Dźwięki docierały do niej stłumione i z opóźnieniem. Powoli uchyliła powieki, pozwalając, by oczy na powrót przyzwyczaiły się do światła.
-...ra? Korro, słyszysz mnie?- rozpoznała głos Mako. -Dzięki Agniemu, już się bałem, że coś ci się stało...
Spostrzegła, że leży na wygodnej kanapie, przykryta miękkim kocem. Podparła się na łokciach, by rozejrzeć się. Naprzeciwko niej, przy szklanym stoliku do kawy, siedzieli młody mężczyzna i chłopiec, wyglądający jak jego sobowtór. Obydwaj mieli tak samo ciemne, rozczochrane włosy i skupiony wyraz twarzy, a nawet ich ubrania były nadzwyczaj podobne.
-Co się stało?
-Nie pamiętasz?- zmarszczył brwi. -Zemdlałaś tuż po wejściu do środka. Całe szczęście Altan zawołał mnie, dlatego zdążyłem cię złapać, nim upadłaś. Teoretycznie straciłaś świadomość tylko na parę minut, ale...- nie dokończył. Najwyraźniej doszedł do wniosku, iż nie była to odpowiednia pora na wyznania.
-Pani niedźwiedziopies został już nakarmiony. Tata powiedział, że gdy się pani obudzi, wprowadzimy Nagę do mieszkania- słysząc poważny ton chłopca, Korra nie mogła się nie uśmiechnąć.
-Jestem Korra, a nie żadna "pani"! Moi przyjaciele mówią do mnie po imieniu.
-O-okej- dorośli zaśmiali się, widząc minę dziecka.
Czując się o wiele lepiej niż kilka chwil wcześniej, Korra usiadła na kanapie. Jej wzrok nieświadomie powędrował ku smukłym dłoniom Mako, przeczesującym czarne włosy Altana, które, co zdarzało się wyjątkowo rzadko, nie były skryte pod rękawiczkami. Równocześnie zwróciła uwagę na matowe, białe ślady na szarej koszuli oraz na twarzy mężczyzny, sugerujące niedawną pracę w kuchni. Jej przypuszczenia potwierdziły się, kiedy poczuła dochodzący z sąsiedniego pomieszczenia słodki zapach naleśników z czerwonymi jabłkami, przywiezionych od rodziny mieszkającej w Ba Sing Se. Gdy rozległo się donośne burczenie w brzuchu, Avatar uświadomiła sobie, że poza kawałkiem ciasta w kawiarni, od rana nie miała nic w ustach.
Nim Korra zdążyła cokolwiek zrobić, Mako już poprosił syna, by umył ręcę, a następnie przyniósł talerze i sztućce do salonu; sam zaś ruszył do kuchni, przygotować resztę kolacji. Chcąc wykorzystać ten krótki czas na rozmowę, młoda kobieta poszła za nim. Zaproponowała, że może kroić owoce do ciasta naleśnikowego.
-Widzę, że założyłeś rodzinę- powiedziała, przerywając monotonię głosów skwierczącego na patelni oleju i ślizgającego się po desce noża.
-Nie było to do końca planowane z mojej strony, ale tak- odpowiedział. -Altan jest bardzo zdolnym chłopcem, myślę, że byłby świetnym zawodnikiem promagii.
-Odziedziczył to po ojcu- słowa wypłynęły z ust Korry, zanim pomyślała, co chce przez to powiedzieć.
Przez trwający wieczność moment Mako nie był w stanie wydusić z siebie żadnej odpowiedzi. Dopiero zapach przypalającego się naleśnika wyciągnął go z tego nietypowego odrętwienia i zamyślenia. Odwrócił go, a gdy upewnił się, że się nie zwęgli do reszty (wszystko, co się nie udało, zawsze zjadał), zwrócił powoli swoje bursztynowe oczy ku młodej kobiecie.
-Czy ty myślałaś... że ja...- niemalże jednocześnie na twarze obydwojga wstąpił rumieniec, zdradzający treść niewypowiedzianego pytania.
-Skądże!- pisnęła Korra, przerażona obrotem spraw. -Więc... ale... ty nigdy nie...?
-Agni, dodaj mi sił!- wyszeptał, kręcąc głową. Rozpaczliwe próby zachowania kamiennej twarzy nie powiodły się. -Jak myślisz, ile ten chłopiec ma lat?
-No... osiem? Dziewięć?
