Autorką opowiadania jest MrsEdwardCullen, ja tylko tłumaczę tą historię.
Natomiast postacie należą do Stephenie Meyer.
Rozdział 10
beta: Majj
Mężczyzna usiadł na łóżku córki, patrząc na nią z oddaniem. W tej chwili nie był mężczyzną, którego większość ludzi się bała. Nie był mężczyzną, którego interesowali inni. Był mężczyzną zakochanym w aniele znajdującym się przed nim.
– Kocham cię, tatusiu - bąknęła mała blond dziewczynka.
– Ja też cię kocham, mój skarbie - powiedział mężczyzna, patrząc prosto w oczy córki. - Pamiętaj, żeby zwracać uwagę na to, co doktor mówi, dobrze?
– Zawsze, tatusiu - uśmiechnęła się dziewczynka, zanim zaczęła gwałtownie kaszleć. Jej ojciec dostał ataku paniki, gdy zobaczył, że jej usta robią się niebieskie. Nie miała wystarczającej ilości tlenu.
– Celia, postaraj się wziąć głęboki oddech przez nos, dziecko - powiedział ojciec, starając się, aby jego głos był spokojny, jak tylko to możliwe. Próbowała, ale nic się nie działo. - Celia, spójrz na mnie.
Maszyny zwariowały i zaczęły pikać. Pielęgniarka wbiegła do pokoju, gdy zobaczyła, że dziewczynka była o krok od kolejnego zatrzymania krążenia. Natychmiast wcisnęła Kod Niebieski. Chwilę później lekarz wszedł do środka, a płaska linia pojawiła się na monitorze, sprawiając, że ojciec upadł na kolana i zaczął krzyczeć imię swojego małego aniołka.
– Proszę pana - zaczęła jedna z pielęgniarek. - Musi pan opuścić pokój. - Nie słuchał. Wszystko, co mógł zrobić, to siedzieć tam i patrzeć, jak lekarz próbuje reanimować jego dziecko.
Za każdym razem, gdy łyżki defibrylatora dotykały ciała jego dziecka, również się szarpał. „Boże, proszę, nie zabieraj mi jej' modlił się w myślach w kółko. W tej chwili był taki wrażliwy. Czuł się taki mały, taki nieistotny... Czuł jakby jego własne serce zostało wyrwane z klatki. Tracił ją i nie było nic, co mógłby zrobić. Zacisnął pięści w swoich włosach oraz zaczął się bujać do przodu i tyłu, modląc się do czegoś Świętego, aby ją uratowało. Jedyną rzeczą, która trzymała go przy życiu, a walczyła o swoje własne życie, którego nigdy nie chciał, była Celia - il suo cuore1.
Łzy zaczęły płynąc w dół jego twarzy, kiedy usłyszał pikanie monitora, wskazujące bicie serca. Wypuścił powietrze i zaczął płakać jeszcze bardziej. 'Grazie, Dio. Grazie2' łkał w swoich myślach.
Ktoś z pracowników pomógł mu podnieś się na nogi i wyprowadził go na zewnątrz, gdzie wręczył szklankę wody. Pediatra wyszedł z pokoju z zaniepokojonym wyrazem twarzy. Wiedział, że dziewczynka nie przeżyje, jeśli nie przejdzie szybko operacji przeszczepu serca. Jej mięsień sercowy z każdą sekundą stawał się słabszy. Mężczyzna starał się ustabilizować, łapiąc się lady, jakby jego życie od tego zależało. Wtedy zobaczył lekarza idącego w jego kierunku.
– Nie będę kłamał. Sprawy nie mają się dobrze - zaczął lekarz. - To już drugi raz w ciągu dziesięciu dni. Potrzebuję pańskiej zgody, aby założyć LVAD. Jest to urządzenie, które wszczepiamy, aby zapewnić mechaniczne wsparcie. Jej serce jest za słabe, aby efektywnie pompować krew. Kosztuje to...
– Nie dbam o koszta, dr Bishop - syknął gniewnie. - Jak długo to wytrzyma?
– Rok, a jeśli będziemy mieli szczęści, dosięgnie dwóch - westchnął lekarz. - Ciężko to słyszeć, ale przynajmniej zyskamy trochę na czasie, zanim znajdziemy dla niej nowe serce.
Mężczyzna kiwnął głową na doktora, dając mi ciche zezwolenie na proces. Jego życie było tam gdzie ona i był gotowy zrobić wszystko, co tylko potrzeba, by utrzymać ją przy życiu. Nawet, jeśli miałaby być to ostatnia rzecz, jaką zrobi.
– Mogę ją zobaczyć? - zapytał ochrypłym głosem.
