Autorką opowiadania jest MrsEdwardCullen, ja tylko tłumaczę tą historię.

Natomiast postacie należą do Stephenie Meyer.


Rozdział 7

beta: rodzynka

- Deskorolka? Edwardzie, poważnie? - zapytał mój anioł.

- Wziąłem ją, kiedy Emmett spał. Chodź! Będzie zabawnie! - wyjaśniłem. - Obiecuję, że nie pozwolę Ci upaść.

- Edwardzie, wiesz, że upadam na cienkim powietrzu, prawda? Skończę ze złamaną kończyną, jeśli nie dwiema.

Dziesięć minut później i po wielu narzekaniach, udało jej się ustać równo na desce i jechać prosto. - Spójrz, Edwardzie! To jest takie zabawne!

Był tam mały zjazd i deska zaczęła jechać szybciej. - Um, Edwardzie? To jedzie teraz trochę szybciej... Edward, Edward!

Natychmiast do niej podbiegłem i w momencie zanim upadła, złapałem ją. - Widzisz, mówiłem ci, że cię uratuję. - Uśmiechnąłem się do niej i pocałowałem czubek jej nosa.

- Mój rycerz w lśniącej zbroi! Co bym bez Ciebie zrobiła? - zachichotała. - Pewnego dnia, obiecuję, zwrócę przysługę.

Pip... Pip... Pip... Pip...

Ugh! Ten pieprzony dźwięk...

Pip... Pip... Pip... Pip...

Czy ktoś może wyłączyć ten pieprzony dźwięk? Proszę!

- Jesteś pewien, że dobrze się czujesz, skarbie? Jesteś tutaj od wczorajszego ranka – powiedziała kobieta.

Wczoraj? Rosalie tu była? Nie, to nie mogła być Rose... ona i Emmett pojechali do Forks, by spędzić Święto Dziękczynienia z Ma.

- Tak – inna kobieta odpowiedziała. - Teraz idź. Chcę być z nim sama, kiedy się obudzi – powiedział głos i pociągnął nosem.

Usłyszałem cichy dźwięk zamykanych drzwi.

Pip... Pip... Pip...

Jęknąłem, gdy zorientowałem się, że ta cholerna rzecz jest wciąż na mnie. Co to był za dźwięk? Powoli otworzyłem oczy, a wszystko, co widziałem to ciemność. Zamrugałem kilka razy i stwierdziłem, że było tu delikatne światło pochodzące z drugiej strony pokoju. Moje usta były suche i gorzkie, a moje ciało wydawało się ciężkie. Co do cholery było ze mną nie tak? Poruszyłem się i piekący ból przebiegł przez moją prawą stronę.

- Kurwa! - syknąłem.

Wszystko natychmiast do mnie wróciło: park, rozmowa z Williamem, strzelec, ja na ziemi i dziecko próbujące mi pomóc.

Brązowe oczy gapiły się na mnie...

- Uspokój się i proszę, nie ruszaj się – powiedział głos. Odwróciłem głowę w jego kierunku i zamarłem.

Siedziała na krześle w dalekim końcu pokoju. Nie mogłem wyraźnie widzieć jej twarzy, ale wiedziałem, że to ona.

- Zamknij na chwilę oczy. Zamierzam włączyć światło – powiedziała i wstała.

Zrobiłem jak poprosiła i potem powoli ponownie je otworzyłem: wznowiła swoją pozycję na krześle. Dużo się nie zmieniła. Jej włosy wciąż były tego samego mahoniowego koloru, jak pamiętałem. Jej sylwetka była troszkę pełniejsza i wciąż nosiła okulary.

- Zostałeś przywieziony tutaj wczoraj rano po tym, jak zostałeś postrzelony – zaczęła. - Bardzo dużo krwi wydobywało się z twojej rany. Na początku obawiałam się, że kula uderzyła w tętnicę pachową, ale udało nam się zatamować krwawienie kilka minut później. Po czystych wynikach badania dopplerowskiego i prześwietleniu nie wykazały żadnego urazu również w kościach, bez wątpienia wiedzieliśmy, że kula utkwiła w mięśniu – kontynuowała, nie patrząc na mnie. - Mięsień jest w dobrej formie, ale będziesz wyłączony z pracy, przez co najmniej trzy miesiące i będziesz wymagał fizjoterapii, żeby móc ponownie funkcjonować.

W tym momencie monitor pikał szybko. Mogła mówić jakiekolwiek jazgoty to wszystko, co wiedziałem. Byłem zbyt zajęty patrzeniem na nią, obserwowaniem każdego jej posunięcia, jakby miała ponownie zniknąć. Jedyna część, jaką usłyszałem to: 'trzy miesiące bez pracy'. Ha! To był pieprzony żart. Co będę robił przez trzy miesiące? Wydziergam sobie pieprzony sweter? Wstała z krzesła i pojawiła się przy mnie, by wyciszyć alarm, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. To było niewiarygodne. W pewnym sensie myślałem, że śnie, mam halucynacje. Ale nie miałem. Nie, kiedy poczułem jej ręce na mojej klatce, gdy miała usunąć przylepce.

- Nie dotykaj mnie – syknąłem. Skrzywiła się i zrobiła krok w tył. Dwanaście lat bez słowa i nagle staje przede mną, mówią o moich obrażeniach. Tak mało trzeba jej było, żeby mnie opuścić. I teraz... ze wszystkich szpitali w całym kraju była w moim. Dlaczego musiała wejść do mojego?

- Ed...

- Wynoś się stąd! - warknąłem.

- Nie wyjdę – powiedziała i po raz pierwszy, byłam w stanie spojrzeć prosto w jej oczy. Były czerwone i miała pod nimi sińce.

- Wynoś się! - powiedziałem głośniej.

- Nie – powiedziała i podniosła moją kartę, żeby coś napisać.

- Wyjdź – krzyknąłem w chwili, gdy pielęgniarka weszła do sali.

- Co się tutaj dzieje? - zapytała.

- Chcę, żeby opuściła ten pokój i nigdy nie wracała – warknąłem.

