Miska z parującą, pachnącą majerankiem i bazylią zupą stanęła na prostym, pomalowanym czarną farbą stole. Siedzący przy nim czarnowłosy chłopiec niemalże od razu zabrał się do jedzenia, nie dbając o parzącą język temperaturę. Uśmiechnął się, czując w ustach smak imbiru i naci pietruszki, którymi doprawione było mięso. W krótkim czasie pochłonął większość posiłku, a nim skończył zaczął rozglądać się za dokładką.
Mako zerknął na Altana sponad blatu kuchennego, na którym przygotowywał jedzenie dla ich dwójki. Dotychczas jedno, obecnie dwa ciemne pudełka ozdobione motywami ognia były w stanie pomieścić znacznie więcej pożywienia, niż na to wyglądało. Obydwaj magowie ognia potrzebowali bardzo dużo jedzenia - Altan, ponieważ dorastał, natomiast Mako w czasie pracy zużywał mnóstwo energii podczas pogoni za przestępcami... oraz w czasie intensywnych treningów pod okiem samej Lin Beifong, które, szczerze przyznawszy, bardzo lubił.
Chłopiec poprosił go o jeszcze jedną porcję zupy. Z zadowoleniem widocznym w bursztynowych oczach, policjant podał mu wypełnioną gorącą zawartością miskę. Podczas gdy jadł, mężczyzna zwrócił się do niego.
-Jak było w szkole?
-Całkiem dobrze. Robiliśmy dzisiaj działania na ułamkach zwykłych!
Szkoła była jedną z tych rzeczy, które przez pewien czas nie pozwalały Mako zmrużyć oka. Dwa dni po tym, jak Altan wprowadził się do jego mieszkania, zdecydował się na zapisanie go do publicznej szkoły w jednej z północnych dzielnic Miasta Republiki. Jego przełożona pomogła mu dopełnić wszystkich formalności i jeszcze tego samego dnia zebrał potrzebne przyszłemu uczniowi rzeczy. Największy problem stanowiła możliwość braku akceptacji ze strony innych dzieci z klasy. Co prawda rok szkolny zaczął się zaledwie kilka dni wcześniej, a dzieciaki dopiero co zaczęły się poznawać, ale Mako nie był pewny, czy jego przybrany syn nie zostanie w jakiś sposób wykluczony z ich grona przez to, że nie jego prawdziwi rodzice nie żyją lub też że włada magią ognia, co wciąż zdarzało się w Mieście Republiki.
Na szczęście jego obawy nie potwierdziły się i już wkrótce Altan zakolegował się z większością swoich rówieśników. Nauka również nie szła mu najgorzej, gdyż mimo prawie roku nie chodzenia do szkoły bardzo szybko nadrobił swoje zaległości. Mako cieszył się z tego powodu, bo to oznaczało, że chłopiec poradzi sobie w przyszłości. Przez głowę przemknęła mu myśl, że pod tym względem bardzo się przypominali, chociaż w czasach swojej bezdomności, a potem początków Ognistych Fretek godziny, które powinien był przeznaczać na sen, poświęcał na naukę z książek, które wypożyczył w bibliotece publicznej. Dzięki samozaparciu udało mu się ukończyć Akademię Policyjną i jako jedyny mag ognia dołączyć do elitarnej jednostki utworzonej przez legendarną Toph Beifong.
Skończywszy przygotowywać śniadaniówki na następny dzień, detektyw przyjrzał się swojemu dziełu. Od dawna (czyli od momentu, w którym Bolin się wyprowadził) nie miał okazji do wykorzystania swojego już niemałego talentu kulinarnego, łączącego umiejętność tworzenia smakowitych rzeczy z niską ceną za wykorzystane produkty. Dumny ze swych małych dzieł odstawił je na półkę obok lodówki, by rankiem każdy z nich mógł je zabrać. Rozejrzał się również za składnikami potrzebnymi do zrobienia sernika na zimno. Z nową siłą zabrał się do pracy, pamiętając, by nie zapomnieć o dodaniu czerwonych owoców.
Pół godziny później pomagał przygotowanemu do snu Altanowi kończyć pracę domową w przystosowanym do jego potrzeb pokoju. Pracował nad nim przez cały wolny dzień, ale czuł, że wysiłek opłacił się. Według Opal pomieszczenie nadawało się na sypialnię oraz pracownię chłopca - wiedział, że może zaufać jej opinii, ponieważ wychowywała się z trzema braćmi i dokładnie obserwowała ich. Bolin przyznał rację swojej żonie, twierdząc, że gdyby był na miejscu Altana, z pewnością chciałby zamieszkać w takim miejscu. Pomalowane jasną farbą ściany odbijały rozchodzące się światło białej lampki, oświetlającej biurko z porozrzucanymi zeszytami. Po lewej stronie od okna stało przykryte bordowym kocem łóżko, tuż przy drzwiach ustawiono szeroką komodę na ubrania oraz zamontowano ręcznie stworzone półki na książki. Choć puste, wkrótce miały zapełnić się wieloma seriami.