Mężczyzna wszedł do sali i wpatrywał się na nikłą dziewczynkę, która leżała na łóżku z zamkniętymi oczami. Usiadł obok niej, upewniając się, że nie wyciągnął żadnej rurki z jej ciała. Przejechał delikatnie kciukiem po jej policzku i zatrząsł się przez zimno, jakie poczuł. Jego oczy natychmiast stały się wilgotne. Zanim ponownie się załamał, pocałował delikatnie jej czoło i po włosku wyszeptał, jak bardzo ją kocha.
Kiedy był w szpitalu, ten mężczyzna nie był nikim więcej niż ojcem, który jest przerażony stratą swojego aniołka. Przed wyjściem jego postawa się zmieniła. Stał się mężczyzną, którego wszyscy się bali: niebezpieczny i niezdolny do miłości. Stał się człowiekiem, który był ścigany za setki przestępstw kryminalnych. Stał się mężczyzną, do którego nikt nie był w stanie zbliżyć się na tyle by go złapać, poza jednym...
Tak mało wiedział, że dwudziestego trzeciego grudnia, podczas gdy on siedział w samochodzie po drugiej stronie ulicy pewnego parku, obserwując tego mężczyznę, który rozmawiał z chłopcem, serce jego aniołka zabiło po raz ostatni...
-Ж-
Chaos wybuch wokół mnie. Mogłem słyszeć krzyk i płacz, ale wciąż nie mogłem się ruszyć. Wszystko, co widziałem to Alice, trzymająca Williama w swoich ramionach, trząsać się jak płatek. Łzy wypływały z oczu Williama, gdy wwiercały się w moją duszę. Patrzyłem na niego i nie mogłem zrozumieć, co właśnie usłyszałem.
William Anthony Swan
Jeśli kiedyś przyjdzie do ciebie, proszę wysłuchaj jej. Możesz być zaskoczony rzeczami, które powie.
Nie będzie mnie przez dwa miesiące i naprawdę muszę z tobą porozmawiać zanim wyjadę. Proszę...
Strzał z pistoletu i ktoś krzyczący moje imię wyciągnął mnie z szoku. Odwróciłem się, ale wszystko poruszało się w spowolnionym tempie. Ujrzałem znajomą zapłakaną twarz, gdy mierzył do mnie z pistoletu.
– Kurwa, wszyscy się zamknijcie! - krzyczał tak głośno, jak tylko potrafił.
Poczułem jak jakaś ręka odciąga mnie. Odwróciłem się i zobaczyłem Williama, który z trudnością oddychał przez płacz, starając się w tym samym czasie mówić. – N-nie! Zn-znowu n-n-nie! Nie!
– Cullen! - krzyknął mężczyzna, ale moje oczy były przyklejone do twarzy Williama.
– Jest dobrze, Will - uśmiechnąłem się. - Wszystko będzie dobrze. - Teraz byłem bardziej skupiony i mogłem rozpoznać głos. To był Adriani.
– Cullen! - ryknął. Mrugnąłem do chłopca w nikłej próbie uspokojenia go i odwróciłem się twarzą do mężczyzny, którego próbowałem złapać od lat.
– Adriani - powiedziałem spokojnie. - Nie chcesz tego teraz robić.
– Zamknij się! Zrobię to, co będę chciał, do cholery!
Ten skurwiel był poza kontrolą. Musiałem go uspokoić albo przynajmniej upewnić się, że wszyscy wyjadą z pomieszczenia, szczególnie William. W każdej chwili Adriani może ześwirować i zacząć strzelać.
– James, musisz wyluzować, dobra? Tutaj są niewinne dzieci – rzekłem tak równo, jak to możliwe, w tym samym czasie starając się uspokoić siebie. Zaczął się rozglądać dookoła i kiedy zobaczył przestraszone dzieci, jego postawa zmieniła się. Wyglądał na załamanego. Odłożył przyłożył lufę pistoletu do boku swojej głowy i ciasno zamknął oczy.
– Bambini, proszę nie płacz. Nie chciałem cię przerazić - powiedział głośno. Jego mózg był naprawdę popieprzony.
– Dlaczego nie pozwolisz wyjść tym dzieciom i ich rodzicom? To mnie chcesz, prawda? - kiwnął głową. - Więc, masz mnie. Puść ich,
– Idźcie. - To było wszystko, co powiedział.
Matki złapały swoje dzieci za ramiona i natychmiast wyszły z sali. Niektóre z nich nawet mruknęły 'dziękuję' do mnie w swojej drodze do wyjścia i mogłem zobaczyć współczucie w oczach reszty tych ludzi. To było tak, jakby mówili mi 'Zawszę będę pamiętać twoje poświęcenie.'
– Will, chodź, kochanie - powiedziała Alice. - Słyszałeś, co pan powiedział. Idziemy.
Zaczął mocno płakać, potrząsając gwałtownie głową. Moje serce złamało się na widok jego załamania. – Ty... ty o-ob-obiecałeś m-mi. T-ty o-obiecałeś mi, że będziesz... będziesz bezpieczny.
