś mu nie mówić? Wiesz, pierwsza sesja odbędzie się dopiero po Święcie Dziękczynienia. Jeśli stchórzę, znowu będzie zawiedziony, a ja tego nie chcę.
- Zrobię to tylko, jeśli obiecasz mi, że nie stchórzysz – uśmiechnęła się.
- Więc – powiedziałem, zmieniając temat, - naprawdę zostanę wujkiem?
Jej twarz natychmiast pojaśniała i kiwnęła głową. - Tak. Wczoraj się dowiedziałam.
- Kiedy zamierzasz mu powiedzieć? - zapytałem, gdy wychodziliśmy z domu.
- Planowałam w Święto Dziękczynienia, jako prezent, ale teraz myśląc o tym, powiem mu po twojej pierwszej sesji. Co myślisz?
- Twoja sprawa, kochanie. Jeśli myślisz, że w ten sposób będzie lepiej to jestem szczęśliwy.
-Ж-
Gdy weszliśmy do Gino, zobaczyłem Emmetta siedzącego przy barze. I jakby miał oczy z tyłu głowy, odwrócił się i uśmiechnął, gdy jego wzrok spotkał Rosalie.
- Tu jest moja piękna – powiedział i jego usta zderzyły się z jej. Rose topiła się w jego dłoniach i odpowiedziała na pocałunek z takim samym pragnieniem.
- Za dużo PDA – mruknąłem do siebie, wystarczająco głośno, żeby mogli to przerwać.
- Cóż, jeśli miałbyś boginię taką jak ona, również nie byłbyś w stanie się powstrzymać – powiedział zadowolony z siebie i klepnął lekko jej pośladek.
Siedzieliśmy przy naszym stoliku i zaczęliśmy rozmowę o naszych pracach. Minęło trochę odkąd paliłem, więc przeprosiłem i udałem się na dwór, żeby zapalić. Gdy sięgnąłem do kieszeni stwierdziłem, że zostawiłem papierosy w domu. Wysłałem wiadomość Emmettowi, dając mu znać, gdzie idę i szybko poszedłem do kiosku. Dziesięć minut później cieszyłem się swoim papierosem, gdy wracałem do baru.
Naprawdę byłem zaintrygowany tą Alice, którą mam spotkać. Kiedy Jasper zadzwonił do mnie, wyjaśnił główny powód jej wahania. Alice mieszkała z kuzynką i mierzyły się z jakimś dużym problemem. Nie wdawał się w za wiele szczegółów, bo się śpieszył, ale zostawił mnie zastanawiającego się, dlaczego. Chodzi mi o to, że wielu ludzi ma różne problemy przez cały czas, ale to nie powstrzymuje ich przed byciem w związkach.
Doszedłem do Gino i zapaliłem kolejnego, odkąd nie wiedziałem, kiedy ponownie zapalę. Spojrzałem do środka i zobaczyłem małą kobietę ze sterczącymi czarnymi włosami, uśmiechającą się i rozmawiającą z ożywieniem z moim bratem. Była piękna i nawet jeśli przy Jasperze wyglądała jak dziecko, dobrze razem wyglądali. Tex pochylił się i wyszeptał coś do jej ucha, a ona uśmiechnęła się. Umieściła swoją rękę na jego policzku i delikatnie go pocałowała.
Otworzyłem drzwi i zmierzałem do naszego stolika, kiedy Jasper mnie zauważył. - Tutaj jest! - powiedział. - Potrzebowałeś swojej naprawy?
Zachichotałem i spławiłem go. Pomógł Alice wstać i odwrócił ją w moją stronę, ale jej wzrok nigdy nie opuścił jego twarzy.
- Kochanie, ten dupek tutaj jest bratem Emmetta, Edward. Ed, poznaj moją Alice – promieniał.
Jej oczy rozszerzyły się, gdy patrzeliśmy się na siebie i uniosła swoją rękę do ust, jakby chciała zapobiec krzykom. Zmarszczyłem brwi w zmieszaniu. Taka reakcja nie była typowa czy byłem tak przerażający?