- Dr Swan, myślę, że lepiej byłoby, gdyby pani opuściła salę. Wezwę panią, jeśli będzie taka potrzeba – powiedziała spokojnie. - Właśnie się obudził i musi być spokojny. To tylko przedłuży jego rekonwalescencję, jeśli będzie się stresował, wie pani to – powiedziała kobieta w średnim wieku.

Z jednym ostatnim spojrzeniem w moim kierunku, opuściła sale. Pielęgniarka podeszła do mnie, zmierzyła mi ciśnienie, temperaturę i sprawdziła moje IV1.

- Czy odczuwa pan jakiś ból, panie Cullen? - zapytała.

Większy niż możesz sobie wyobrazić", pomyślałem sobie. - Nie. Chcę się zobaczyć z lekarzem prowadzącym!

- Musisz... - zaczęła, ale jej przerwałem.

- Posłuchaj pani, jestem wystarczająco szalony, żeby wyrwać wszystkie rurki i wyjść z tego cholernego pokoju. Chcę się widzieć z moim lekarzem, teraz!

- Właśnie wyszła z pokoju – powiedziała tym samym spokojnym, irytującym głosem.

- Co? - zapytałem.

- Zostałeś przywieziony tutaj, kiedy dr Swan była na dyżurze. Była jedyną, która mogła przeprowadzić operację z dr Garcia. Nie wiem dlaczego, ale po tym jak skończyli, oddała resztę swoich pacjentów doktorowi Garcia i została z Tobą. Wiesz, mogłeś być chociaż trochę bardziej miły – powiedziała i sprawdziła moje bandaże.

Co ona do cholery właśnie powiedziała? Była tutaj?

- Nie ważne. Muszę porozmawiać z kimś, kto zna moją sprawę, ktokolwiek inny niż ona, teraz!

- Obawiam się, że jest to niemożliwe. Jest pierwsza w nocy. Dr Garica będzie tutaj o dziesiątej na obchód. Możesz wtedy z nim porozmawiać – powiedziała i wsadziła igłę do wejścia IV. - Teraz, dobranoc.

Zanim wiedziałem, znowu odleciałem...

-Ж-

- Dzień dobry, Sunshine – ziewnąłem i otworzyłem oczy. Victoria i Marcus siedzieli po obu stronach łóżka.

- Masz jakąś umowę z Żniwiarzem, dupku? - zachichotała. Odwróciłem ją zdrową rękę, a Marcus zaśmiał się.

- Widzisz? Mówiłem Ci, że palantowi nic nie będzie – powiedział i uśmiechnął się.

- Która godzina? - zapytałem ochrypłym głosem.

- Jest po jedenastej w południe – powiedziała Vic. - Przyszliśmy tu właśnie, kiedy lekarze wychodzili z twojego pokoju.

- Cholera! Muszę z nim porozmawiać. Muszę się stąd wydostać – jęknąłem i starałem się poruszyć, ale zostałem popchnięty w dół.

- Wow! Spokojnie – powiedział Marcus. - Nigdzie się nie wybierasz. Właśnie miałeś operację i musisz odpoczywać.

- Marcus, nie rozumiesz. Muszę wyjść – powtórzyłem i posłałem mu znaczące spojrzenie.

- Idę po kawę – nagle powiedziała Victoria. Musiała wyczuć, że chciałem porozmawiać z Marcusem. - Chcesz jedną, Sierżancie?

- Jasne, Vic – powiedział, a ona wyszła z sali. - Możesz mi powiedzieć, o co chodzi? - zapytał.

Westchnąłem i zacisnąłem w pięści włosy. - Była tu wraz z innymi lekarzami brunetka z długimi włosami i okularach? Około 5'5''?

- Taa – powiedział.

- Ta kobieta to ona – powiedziałem.

- Ona? - zapytał.

- Tak, Marcus. Ona, ona, jak Bella „ona" – jęknąłem.

Rozszerzył oczy. - Poważnie? - zapytał.

- Myślisz, że do cholery żartowałbym o tym? - warknąłem. - Nie chcę jej widzieć, a ona rzekoma jest moim lekarzem prowadzącym. Muszę porozmawiać z szefem, żeby mnie wypisał.

- Edwardzie, nie możesz jeszcze opuścić szpitala. Musisz brać leki i sprawdzać ranę i...

- Dlaczego nie możesz zrozumieć, że muszę iść? Nie chcę być w jej pobliżu, nie chcę oddychać tym samym powietrzem, co ona!

- Okay, okay. Uspokój się. Posłuchaj, pójdę poszukać lekarza i zapytam się czy może dać Ci innego. Spędź tutaj dzień i jutro zobaczymy, co da się zrobić. Och, prawie zapomniałem – powiedział starając się zmienić temat.

- Co?

- Ten dzieciak Jacksona zatrzymał się wczoraj popołudniu na posterunku. Poszedłem tam po tym jak stąd wyszedłem i czekał na mnie.

- Kto? - zapytałem.

- Teraz masz również problemy z pamięcią? - zachichotał. - Dzieciak Jackson, ten sam, który pytał o towarzyszenie Ci na zmianie dla eseju. Chciał porozmawiać o procedurze aresztowań. Powiedziałem mu, że byłeś zamieszany w mały wypadek i, że trzymają Cię tutaj – dokończył.

Więc, jego nazwisko to Jackson. Był taki mądry. Chciał dowiedzieć się, gdzie jestem i wymyślił historię.

- Powiedział coś? - zapytałem.

- W pewnym sensie powiedział, że przyjdzie Cię odwiedzić. Był naprawdę zawiedziony, gdy dowiedział się, że zostałeś ranny i potrzebowałeś operacji.

- Dzwoniłeś do Emmetta? - zapytałem po chwili.

- Próbowałem, ale jego telefon jest poza zasięgiem, a u twojej mamy nie było żadnej odpowiedzi.

- Więc nie dzwoń. Skoro nie umieram, nie ma potrzeby go niepokoić – powiedziałem.

- Nie możesz być poważny. On jest twoim bratem – powiedział z niedowierzaniem.