– William - odparłem, nigdy nie spuszczając wzroku z Adrianiego. - Słuchaj się panny Brandon i rób, jak powiedziała. - Dokończyłem surowo. James zwęził swoje oczy na mnie, a potem spojrzał na chłopaka. Jeśli dowie się, ile ten dzieciak dla mnie znaczy...
Alice zaczęła iść w kierunku wyjścia, praktycznie ciągnąc za sobą Williama, który nie spuszczał ze mnie wzroku. Ten skurwiel szedł za nim do drzwi. To była moja chwila. Mogłem go złapać i natychmiast wszystko zakończyć. Szybko otworzyłem kaburę z pistoletem i wyjąłem go, w tym samym momencie syknąłem z bólu. Adriani usłyszał mnie i jego kolejny ruch unieruchomił mnie. Wyrwał Williama z ramion Alice, rzucając ją na ziemię i umieszczając pistolet przy skroni Willa.
– Nie! - skrzeczała desperacko Alice.
– Myślisz, że miałeś w ogóle szanse, Cullen? - pytał maniakalnie. - Rzuć swój pieprzony pistolet i kopnij go w moim kierunku. - Polecił.
Zrobiłem, jak kazał. William próbował być spokojny, ale Alice nie miała tyle szczęścia. Zaczęła histeryzować, błagać go, aby puścił chłopaka. Kiedy mój pistolet był prawie pod jego stopami, uklęknął i wziął go do ręki. Pchnął Williama w moim kierunku z taką siłą, że upadł na ziemię. Uderzył się w głowę o kant krzesła i zaczął krwawic.
– To tylko dziecko, potworze! - lamentowała Alice i rzuciła się na niego, uderzając swoimi małymi piątkami w jego klatkę.
Uklęknąłem przed Willem, aby sprawdzić rozcięcie. Nie było duże, ale krwawiło, jak cholera. Pamiętam, gdy Carlisle powiedział mi, że rany głowy krwawią najmocniej, ponieważ skóra tam jest cienka, ale również z powodu mózgu, który potrzebuje dużą ilość posoki. Położył dłoń na rozcięciu i jęknął, gdy zobaczył krew.
Adriani wziął Alice za włosy i wytargał ją do drzwi. Wyrzucił ją z pomieszczenia, blokując drzwi za pomocą zawiasów. Waliła w drzwi i krzyczała imię chłopca.
– Teraz jesteśmy tylko we trójkę - oznajmił i zaczął iść w naszym kierunku. Automatycznie pchnąłem Willa za siebie, chroniąc go swoim ciałem. Chciał mnie i dokładnie to dostanie.
– William - zaczął spokojnie.
– Nie rozmawiaj z nim - warknąłem. - Nawet do niego nie podchodź! Dotkniesz go i jesteś martwy! Przysięgam na Boga!
Uśmiechnął się smutno. – Nie słyszałeś Cullen? Już jestem, od dwudziestego trzeciego grudnia - rzekł i spojrzał na mnie. - Teraz, Williamie, potrzebuję, abyś wyświadczył mi przysługę. Weź jego kajdanki i załóż mu je - dokończył spokojnie. - Zrób to, a nikt nie ucierpi.
Skurwysyn!
– Szantażujesz dziecko, Adriani? - warknąłem. Wyślę tego dupka do piekła, kiedy położę na nim ręce.
– Obiecujesz? - zapytał William.
– Oczywiście. - Odpowiedział, ale wiedziałem, że kłamie. Błysk, jaki miał w oczach i odrażający uśmiech, który szarpał kąciki jego ust, gdy głośno mówił.
– Dobrze. - Wyszeptał William. Sięgnął pod moją kurtkę i wyciągnął kajdanki. Otworzył jeden mankiet i założył wokół mojego nadgarstka, zamykając bezpiecznie. Jego kolejny krok zaskoczył mnie. Odciągnął moje ramię do tyłu i założył kajdanki tak wysoko, jak tylko było to możliwe. Robiąc to, upewnił się, że mankiet nie był tak ciasny, jak powinien być. Zamknął kajdanki, które upadły luźno na moje nadgarstki. Byłem pewien, że z lekkim wysiłkiem dam radę się uwolnić.
James podszedł i stanął na wprost okna, patrząc na zewnątrz. Nie mówił nic, gdy patrzył na ludzi, którzy na pewno zgromadzili się już przed szkołą. William patrzył na mnie uważnie. W tej chwili żadne słowa nie musiały być powiedziane. Mogłem zobaczyć rozpacz, troskę... miłość w jego oczach. Pochylił się i umieścił swoje usta obok mojego ucha.