- Cześć – powiedziałem wyciągając dłoń w jej kierunku. Po prostu tam stała, gapiąc się na mnie, gdy kolory odpływały z jej twarzy.
- Alice – zachichotała Rosalie. - Nie bój się go. Pod wyglądem 'mucho' kryje się słodki człowiek - zakończyła i zaśmiała się.
Przymknęła szybko oczy, a kiedy je otworzyła, uśmiechnęła się. - Eh, przepraszam. Jestem Alice. Um, miło mi Cię poznać.
- Wzajemnie – powiedziałem i potrząsnąłem jej dłonią. Coś było nie tak z tą kobietą.
Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać o różnych sprawach, ale za każdym razem łapałem jej wzrok na sobie. Zachowywała się bardzo dziwnie. - Więc, Alice. Jasper powiedział mi, że jesteś D.A. Długo tutaj jesteś?
- Od lipca – odpowiedziała i zwróciła swoją uwagę na coś, co mówiła Rosalie.
- Skąd jesteś? - zapytałem, starając się ponownie zacząć rozmowę.
- Pochodzę z Biloxi, Mississippi, ale wychowywałam się w Arizonie – opowiedziała i tym razem zwróciła uwagę na Emmetta.
Próbowała mnie unikać?
- Jasper powiedział mi, że masz tutaj rodzinę?
- C-co? - zacięła się.
- Masz tutaj rodzinę? - Ponownie zapytałem.
- Tak, kuzynkę. Przeprowadziłyśmy się tutaj razem z Arizony.
Nie odpowiedziałem, gdy stwierdziłem, że nie chciała żadnego kontaktu ze mną. To było dziwne. Ta laska znała mnie jedynie przez dziesięć minut i nie chciała ze mną gadać. Wkurwiałem się.
- Jak Ci się podoba w Chicago? Zapewne musisz cierpieć przez tutejszą pogodę , gdyż byłaś przyzwyczajona do ciepła Arizony.
- Jest w porządku, tak myślę. Poza tym, to jest miejsce, gdzie jest moja praca i rodzina, więc nie ma problemu – powiedziała i wzięła łyk piwa.
- Masz tutaj wielu przyjaciół?
- Nie – powiedziała i zaczęła rozmawiać z Rosalie.
Pieprzyć to. - Wychodzę na papierosa – powiedziałem wkurzony i wstałem, żeby wyjść. Gdy odwróciłem się, usłyszałem jak Jasper również wychodzi.
- Jaki masz problem? - syknął, kiedy wyszliśmy.
- Mój problem? Nie mam żadnego – powiedziałem, odpaliłem papierosa.
- Nie wygląda tak. Co to był za trzeci stopień? - zapytał.
- Jaki trzeci stopień, Tex? Wszystko, co starałem się zrobić to zacząć konwersację z twoją dziewczyną i ona jasno pokazała, że nawet nie chce ze mną rozmawiać. Tylko byłem miły i starałem się ją poznać.
- Spójrz, była bardzo niespokojna, co do dzisiejszej nocy. Zestresowana i chciała zrobić dobre wrażenie.
- Jak do tej pory w moim rejestrze zawiodła. Jaki jest w ogóle jej problem. To nie tak, że ona mnie zna.
Nagle drzwi się otworzyły i Alice wyszła. - Um, Jasper, muszę iść. Coś wypadło i muszę wrócić do domu.
- Pozwól, że wezmę swój płaszcz i odwiozę Cię – powiedział rozczarowany.
- Nie! - szybko powiedziała. - Postój taksówek jest tylko kilka bloków stąd. Złapię jakąś stamtąd.
- Dobrze, więc. Zabiorę Cię tam. Zaraz wrócę – powiedział.
Nastała dziwna cisza. Patrzyła wszędzie tylko nie na mnie, jakbym nie był cale od niej. Odkąd była ważna dla Jaspera, zdecydowałem się ponownie z nią porozmawiać, próbując pokazać jej, że nie jestem dupkiem.
- Zrobiłem coś, co Cię uraziło? - zapytałem.
Przymknęła oczy i głośno westchnęła. - Nie.