-W lipcu skończy dziewięć. Nie może być moim prawdziwym synem, bo gdy się urodził, miałem piętnaście lat i młodszego brata na wychowaniu!- choć mówił stosunkowo neutralnym tonem, dziewczyna mogła zauważyć zdenerwowanie w jego mniej zgrabnych niż dotychczas ruchach.
Ku swojemu zdumieniu, słysząc te słowa Korra poczuła ogromną ulgę. Przyznała, że palnęła głupstwo, ale swój nietakt zaczęła tłumaczyć wielkim głodem, który przyćmił jej umysł i utrudniał jasne myślenie. W odpowiedzi Mako pokręcił głową z łagodnym uśmiechem wstępującym na twarz, dając jej do zrozumienia, że wcale się nie gniewał. Skończywszy smażyć naleśniki, przełożył wszystkie na duży talerz i zaniósł do salonu, gdzie już czekał na nich gotowy zjeść więcej niż można by podejrzewać Altan.
Nagle jej uwaga skupiła się na wcześniejszych słowach policjanta oraz na jego reakcji na to raczej osobliwe pytanie. Podczas swoich podróży całkowicie przypadkowo nauczyła się korzystać z magii ziemi jako skutecznego wykrawacza kłamstw, zupełnie jak dawny doradca Suyin, Aiwei. Zdolność ta utwierdziła ją tylko w przekonaniu, że jej przyjaciel mówił prawdę. W tym samym momencie przez głowę przemknęła ją niespodziewana myśl - skoro mówił prawdę, to oznaczało, że Mako nigdy nie... Prawdą było, że kiedy byli parą, czasami spędzali razem noce, wtuleni w siebie aż do świtu (wychodził do Akademii, nim zdążyła się obudzić), lecz nigdy nie dochodziło między nimi do niczego więcej. Wynikało to głównie z tego, że w tamtym czasie Korra nie była gotowa psychicznie do tak poważnego kroku (oraz została wychowana w dosyć tradycyjnej rodzinie), zaś mag ognia nigdy nie naciskał i dawał jej wystarczająco dużo przestrzeni osobistej.
To wszystko znaczyło, że jeszcze nigdy z nikim się nie przespał.
-Słodka Raavo...- wymamrotała. Wykonała kilka głębokich oddechów, by uspokoić się i odpędzić podchwytliwe myśli.
-Korro, może opowiesz o swoich ostatnich przygodach?- pytanie Mako sprawiło, że zapomniała o wcześniejszych rozważaniach.
Pochłaniając dwa posypane cukrem naleśniki jednocześnie, zaczęła mówić. Bez nieustannie wiszącego nad głową widma tak zwanej poprawności politycznej poskarżyła się na stawiane przez kolejnych światowych przywódców wymagania. Obecnie oczekiwali od niej znajomości gospodarki w każdym z narodów, tak, jakby była politykiem i handlowcem jednocześnie. To jednak nie należało do jej obowiązków, i choć Asami pomagała jej, jak tylko mogła, nie dawała rady z ogarnięciem zatrważającej ilości danych.
Następnie poprosiła Mako i Altana, by wyjaśnili jej, jak doszło do ich spotkania. Nie spieszyli się z tłumaczeniami, ona natomiast nie wymagała od nich natychmiastowej odpowiedzi. Czuła, że dla dziecka był to wciąż trudny temat i minie jeszcze wiele czasu, nim chłopiec będzie mógł w miarę swobodnie mówić o swoich przeżyciach na ulicy. Z uwagą wsłuchiwała się w każde słowo, ale gdy doszli do części, w której przy nauce przygotowywania kurczaka Altan niechcący zapalił koszulę Mako, nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Kilka minut zajęło jej dojście do siebie.
Po skończeniu kolacji policjant przyprowadził Nagę, która natychmiast rzuciła się do wylizania swojej właścicielki. Oczywiście w porę Korra ją przed tym powstrzymała, inaczej do końca tygodnia nie uporałaby się ze śladami śliny na ubraniach. Zaraz potem młoda kobieta przedstawiła psu Altana, który, choć z początku był onieśmielony jej wielkością, szybko ją polubił i pozwolił, by wzięła go w swoje łapy i obejmowała. Trwało to do momentu, w którym Mako oznajmił, iż nadeszła pora snu. Chłopiec z niechęcią posłuchał się jego prośby - zgodził się, ale poprosił, aby następnym razem Avatar opowiedziała mu więcej o wspólnych przygodach.