– Wiem, że jesteś na mnie zły. Wiem, że po tym, jak tu skończymy prawdopodobnie nie będziesz chciał ze mną nigdy więcej rozmawiać, ale potrzebuję twojej pomocy. Możesz mi powiedzieć, gdzie są klucze do kajdanek? Wyciągnę je dla ciebie i włożę do twojej ręki.
Jak mógł o tym w ogóle pomyśleć? Fakt, że był synem Belli nie zmienił tego, co do niego czułem. Był mądry, dobroduszny, niewinny, wojowniczy. Uśmiechnąłem się na jego odwagę. – W kieszeni na przodzie kurtki - wyszeptałem. - Nie rozmawiaj z nim i nie denerwuj go.
Gdy William sięgnął po klucz, ten skurwiel odwrócił się i zobaczył nas. – Nie robiłbym tego! – krzyknął, przez co William podskoczył. - Daj mi klucz! - warknął. - Jesteś jednym paskudnym małym gównem, wiesz o tym? - charknął, gdy podniósł rękę by go uderzyć.
– Przysięgam na Boga, jeśli go dotkniesz, pogrzebie cię w najgłębszym piekle, ty skurwysynie! Przysięgam! - krzyczałem. - Masz mnie! Zrób, kurwa, co chcesz ze mną zrobić, ale go nie dotykaj!
– Chronimy dziecko, prawda? - szydził.
– Pieprz się! - warknąłem.
Uśmiechnął się smutno. – Wiesz… - zaczął. - Przyjechałem do Ameryki, kiedy miałem trzynaście lat i miałem tak wiele marzeń. Pierwszym było pójść i zobaczyć grę Red Sox, później ukończyć szkołę i zostać prawnikiem. Wszystko się spełniły. Mój ojciec był ze mnie dumny. Byłem jedynakiem. Przechwalał się, jak jego syn działa w sądzie. Byliśmy tacy biedni, a nawet nie było rzeczy, której by mi brakowało. Pracował dzień i noc, żeby dać mi wszystko: wysyłał mnie do prywatnych szkół, kazał mi się uczyć języków obcych. Wszystko się opłaciło. Pracowałem ciężko i dostałem się do Harvard Law School.
– Byłem wyróżniony. Wiedziałeś to? Kiedy ukończyłem szkołę, największe firmy prawnicze błagały mnie, żebym się do nich przyłączył. Byłem dobry, prawdopodobnie najlepszy w ciągu ostatnich dziesięciu lat. W zamian wybrałem małą firmę. Dlaczego? Ponieważ chciałem zacząć od najniższego możliwego punktu. Chciałem zobaczyć, co mógłbym osiągnąć, gdybym zaczął od zera i nie mógłbym tego zrobić, gdybym poszedł do dużej firmy. Byłem podniecony, kiedy dostałem pracę. Rozczarowanie mojego ojca było jasne, ale zawsze mnie wspierał – nagle się zatrzymał.
– Nie chcę znać pieprzonej historii twojego życia! - syknąłem. - Puść go!
– Oh, ale musisz! - delikatnie odpowiedział. Ten dupek miał wielkie problemy ze swoim pieprzonym mózgiem! - Chcę, żebyś wiedział jak stałem się... tym. Chcę, żebyś wiedział, że nie miałem wyboru!
– Zawsze jest wybór!
– Nie, nie ma. Nie było w moim przypadku. Wiesz, dlaczego? Bo się zakochałem! Kiedy ją zobaczyłem, stojącą przed moim biurkiem, proszącą mnie o pomoc... Gdybym tylko wtedy wiedział... Wszystko stało się tak nagle. Jednego dnia byłem w sali rozpraw pracując nad jej sprawą gwałtu, a następna rzecz, jaką pamiętam to, lot do Vegas, aby się pobrać.
– Wszystko było spokojne, aż do jednego dnia, gdy wróciłem z pracy i znalazłem ją nieprzytomną na podłodze. Zadzwoniłem na 911 i dowiedziałem się, że była uzależniona od narkotyków. Nie mogłem zostawić jej samej, kochałem ją. Następne dwa lata spędziła na odwyku i poza nim. Wziąłem pożyczki z banków. W ostatniej próbie nam się powiodło. Moja dziewczyna stawała się lepsza każdego dnia.
– Dzień, w którym dowiedzieliśmy się, że jest w ciąży, był najszczęśliwszym mojego życia. Chciałem dzieci. Ciąża przebiegała dobrze, zanim jednego dnia otrzymałem telefon ze szpitala. Przedawkowała i doktor musiał wyciągnąć dziecko, ponieważ jej życie było zagrożone. Lynn umarła podczas operacji. Miała atak serca, ale moja córka - rzekł i zaczął płakać. - Moja Celia przeżyła i była taka piękna. Musiała zostać w inkubatorze przez miesiąc, a później miałem ją. Nienawidziłem za to jej matki. Zagrażała zdrowiu naszego dziecka dla swoich chorych potrzeb... Prawie zabiła nasze dziecko.