- Więc? - zapytałem, nie dając jej więcej czasu niż na odpowiedz. Została uratowana przez dzwonek, kiedy Jasper wyszedł.
- Chodź, kochanie. Chodźmy zanim tu zamarzniesz.
- Dobranoc, Edwardzie – powiedziała i wyciągnęła swoją rękę.
Kiwnąłem głową w odpowiedzi i wszedłem do środka. Emmett i Rosalie byli w swojej własnej bańce, kiedy usiadłem. Odchrząknąłem i zwróciłam na siebie ich uwagę.
- To było interesujące spotkanie – powiedziałem i wziąłem łyka mojego piwa.
- To było dziwne – powiedziała Rosalie. - Znasz ją?
- Skąd do cholery miałbym ją znać, Rose?
- Nie wiem, Edwardzie. Zanim się pojawiłeś była bardzo rozmowna i zabawna, a kiedy zobaczyła Cię, ona po prostu, nie wiem, zamilkła.
- Cóż, pierdolę to – powiedziałem. - Wkurwiła mnie. Starałem się ją poznać ze względu na Jaspera. Nic nie zrobiłem ani nie zadałem jej naprawdę osobistego pytania. Przez cały czas byłem spokojny. Następnym razem, jeśli będzie zachowywać się tak samo, zapytam jej, jaki jest jej problem.
Emmett patrzył na mnie wyczekująco, jakby chciał, żebym mu coś powiedział. Gapił się na mnie, otworzył swoje usta tylko po to, by je natychmiast zamknąć.
- Myślałeś o Garrecie? - W końcu zapytał.
Spojrzałem krótko na Rosalie, a potem na niego. - Um, nie. Potrzebuję, abyś zaufał mi w tej jednej sprawie, Emmett.
- Czy wszystko w porządku, Jasper? - zapytała Rosalie.
- Wy, kobiety, jesteście takimi dziwnymi stworzeniami. W jednej chwili, kiedy chcecie wynagrodzić coś, jesteście gotowe czołgać się, a w drugiej wy po prostu... Nie Rosie. Nie jest w porządku. Właśnie mi powiedziała, że sprawy nie układały się po jej myśli. Co to do cholery znaczy? Powiedziała mi, że próbowała, ale to się nie udało.
- Przykro mi, Jazz – powiedział Emmett.
- Tak – smutno powiedział. - Mnie też.
- Więc co? Poddajesz się? - zapytałem go i złożyłem ręce na stole.
- Co mogę zrobić, Edwardzie? Nie mogę jej zmusić, żeby była ze mną, jeśli tego nie chce. - Miał rację.
- Spójrz – zaczęła Rosalie. - Jest nowa w mieście. Może nie jest przyzwyczajona do bycia w otoczeniu tak wielu ludzi. Daj jej trochę czasu. Wróci – zakończyła i uśmiechnęła się do niego.
-Ж-
Następnego dnia miałem poranną zmianę. Była sobota i nawet, jeśli było wciąż wcześnie, mogłem powiedzieć, że to będzie bezdeszczowy dzień, nawet gdy kanał pogodowy mówił inaczej. Jasper skończył napity, więc zdecydowałem się zabrać go do swojego domu niż odwozić do jego, a do mnie było bliżej. Przez prawie całą noc byłem na nogach, gdy on powtarzał imię Alice i 'dlaczego', ale nie mogłem go obwiniać. To prawdopodobnie był pierwszy raz, kiedy czuł coś więcej do kobiety. Kto mógłby go obwiniać po tym wszystkim? Z krótką notatką na stoliku do kawy, wyszedłem do pracy. Niespodziewanie, w jakiś sposób wyczekiwałem tej zmiany nie wiedząc, dlaczego. Emmett i Rosalie w południe jechali do Forks na Święto Dziękczynienia, więc nie miałem nic lepszego do roboty.
Wchodząc na komisariat, zobaczyłem Victorię rozmawiającą przez telefon. Cicho, doszedłem do niej. Była zabawna, kiedy ktoś ją zaskakiwał.