Kiedy upewnili się, że Altan pogrążył się we śnie, Korra stwierdziła, że również powinna się zbierać.
-Nie ma mowy- sprzeciwił się stanowczym tonem.
-Pojadę do świątyni, tam będę nocować- upierała się.
-Jest już późno, myślisz, że Pema i Tenzin nie śpią?- z niechęcią musiała przyznać mu rację. -Prześpij się tutaj, rano udasz się na wyspę.
Dwie strony ścierały się wewnątrz niej. Z jednej strony nie chciała sprawiać mu kłopotu, z drugiej czuła wielką potrzebę szczerej rozmowy z byłym chłopakiem; tak dużą, że zdawała się wypalać ją od środka. W końcu przystała na jego propozycję, jednakże postawiła warunek - tak jak wielokrotnie podczas swoich misji, będzie spała przytulona do Nagi.
Podczas gdy Mako poszedł do łazienki wziąć szybki prysznic, szatynka zaniosła swoje rzeczy na piętro. Przez kilka minut podziwiała z najwyższego piętra bloku panoramę miasta przez wychodzącą na wschód, całkowicie oszkloną ścianę. Z oddali mogła dostrzec świątynię, a także Arenę Promagii, na której już za niecały miesiąc miał odbyć się mecz, dla którego przecież wróciła do Miasta Republiki. Usłyszawszy, że łazienka jest wolna, cicho zbiegła po schodach i zamknęła się w pomieszczeniu. Mile zaskoczył ją fakt, że wszystko czekało na nią przygotowane, znalazła nawet ręcznie robione mydło, pachnące niczym las, którego od dawna nie mogła znaleźć na żadnym targowisku. Z przyjemnością umyła się, po raz pierwszy od wielu dni korzystając z tej zdobyczy cywilizacji. Zadowolona, świeża i pachnąca wyszła z łazienki i wróciła na górę.
Nie spodziewała się zobaczyć stojącego przy Nadze maga ognia.
-Co tu robisz?- zapytała, widząc jego pochylone, skryte pod flanelową koszulą plecy.
-Będę spał, a co innego mogę planować?- wzruszył ramionami, kładąc śpiwór na podłodze.
-Możesz się położyć na łóżku- burknęła, zirytowana jego lekceważącym podejściem.
-Ale w ten sposób nie będę mógł z tobą rozmawiać tak, jak za dawnych czasów.
Dawniej.
Silne uczucie, które znienacka wezbrało się w piersi Korry, nieomal zwaliło ja z nóg. Znieruchomiała na parę chwil, starając się zrozumieć, czym było owo odczucie. Powoli dotarło do niej, iż była to tęsknota. Tęskniła za jego obecnością, za porannymi treningami, których nienawidziła, ale na które wstawała specjalnie dla niego, za jego opiekuńczą stroną, przejawiającą się w drobnych gestach, nawet za ogromnym poczuciem obowiązku, przez które ich relacja została wystawiona na ciężką próbę. W tym samym czasie Mako wyciągnął ku niej dłoń i z rozbrajającą szczerością powiedział:
-Tej rozmowy nie da się odłożyć- jego ręka okazała się być ciepła i szorstka w dotyku, zupełnie taka, jak ją zapamiętała.
-Wiem, i to właśnie mnie przeraża- przyznała.
Młody mężczyzna odetchnął głęboko, a gdy znów otworzył oczy, Korra mogła przysiąc, że zmieniły nieco swoją barwę.
-Mam świadomość tego, co działo się wcześniej między nami. Kłóciliśmy się, walczyliśmy ze sobą, ale pozostawaliśmy dobrymi przyjaciółmi. Kiedy zerwaliśmy, długo nie mogłem się pozbierać, i choć z czasem przyzwyczaiłem się, że nie ma cię obok mnie, nie znaczyło to, że pogodziłem się z tym. Pamiętasz, gdy znów się spotkaliśmy po tamtych latach?- zaśmiał się krótko, lecz w tym śmiechu nie było radości. -Cieszyłem się z twojego powrotu, ale byłem rozgoryczony, słysząc, że kontaktowałaś się z Asami, a do mnie nie raczyłaś się odezwać nawet słowem, nie odpowiedziałaś na żaden z moich listów.
-Chciałam do ciebie napisać, ale... bałam się, że będziesz traktował mnie jak niepełnosprawną, jak kalekę, tak jak wszyscy!