Gdy ostatnie z zadań zostało odrobione, Mako przerwał ciszę. Oparł się o drewniany blat i zagadnął Altana.
-Pamiętasz, co robimy jutro po południu?
-Idziemy odwiedzić twojego brata, Bolina, i jego rodzinę- twarz chłopca zmarszczyła się nieznacznie. Po chwili jednak podniósł głowę i spytał: -Jaki on jest?
-Cóż... Bardzo lubi żartować, a uwielbia trzy rzeczy - Pabu, swoją fretkę, Opal i małą Toph. Sądzę, że polubisz ich wszystkich- powiedział, mierzwiąc niesforne włosy przybranego syna. Ruchem dłoni wskazał mu na łazienkę, przypominając o zbliżającej się porze snu.
W oczekiwaniu na jego powrót, policjant przygotował sobie herbatę i uśmiechnął się lekko do siebie znad kubka. Tak, był pewien, że Altan zaprzyjaźni się z jego bratem i szwagierką, choć miał również świadomość, że może to potrwać trochę czasu. On sam powoli, ale stale poznawał szczegóły z dotychczasowego życia chłopca, w zamian za niektóre fakty ze swojego życia. Ujawniał je ostrożnie i z obawą, bojąc się, by nie zniechęcić lub przestraszyć chłopca. Chciał, by czuł się on jak najlepiej w ich od niedawna wspólnym domu, ale... Wciąż bał się, że Altan może go znienawidzić za coś, a on nawet by nie wiedział, za co.
Nagle ktoś pociągnął go za rękaw.
-To co, opowiesz mi w końcu o finałowym meczu z Wilkotoperzami?
-Jasne- pozwolił, by ciepła dłoń chłopca poprowadziła go do pokoju. Usiedli we dwójkę na łóżku i, wśród śmiechu oraz zapachu kwiatów pomarańczy rosnących na parapecie, zaczęli rozmawiać.
Następnego dnia obydwaj magowie ognia stali przed drzwiami mieszkania kapitana Ognistych Fretek. Starszy z nich niósł w torbie pudełko z przygotowanym wcześniej ciastem, młodszy, wciąż z plecakiem na plecach, w drobnych dłoniach trzymał bukiet polnych kwiatów, które zerwał nieopodal budynku szkoły. Zarówno Altan, jak i Mako zdecydowani byli zrobić jak najlepsze wrażenie na Bolinie i Opal w nowych rolach.
Oczywiście cały misterny plan przestał obowiązywać w momencie, w którym magini powietrza otworzyła drzwi i z uśmiechem zaprosiła ich do środka. Chłopiec, mimo że lekko zdziwiony jej otwartością, podniósł dumnie głowę i wręczył kobiecie kwiaty. Mile zaskoczona tym gestem Opal podziękowała mu, zmierzwiła delikatnie czarne kosmyki na jego głowie i zawołała swojego męża, by przywitał przybyłych gości.
-Witaj braciszku- powiedział Bolin, uścisnąwszy serdecznie brata. -A to pewnie jest ten słynny Altan, o którym nam opowiadałeś!
-Dzień dobry panu- przywitał się Altan, niezbyt pewien, jak powinien się zachować.
Mag ziemi uniósł brwi do góry.
-Pan? Bez przesady, wystarczy, że będziesz mi mówił po imieniu. O ile ci to będzie, oczywiście, odpowiadało.
-Bolin, bardzo cię proszę, nie onieśmielaj go jeszcze bardziej...- jęknął Mako, na jego minę wszyscy, włącznie z chłopcem, roześmiali się.
-Ciszej trochę!- skarciła ich Opal, choć jej oczy wciąż błyszczały wesołością. -Mała śpi!
Jak najciszej weszli do środka i na palcach przeszli do wyłożonej zielonymi kafelkami kuchni. Tam zaczęli zastanawiać się, co mogliby przygotować, prócz ciasta, na podwieczorek. Ostatecznie wybrali sałatkę owocową, ale okazało się, że brakowało potrzebnych składników. Po chwili namysłu Opal zdecydowała, że Bolin i Mako udadzą się na targ, zaś ona i Altan zostaną i przygotują stół.
Mag ognia niechętnie zgodził się zostawić podopiecznego. Ufał swojej szwagierce, ale mimo to bał się, że pod jego krótką nieobecność może stać się coś złego. Od czasu wprowadzenia się chłopca do domu byłby to pierwszy raz, kiedy zostawiłby go samego na jakiś czas. Opal położyła mu dłoń na ramieniu, po czym popatrzyła głęboko w oczy. W mgnieniu oka cały stres go opuścił, pozostało jedynie błogie uczucie spokoju. Przyszło mu do głowy, że Nomadowie Powietrza, do których przecież młoda kobieta należała, nauczyli się radzić sobie z takimi sytuacjami, a swoją wiedzą pomagali innym.