- Złapaliście go? Tego, który mi to zrobił? - zapytałem.

- Tak. Niestety nie obyło się bez wysiłku. Jest na trzecim piętrze. Musieliśmy go zestrzelić, ponieważ zaczął strzelać w każdym kierunku. Złapałem go z Peterem.

- Źle z nim? - zapytałem.

- Nie. Dupek dostał kulkę w tyłek – zachichotał.

- Czy ktoś go przesłuchał? - zapytałem. Musiałem się dowiedzieć, czy powiedział coś na temat Williama.

- Nie chce mówić – powiedział. - Zresztą słuchaj. Musze iść. Zabiorę Vic po drodze. Bądź spokojny i wszystko się rozwiąże, dobra? - Kiwnąłem głową. - Przeraziłeś mnie, stary. Nie rób tego więcej. Powiedziałem Esme, że będziesz bezpieczny i jak do tej pory zawiodłem.

- Cholera! - jęknąłem.

- Co? Boli Cię? Chcesz, żeby zawołał pielęgniarkę? - powiedział i wstał z łóżka.

- Nie. Ma będzie mieć wieniec, kiedy usłyszy wiadomości.

Drzwi otworzyły się i Victoria weszła trzymając dwa kubki kawy. - Dupku, kocham cię, ale następnym razem, kiedy złożę ci wizytę to będzie w twoim domu. Kawa tutaj jest do kitu – powiedziała, biorąc łyka ze swojego kubka i wręczając drugi Marcusowi.

- Jasne – uśmiechnąłem się.

- Chodź, dzieciaku – powiedział Marcus. - Chodźmy i złapmy kilku złych ludzi – kontynuował. - Ty, zostań w łóżku – poinstruował, wskazując na mnie palcem.

Wyszli i zostałem sam. Ulżyło mi, że nie powiedział mi o Willu. Nie chciałem, żeby Will przechodził przez te wszystkie pytania, dlaczego i jak, wiedziałem, co muszę zrobić, aby powstrzymać strzelca przed wspomnieniem czegokolwiek o nim. Jeśli opisze dzieciaka, Marcus będzie wiedział, że to był William. Już słyszał go mówiącego przez radio i byłem ciekawy, dlaczego nie wspomniał o tym. Może nie zorientował się, że to Will. Jeśli tak, miałem szczęście. Will był świadkiem i zostałby przesłuchiwany. Jego matka dowiedziałaby się i nie pozwoliłby mu nigdy więcej się ze mną spotkać z powodu niebezpieczeństwa. Nie mogłem dopuścić, żeby tak się stało.

Kiedy zamierzałem się odkryć, zobaczyłem woreczek po jednej stronie łóżka. Podniosłem prześcieradło jeszcze trochę i stwierdziłem, że to był cewnik moczowy. Ja, Edward Cullen, miałem cewnik w mosznie, jak stary facet. Złapałem przycisk do pielęgniarki i szybko nacisnąłem. Chwilę później młoda dziewczyna weszła do sali.

- Dzień dobry, panu. Jak mogę pomóc? - zapytała z uśmiechem. Nie mogła mieć więcej niż dziewiętnaście lat.

- Panienko, chcę wyciągnąć tą rzecz ze mnie – powiedziałam wskazując na rurki. - Jestem w doskonałej kondycji, żeby iść i wysikać się do łazienki.

- Panie...

- Żadnego 'panie' – przerwałem jej. - Chcę to wyciągnąć.

Podeszła do telefonu, wybiła numer i ponownie go odłożyła. - Nie jestem uprawniona do podejmowania decyzji. Lekarz będzie tu za chwilę i powie mi, co robić.

Zamknąłem oczy i cierpliwie czekałem. Musiałem mieć to wyciągnięte, jeśli chciałem pójść i z nim porozmawiać. Drzwi ponownie się otworzyły i marzyłem, żeby to się nigdy nie stało.

- Co się dzieje? - zapytała Bella skupionym głosem. Prawie zwymiotowałem na jej udawanie.

- Pan Cullen chce wyciągnąć cewnik moczowy. Próbowałam wyjaśnić, ale mi nie pozwala.

- W porządku, Bree – powiedziała i uśmiechnęła się. - Ja się tym zajmę. - Dziewczyna wyszła, a my zostaliśmy sami. Miałem otworzyć usta, ale podniosła rękę.

- Procedurą jest zakładanie cewnika. Prawie wszyscy pacjenci, który potrzebują operacji mają je. Musieliśmy zobaczyć czy nie zatrzymujesz płynów i nie jesteś w stanie ruszać się przez kilka dni. Usuniemy go, skoro nie ma żadnych wskazań zatrzymania. Tylko spokojnie, kiedy będziesz wstawał. Pielęgniarka pomoże Ci pójść do toalety, kiedy będziesz chciał iść. Nie próbuj na własną rękę, ponieważ może zakręcić Ci się w głowie i upadniesz.

- Chcę wyjść – powiedziałem, patrząc wszędzie, ale nie na nią.

- Nie – powiedziała szybko. - Musisz tu zostać na przynajmniej...

- Nie chcę tutaj być, dr Swan – warknąłem. - Chcę iść do domu. Podpiszę papiery.

- Więc możesz zrobić to jutro. Zostaniesz tutaj na obserwacji i wtedy podpiszesz cokolwiek będziesz chciał. Ale teraz, wyślę stażystę, żeby usunął cewnik – powiedziała i wyszła.

- I IV – krzyknąłem, gdy zamykała drzwi. Minutę później facet wszedł do mojej sali.

Usunął rurkę i kroplówkę, zostawiając tylko IV, ponieważ miałem dostać jeszcze kilka dawek antybiotyków i środków przeciwbólowych. Nie miałem nic przeciwko. Kiedy wyszedł, starałem się wstać do toalety. Poruszyłem się za szybko i zaczęło mi się lekko kręcić w głowie.