-Na miłość boską, Korro! Powiedziałem, że zawsze pójdę za tobą wszędzie i zrobię wszystko, o co mnie poprosisz, nie ważne, jak bardzo szalone by to było! Nawet, gdyby oznaczało to konieczność zostania twoim workiem treningowym, na którym mogłabyś się wyżyć, zrobiłbym to!
Zamilkł, zorientowawszy się, że podniósł głos.
-Doceniam to i dziękuję. Przepraszam, że odrzucałam twoją pomoc- powiedziała, zwracając się bezpośrednio w jego stronę.
-Nie... teraz ja muszę cię przeprosić. Uniosłem się bez potrzeby. Wybacz mi- pochylił głowę w wyrazie przeprosin.
Wiedziała, że rozmowa jest poważna, to jednak nie przeszkodziło jej w roześmianiu się. Widząc uśmiech rozświetlający oblicze Korry, Mako nie potrafił nie dołączyć do niej. Śmiali się z serca, bez żadnej przyczyny, co dotychczas zdarzyło im się tylko raz, kiedy grali razem w jednej drużynie. Nie pamiętali jednak, kiedy po raz ostatni śmiali się bez żadnych obciążeń na duszach.
-Z czego właściwie się śmiejemy?- zapytał, próbując złapać oddech jednocześnie chichocząc.
-Sama nie wiem...- wytarła załzawione oczy. -Może z tego, jak wygląda nasza relacja! Zachowujemy się zupełnie jak wtedy, gdy byliśmy razem - kłócimy się, a potem ty przepraszasz. Chciałabym wrócić do tamtych czasów, no, raczej bez kłótni. Chciałabym... chciałabym spróbować jeszcze raz.
Przez chwilę myślała, że Mako zobaczył ducha. Bursztynowe oczy znieruchomiały, w ich odbiciu widziała panoramę uśpionego już miasta. Zaraz jednak wyciągnął ku niej swe otwarte ramiona, z dłońmi wyrażającymi więcej, niż mogły słowa, i wziął w objęcia. Nie spodziewała się tego gestu, zupełnie jak wtedy, gdy po tygodniach braku kontaktu znów się spotkali. Ich uczucia względem siebie były w owym czasie niezwykle pomieszane, dlatego nie sądziła, że tak ciepło ją powita. Przypomniała sobie też, że tak samo objął ją w dniu, w którym odzyskała połączenie z innymi żywiołami, a on (wreszcie!) wyznał jej swe uczucia.
Wtuliła się bardziej w ciepłe ciało młodego mężczyzny.
-Cieszę się, bardzo się cieszę- szeptał, w jego głosie słyszała nieskrywane szczęście. -Tak długo czekałem na twój znak!
-To chyba dobrze, że się doczekałeś, prawda?
-Nie psuj chwili- zachichotali.
Powoli popatrzyli sobie w oczy. Widzieli w nich determinację, upór, lecz przede wszystkim wzajemną miłość.
-Tym razem zaczniemy spokojnie, dobrze?
-Ze mną nic nigdy nie jest spokojne, panie oficerze.
Oparli się o biały grzbiet Nagi, która zawyła cicho, ciesząc się widokiem swojej szczęśliwej właścicielki. Zaśmiali się jeszcze ciszej, a potem, przy szeptach, chichotach i uciszających pacnięciach łap niedźwiedziopsa, który mimo wszystko chciał odpocząć, zasnęli głęboko, przytuleni do siebie jak za dawnych czasów.
Następne tygodnie członkowie "złotego trio", jak nazywał ich Bolin, spędzili na morderczych, lecz przynoszących zdumiewające efekty treningach. Zupełnie jak przed poprzednim finałem zawodów promagicznych analizowali wszystkie dotychczasowe mecze Wilkotoperzy, by przypomnieć sobie ich taktykę. Podejrzewali, że ich obecne metody walki będą różnić się od poprzednich, lecz podstawy pozostaną niezmienione i będą musieli liczyć się z ewentualną brutalnością i podstępami. Charakter Tahno mógł ulec zmianie, jednakże na polu walki pozostawał taki sam.