– Nie ma większego szczęścia niż trzymać swoje dziecko w ramionach. Nie masz dzieci, więc nie znasz tego uczucia - powiedział, wyciągając zdjęcie z portfela i patrząc na mnie.
Moje oczy natychmiast obniżyły się by spojrzeć na Williama. Siedział obok, z pięściami zaciśniętymi po bokach, gdy gapił się na podłogę. Był synem Belli... Dziecko, które widziałem na zdjęciu w domu Charliego to on.
– Była wszystkim, co mi zostało. Mój ojciec pomógł mi ją wychować. Miałem zadłużenia i pożyczki do spłacenia. Pracowałem przez długie godziny, ale nie mogłem przejmować się bardziej tak długo, jak wracałem do domu w nocy i mogłem trzymać ją w swoich ramionach. Moja Celia tak szybko rosła, a jej piękno było prawie anielskie.
– Kiedy miała rok, mój ojciec chrzestny emigrował do Stanów. Przybył tu tylko z torbą podręczna i w mniej niż rok, kupił dom. Stałem się podejrzliwy sposobu w jaki zarabiał tak dużo pieniędzy. Prosił mnie, abym został jego osobistym prawnikiem. Obiecał mi sześciocyfrową wypłatę, by być dokładnym. Pięć razy więcej niż dostałbym w zwykłej firmie prawniczej. Potrzebowałem pieniędzy, więc zgodziłem się na tę pracę. – Powiedział i zatrzymał się, aby spojrzeć na Willa, a potem na mnie.
Nie rozmawiałem. Pozostałem cicho i słuchałem go. Wszystko po to, bo chciałem go rozproszyć, podczas gdy będę uwalniał moje ręce z kajdanek. W pewien sposób William podszedł do mnie i stanął przede mną, zasłaniając połowę mojej sylwetki za sobą. Dzieciak próbował mi pomóc.
– Wkrótce musiałem kryć jego nielegalne interesy. Dowiedziałem się, że powodem jego przyjazdu do Stanów okazało się to, że był członkiem mafii: narkotyki, przemyt bronią, prostytucja. Nie podobało mi się to, ale spłacało moje długi i zapewniało wszystko inne, czego potrzebowałem dla mojej dziewczynki. Nie zdając sobie sprawy, zostałem również zainicjowany. Na początku zachowywałem się jak romantyczny głupiec, który cenił ludzkie życie. Nie chciałem być częścią czegokolwiek, co mogłoby spowodować utratę życia, ale nie trwało to długo.
– Pewnego dnia, wróciłem z pracy do domu i znalazłem moje ojca osuszonego w wannie z krwi, a Celia zniknęła. To był dzwonek na obudzenie. Przysiągłem, że znajdę jego mordercę i zamorduję go gołymi rękoma. Nie spałem ani nie jadłem przez tydzień. Szukałem pod każdym pieprzonym kamieniem, zanim nie znalazłem skurwiela, który zabrał powód mojego życia. Kiedy ochroniłem Celie, spędziłem kolejne trzy dni na zabijaniu go powoli i boleśnie...
– Zostawiłem go w pokoju, aby wykrwawił się na śmierć i nigdy tego nie żałowałem. Zasłużył na to! Po tej nocy, stałem się drugim wodzem, idącymi w śladami mojego ojca chrzestnego w świecie zbrodni. To w ten sposób stałem się mężczyzną, którym jestem. Z tego powodu straciłem moją duszę i robiłbym to wciąż tylko, aby ją ochronić. Gdybym tylko wtedy wiedział - kontynuował i zaczął się trząść. - Jeśli t-tylko...
„Pieprzone gówno! Te kajdanki nigdy nie zejdą", syczałem w głowie.
– Proszenie o wybaczenie wiele nie zmieni, Adriani - powiedziałem spokojnie.
– To przez ciebie ona zmarła sama! Byłbym z nią tam... powinienem być tam z nią, ale zamiast tego szukałem ciebie! Wszystko, co chciałem to, aby twoja pieprzona dupa luźno mnie odcięła i przestała mnie szukać! Myślałeś, że nie wiem? Nawet, jeśli nie byłeś w tym żałosnym policyjnym oddziale, starałeś się znaleźć drogę, aby się do mnie dobrać! Rudowłosa dziwka, która tam pracuje, upewniła się, że znałem każdy twój ruch - ryknął do mnie.
Victoria? Nie! Nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego.
William zaczął brać głębokie oddechy i powoli, powoli zaczął zakrywać mnie swoim ciałem. Adriani odepchnął go na bok i stanął ze mną twarzą w twarz. – Moje dziecko nie żyje i była sama przez ciebie!
– Co? - wyszeptał William. Cholera! Mówiłem mu, żeby się do niego nie odzywał. Adriani spojrzał na niego, a później z powrotem na mnie.