- Cholera! - syknąłem i usiadłem z powrotem. Wziąłem kilka oddechów przez nos i ponownie próbowałem wstać. - Kaszka z mleczkiem. - Poza monitorem, zobaczyłem, że była tu mała torba. Otworzyłem ją i zobaczyłem, że były tam ubrania: spodnie, kilka koszulek z Chicago PD i bokserki. Piętnaście minut później i niezliczoną ilość syknięć i kurw, byłem ubrany.

Moim priorytetem w tej chwili było upewnienie się, że gówienko na trzecim piętrze, będzie trzymał swoje pieprzone usta zamknięte na temat dziecka. Kiedy rozwiążę tą sprawę, będę myślał o całej reszcie. Otworzyłem drzwi i szedłem korytarzem, kiedy krzyk sprawił, że się zatrzymałem.

- Jak myślisz, gdzie się wybierasz?

To była ta dziewczyna, Brianna czy jak jej było na imię. - Po wodę – warknąłem. - Czy to jakiś problem?

- Dr Swan powiedziała...

- Nie obchodzi mnie, co powiedziała dr Swan. Chcę wodę. Sprowadzę ją sobie, zrozumiane? - powiedziałem gniewnie. Dziewczyna kiwnęła energicznie głową i praktycznie pobiegła wzdłuż korytarza. Używając widny, dojechałem na trzecie piętro i zobaczyłem Petera siedzącego na krześle przed pokojem tego gówna.

- Hej, rekrucie – uśmiechnąłem się.

- Co na Boga robisz poza łóżkiem, oficerze Cullen? - zapytał, a szok był wymalowany na jego twarzy. Po prawie dwóch latach w tym samym wydziale, on wciąż mówił do mnie oficjalnie.

- Pozwolono mi wyjść z łóżka i przyszedłem cię zobaczyć. Jak się masz, Peter?

- W-w porządku. A ty?

- Przetrwałem, prawda? - zaśmiałem się. - Jak długo tutaj jesteś?

- Od szóstej. Zastąpiłem Aleca – westchnął i potarł swoje czoło. Teraz albo nigdy.

- Więc, skoro tutaj jestem, czemu nie pójdziesz i nie weźmiesz czegoś do jedzenia. Musisz być spragniony. Przypilnuję go.

- A-ale on cię postrzelił. Nie mogę pozwolić ci tego zrobić, proszę pana.

- Rekrucie, byłem tutaj wiele razy. Poza tym, wiesz, że nie zamierzam go zranić, świeżo po operacji. Jestem praktycznie niepełnosprawny.

Przez kilka chwil patrzył na mnie ostrożnie, ale kiwnął głową. - D-dobra – wyjąkał. - Będę z powrotem za mniej niż pięć minut.

Kiedy Peter był poza moim wzrokiem, otworzyłem drzwi i wszedłem. Byłbym bardziej klarowny, mogłem pomyśleć o robieniu tego dwa razy. Jednakże połączenie mojego stanu fizycznego i psychicznego – nie wspominając środków przeciwbólowych w moim organizmie – zapobiegał świeżemu, logicznemu myśleniu.

Był przykuty do łóżka i nie mógł mnie zobaczyć. Zamknąłem drzwi i w trzech krokach byłem po jego stronie. Złapałem jego włosy w lewą rękę i podniosłem jego głowę, kiedy drugą ręką zakryłem jego usta. Teraz mówiąc, że nic nie czułem, byłoby wielkim kłamstwem. Kiedy mnie zobaczył, jego oczy rozszerzyły się.

- Mały ptaszek powiedział mi, że jeszcze nic nie powiedziałeś władzom. Piśnij choć słówko o dzieciaku w parku, a przysięgam na Boga, że upewnię się, że będziesz z każdą więzienną dziwką. Och, i nigdy nie wszedłem do tego pokoju. Łapiesz, kawałku gówna? - warknąłem mu do ucha, ciągnąc go mocniej za włosy.

Kiwnął szybkim ruchem, pozwoliłem jego głowie upaść na poduszkę. Odblokowałem drzwi i wyszedłem z pokoju, gdy Peter wychodził za rogu, wciskając sobie kanapkę do gardła. W tym momencie, na znak protestu mój żołądek zaburczał.

- Dzięki za to, panie – powiedział, gdy przeżuwał.

- Nie ma za co – powiedziałem. - Lepiej będę się zbierał. Pora lunchu, więc zapewne zupa z kurczaka albo coś czeka na mnie. Do zobaczenie, Peter! - powiedziałem i odszedłem.

W drodze powrotnej zaczęło mi się naprawdę kręcić w głowie. Złapałem belkę w windzie i starałem się wesprzeć. Zacząłem się pocić i moje wizja zaczęła się rozmazywać. Drzwi się otworzyły i pokonałem drogę do mojego pokoju, kiedy moje nogi zaczęły się trząść.

- Kurwa – powiedziałem, starając się wesprzeć, ale tym razem bez powodzenia. Upadłem na podłogę z łomotem.

Usłyszałem jej głos i szybkie kroki. - Edward!

- Potrzebuję wózek – poleciła głośno. - Krwawisz! Coś ty zrobił!

- Teraz ci zależy? - warknąłem.

Zanim wiedziałem, byłem na łóżku z otwartą koszulką. - Prawie połowa szwów pękła. Coś ty zrobił? - zapytała sfrustrowana, zanim zaczęła wydawać polecenia. - Paul, potrzebuję próbki krwi. RBC, WBC, PLT i żelazo. Susan, przynieść mi kartkę i zestaw do szycia – powiedziała i zniknęła w łazience.

Usłyszałem kurek i stwierdziłem, że myła ręce. Wyszła ze zdeterminowanym wyrazem twarzy. Stwierdziłem, że nie miała na sobie fartucha, ale normalne ciuchy. Wyszła i wróciła, czy miała dopiero wyjść. 'Co ci do tego?' powiedział głos w mojej głowie. 'Rozerwij jej! Ona zniszczyła twoje życie!

- Zaniosę próbki do laboratorium – powiedział koleś. Potem ściągnął swoje rękawiczki i wyszedł.

- Oczyszczę ranę, usunę popsute szwy, potem znieczulę ten obszar i założę nowe – powiedziała cicho.