Przez cały ten okres Mako z powodzeniem udało się połączyć pracę, treningi, wychowywanie Altana oraz odnawianie romantycznej relacji z Korrą w jedną, logiczną całość. Kibicująca w tajemnicy zawodnikom Lin Beifong przyczyniła się nawet do ustalenia nowego, korzystnego dla niego grafiku, tak aby mógł bez większych problemów trenować do meczu. Sprawiło to, że choć musiał wstawać na kilka godzin przed wschodem słońca, mógł swobodniej dysponować swoim czasem. Po pracy udawał się na trening, następnie odbierał syna ze szkoły i pomagał mu odrobić lekcje, szedł na drugą sesję treningową (w której uczestniczył również Altan), wracał do domu, czasami z Korrą, którą zabierał wtedy na randkę. Z każdym dniem umacniali się w przekonaniu, że warto było podjąć tę decyzję i spróbować jeszcze raz.
Wreszcie nadszedł dzień pojedynku. Od rana ulice Miasta Republiki mówiły tylko o mającym się odbyć o godzinie siedemnastej meczu, na który bilety zostały wykupione już kilka miesięcy wcześniej. Niektórzy ze szczęśliwców, którym udało się zdobyć wejściówki, sprzedawali je za bajońskie wręcz sumy. Większość kibiców ruszyła tuż po obiedzie na arenę, by zająć miejsca i tam z niecierpliwością oczekiwać na początek starcia. Około szesnastej trzydzieści w loży pojawiły się znane osobistości, takie jak mistrzowie magii powietrza Tenzin i Jinora z rodziną, generał Iroh II, Asami Sato, prezydent Raiko z małżonką i wielu innych. Obok nich usiadły rodziny zawodników, rozmawiając na temat możliwych przebiegów walki.
Tuż przed godziną siedemnastą publiczność przywitał Shiro Shinobi, niezastąpiony komentator wszelkich sportowych wydarzeń. Z zegarkiem w ręku odliczał ostatnie sekundy o rozpoczęcia spotkania, a z pierwszym uderzeniem ratuszowego zegara, słyszanego nawet z tej odległości, przedstawił składy drużyn. Zawodnicy zostali powitani gromkimi brawami; tak głośnymi, że było je słychać w Świecie Duchów.
-Szanowni państwo, pojedynek właśnie się zaczął! Do ostatniej minuty nazwiska uczestniczących sędziów pozostawały w głębokiej tajemnicy, aby zapobiec ewentualnemu przekupstwu... Nie sądzę jednak, aby dzisiaj do tego doszło!
Priorytetem dla Ognistych Fretek było poznanie strategii Wilkotoperzy. Wszelkimi sposobami starali się wymusić odkrycie kart na przeciwnikach, lecz Tahno i jego przyjaciele nie dali się zwieść. Obydwie strony wodziły się za nosy i stosowały przeróżne fortele, wciąż jednak nie uciekając się do (nie)dozwolonych manewrów, takich jak rozdrabnianie kamiennych dysków czy używanie lodu. Aby sprowadzić większą widownię, zasady wyjątkowo uległy drobnym zmianom i po wprowadzeniu nowych regulacji pozwolono na bardziej niebezpieczne zagrywki.
-Mako udaje się zepchnąć Minga do strefy trzeciej, umożliwiając tym samym wejście do kolejnej strefy swojej drużynie! Przy przejściu zawodnicy znów zamieniają się przeciwnikami, co sprawia dyskomfort Tahno i jego drużynie. W tym manewrze niemalże namacalna jest pomysłowość byłego kapitana Fretek, obecnie pracującego w miejskiej policji. Chociaż członkowie obydwu ekip świetnie ze sobą współpracują, wygląda na to, że Ogniste Fretki dyktują zasady tej rundy. Bolin zamienia się z bratem i uderza z precyzją chirurga w czułe miejsca maga ognia Wilkotoperzy!
Sędzia uniósł dłoń.
-Zostało trzydzieści sekund do końca rundy pierwszej! Która z drużyn ją wygra?
Nie marnując ani chwili dłużej, znajdująca się po lewej stronie ringu Korra ruszyła do przodu. Z całą mocą uderzyła w Shaozu, który nie spodziewał się ataku z jej strony. Zanim Tahno zdążył zareagować, mężczyzna wyleciał w powietrze i spadł do znajdującego się pod spodem basenu. Wściekły, posłał ku Bolinowi serię kul wodnych. Część z nich wytrąciła go z równowagi, jednakże przed tym, jak mag ziemi został przesunięty do strefy drugiej po swojej stronie boiska, Korra interweniowała, odwracając pociski w stronę tego, który je wystrzelił.