Bracia wyszli więc z domu i skierowali się ku targowisku oddalonemu o kilka przecznic na wschód, w kierunku zatoki Yue. Już z daleka mogli poczuć niesione przez wiatr zapachy ze straganów, ich puste żołądki zareagowały niemalże natychmiast. Przyspieszyli kroku, chcąc jak najszybciej zrobić zakupy i wrócić do mieszkania, by tam uporać się z głodem.
Przypadek sprawił, że przy tym samym straganie, przy którym kupowali jabłka, znalazła się Asami. Stojąca na czele Zakładów Przyszłości dziedziczka fortuny Sato jak zwykle wyglądała olśniewająco, sprawiając, że temperatura wokół momentalnie potrafiła wzrosnąć. Przyjaciele, zobaczywszy się po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, natychmiast padli sobie w ramiona, nie zważając na obserwujących ich ludzi, którzy jednak po chwili wrócili do swoich zajęć, gdyż nieoczekiwane spotkania nader często zdarzały się w tym miejscu. Mako uśmiechnął się do przyjaciółki, trzymającej w dłoniach wiklinowy kosz.
-Jesteś na zakupach?
-Postanowiłam zrobić sobie chwilę przerwy w pracy. Nawet nie wiecie, jak gorąco się ostatnio zrobiło w zarządzie... Ale, ale! Czemu pytacie o mnie, skoro ja nic nie wiem o tym, co się u was działo?
Przez parę sekund panowała cisza, w czasie której cała trójka zastanawiała się, co powinni zrobić.
-A może skończysz z nami zakupy i pójdziesz na kolację? Mako upiekł ciasto, więc będzie co jeść przy rozmowie.
-Z chęcią skorzystam z propozycji- uśmiechnęła się czarnowłosa kobieta, wskazując na innego sprzedawcę.
Wspólnie wybrali owoce i ruszyli z powrotem do mieszkania Bolina. Jeszcze zanim doszli do drzwi usłyszeli śmiechy oraz gaworzenie, dlatego czym prędzej wspięli się po schodach, by dowiedzieć się, z czego znajdujące się wewnątrz osoby mają uciechę. Przyczyna okazała się prosta - maleńka Toph była zachwycona unoszeniem się w powietrzu, otoczona przez ogniki. Altan i Opal siedzieli na podłodze, zabawiając dziecko, świetnie się przy tym bawiąc.
Asami przywitała się z Opal, po czym kucnęła przy dziewczynce i złapała ją, gdy pęd powietrza nieco zelżał.
-Cześć śliczna, dawno się nie widziałyśmy!- zaczęła, nic nie robiąc sobie z tego, że dziecko zainteresowało się jej długimi włosami. W chwilę później zwróciła się w stronę maszerującego ku opiekunowi chłopca. -Pozwól mi, że się przedstawię, Altanie. Jestem Asami Sato, kilka lat temu spędzałam całe dnie z Korrą, Bolinem i Mako na zwalczaniu zła.
-Wiem- odparł natychmiast młody mag. -Opowiedział mi o wszystkich waszych przygodach, które przeżyliście z Avatar Korrą.
-Nie chciałbym wam przeszkadzać- wtrącił Bolin -ale czy nie byliśmy przypadkiem głodni?
Odpowiedział mu wybuch śmiechu, lecz zaraz potem Asami, Mako i Altan zanieśli produkty do kuchni, by tam zacząć przygotowania. Po umyciu i pokrojeniu owoców wymieszali je w przezroczystych miskach, każdy dodał to, co najbardziej lubił. Doszli jednak do wniosku, że sama sałatka i ciasto nie wystarczą, toteż w oka mgnieniu postanowili przygotować prawdziwą ucztę dla oczu i brzucha. Wyciągnęli zapasy z lodówki (Opal dała im specjalne pozwolenie) i rozłożyli ogromną ilość mięsa, serów i pieczywa na prostym, białym stole.
Wśród niekończących się rozmów i śmiechów zasiedli do kolacji. Dawni towarzysze walk mieli sobie mnóstwo do powiedzenia, żadne z nich nie wiedziało, kto powinien zacząć. Postanowili więc mówić po kolei, zaczynali Opal i Bolin, będący gospodarzami. Opowiedzieli najnowsze nowinki od Nomadów Powietrza oraz zapowiedzieli zaplanowany za trzy miesiące mecz, z którego dochód zostanie przeznaczony na cele charytatywne. Plany wyglądały następująco: dawny skład Ognistych Fretek przeciwko Wilkotoperzom, by raz na zawsze rozstrzygnąć, która z drużyn jest lepsza. Tym razem jednak nazwiska sędziów mieliby poznać dopiero w chwili rozpoczęcia meczu, aby uniknąć przekupstwa, jak to się stało za ostatnim razem. Jednocześnie zasady mogłyby zostać wyjątkowo zmienione, aby zebrać większą publiczność. Chociaż założyli zespół muzyczny i zrezygnowali z promagii, Wilkotoperze z ochotą zaakceptowali propozycję. Pozostało jeszcze poprosić Korrę o wzięcie udziału w imprezie... jedyny problem stanowił fakt, że nie wiadomo było, czy jej obowiązki Avatara nie uniemożliwią jej uczestniczenia w meczu.