- Wiem – usłyszałem jak szepcze. - Próbuję wszystkiego, co mogę, wiesz to! - Przerwa. - Jak ona? - Ponownie przerwa. - Zrobią ponownie Echo? - Przerwa. - Okej, postaram się zobaczyć, co mogę zrobić – westchnęła. - Nie, położenie się nie zmieniło. Wciąż tam jest i nie wiem, dlaczego. To był jego wybór. - Osoba, z którą rozmawiała musiała coś jej powiedzieć, ponieważ jej ciało natychmiast zesztywniało. - Jest dobrym mężczyzną! Kiedy zdecydowałam się pomóc, obiecałeś, że nic się nie stanie. Dlaczego to robisz? - Ponownie przerwa.- N-nie – wyjąkała. - Oczywiście nie, ale to tylko twoje informacje – kontynuowała i odwróciła się. Kiedy mnie zobaczyła krzyknęła. - Edward! M-muszę iść – powiedziała do telefonu i zakończyła połączenie. - Jak długo tutaj stoisz? - zapytała.
Zachichotałem. - Nie martw się. Nie tak długo. Czy wszystko w porządku?
- Tak – powiedziała, uciekając wzrokiem ode mnie. - Tylko rodzinne problemy.
- Nie jesteś dobrym kłamcą, Vic. W ogóle, idę do parku. Możesz powiedzieć Marcusowi, żeby do mnie zadzwonił? - powiedziałam i poszedłem, żeby wziąć klucze od radiowozu.
- Jasne – powiedziała i odeszła.
Przez pierwsze kilka godzin zmiany długo myślałem. Kate myślała, że powinienem zacząć związywać się z ludźmi. Dla mnie seks nie był tylko przyjemnością, ale również był sposobem 'wiązania', jednakże dolna linia była, że jedynie ich odpychałem od siebie. Skończę samotnie. Nie było sposobu, by żyć i głęboko wiedziałem, że dokonałem dobrego wyboru dzwoniąc do Garretta.
Fakt, że będę wujkiem sprawiał, że się uśmiechnąłem. Zawsze lubiłem dzieci, były słodkie, niewinne. Zawsze wypomną Ci rzeczy w swój własny sposób, kiedy rozrywasz swoją głowę w poszukiwaniu rozwiązania. Emmett to straci. Kochał Rosalie bardziej niż cokolwiek i mając dziecko z nią wzniesie go na księżyc. Obiecałem sobie, że będę najlepszym wujkiem, jakiego dziecko może mieć.
Myślę, że spotkanie Williama również pomoże. Miałem powiązanie z tym dzieckiem. Sprawiał, że czułem rzeczy, o których nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek jeszcze poczuję. Sprawił, że stwierdziłem, iż nadzieja nie jest jeszcze utracona. Zadzwoniłem do Garretta, ponieważ miałem nadzieję, że pomoże mi zmierzyć się z demonami. To nie były tylko słowa Kate albo groźby Emmetta, które prowadziły mnie. Gdzieś głęboko miałem nadzieję, że będzie w stanie pomóc mi... znaleźć osobę, którą dawno pochowałem.
Płacz dziecka wyciągnął mnie z moich myśli. Szukałem źródła i zobaczyłem małą dziewczynkę, która upadła. Jej matka starała się uspokoić ją, ale sprawiła, że płakała jeszcze bardziej. Patrząc na zegarek, zdecydowałem się wziąć kawę z kawiarni naprzeciwko parku. Upewniłem się, że moje radio działało poprawnie i pobiegłem do sklepu.
Gdy wracałem, prawie zostałem przewrócony przez psa. Moje serce przyśpieszyło, gdy zorientowałem się, że to był Sandler. Obniżyłem się do jego poziomu i podrapałem go za uchem. - Hej, stary. - Położył swoją przednią łapę na mojej ręce i pchnął swoją głowę do mojej nawet bardziej. Szukałem miejsca, żebym mógł sprawdzić, czy mogę zobaczyć Willa, ale nie było go tutaj. - Jesteś tutaj sam? Gdzie jest Will? - Pies zaszczekał i pobiegł. Zdecydowałem się podążyć za nim.