- Skoro nie mogę się ciebie pozbyć, rób co musisz i zejdź mi z oczu! - syknąłem.

Nic nie powiedziała i zaczęła pracować nad moim ramieniem. Pielęgniarka wyszła na długo i byliśmy sami. Za każdym razem, gdy jej ręce dotykały mnie, moja skóra płonęła. Nienawidziłem tego, że wciąż na mnie działała. Nienawidziłem, że ona musiała być tą, która zajmowała się mną w tym momencie. A najbardziej nienawidziłem, że jej twarz od momentu, gdy się obudziłem, będzie zapamiętana na zawsze w moim mózgu.

Kilka minut później zawiązała ostatni szew. - Muszę owinąć cię bandażem. Mógłbyś usiać i podnieś ręce lekko do góry? - zapytała. Kiedy wykonałem ruch, żeby usiać, szybko powiedziała. - Powoli! Znowu będziesz mieć zawroty głowy. Pozwól, że Ci pomogę...

- Nie – powiedziałem przez zaciśnięte zęby.

- Tylko staram się po...

- Już zrobiłaś więcej, żeby mi pomóc. Nie czuj się zobowiązana!

- Nigdy nie powiedziałam, że to jest...

- Możesz założyć ten pieprzony bandaż i wynieś się? Chcę spać!

Westchnęła i zaczęła owijać mnie. Była tak blisko, jej zapach... jej zapach wciąż był taki sam i tak mocny: rumianek i lawenda. Nie wiedziałem czy chciałem ją zgwałcić czy rozerwać na kawałki. Dlaczego musiała pojawić się teraz, właśnie kiedy zacząłem uzmysławiać sobie rzeczy?

Wszystko, co musisz zrobić to fakt, że ją widziałeś. To nic nie znaczy. Kiedy wydobrzejesz, wrócisz do tego co było", głos w mojej głowie radził mi. „Udawaj, że ona nie istnieje..."

Małe sapnięcie, prawie niesłyszalne wyciągnęło mnie z moich myśli. Stała za mną, zawiązując bandaż, kiedy poczułem jak jej palec wędruje po moim tatuażu. Natychmiast wzdrygnąłem się i jęknąłem w tym momencie. Niech lepiej o to nie pyta. Nie ma powodu, żeby pytać i najważniejsze nie zasługuje na odpowiedz. Znaczenie tego było tylko dla mnie.

Kiedy założyła temblak, spojrzała na mnie. - Czy jest za ciasno? - zapytała.

- Nie.

- Okej – powiedziała. - Nie możesz ruszać ręką – dokończyła i zaczęła wypisywać kartę.

- Musisz to robić tutaj? - zapytałem podirytowany.

- Nie – odpowiedziała i kontynuowała pisanie.

Co do cholery starała się zrobić? Wkurwić mnie jeszcze bardziej? - Więc, dlaczego wciąż tu jesteś? - warknąłem.

- Nie będzie mnie do jutra i chcę się upewnić, że krwawienie ustało – powiedziała cicho. - Spójrz, wiem, że to jest tru...

- Trudne? - wrzałem. - To nawet nie jest kawałkiem tego, co w tej chwili czuje. Wszystko, co od ciebie chcę to, żebyś wyszła i bym nigdy więcej nie musiał oglądać twojej twarzy? Czy proszę o zbyt wiele, dr Swan? - dokończyłem gniewnie. Stała sparaliżowana, zszokowana przez moje słowa. Po tym, co wydawało się wiecznością, zabrała rzeczy i wyszła nie oglądając się za siebie.

Starając się rozproszyć, wziąłem pilot od tv i zacząłem serfować po kanałach, zanim nie natrafiłem na ponownie odtwarzany 'We Were Soldiers Once'.

-Ж-

- Czy go to boli, kiedy tak robisz? - Ktoś zapytał szepcząc.

- Nie, kochanie – zachichotała kobieta. - Podaję mu środki przeciwbólowe, więc nie będzie go bolało, gdy się obudzi.

- Och, okej.

Nastała chwila przerwy. - Dziwne – powiedziała.

- Co?

- Mogłabym przysiąc, że macie takie same oczy.

- N-nie, nie mamy. Mam oczy po mojej... cioci. Tak, po cioci.

- Dziwne. Zresztą, idę zobaczyć resztę pacjentów. Niedługo się obudzi. Jeśli czegoś będzie potrzebował wciśnij przycisk, dobrze?

- Tak – wyszeptał.

Trzymałem zamknięte oczy. - Możesz już otworzyć oczy. Poszła – powiedział William.

Uśmiechnąłem się. - Skąd wiedziałeś, że nie śpię? - zapytałem i otworzyłem oczy. Moje serce złamało się na widok przede mną. Oczy Williama były podpuchnięta z sińcami pod nimi, pełne smutku i troski.

Jak jej. Jedyna różnica, że troska Willa jest prawdziwa" pomyślałem.

W chwili, gdy nasze oczy się spotkały, zaczął płakać. - Hej, co się dzieje? - zapytałem, gdy usiadłem poprawnie na łóżku.

- B-byłem t-t-tak tak przerażony – płakał. - Myślałem, że nigdy Cię więcej nie zobaczę – kontynuował. - C-czekałem zanim... zanim przyjechała karetka. Wiem, że p-powiedziałeś mi, że mam i-iść, ale chciałem się u-upewnić, że Cię mają.

Moje oczy zaczęły palić. William był tylko dzieckiem, nie miałem z nim żadnego powiązania i płakał przeze mnie. Bał się o mnie. Dobry Boże, co ten dzieciak mi robił? Bez namysłu sięgnąłem i chwyciłem jego łokieć.

- Chodź tu – powiedziałem i uściskałem go jednym ramieniem. Poczułem ukłucie w ramieniu przez nagły ruch, ale nie obchodziło mnie to. On był ważniejszy. - Cii, ze mną dobrze – powiedziałem.

Przeprosił na chwilę i poszedł do łazienki umyć twarz. - Przepraszam, że ciągle płaczę. To nawyk, który mam po mamie – zmarszczył brwi.