-Wspaniała obrona Korry! Na chwilę obecną Wilkotoperze nie mogą mierzyć się z jej atakami!
Tuż przed dzwonkiem kończącym rundę zirytowany mag wody skupił się na strumieniu płynącym pod jego stopami. Fala wody pomknęła ku Mako, by zamarznąć na lewym ramieniu. Choć skrzywił się, nie przeszkodziło mu to w zrzuceniu z ringu maga ziemi przeciwnej drużyny. Następnie wzniecił płomienie, które w kilka chwil rozpuściły lód na kombinezonie.
-Fretki wygrywają rundę pierwszą!
Zgarnąwszy zwycięstwo w tej części spotkania, Ogniste Fretki spokojnie rozpoczęły następną rundę. Przez długi czas żadna ze stron nie popełniała błędów, dlatego zdawało się, że gra stanęła w martwym punkcie. Wielu widzom zaparło dech w piersiach - oto zawodnicy ukazywali całe piękno swojej magii w sporcie, przypominającym coś z tańca i sztuk walk dla osób pozbawionych talentu magicznego, szerzonych dawniej przez Wojowniczki Kyoshi. Nie można było nie dostrzec, że wkładali w walkę całe swoje serca i duszę, przekazywali emocje. Powoli jednak Fretki zaczęły przejmować inicjatywę i spychać Wilkotoperze do strefy drugiej, jasno dając do zrozumienia, że to oni są silniejsi. Zdawało się, że wszystko szło po myśli Mako.
Nie przewidział on jednak jednej rzeczy.
Gdy miał przepchnąć Tahno do tyłu i umożliwić Fretkom przejście na stronę przeciwników, poczuł palący ból w lewej dłoni. Stłumił przekleństwo cisnące się przez gardło i zacisnął zęby, czując buzującą w ręku energię. Błyskawice, z których pomocą zniszczył gigantycznego robota Kuviry, niemalże pozbawiły go dłoni. Uzdrowiciele wykonali świetną robotę, przywracając mu pełną sprawność ruchową, lecz pojedynek z duchowymi pnączami, prócz blizny na ramieniu, pozostawił po sobie jeszcze jedną pamiątkę - niekontrolowane tkanie błyskawic w najmniej spodziewanych momentach, sprawiające olbrzymi ból. Poza jego współpracownikami oraz komendant Lin nikt nie wiedział o tej przypadłości, dlatego musiał za wszelką cenę dotrwać do końca rundy.
-Zdaje się, że Mako prosi sędziego o przerwę! Obydwie drużyny wydają się być zaskoczone tą prośbą, ale mam wrażenie, że ma to coś wspólnego z nagłym osłabnięciem ataków byłego kapitana. W ogóle przestał wykorzystywać lewą stronę ciała!
Wytrzymaj, zatrzymaj ją jeszcze przez chwilę!, mamrotał w myślach, gdy sędzia odrzucił jego szybką prośbę. Zarówno Korra jak i Bolin posłali mu pytające spojrzenie, jednak nie odpowiedział im. Wiedział, że skupiając się utrzymaniu błyskawicy w ryzach, stał się bardziej podatny na ataki Wilkotoperzy, ale robił wszystko, by nie dać satysfakcji przeciwnikom i nie zostać łatwym celem. Wyczuwszy, że coś jest na rzeczy, Bolin stał się strażnikiem brata, nie pozwalając, by dosięgły go wzmocnione ciosy Tahno.
Cudem dotrwał do remisu, lecz wiedział, że nie mógł jeszcze zejść z ringu. Sędzia rzucił monetą, niestety na niekorzyść Ognistych Fretek. Tahno natychmiast zdecydował, który żywioł ma przesądzić o wyniku tej rundy. Jego wybór był oczywisty - pojedynek żywiołu siły, wiedząc, że Mako ma wyraźny problem z posługiwaniem się magią.
-Bracie, zrezygnuj! Przecież widzę, że coś ci jest!
-Dam radę- wycedził przez zaciśnięte usta, starając się nie jęknąć z bólu. Powstrzymywanie inaczej zwanego zimnego ognia przypominało walkę z wylewającą rzeką, z góry skazaną na porażkę. Czuł jednak, że musi walczyć z własną mocą, o ile nie chce przerazić Bolina, widowni, a tym bardziej swojego syna i ukochanej.