To było, kiedy go zobaczyłem. Kilka stóp dalej siedział pod drzewem z zamkniętymi oczami, słuchając muzyki. To było wtedy, kiedy stwierdziłem, że nie widziałem go prawie przez miesiąc. Zatrzymałem się na kilka sekund, abym mógł dobrze się mu przyjrzeć. Jego włosy trochę podrosły, odkąd widziałem go ostatni raz. Sprawdziłem jego twarz, aby zobaczyć czy były na niej jakieś ślady, świadczące o tym, że wpakował się ponownie w kłopoty, ale nie było żadnych. Sandler biegał dookoła mnie, machając szczęśliwie ogonem na swoje poczynania.
- Dobry, chłopcze – powiedziałem, gdy podchodziłem do Williama.
Stałem na wprost niego, blokując słońce. - Och, stary – jęknął, a ja uśmiechnąłem się na jego niezadowolenie. Otworzył oczy, a kiedy zobaczył mnie, lekko rozszerzyły się i w tym samym czasie zarumienił się.
- Hej, dzieciaku – uśmiechnąłem się.
- Cześć – mruknął, wyciągając swoje słuchawki.
- Masz coś, przeciwko, jeśli się przyłączę? - zapytałem, mając nadzieje, że nie ucieknie.
- Um, nie – powiedział. Usiadłem na ziemi obok niego i ściągnąłem swoją czapkę.
- Jak się miałeś, Williamie?
- Okej. Zajęty szkołą i sprawami – powiedział. - A ty?
- Również byłem zajęty – uśmiechnąłem się. - Słyszałem wiadomość, którą zostawiłeś.
Kiwnął głową i patrzył prosto przed siebie. Kilka razy otworzył swoje usta zanim odpowiedział. - Wiesz, naprawdę mi przykro.
- Nie powinno – westchnąłem. - Williamie, musisz coś zrozumieć. Tej nocy chciałem Cię ochronić. Nie wiedziałem czy ten mężczyzna był uzbrojony, czy nie. Nie byłbym wstanie wybaczyć sobie, jeśli coś by Ci się stało – powiedziałem i czekałem na odpowiedzieć. Kiedy nie powiedział ani słowa, kontynuowałem. - Tak, byłem na Ciebie zły. Powiedziałem Ci, że nie możesz śledzić mnie w pracy, a ty to zrobiłeś. Mój zawód jest niebezpieczny. Nie wiesz, kiedy zły człowiek się pojawi.
- W porządku, rozumiem – powiedział i spojrzał na mnie, uśmiechając się smutno.
- Mogę zadać Ci pytanie? - zapytałem. Kiwnął głową.
- Dlaczego starałeś się mnie powstrzymać?
Przygryzł swoją dolną wargę i bez namysłu zablokowałem odlot moich myśli do miejsc, które były zabronione. Zmarszczył brwi i spojrzał na ziemię. - Bałem się.
- Nie pozwoliłbym, żeby ktokolwiek Cię zranił, wiesz o tym, tak? - zapytałem go.
- Bałem się, że ty możesz być ranny – wyszeptał.
Zamarłem. Bał się o mnie?
- Co?
- Jesteś moim... przyjacielem – powiedział. - To nie jest to, co przyjaciele robią? Być tam dla swoich przyjaciół?
- Tak, ale nie, kiedy jest to głupie – powiedziałem spokojnie.
- Czy to głupie pomóc przyjacielowi?
- Touché – zachichotałem. - Jednakże, następnym razem, kiedy powiem nie, to jest nie, dobrze?
Uśmiechnął się. - Mogę zadać Ci kilka osobistych pytań?
- Muszę odpowiadać, jeśli nie chcę?
- Jasne – powiedział.
- Więc strzelaj.
- Masz dziewczynę?
- Nie – powiedziałem i wypiłem łyka kawy.
- Dlaczego nie jesteś żonaty? - Mały uśmiech, który miałem na twarzy natychmiast zniknął. - Możesz ominąć to jedno, jeśli jest to niekomfortowe odpowiadanie na nie.