– Jednego dnia w szkole Celia zemdlała. Zabrali ją do szpitala i zadzwonili do mnie. Myślałem, że upadła i złamała sobie rękę albo coś małego. Zacząłem panikować, kiedy powiedzieli mi, żebym poszedł do ICU i poczekał na lekarza. Po chwili doktor poinformował mnie, że miała rozszerzone serce. Wszystko wokół mnie upadło, nie wiedziałem, co robić. Było to spowodowane przez kardiomiopatię i definitywnie potrzebowała przeszczepu, aby przetrwać. Została zapisana do Transplant Program i czekaliśmy na cud. Dzień po dniu, patrzyłem, jak moje dziecko marnieje i nie mogłem nic zrobić, aby to powstrzymać. Próbowałem przekupić ich, aby umieścili ją wyżej na liście. Obiecałem im miliony dolarów, ale nic nie wydawało się ich interesować. Nie mogłem przejść przez tę cholerną organizację. Nawet próbowałem dostać serce dla niej na czarnym rynku, ale byłem bezsilny. To było tak, jakby wszyscy zdecydowali się żyć, zamiast umierać. Pomimo gówna, przez które przechodziła, była takim wesołym i odważnym dzieckiem. - Dokończył i zaczął iść w kierunku okna.
– Możesz mi o niej więcej powiedzieć? - zapytał William. - Ja też byłem w inkubatorze. - Moja głowa odwróciła się, aby na niego spojrzeć i byłem zdziwiony widząc, że patrzył na mnie, zamiast na Adrianiego.
James odwrócił się i gdy spojrzał na niego, jego oczy zmiękły. – Moja córka kochała tańczyć. Nie balet, ani gówna takie jak to. Lubiła balowy taniec. Kiedy miała pięć lat, domagała się, abyśmy oboje uczestniczyli w zajęciach. Powiedziała, że byłem jej Czarującym Księciem i nigdy nie chciała tańczyć z innymi chłopcami...
Mówił przez długi czas, opowiadając nam historie o dziewczynce. Musieliśmy być w tym pomieszczeniu przynajmniej przez trzy godziny do tej pory, a te pieprzone kajdanki wciąż był wokół moich nadgarstków. Mały jęk, prawie niesłyszalny, opuścił moją pierś, gdy starałem się uwolnić moją rękę z luźnej kajdany. William musiał mnie usłyszeć, bo odwrócił się. Był zmęczony i blady. Szybko skierował wzrok na Jamesa, aby zobaczyć czy patrzył i wtedy zajrzał za moje plecy.
– Jest prawie poniżej twoich kostek - wyszeptał. - Jeszcze tylko trochę i gotowe - dokończył i uśmiechnął się. - Po prostu ściśnij palce razem i zejdą.
Uśmiechnąłem się. – Charlie dobrze cię wyszkolił - powiedziałem i oblizałem moje wargi. Byłem tak cholernie spragniony.
– Proszę pana? - Will zapytał głośno.
James odwrócił się i spojrzał na niego. – Mogę dać mu trochę wody. Jest spragniony. - Powiedział i ten skurwiel zaczął iść w jego kierunku. Cholera!
– Williamie, nie! - wyszeptałem.
– Nie. - Odpowiedział.
– Proszę, proszę pana. Jest ranny i spragniony – prosił Will.
– Powiedziałem nie! - odparł gniewnie.
– Proszę.
– Dobrze, jeśli to sprawi, że się zamkniesz. - Warknął.
William spojrzał na mnie przez chwilę, zanim ponownie się odezwał. – Tylko go nie zrań, dobrze?
– Nigdy bym tego nie zrobił - stwierdził. Gdy William zaczął iść w kierunku końca pomieszczenia do stołu zawierającego wodę i różne lekkie napoje, pochylił się i wyszeptał. - To oczywiście jest pieprzone kłamstwo. Zamierzam cię zabić, a później siebie. - Nie słuchałem go. Moje oczy były przyklejone do Williama, patrząc na jego każdy ruch.
– Jesteś miękki dla dziecka? - warknął mi James do ucha. Podniosłem głowę i spojrzałem na niego. Był tak cholernie martwy.
– To nie twój pieprzony interes. Zostaw go w spokoju! - syknąłem. - Niszczysz każde życie na swojej drodze.
– Zamknij się.
– Dlaczego. Prawda to suką, nieprawdaż?
– Zamknij się! - krzyczał.
Zacząłem się śmiać, ponieważ dostawałem się do niego. Wszystko, czego chciałem to, aby popełnił błąd. Jeśli przygniecie mnie do ziemi, może będzie to wystarczająca siła, aby uwolnić mnie z kajdanek.