- Nie przejmuj się tym – uśmiechnąłem się. - Kto Cię tu przyprowadził? To jest trochę daleko od twojego domu.

Zarumienił się i zaczął wiercić się na krześle. – Opuściłem Tae Kwon Do - zaczął, ale mu przerwałem.

- William...

- To dwa bloki stąd i chciałem Cię zobaczyć, więc nie mów mi że to był błąd, i nie powinienem go opuszczać! I tak bym to zrobił, jeśli bym musiał i nikt nie zmusiłby mnie, żeby tego nie robić! - powiedział gniewnie, ze świeżymi łzami formującymi się w jego oczach.

- Powiedziałeś swojej mamie? - zapytałam, zdziwiony jego tonem.

- Nie – powiedział.

- Czy ktoś Ci powiedział, żebyś tutaj nie przychodził? - zapytałem, starając się znaleźć źródło jego wybuchu.

- Pass?

- Okej, dzieciaku – odpowiedziałem, nie chcąc go bardziej zasmucać. - Jak było dzisiaj w szkole?

- Nie wiem – powiedział.

Opuścił szkołę. - Czy również opuściłeś szkołę? - zapytałem surowo. Kiwnął głową.

- Dlaczego?

- Ponieważ, nie chciałem iść! Nie czułem się dobrze – mruknął.

- Czy opuściłeś szkołę przeze mnie? - zapytałem.

- Nie. Musiałem skończyć mój esej – skłamał.

- Kłamiesz.

- Tak – powiedział i przerwał. - Po prostu nie byłem w nastroju. Chciałem przyjść i cię zobaczyć, ale moja mama była w pracy i jeśli opuściłbym nie mówiąc jej, wkurzyłaby się i uziemiła mnie do końca życia. Więc czekałem, aż wróci i powiedziałem jej, że opuściłem szkołę.

- Czy twoja mama pozwala Ci opuszczać lekcje? - zapytałem zdziwiony.

- Dwa razy w roku – powiedział, a jego usta zaczęły formułować się w uśmiech. - Mówi, że to zdrowe opuścić szkołę od czasu do czasu.

- Bella, nie możesz opuścić bioli – powiedziałem. - Jest dla Ciebie ważna skoro chcesz zostać lekarzem.

- Och, chodź! Spójrz na słońce, Edwardzie! Jak wiele razy w roku możemy je tutaj zobaczyć?

- Bellaaaa skomlał. - Mike też nie idzie. Widziałem jak wychodził. Banner sparuje mnie z Jessicą, jeśli Ciebie nie będzie.

- Więc, ucieknij ze mną z biologii. To zdrowe opuścić szkołę raz czy dwa – uśmiechnęła się i pocałowała kącik moich ust.

- To była moja pierwsza z dwóch – wyszeptał i pociągnął nosem.

- Dziękuje – powiedziałem.

- Dlaczego? - zapytał i spojrzał na mnie.

- Za sprawienie, że byłem twoim pierwszym – uśmiechnąłem się, a on przyczepił się do mnie.

W tym momencie mój telefon zaczął dzwonić. Rozglądałem się, dookoła, ale nie widziałem go.

- Tutaj – powiedział Will i wręczył mi torbę.

- Jezus – powiedziałem, gdy zobaczyłem, kto dzwoni.

- Co? - zapytał.

- To moja Ma – powiedziałem. - Chcesz ją usłyszeć?

Uśmiechnął się i kiwną głową. Poklepałem miejsce na łóżku obok mnie, a on wszedł i usiadł. Odebrałem połączenie i przełączyłem na głośnik.

- Hej, Ma – powiedziałem i mrugnąłem do Williama.

- Edwardzie, gdzie się podziewałeś? Od dwóch dni próbowałam się do Ciebie dodzwonić – zbeształa.

- Pracowałem na nocną zmianę. Wiesz, że jestem martwy dla świata, kiedy tak pracuję – łatwo skłamałem, William spojrzał na mnie i uniósł swoją brew.

- Wiem, dziecko – powiedziała. - Emmett i Rosalie są tutaj. Gotuję jak maniak. Boję się, że zaadoptowałam apetyty Emmetta. Oczywiście, że tak, skoro mieszkają pod jednym dachem – kontynuowała. - Masz plany na Święto Dziękczynienia?

- Nie, prawdopodobnie będę pracował.

W tym momencie drzwi się otworzyły i zanim miałem szansę cokolwiek powiedzieć, pielęgniarka zaczęła mówić. - Czas sprawdzić twoje narządy, panie Cullen.

To było wtedy, kiedy wszystko się załamało.

- Edwardzie Anthony Cullen, natychmiast powiedz mi gdzie jesteś! - skrzeczała.

- Cholera! - wyszeptałem i William przygryzł swoją wargę, aby powstrzymać śmiech. - Możesz dać mi chwilę? - zapytałem, patrząc na pielęgniarkę.

- Pójdę do innych pacjentów i wrócę później – uśmiechnęła się i wyszła.

- Pacjentów! Edwardzie, gdzie jesteś? - ponownie zapytała niepewnym głosem.

- Ma, nic mi nie jest. Jestem w szpitalu. Miałem mały wypadek w pracy. O nic nie musisz się martwic – ponownie skłamałem.

- Kiedy?

- Dwa dni temu. To nic takiego.

- Przez jaki mały wypadek trzymają Cię dwa dni w szpitalu? - zapytała.

Westchnąłem, wiedząc, że będzie gorzej, jeśli to przed nią zataję. - Powiem Ci, ale musisz mi obiecać, że to zostanie między nami, dobrze? Jak słyszysz, całkowicie ze mną dobrze.

Zaczęła płakać, zanim w ogóle zacząłem ponownie mówić. - O mój Boże! Proszę, proszę powiedz mi, że nie zostałeś postrzelony! Proszę – prosiła do telefonu.

- To tylko dra...

- O Boże, moje dziecko! Emmett! Emmett! - wrzasnęła.

- Ma – Emmett krzyczał z daleka. Jego głos stawał się głośniejszy, gdy zbiegał ze schodów. - Co się dzieje?