- Nie – zacząłem. - Chciałem, kiedy byłem młodszy. Już nie. To, ponieważ – ''Ponieważ, kobieta, którą kochałem nigdy naprawdę nie istniała'', pomyślałem sobie. - Nigdy nie znalazłem nikogo, kogo bym tak bardzo pokochał – powiedziałem, patrząc wszędzie, ale nie na niego.
Lekko zmarszczył brwi. - Może pewnego dnia ją znajdziesz.
''Nie wydaje mi się dzieciaku'' – pomyślałem sobie.
- Czy oficer policji ma dobre życie? - zapytał.
- To zależy od stopnia. Dla nas to pięćdziesiąt pięć kawałków rocznie.
- Czy to jest wystarczająco? - zapytał nieśmiało.
Zachichotałem. - Radzę sobie po prostu dobrze.
- Dobrze.
- Dlaczego zadajesz mi te pytanie? - zapytałem ciekawy.
- To jest tylko fair, żeby wiedzieć o tobie również kilka rzeczy, prawda?
- Masz rację – powiedziałem. - Jakie jest twoja kolejne pytanie?
- Jeśli miałbyś wybór, wolałbyś być bogaty i mieć wszystko, o czym sobie zamarzysz, czy biedny i żyć najlepiej jak potrafisz?
- To jest podchwytliwe – uśmiechnąłem się do niego.
- Dlaczego?
- Ponieważ, jeśli wybiorę bogatego, wtedy to zabrzmi jak chciwy człowiek. Jeśli wybrałbym biednego, wtedy zabrzmiałbym jak święty. Nie jestem żadnym.
- Wybierz sercem – powiedział, patrząc mi w oczy.
''Zrobiłem to. Bardzo dawno temu'', pomyślałem. - Wybieram biednego i życie najlepiej jak potrafię – zacząłem. - Pieniądze nie są ważne. Ważna jest część jak bardzo starasz się osiągnąć swoje cele, jak twoja mama i matka chrzestna robiły przez te wszystkie lata. Twoja mama mogła spokojnie wziąć te pieniądze, które jej oferowano, a tego nie zrobiła, ponieważ chciała zrobić to sama – kontynuowałem. - Niektórzy mogą myśleć o tym, że było to głupotą, ale dla mnie jest to bardzo silny przykład dla Ciebie. Myślę, że ludzie, którzy mają pieniądze są nieszczęśliwi. Większość z nich nigdy nie zauważa, jeśli zaczynają być ze względu na rozmiar ich kont bankowych albo ze względu na to kim są. Ludzie mogą być wielkimi oszustami – zakończyłem.
Coś zmieniło się w jego postawie. Na chwilę zwęził oczy i wstał. Zmarszczyłem brwi, gdy zaczął iść, zanim zatrzymał się przede mną. - Edwardzie, chciałbym Ci powiedzieć, że... – Nigdy nie udało mu się skończyć, gdyż usłyszeliśmy krzyk mężczyzny.
- Zabiję Cię, ty skurwielu – ktoś krzyczał i rozległ się dźwięk wystrzału.
William zaczął krzyczeć wraz z innymi ludźmi, którzy biegli w różnych kierunkach. Schował się za mnie i złapał ciasno moje przedramię. Musiałem go stąd wyciągnąć. Zacząłem poruszać się do tyłu, zanim byliśmy w krzakach.
- Wiliam – wyszeptałem. - Chcę, żebyś posłuchał mnie naprawdę uważnie. Potrzebują, żebyś biegł i nie oglądał się za siebie. Możesz to dla mnie zrobić, stary? - Łzy zaczęły pojawiać się w jego oczach, ale nic nie powiedział. - Możesz t-
Kolejny strzał i usłyszałem, jak mężczyzna zawodził z bólu. To sprawiło, że... Zacisnął swoje pięści na mojej koszuli. - Proszę, nie idź. Proszę, proszę, proszę.
- Williamie, musisz iść, teraz! - Powiedziałem i starałem się ściągnąć jego ręce z mojej koszuli.
- N-nie.