– Żadne dziecko nie zasługuje na śmierć, James i przykro mi, że mała dziewczynka musiała cierpieć. Ale powinieneś być wdzięczny, że nie rosła wiedząc, jakiego ma gównianego ojca. - Powiedziałem i udało się. Głośno warknął, podniósł rękę i wyciągnął pistolet. Uderzył mnie prosto w twarz, rzucając mnie na ziemię.
– Nie! - krzyczał William. - Zostaw mojego t- zostaw go w spokoju! - warknął, upuszczając wodę, gdy biegł i cisnął się na Jamesa, wykopując mu pistolet z ręki.
– Will, nie! - wrzasnąłem, ale było za późno. Ten skurwiel podniósł go, jakby był piórkiem i rzucił nim w małą biblioteczkę. William wydał z siebie mrożący krew w żyłach krzyk i z impetem upadł na ziemię z tłuczonym szkłem oraz meblami upadającymi na niego.
Wszystko działo się tak szybko. Uwolniłem moją rękę z kajdanek, czując jak moja skóra się rozrywa, gdy ją puściłem. Podczołgałem się tam, gdzie był pistolet. Podniosłem go i strzeliłem skurwielowi w klatkę, który upadł na kolana, a poryw powietrza opuścił jego płuca. Moje serce biło dziko w klatce. Rzuciłem pistoletem i pobiegłem do Willa. Całą siłą jaką miałem, podniosłem meble z niego i pozwoliłem im opaść obok.
Ktoś w końcu wyłamał drzwi. Ludzie zaczęli wchodzić do pomieszczenia, ale nie zwracałem uwagi na żadnego z nich. William leżał na podłodze z zamkniętymi oczami.
– Edward? - usłyszałem Victorię.
Zwróciłem mój wzrok na nią. – Suko, teraz trzymaj się ode mnie z daleka, ale możesz być pewna, że ty i ja odbędziemy później rozmowę! - warknąłem. Stała się biała i odsunęła się kilka kroków.
Wróciłem do Williama, pomagając mu na każdy sposób, jaki tylko mogłem. Leżał na ziemi blady jak duch. – Will, słyszysz mnie? - pytałem.
Nie otrzymałem odpowiedzi. Rozerwałem jego koszulkę i zobaczyłem, że nosił talizman, który mu dałem. Przesunąłem go na bok i ujrzałem duże nacięcie wzdłuż jego klatki i kawałki szkła osadzone w jego ciele. Wypuściłem przyduszony szloch, ale wiedziałem, że nie powinienem dotykać szkoła. Dwóch medyków weszło do pomieszczenia. Jeden pobiegł w kierunku Adrianiego i uklęknął przy nim, a drugi podszedł do Williama. Zbadał skórę i obszar wokół szkła zanim je wyciągnął.
– Robert, potrzebuję pomocy! - krzyknął drugi medyk.
– Tutaj! – zwrócił się do mnie. - Uciskaj ranę, a ja zaraz wrócę! - wstał i odszedł.
Zrobiłem, jak mi polecono. – Williamie, proszę, dziecko otwórz oczy - powiedziałem.
Dusiłem się. Jedną ręką poluzowałem krawat i zacząłem odpinać moja kurtkę, po czym szybkim ruchem ją ściągnąłem. Spojrzałem na paramedyków, którzy robili CPR na tym dupku. Nie zasługiwałby żyć!
Gdy uciskałem klatkę Willa, zacząłem oczami sprawdzać jego wyeksponowane ciało, starając się znaleźć czy są tam jeszcze jakieś inne rany. Były zarysowania i zaraz nad jego klatką piersiową po lewej stronie, był duży siniak. Kurwa, nie było dobrze! Odciągnąłem tam delikatnie skórę, czując mocno powierzchnię. Bałem się, że może mieć wewnętrzne krwawienie. Spojrzałem na jego twarz i zobaczyłem, że jego powieki zaczęły trzepotać, i po chwili je otworzył.
– Tu jesteś - uśmiechnąłem się do niego, gdy nasze oczy się spotkały. Nie powiedział ani słowa. Czułem jak jego klatka trzęsie się pod moimi rękoma, a jego oczy wypełniają się łzami. - Wyzdrowiejesz, dzieciaku. Masz tylko małe nacięcie. Kilka szwów i będziesz w porządku jak nowy – powiedziałem w marnej próbuje uspokojenia go. Otworzył swoje usta, jakby miał coś powiedzieć, ale żaden dźwięk z nich nie wyszedł. - Cii, proszę nie mów. Tylko staraj się mieć otwarte oczy.
Zaczął szlochać i kilka kropli krwi wypłynęło z jego ust. Nie Boże, proszę!
– J- ja... - wyszeptał.
– Nie, nie, William, cicho - szeptałem zdesperowany. - Trzymaj otwarte oczy.
Mrugał leniwie, a łzy zaczęły płynąc w dół jego policzków. – J-ja... ko... - powiedział, ale nie zdążył skończyć. Jego oczy wywróciły się do tyłu i zamknęły.