Na przemian z Altanem Mako zaczął mówić o codziennym życiu Miasta Republiki, widzianym z perspektywy ucznia i policjanta. Chłopiec opowiedział, jak wyglądała edukacja w szkole przystosowanej zarówno dla osób z magią, jak i tych pozbawionych niej. Choć lekcje wyglądały podobnie, niemagiczne dzieci wybierały sporty, które chciały uprawiać, zaś młodzi magowie połowę czasu poświęconego na zajęcia wychowania fizycznego spędzali na podstawowej nauce tkania żywiołów. Dla zdecydowanej większości uczniów były to pierwsze kroki z sztuce magicznej, ale zdarzały się wyjątki, wśród których znajdował się i on. Musiał jednak przyswoić sobie całą wiedzę teoretyczną, której nie posiadał. Mako natomiast w kilku zdaniach streścił obecne działania policji. Służba porządkowa miasta była w trakcie namierzania odrodzonej Triady Trzech Gróźb. Po kilku latach wszystkie triady usiłowały powrócić na ulice miasta, ale tylko Trzem Groźbom udała się ta sztuka. Dotychczas działania policji na wiele się zdawały, ale Mako wierzył, że wkrótce to się zmieni.
Asami zaś opowiedziała o kolejnym projekcie, nad którym pracowała. Po sukcesie strojów do latania wśród magów powietrza, kobieta postanowiła ułatwić transport również magom ognia. Zaprojektowała prostą konstrukcję na wzór latawca, wykonaną z lekkich lecz ognioodpornych materiałów, która unosiła się dzięki ogrzanemu przez ogień powietrzu. Latawiec był oczywiście wciąż w fazie testów, ale po przemyśleniu sprawy właścicielka fabryki zdecydowała, że, oczywiście jeśli będzie chciał, policjant będzie pierwszą osobą, która wypróbuje konstrukcję. Jeśli latawiec mu się spodoba (a także przetrwa przy styczności z potężnymi płomieniami), po wprowadzeniu poprawek i udoskonaleń zaproponowanych przez policjanta zostanie opatentowany.
Mężczyzna uśmiechnął się.
-Naprawdę mógłbym?
-Oczywiście, że tak. Ufam ci i wiem, że mogę polegać na twojej opinii.
Wreszcie przyszedł czas na deser. Mako przyniósł z kuchni salaterki oraz sernik, który został pokrojony na dziesięć równych części, pięć dodatkowych było przeznaczonych na dokładkę. Spośród zgromadzonych nie było osoby, która nie porwałaby z apetytem swojej porcji. Słodka masa twarogowa na kruchych herbatnikach rozpływała się w ustach, a kwaskowate jagody, coraz rzadsze pod koniec lata, idealnie kontrastowały się ze smakiem sera.
Przez kilka minut oklaskiwano talent kulinarny Mako, na co on tylko wzruszył ramionami. Bolin zapytał go szeptem, czy nie upichciłby czegoś na rocznicę jego ślubu z Opal, ale usłyszała go i wymierzyła mu kuksańca w żebra. Chichocząc, Asami stwierdziła, że mag ziemi sam mógłby nauczyć się gotować, a nie prosić brata. W końcu to nie był ślub policjanta, tylko jego.
Wkrótce jednak nadszedł czas, by wszyscy wrócili do domów. Jako pierwsza pożegnała się Asami, prosząc jednocześnie przyjaciela o przyjście w ciągu najbliższego tygodnia do jej biura w Zakładach Przyszłości po prototyp latawca. Uścisnęła wszystkich serdecznie, pogłaskała zasypiającą w ramionach matki Toph i wyszła z mieszkania, zadzwoniwszy wcześniej po służbowy Satomobil. Niewiele później do wyjścia zebrali się Altan i Mako, którzy choć mieli wolne, byli zmęczeni po całym dniu pracy. Obiecawszy wizytę w najbliższym czasie, spokojnym krokiem udali się do domu.
W oddali zamajczyła arena promagiczna, kiedy w ciszy zapadającego zmierzchu odezwał się Mako. Opal powiedziała mu, że w czasie, gdy on i Bolin byli na targu, ona odbyła rozmowę z Altanem. Spodziewał się tego, nie miał jednak pojęcia, z jakiego powodu zarówno jego przybrany syn jak i szwagierka uśmiechali się do siebie tajemniczo.