- Powiedziałem Ci, żebyś trzymał się z dala ode mnie, ty skurwielu i nie zrobiłeś tego – krzyczał inny mężczyzna. - Powiedziałem Ci, że zabiję Cię, jeśli tego nie zrobisz!
To wymykało się spod kontroli. - Willam, zostałem do tego wyszkolony. Odejdź, teraz! - powiedziałem i pchnąłem go do tyłu. - Biegnij! - powiedziałem i zacząłem iść za linią drzew w kierunku mężczyzny z bronią.
Mężczyzna stał nad ofiarę i przyłożył pistolet do jego głowy. Cholera, musiałem działać szybko. Natychmiast wyciągnąłem pistolet i poruszałem się szybciej, starając się nie wydawać dźwięków. Niestety, chrupnięcie liści, na które stanąłem, sprawiło, że spojrzał w moim kierunku. Zamarłem i czekałem, aż odciągnie swój wzrok z mojego miejsca. Ale tego nie zrobił.
- Jeśli nie wyjdziesz stamtąd, wypruję mu mózg! - warknął mężczyzna. - Policzę do trzech! Jeden... Dwa...
Cholera! W jednym uderzeniu, wyszedłem. Podniosłem ręce nad głowę, mój pistolet był widoczny w ręce. - Spokojne, stary – powiedziałem, gdy starałem się uspokoić walenie mojego serca. Zamiast myśleć o sposobie, w jaki go rozbroić. Miałem tylko jedną myśl w głowie.
Czy Willowi udało się uciec?
- Spokojnie? Ten kawałek gówna tutaj, zniszczył mi życie i mówisz, żebym wziął to spokojnie? - wrzał. Gdy spojrzałem na mężczyznę na ziemi, zobaczyłem, że został postrzelony w lewą łydkę. Rozproszył się na chwile, więc zdecydowałem się zrobić krok do przodu, ale mnie złapał.
- Nie robiłbym tego! - powiedział gniewnie. -Nie, kiedy mam ręce w górze. Upuść to, albo zabiję go!
Zamknąłem oczy i zrobiłem jak powiedział. - Nie chcesz tego robić – powiedziałem. - Dlaczego chcesz zrujnować swoje życie?
- Zrujnować życie? On już to zrobił! Zabrał wszystko, co miałem! - krzyczał i przyłożył lufę pistoletu do głowy ofiary. - Ostrzegłem go! - kontynuował, z palcami zamykającymi się wokół spustu.
Czy uciekł?
- Jak masz na imię? - zapytałem w słabej próbuje rozproszenia go.
- Bill – warknął.
- Okej, Bill, to umowa. Policja już została poinformowana o strzelaninie i będą tutaj w każdej chwili...
- Znam umowę, oficerze – wrzał. - Czy wyglądam na kogoś, komu zależy?
- Bill, odłóż pistolet. Już i tak, spędzisz wiele czasu w więzieniu – powiedziałem.
- Nie zależy mi! Nic mi nie zostało!
Zrobiłem krok do niego. - Tak, masz. Możesz doprowadzić go do sądu i odzyskać wszystko. - Kolejny krok.
- Nie. On nie zasługuje by żyć!
Wszystko stało się tak szybko. W jednej chwili byłem gotowy, żeby go złapać i w następnej poczułem rozdzierający ból w moim ramieniu, który powalił mnie na ziemię.
- Nie! - usłyszałem czyjś krzyk.
- Cholera! - syknął Bill i zaczął uciekać.
Nie miałem pojęcia jak długo leżałem na ziemi, może sekundy, może minuty. Poczułem mały ucisk na ramieniu i płacz, ale byłem zbyt wycieńczony, żeby otworzyć oczy.
- ...proszę...
- ...nie u-u-umieraj.
- ...znalazłem Cię.
- Nie, proszę...
Poczułem, że ktoś wziął moje radio i wzywał pomocy. Głos był stłumiony, pomiędzy płaczem i czkawką, trudny do zrozumienia.
- Okej – wyszeptał. Powoli otworzyłem oczy i zobaczyłem rozmazaną postać nade mną, siedzącą na mojej tali. Poczułem większy ucisk na ramieniu i bolało to jak cholera.