– Nie! Nie! Nie! Will, zostań ze mną! Will - krzyczałem i zacząłem klepać lekko jego policzki. - Potrzebuję pieprzonego lekarza! - warknąłem. Ten skurwiel miał ich dwóch pracujących nad nim, gdy Will leżał na ziemi, wciąż sam.
Usiadłem nad nim i uciskałem jego ranę klatki, ledwo widziałem przez moje łzy. – Will, otwórz oczy - płakałem. - Dalej dzieciaku, nie zostawiaj mnie teraz.
Dwóch paramedyków pośpieszyło przez drzwi i przybiegło do nas. – Proszę pana, proszę się odsunąć. Mamy go już. - Powiedział jeden, a ja odszedłem na stronę.
– John muszę się połączyć i jedziemy. Święty Józef jest pełen. Który jest następny? - zapytał i wyciągnął rękę Willa, aby założyć IV.
– Northwester Memorial - mruknąłem. - Mój brat jest tam lekarzem.
– Dobrze - odparł drugi i podał ETA przez radio.
– Cholera! - powiedział. - Ma złamane żebra i jego śledziona prawdopodobnie jest pęknięta. Spójrz. - Dokończył i wyciągnął rękę Willa jeszcze bardziej.
Moje oczy spoczęły na jego żebrach, a kiedy spojrzałem na jego klatkę, powietrze opuściło moje płuca. Miał małe piętno zaraz pod pachą. Było bardzo małe, lekko brązowe w kształcie czegoś, co wyglądało jak abstrakcyjna chmura. Widziałem taki znak wcześniej... na prawym udzie Emmetta i u mnie... obok mojego pępka.
W tym momencie przypomniałem sobie, co powiedział mi kilka miesięcy temu, kiedy myślałem, że jego ojciec udaje, że on nie istnieje.
On nie udaje. Nie wie o moim istnieniu. Tak jest lepiej.
Nie! Nie mogło być... Jak?
– O mój Boże! - wyszeptałem i zacząłem się trząść. - Nie! To się nie dzieje! Nie!
– Jestem. Idź i przynieś nosze - nakazał paramedyk, gdy drugi wybiegł.
Po chwili był na noszach, wyjeżdżając na zewnątrz. Gdy wyszliśmy, Alice popędziła do nas, krzycząc imię Williama. Marcus biegł zaraz za nią.
– Alice - powiedziałem i spojrzała na mnie. - Marcus zawiezie cię do Northwestern, Emmett tam pracuje, dobrze? Zostanę z Willem i spotkamy się tam. Wyzdrowieje. - Dokończyłem, ona kiwnęła głową, płacząc histerycznie.
Gdy byliśmy na drodze, zadzwoniłem do Emmetta.
– Hej mały... - zaczął, ale mu przerwałem.
– Emmett, słuchaj mnie. Jadę karetką. William jest ranny! Proszę, czekaj na nas - powiedziałem szybko.
– Edward?
– Proszę, Emmett, potrzebuję dla niego kogoś, komu ufam, proszę - dławiłem się.
– Dobra, dobra. Uspokój się, będę tam. - Odparł i rozłączył się.
Przejechałem palcami po jego policzku i usunąłem pasmo jego włosów z oczu. Nigdy wcześniej w moim życiu nie czułem się tak przerażony.
Nastała cisza. – Dziwne - powiedział.
– Co?
– Przysięgłabym, że macie takie same oczy.
– N-nie, nie mamy. Mam oczy po mojej... cioci. Tak, cioci.
– Jezus! - wyszeptałem.
– O człowieku, nie włosy - narzekał.
Emmett złożył ręce na klatce. – Dlaczego?
– Ponieważ jest wojna pomiędzy moimi włosami i grzebieniem. Ta dwójka ze sobą nie współpracuje.
Opony karetki zapiszczały głośno, kiedy się zatrzymaliśmy. Zobaczyłem Emmetta stojącego przy wyjściu w fartuchu. Spojrzałem jeszcze raz na Williama, a drzwi otworzyły się. Brat zobaczył mnie i szybko podbiegł ze zmieszanym wyrazem twarzy. Zobaczył Willa na noszach i odwrócił głowę, żeby na mnie spojrzeć.
– Edwardzie, co się, do cholery, stało?
– Emmett, proszę, pomóż mu - błagałem, gdy oni wieźli Williama na ER.
– Edwardzie spójrz na mnie – nakazał. Moje oczy spotkały jego i wrota się otwarły. Łzy były nie do zatrzymania. - Kim jest ten dzieciak?
– On jest... synem B-Belli... Emmett - dusiłem się.
– O kurwa! – zawołał.
– Em... on jest moim synem - wyszeptałem i zatopiłem się w podłodze zaraz za ER.
1Jego serce
2Dziękuje Boże. Dziękuje.