- T-twój brat – zawodziła.

- Co? Edward, co? - powiedział szybko.

- On z-został p-po... o Boże! Został postrzelony!

Nastała martwa cisza. William spojrzał na mnie z zaciekawieniem, a ja położyłem palec na ustach, żeby powstrzymać go przed mówieniem czegokolwiek.

Raz...

Dwa...

Trzy...

Dzieciak prawie wyskoczył ze skóry, kiedy usłyszał głośny upadek z drugiej strony telefonu.

- O Boże! Wiedziałem, że nie powinienem wyjeżdżać. Co się stało? Czy to Marcus?

- To Edward – płakała.

- Edwardzie, w porządku? Co się stało? Gdzie zostałeś postrzelony? - zapytał na jednym wdechu.

- Jest dobrze, Em – zacząłem. - Jakiś palant postrzelił kogoś. Chciałem go powstrzymać i mnie złapał. Próbowałem go uspokoić, ale był dziki. Kiedy, chciałem go złapać, postrzelił mnie w ramię – kontynuowałem. Wziął głęboki oddech. - Przyjechało EMT i przywieźli mnie do Świętego Józefa. Dr Garcia operował mnie. Kula utkwiła w mięśniu. Przez co najmniej trzy miesiące będę wyłączony z roboty i będę miał rehabilitację – dokończyłem i czekałem na jego wybuch... który nigdy nie przyszedł.

- Wskakuję do najbliższego samo...

- Nie. Zostań tam. Wypisują mnie jut...

- Nie ma mowy, żeby lekarz to zrobił. Z powodu twojej rany musisz zostać w szpitalu przynajmniej pięć dni na leczenie.

- Wychodzę, jako AMA, Em – westchnąłem. - Jeśli znajdę samolot, przylecę do Forks.

- To jest niebezpieczne – powiedział. - Co jeśli zaczniesz krwawic?

- Nie jesteś zmęczonym tym, co jeśli? - zapytałem poirytowany.

- Doprowadzasz mnie od wściekłości! - warknął.

Zachichotałam. - To jest mój brat!

- To nie jest zabawne, Edwardzie! To wcale nie jest zabawne!

- Dobra, poddaje się! - Pieprzę to gówno! Biorę potwora i pojadę tam.

- Będę w domu za dwa dni – powiedział. - Zaraz zarezerwuję bilety.

- Jadę z nim! - płakała mama.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę i wkrótce rozłączyłem telefon. Po wielu przekonaniach, powiedziałem mu, że nie musi przyjeżdżać. Daje mu najwyżej trzy dni. Znając Emmetta, będzie w domu pierwszym samolotem zaraz po Święcie Dziękczynienia.

- Spóźnię się – powiedział William. - Muszę wracać do domu.

- Jak się tam dostaniesz? - zapytałem.

- Pojadę autobusem. Nie zajmie to więcej niż dwadzieścia minut – powiedział i zaczął wstawać.

W tym momencie, jedno pytanie wypalało się w moim mózgu: kiedy go ponownie zobaczę?

- Możesz coś dla mnie zrobić? - zapytał, nie patrząc na mnie.

- Powiedz to – natychmiast powiedziałem.

- Bądź bezpieczny...

-Ж-

Następnego ranka wstałem naprawdę wcześnie. Chciałem wyjść stąd tak szybko, jak to możliwe, najlepiej zanim ona przyjdzie. Pielęgniarka poinformowała mnie, że dr Garcia zawsze jest pierwszym, który się pojawia. Pytając, gdzie jest jego biuro, poszedłem bez zawahania i powiedziałem mu, że chcę wyjść ze szpitala. Prawdę powiedziawszy, próbował kilka razy przekonać mnie, żebym został jeszcze jeden dzień, ale nie mogłem. Sprawdził moje ramię, założył mi temblak, przepisał antybiotyki i środki przeciwbólowe. Podpisałem kartę i wyszedłem. Zanim poszedłem do domu, zatrzymałem się w pobliskiej aptece, żeby wybrać leki wraz z bandażami, jodyną i wodą utlenioną na ranę.

Gdy, wszedłem do mieszkania, telefon zaczął dzwonić. Nie odebrałem, wiedząc, że to będzie albo Marcus, albo Emmett. I nie myliłem się. Sekretarka odebrała rozmowę i wkurzony Marcus mówił.

- Ty głupi dupku! Dlaczego do cholery wyszedłeś ze szpitala, Edwardzie? Twoje zdrowie jest dużo ważniejsze niż ktokolwiek! Powinieneś zostać jeszcze, co najmniej jeden dzień! - warczał do telefonu. Bez namysłu nacisnąłem 'usuń'.

Zdecydował, że po tym jak prześpię się kilka godzin, wybiorę się w drogę do Forks. Normalnie zajęłoby to około trzydziestu godzin, żeby dostać się do Seattle, ale po tym, co Rose zrobiła z potworem, uda mi się w mniej niż dwadzieścia siedem. Na wszelki wypadek wziąłem leki przeciwbólowe, przygotowałem torbę na podróż, położyłem ją na łóżku i odpłynąłem.

Kiedy otworzyłem oczy była już ósma. Burczało mi w brzuchu, więc zdecydowałem się zjeść płatki przed wyjazdem. Poszedłem do łazienki, umyłem twarz i włączyłem muzykę w drodze do kuchni. Światełko na sekretarce świeciło... znowu. Zaraz po tym jak przycisnąłem przycisk, marzyłem, żebym tego nie robił.

- Edwardzie – przerwała. Moje serce zaczęło bić niekontrolowanie. Chciałem się poruszyć i usunąć wiadomość, ale moje ciało zesztywniało. Mój mózg krzyczał na niego, żeby wykonywał rozkazy, ale nic. Tylko tam stałem. - Spójrz, wiem, że to jest bardzo trudne. Nie tylko dla Ciebie...

Nie słuchałem reszty wiadomości. Jak śmie do mnie dzwonić? Kim do cholery myśli, że jest? 'Kobietą, którą zwykłeś kochać', pieprzony głos w mojej głowie mówił. Moje ręce trzęsły się z gniewu. Emocje, które dawno pochowałem walczyły, aby wyjść na powierzchnię i pieprz mnie, jeśli na to pozwolę. Byłem silniejszy niż to.