-I jak było?- zapytał.
-Oni wszyscy są tacy mili?
-To ich cecha wspólna. Opal jest łagodna, Bolin uwielbia się śmiać, a Asami stanowcza, ale jednocześnie bardzo kobieca. Właśnie... co robiłeś z Opal? Słyszałem, że świetnie się bawiliście.
-Na początku rozmawialiśmy. I to dużo. A potem Toph obudziła się, więc zaczęliśmy ją zabawiać. Spodobało jej się, a my nie mogliśmy przestać się śmiać z jej min- chłopiec mówił o wszystkim bardzo dokładnie, co rusz dodawał nowe szczegóły.
-O czym rozmawialiście, jeśli mogę spytać?
Altan spojrzał na niego z błyskiem w oku.
-To tajemnica.
Nim odkrył tajemnicę ukrywaną przez Altana i Opal, jesień na dobre zagościła w Mieście Republiki. Drzewa powoli zaczęły zmieniać swe zielone liście, a temperatura spadała z każdym dniem. Któregoś ranka Mako zauważył szron na oknach mieszkania. Ucieszył się, widząc maleńkie gwiazdki zdobiące szyby. Przypominały mu o oczach Korry, gdy patrzyła wieczorem na spadający z nieba śnieg.
Zgodnie z obietnicą, po dwóch dniach wolnych poszedł do głównej siedziby Zakładów Przyszłości, skąd odebrał latawiec do przetestowania. Gdy tylko wyszedł z biura, rozłożył go i nałożył na plecy, po czym ostrożnie zapalił ogień w wyznaczonej do tego przestrzeni. Upewniwszy się, że szalik jest dobrze zawinięty wokół jego szyi, zaczął biec, a po przebiegnięciu kilkunastu metrów wzniósł się w powietrze, odbijając się od ziemi dzięki magii ognia. Z początku czuł się nieswojo, nie panował nad kierunkiem lotu, lecz wkrótce opanował kierowanie konstrukcją i zaśmiał się głośno. Choć latawiec nie zastąpi mu ujeżdżania ognia, wielu magów mogło skorzystać z tej konstrukcji i poczuć to niesamowite, trudne do opisania uczucie, pojawiające się zawsze, gdy wzbija się w niebo.
W dniu, w którym zagadka uśmiechu przybranego syna rozwiązała się, Mako od samego rana musiał wykonywać znienawidzoną papierkową robotę. Mimo iż siedział przy biurku już od kilku godzin, stos dokumentów zdawał się wcale nie zmniejszać. Mężczyzna był potwornie znużony i zmęczony, marzył, by komendant Lin zarządziła codzienny trening. Nic jednak nie wskazywało na to, że magini metalu pojawi się w polu widzenia.
Wypełnił kolejny formularz, tym razem dotyczący zaopatrzenia policji w nowe zbroje. Na wykonanie stroju dla niego potrzebny był nieco inny kwit, bo chociaż należał do jednostki, był także magiem ognia, a przez to musiała być ona lżejsza i bardziej odporna na wysokie temperatury. Ten formularz także odnalazł i wpisał do niego dane.
Zerknął na zegar i zorientował się, że przegapił przerwę obiadową. Narzekając pod nosem, wyciągnął z plecaka swój posiłek. Przygotowany poprzedniego wieczoru ryż z konfiturą jabłkową i cynamonem samym swoim wyglądem zachęcał do jedzenia. Powoli wziął łyżkę do ust i zaczął jeść, skupiając się całkowicie na obiedzie. Skupiony na dokumentach ignorował swój domagający się pożywienia żołądek.
Nagle usłyszał dobiegający z korytarza głos. Schował więc obiad i czekał na jednego z pracujących na zmianie policjantów. Szybkim krokiem podszedł on do maga ognia.
-Mako, telefon do ciebie. Mówią, że to bardzo ważne.
-Już idę.
Przez kilka sekund, które zajęło mu dojście do aparatury, zastanawiał się, o co mogło chodzić. Nie spodziewał się, że dzwonił Bolin lub Opal, nie podejrzewał także o to Korry (szczerze przyznawszy bardzo chciał usłyszeć jej głos). Podniósł słuchawkę.
Ku jego zdziwieniu, odezwał się dziecięcy głos.
-Altan, co się stało?
-Mógłbyś przyjść teraz do szkoły?
Zdumiał się, słysząc tę prośbę.
-Czy coś się stało?- zapytał jeszcze raz, czując czający się w głębi niepokój.
-Po prostu przyjdź.
Gdy połączenie zostało zakończone, Mako nie potrzebował wiele czasu na podjęcie decyzji. Doskoczył do swojego biurka, wrzucił rzeczy do plecaka, porwał latawiec, a nałożywszy policyjną kurtkę, niczym burza ruszył ku drzwiom. Niemalże wpadł na swoją przełożoną, która właśnie miała zabrać część sali na trening. Zaskoczona jego zachowaniem zdążyła tylko zapytać, co jest przyczyną tego nagłego wyjścia.