- Otwórz swoje oczy – płakał. Głos stawał się wyraźniejszy. - Nie zostawiaj mnie, proszę – kontynuował płacząc.
- Wi...
- Pomoc nadchodzi – powiedział i więcej łez spłynęło w dół jego policzków.
- I-idź! - powiedziałem
- Nie odejdę! - czkał.
- N... n-niebezpiecznie! I-idź! - jąkałem się, gdy ból stawał się nie do zniesienia.
- Jesteś ranny! Nie zostawię Cię! - powiedział zdecydowanie, gdy usłyszałem syreny.
Wziąłem jego rękę. - Posłuchaj mnie! Zabiorą Cię na komisariat i będą zadawać py-... Kurwa! - powiedziałem, gdy starałem się poruszyć. Nienawidziłem bólu. - B-będą zadawać Ci pytania! Proszę idź! - powiedziałem, gdy syreny zbliżały się.
Naprawdę starałem się nie ukazywać bólu, który czułem z nikłym sukcesem. Jednakże, udało mi się wstać i stanąć na kolanach. - Spójrz, wstałem. Teraz idź! - To było wtedy, kiedy zobaczyłem jak wygląda.
Ściągnął swój sweter i leżał koło niego na ziemi, pokryty krwią. Jego ręce były również we krwi i było kilka kropli na jego koszuli. Wziął swój sweter i poruszył się, aby ucisnąć ranę.
- Tutaj, pozwól mi... - zaczął, ale przerwałem mu, zabierając sweter.
- Po drugiej stronie parku, za ławką jest kran. Umyj ręce i idź do domu. Poradzę sobie – powiedziałem i oddałem mu zakrwawiony sweter, gdy usłyszeliśmy pisk opon. - Wywal sweter do kosza z dala od parku, dobrze? - Poinstruowałem go, a on kiwnął głową. - Teraz idź. - Wstał i zaczął biec. Kiedy był poza moim wzrokiem, upadłem na ziemię i ciężko oddychałem.
- Znalazłam go – usłyszałem jak woła Victoria. - Edwardzie, czy mnie słyszysz? - Jęknąłem, gdy poczułem jej rękę na moim ramieniu. - Spokojnie. Lekarze są w drodze.
Przyjechała karetka. Ratownicy przybiegli i zaczęli udzielać mi pierwsze pomocy. Zabandażowali ranę najlepiej jak mogli, ale wiedziałem, że było to złe. Musiała w coś uderzyć, bo krwawienie nie ustawało.
- Cholera! Zadzwońcie do Świętego Józefa i dajcie im, ETA. Natychmiast potrzebuje operacji – powiedział szybko mężczyzna, kiedy ładowali mnie do karetki.
-Ж-
Pip... pip... pip...
- Mężczyzna, postrzał w prawe ramię. Brak rany wylotowej. BP: 90/65, HR: 130bpm – powiedział ktoś.
- Na trzy. Raz, dwa, trzy – powiedziała kobieta i poczułem, jak ktoś mnie podnosi.
- Wezwaliście ją? - ktoś zapytał.
- Jest w drodze – powiedziała kobieta. - Cholera! To wciąż krwawi. Dajcie homeostatyczną gazę i wezwijcie anestezjologa.
Drzwi otworzyły się. - Co my tu ma... O mój Boże!
- Znasz go? - zapytał mężczyzna.
Głos brzmiał znajomo, ale z jakiegoś powodu, obawiałem się go. - Z-zadzwońcie do Garcii. Potrzebuję pomocy.
- Ale B...
- Powiedziałam, żebyście zadzwonili do Garcia. Potrzebuję Dopplera i prześwietlenie, teraz – powiedziała kobieta.
Bardzo powoli otworzyłem oczy, jasne światło raniło je. Pomimo bólu kilka sekund później ponownie je otworzyłem i ostatnia rzecz, jaką pamiętam zanim na dobre zemdlałem, był ból w brązowych oczach patrzących na mnie.
Nie!