Wziąłem szklankę z kuchni i usiadłem na kanapie. Otworzyłem butelkę Johnniego i napełniłem połowę szklani, wypiłem ją jednym łykiem. Jęknąłem, gdy to paliło mi gardło. Dużo czasu minęło odkąd piłem coś tak mocnego. Nalałem jeszcze trochę do szklanki, zamknąłem oczy i oparłem głowę o kanapę.

I jak możesz naprawić złamane serce?

Jak możesz powstrzymać deszcz od padania?

Powiedz mi, jak możesz powstrzymać słońce od świecenia?

Delikatne pukanie do drzwi, ale zignorowałem je. Nie chciałem z nikim rozmawiać.

Co sprawia, że świat się kręci?

Jak możesz naprawić tego złamanego mężczyznę?

Jak przegrany może kiedykolwiek wygrać?

Proszę pomóż mi naprawić moje złamane serce i pozwól mi ponownie żyć...

- Cokolwiek powiesz, Al – mruknąłem do siebie.

Kolejne pukanie pochodziło od drzwi. Ktokolwiek to był nie miał zamiaru przestań. To prawdopodobnie Marcus albo Victoria. Wypiłem ostatni łyk i wstałem, żeby otworzyć drzwi.

- Powiedziałem Ci, że jestem... - powiedziałem, gdy otwierałem drzwi, natychmiast zamarłem w miejscu.

Złość zaczęła we mnie ponownie narastać, jakby ten, który we mnie wrzał nie był wystarczający. Stała przede mną, lekko mokra od mżawki, która zaczęła się chwilę temu, czekając.. na co, nie mam pojęcia.

- Jak mnie znalazłaś? - zapytałem gniewnie.

- Akta szpitalne – powiedziała.

- Okej, wiesz gdzie teraz mieszkam. Coś jeszcze?

- Edwardzie, proszę. Ja tylko...

- Tylko co? - warknąłem. - Nie zrobiłaś wystarczająco?

- Mogę wejść? - zapytała, nerwowo na mnie patrząc. Szerzej otworzyłem drzwi i odsunąłem się, pozwalając jej wejść do mieszkania, i byłbym przeklęty, gdybym wiedział, dlaczego to zrobiłem.

- Masz ładny dom, Edwardzie – powiedziała, rozglądając się.

- Przyszłaś tutaj, żeby ocenić sposób, w jaki urządziłem moje mieszkanie? - zapytałem, gdy nalewałem więcej szkockiej do szklanki.

- Co ty robisz? - zapytała nagle, robiąc krok w moją stronę. - Wciąż jesteś na leka...

- Oszczędź tego, Bello! Dlaczego do cholery tutaj jesteś? Mam ważniejsze rzeczy do roboty – przerwałem.

- Żeby porozmawiać – powiedziała i wyjrzała przez okno.

Porozmawiać? O czym? Jak wydawała pieniądze, które dała jej moja rodzina?

- Nie mamy, o czym rozmawiać. Chłopak spotyka dziewczynę. Chłopak i dziewczyna umawiają się. Dziewczyna łamię chłopakowi serce i odchodzi. Co jeszcze zostało do powiedzenia? Pozwól, że odpowiem na pytanie. Nic – powiedziałem zimno.

Obniżyła swoją głowę i kiwnęła potwierdzająco. - Przepraszam, Edwardzie.

Straciłem to – Po dwunastu pieprzonych latach, wszystko, co masz do powiedzenia to: „przepraszam, Edwardzie?" - krzyknąłem, sprawiając, że się odsunęła.

- Pro...

- Złamałaś mnie na pieprzone kawałeczki! Odrzuciłaś nasze życie, nasze marzenia i wszystko, co mówisz to przepraszam? - krzyczałem, gdy ujrzałem jej oczy pełne łez.

Co próbowała osiągnąć? Dlaczego tutaj przyszła? Żeby przypomnieć mi o pieniądzach, które ochoczo wzięła od mojej rodziny? Jak sprzedała naszą miłość za okazyjną cenę 30,000$?

Czułem jak moja klatka jest ciężka ze złości i bólu. Nie byłem dla niej wystarczający? Czy moja miłość nie była wystarczająco silna?

- Zmieniłeś się – wyszeptała po chwili.

- Człowiek, którego teraz widzisz jest twoim tworem – powiedziałem, oddychając głęboko, gdy odwróciłem się plecami do niej. - Nie ma nic, co mogłabyś zrobić, aby zabrać to co zrobiłaś – zakończyłem, ledwo słysząc zamykanie drzwi za mną.

Gdy usłyszałem samochód odjeżdżający z podjazdu, roztrzaskałem moją szklankę o ścianę. Chciałem spowodować zniszczenie. Dlaczego tutaj przyszła? Miała nadzieję, że przez kilka mrugających udawanych łez, otworzę dla niej swe ramiona? Chciała więcej pieniędzy? Co?

Zatonąłem w kanapie i trzymałem moją twarz w dłoniach. Wspomnienia napływały do mojej głowy, zwiększając mój ból.

- Edwardzie? - mruknęła, gdy przytuliła się do mojego torsu.

- Tak, kochanie?

- Dziękuje – powiedziała i spojrzała na mnie.

- Za co na ziemi mi dziękujesz? - zaśmiałem się.

- Za to, że mnie kochasz – powiedziała.

Szybko otrząsnąłem się ze wspomnień. Minęły miesiące odkąd ostatni raz pomyślałem o naszej przeszłości. Nie pozwoliłbym sobie na powrót do tej słabej osoby, jaką byłem zanim mnie zostawiła...wrak.

- A niech Cię, Bello Swan – warknąłem. - A niech Cię i twoje cholerne kłamstwa!

Bez namysłu wstałem, wziąłem torbę podróżną, klucze od samochodu i wyszedłem z domu.

1Intravenous – dożylny, tu raczej chodzi o nasze wenflony