-Muszę iść do syna!- krzyknął przez ramię. Kobieta pokręciła głową, ale puściła go.
Wbiegł na najwyższe piętro komendy policji. Zeskoczył z dachu, by w następnej chwili wznieść się wysoko w niebo. Wykonawczy jedno kółko kontrolne, skręcił w lekko na wschód, w kierunku głównej biblioteki. W jej pobliżu znajdowała się szkoła, do której zapisał Altana. Choć placówki publiczne wciąż były rzadkością, istniały w coraz większej ilości miejsc. Problem stanowił fakt, iż tylko w tej jednej szkole prowadzono zajęcia z posługiwania się magią żywiołów.
Lot pozwolił mu zebrać myśli i odetchnąć po godzinach spędzonych na wypełnianiu formularzy. Słysząc prośbę o udanie się do szkoły, zaczął zastanawiać się, co było tego przyczyną. Natychmiast wykluczył ewentualny atak na placówkę, nie sądził też, że miedzy jego synem a innymi uczniami doszło do kłótni. Znał chłopca na tyle dobrze, że wiedział, iż nie miał on tego w naturze. W tej sytuacji jedyną opcją wydała się jego kontuzja na treningu magii ognia.
Przyspieszył, odpędzając ciemne myśli. Później będzie miał czas na zastanawianie się, najważniejszą rzeczą w tamtej chwili było dotarcie na miejsce. Dostrzegłszy zarys budynku na ziemi, skierował dziób latawca w dół. Szybciej niż powinien obniżał wysokość lotu, ale nie przeszkodziło mu to w żadnym razie w bezpiecznym wylądowaniu tuż przed drzwiami szkoły. Jednym, sprawnym ruchem złożył latawiec, a przerzuciwszy go przez ramię wbiegł po schodach do portierni. Dotychczas zwiedzał budynek szkolny trzy razy - raz w dniu zapisu Altana, pozostałe dwa przy okazji wywiadówek, na które przychodził raz w miesiącu. Wiedział, w którą stronę powinien pójść, aby dotrzeć do klasy syna. W biegu pokonywał po kilka stopni na raz, by znaleźć się tam jak najszybciej.
Dosłownie wpadł przez otwarte drzwi do sali. Ku jego zaskoczeniu, rozległy się... oklaski. Lekko zdezorientowany rozejrzał się po pomieszczeniu. W szkolnych ławkach siedzieli uczniowie, natomiast dookoła nich stali ich ojcowie. Magowie i niemagowie, ludzie odmiennych narodowości, poglądów i zawodów, ich wszystkich łączyła miłość do swoich dzieci. W tej samej chwili przypomniał sobie, że w sekretariacie ktoś o czymś podobnym wspominał...
Wychowawczyni klasy przywitała się z nim.
-Przyszedł pan w samą porę, właśnie miała przyjść kolej Altana.
-Kolej na co?- zapytał szeptem, chcąc upewnić się swoich podejrzeń.
-Na opowiedzenie o swoim ojcu, rzecz jasna- nauczycielka uśmiechnęła się.
Poprosiła czarnowłosego chłopca, by wyszedł na środek. Altan w kilku słowach przedstawił swojego opiekuna, który przez te kilka sekund zdążył odzyskać pozorny spokój i równowagę. Następnie to on zaczął mówić - słowa same przychodziły do niego, nie musiał się więc o wiele martwić. Opowiedział o pracy policjanta-detektywa, o niebezpieczeństwach związanych z poszukiwaniem przestępców oraz, co przykuło uwagę wszystkich zgromadzonych, podróżowaniu z Avatar. Przypomniał o składzie drużyny Avatar Korry, w której znajdowali się zarówno magowie, jak i ci, którzy magii nie posiadali, i jakich czynów dokonali.
Wkrótce zaczęły się pytania. Nie tylko dzieci, lecz również dorośli chcieli wiedzieć więcej na wspomniane przez Mako tematy. Kiedy padło pytanie, jakim cudem udało mu się dostać do elitarnej jednostki, do której należeli wyłącznie magowie metalu, jedynie uśmiechnął się i powiedział, że był bardzo uparty i ciężko na wszystko pracował. Kolejne pytania odnosiły się do jego dawnej działalności jako gracza promagii, ktoś zapytał nawet, czy nie mógłby w przyszłości zorganizować wycieczki na arenę. Roześmiał się, ale stwierdził, że byłoby to możliwe.
Okazało się, że wszyscy uczniowie opowiedzieli już o swoich ojcach. Lekcje zakończyły się więc wcześniej niż planowano, więc rodzice i ich dzieci zaczęli zbierać się do wyjścia. Nauczycielka żegnała się z wszystkimi po kolei, a gdy doszła do Mako i Altana, uścisnęła dłoń policjanta i pochyliła się nad chłopcem. Zniżyła głos, lecz mimo to dzięki wyostrzonemu zmysłowi słuchu Mako usłyszał ich krótką rozmowę.
-Masz niezwykłego tatę.
-Wiem o tym- odpowiedział chłopiec.
Przez całą drogę powrotną mag ognia nie mógł przestać myśleć o tym, co usłyszał. Czy może też tylko wydawało mu się? Nie, Altan rzeczywiście przytaknął swojej wychowawczyni. Co więcej, mówił o nim jak o swoim ojcu. Poczuł przypływ nagłej radości, która wypełniła go od środka. Chłopiec najwyraźniej przyzwyczaił się już do jego obecności i zaakceptował go jako opiekuna.
-Jesteś na mnie zły?- usłyszał znienacka, gdy dochodzili już do mieszkania.
-A z jakiego powodu miałbym być?
-Bo... Wyciągnąłem cię z pracy- wymamrotał, choć Mako wiedział, że to nie to było przyczyną.
-To żaden problem, szczerze mówiąc, powinienem ci za to podziękować. Nie zniósłbym kolejnej godziny wypisywania tych formularzy- zaśmiał się, jednocześnie bacznie obserwując zachowanie przybranego syna.
Oczy chłopca spochmurniały. Zatrzymał się na środku chodnika i spuścił głowę. Zaniepokojony Mako odwrócił się, następnie kucnął, by spojrzeć dziecku z twarz. Chłopiec wbił wzrok w ziemię i wyglądało na to, że nie za bardzo chciał wyjawić, co go dręczyło. Mężczyzna dobrze znał ten wzrok - widział go u swojego brata, oraz, w przeważającej większości, w odbiciu lustra.
Westchnął cicho, przygryzając wargę.
-Nie chciałeś, żebym to ja był w szkole, prawda?- zapytał szeptem, jak gdyby mówił sam do siebie.
-N-niezupełnie.
-To o co chodzi?
Walcząc ze zbierającymi się w oczach łzami, chłopiec wziął wdech.
-Ja... polubiłem cię, Mako. Jako jedyny chciałeś się mną zaopiekować, kiedy nikt mnie nie chciał. Chociaż mnie nie znałeś, pomogłeś mi, gdy najbardziej tego potrzebowałem. Dałeś mi prawdziwy dom... I to dlatego dzisiaj chciałem, żebyś przyszedł do szkoły. Nawet jeśli nigdy... przenigdy... nie zastąpisz mojego prawdziwego taty... to...!
Niespodziewanie Altan poczuł, jak mag ognia objął go swymi silnymi ramionami. Wolny od swoich obaw i niepewności chłopiec po raz pierwszy od bardzo dawna zapłakał. Przytulił się mocniej do mężczyzny, który uśmiechał się łagodnie i szeptał słowa ukojenia, tak bardzo mu potrzebnych. Nie czuł się już samotny, miał kogoś, komu mógł zaufać, kto go nigdy nie zawiedzie, nie opuści, i kto go kochał jak własne dziecko.
Po jakimś czasie Mako rozluźnił uścisk. Wyprostował się, rozczochrał delikatnie włosy Altana i złapał za rękę.
-To co, idziemy do domu?- zapytał, czekając na odpowiedź.
-Dobrze, tato- odpowiedział Altan, odwzajemniając uścisk.
Na prośbę swojej właścicielki, Naga zatrzymała się pod blokiem. Korra zsiadła z niedźwiedziopsa, jednocześnie nakazując suczce czekać na nią pod drzwiami. Przewiesiła przez ramię torbę, poprawiła włosy i beztroskim krokiem zaczęła wspinać się po schodach.
Ucieszyła się, kiedy Bolin zaprosił ją na mecz charytatywny. Miała nadzieję raz na zawsze udowodnić Tahno, kto jest mistrzem promagii - nie Wilkotoperze, lecz Ogniste Fretki, uczciwość ponad przekupstwem i zastraszeniem. Chociaż Wilkotoperze obecnie tworzyli kapelę muzyczną, wciąż świetnie walczyli i okazjonalnie zdarzało im się organizować pokazy. Była zaskoczona, jak bardzo brakowało jej ogromnych emocji towarzyszącym każdemu spotkaniu, obecności przyjaciół na arenie, wspólnych treningów, kończących się niejednokrotnie mniejszymi lub większymi kontuzjami.
Do Miasta Republiki wróciła na kilka tygodni przed meczem, by móc należycie przygotować się do niego. Liście spadły już z drzew, a ziemia powoli zamierała. W połowie drogi zauważyła, że z nieba zaczął padać śnieg. Wiedziała, że nie było wystarczająco zimno, by się utrzymał, lecz w tamtej chwili przypomniała sobie pierwszą zimę, którą spędziła w mieście. Część wspomnień nie była piękna, wręcz przeciwnie, ale Korra dawna już nauczyła się, że każdy element przeszłości jest ważny i uczynił ją tą osobą, którą była dzisiaj.
Na początku udała się do Zakładów Przyszłości, aby złożyć wizytę Asami. Kobieta uściskała ją, a następnie zaprosiła ją do kawiarni, gdzie niegdyś przychodziła cała drużyna Avatara. Przy cieście czekoladowym (uparła się, by takie zamówić, co dziedziczka fortuny skomentowała salwą śmiechu) oraz ulubionych napojach rozmawiały o wydarzeniach ostatnich kilku miesięcy. W ten sposób Korra dowiedziała się, że Toph zaczęła wykazywać pierwsze zdolności maga ziemi, a także o najnowszym projekcie latawca dla magów ognia. Po południu zrobiła niespodziankę Opal i Bolinowi, który, choć miał iść zrobić zakupy, zaraz z nich zrezygnował. Po raz pierwszy od wielu miesięcy zobaczyła córkę przyjaciół - ostatni raz widziała ją niedługo po jej narodzinach, kiedy tylko dla niej przerwała podróż do Narodu Ognia. Zauważyła, że dziecko ma oczy łudząco podobne do oczu swojej imienniczki.
Szczerze przyznawszy, Korra, jak każdy człowiek, chciała mieć odrobinę czasu dla siebie. Przez ostatni rok podróżowała po całym świecie, rozwiązując konflikty i prowadząc spotkania na najwyższych szczeblach. Uznała, że ma prawo do wzięcia swego rodzaju urlopu, a nawet jeśli coś się wydarzy, wszyscy będą wiedzieć, gdzie powinni jej szukać. Miasto Republiki było obecnie najlepiej skomunikowanym miejscem.
Zatrzymała się przed drzwiami mieszkania Mako, niepewna, czy powinna zadzwonić. Stwierdziła jednak, że mag ognia zawsze wyczuwał jej obecność, toteż nie było potrzeby informowania go o tym. Poza tym, chciała zrobić mu miłą niespodziankę. Ostatnio widzieli się ponad rok temu, na ślubie Bolina. Spędzili wtedy razem całą noc, tańcząc i rozmawiając. Tęskniła za jego obecnością, tak jak on za nią. W dniu, w którym się ostatecznie rozstali, obydwoje mówili prawdę, że nigdy nie przestaną się kochać. Asami była dla niej najbliższą, najdroższą przyjaciółką pod słońcem, która była przy niej zawsze, gdy tego potrzebowała. Jednak to Mako dawno temu oddała swoje serce, lecz nie wiedziała, czy gdyby spróbowali jeszcze raz, udałoby im się. Skrycie marzyła, by cofnąć czas do dnia, w którym ostatecznie ze sobą zerwali, żeby to nigdy się nie wydarzyło. Dawno już przestała wierzyć w swe słowa, że nie jest im przeznaczone być razem.
Drzwi okazały się nie być zamknięte, więc po zapukaniu do nich Korra weszła do mieszkania. Wszystko wyglądało tak, jak zapamiętała - krótki korytarz pomalowany białą farbą, ciemne panele prowadzącego do dużego salonu, jasnej, przytulnej kuchni, dawnego pokoju Bolina, stalowych schodów prowadzących na oszklone poddasze i do ukrytej sypialni Mako. Stojące przy szafce pary butów świadczyły o tym, że właściciel domu jest w środku.
Zaraz...
Pary butów?!
Myśli Korry zaczęły pędzić jak oszalałe, gdy zwróciła na to uwagę. Obok wypastowanych, policyjnych butów Mako stała mniejsze, choć tak bardzo podobne obuwie. Na wieszaku zaś wisiały dwie kurtki: jedna, większa, należąca do służb mundurowych, druga, mniejsza, z motywami ognia na rękawach. Nagle przypomniała sobie chichoty Asami, Opal i Bolina, kiedy mówili jej, by odwiedziła swojego byłego chłopaka. Czy one oznaczały, że...
I w tej samej chwili z najbliższego pomieszczenia wyszedł chłopiec, wyglądający na nie więcej niż dziewięć lat. Przez moment zdawało się Korze, że widzi młodszą wersję Mako, tę, którą znała ze zdjęć, lecz zaraz zauważyła drobne różnice. Największą z nich stanowiły jego oczy, przypominające swą barwą nie drogocenne bursztyny, lecz płynne złoto.
-Tato... Pani Avatar przyszła w odwiedziny.
Tata.
To jedno słowo wystarczyło, by po raz pierwszy w swym dwudziestotrzyletnim życiu Avatar Korra, mistrzyni czterech żywiołów, nieustraszona wojowniczka, zemdlała.