Stanął na przeciw Shaozu, który uśmiechał się złośliwie spod maski. Chcąc zakończyć to jak najszybciej, z trudem powstrzymał się od zadania ciosu jako pierwszy. Zaczekał, aż jego przeciwnik przyzwie ogień, i dopiero wtedy zaatakował. Wykonał unik, po czym prawą dłonią posłał Shaozu sierpowego, wzmocnionego ogniem. Spodziewający się ataku z dołu mag nie był w stanie osłonić się i zleciał z podestu, tym samym przegrywając starcie. Ogniste Fretki wygrały już dwie rundy, i jeśli w kolejnej pójdzie im tak samo dobrze, nie będzie potrzeby dogrywki.
Czując, że dłużej już nie wytrzyma, Mako rozpędził się i dosłownie wyleciał z ringu, ku zdumieniu całej widowni i towarzyszy z drużyny. Popędzili oni za nim, nie czekając, aż sędzia pozwoli na dziesięciominutową przerwę przed najprawdopodobniej ostatnią rundą. Zobaczyli, jak policjant zerwał z lewej dłoni rękawicę i rzucił się do okna. Rozległ się zazwyczaj towarzyszący burzom grzmot, a niebo rozświetliła błyskawica tak silna, że na ułamek sekundy noc w Mieście Republiki na powrót stała się dniem. Zaraz po tym kolana ugięły się pod magiem ognia.
Korra złapała go, nim upadł na twardą posadzkę.
-Co to było?!
-Pamiątka po zniszczeniu mecha...- wymamrotał, opierając się o ścianę. Bolin podał mu butelkę wody, której połowę wypił za jednym razem.
-Ta błyskawica miała tyle mocy! Nie powinieneś był jej tak trzymać!
-A co miałem zrobić?! Gdybym uwolnił ją wcześniej, zasilanie areny mogłoby paść!
Przez kilka chwil Mako i Korra kłócili się ze sobą o to, kto ma rację. Wkrótce jednak mag ognia ustąpił, co wzbudziło podejrzenia młodej kobiety. Zapytała go, czy nie potrzebuje pomocy i zaproponowała, że swoją magią uzdrowicielską może przez pozostałe minuty rozluźnić jego mięśnie.
-Gdybyś mogła troszkę ochłodzić mi rękę, byłbym bardzo wdzięczny.
Pomogła mu ściągnąć kombinezon z ramienia, lecz gdy spojrzała na nie, zaniemówiła. Uczyła się, że rany zadane od błyskawicy nie goją się poprawnie i pozostawiają paskudne blizny do końca życia, lecz to, co zobaczyła, nie do końca pasowało do tego opisu. Owszem, skóra przedramienia była w wielu miejscach nietypowo zaróżowiona i szorstka, ale najbardziej rzucał się w oczy srebrzysty ślad z licznymi rozgałęzieniami, ciągnący się od czubków palców wzdłuż kości promieniowej, ramiennej i obojczyka. Odchyliła materiał jeszcze bardziej, by dostrzec, że srebrna blizna, przypominająca w pewnym stopniu tatuaże magów powietrza, kończyła się w okolicach serca.
Zmarszczyła brwi, nie przerywając tkania wody.
-Mako...
-O tym, jak nieostrożny byłem porozmawiamy później, dobrze? Mamy mecz do wygrania.
Nie poruszając więcej tematu błyskawic, Korra dokończyła leczenie i rozluźnianie ręki maga ognia. Gdy nałożył kombinezon (tym razem samodzielnie), wraz z bratem i Avatar powrócił na ring, witany jeszcze większymi brawami. Ustawili się naprzeciwko Wilkotoperzy, świadomych swojej mizernie prezentującej się pozycji.
Równocześnie z sędzią Shiro Shinobi dał sygnał do rozpoczęcia ostatniej rundy tej rozgrywki. Przez dziesięciominutową przerwę zawodnicy przeciwnej drużyny zdążyli zregenerować swoje siły do tego stopnia, że wyglądało, jakby do akcji wkroczyła zupełnie inna ekipa. Widać było ich ogromny zapał, by obronić swój honor. Oczywiście gdyby udało im się znokautować Fretki, mecz należałby do nich. Na to Mako nie mógł i nie pozwolić, szczególnie że pojedynek oglądała cała jego rodzina i przyjaciele (może za pokazanie swoich możliwości magii Lin przyzna mu tę premię?).
Przez długi czas zawodnicy wymieniali się ciosami, lecz Mingowi udało się przepchnąć Mako do strefy drugiej, umożliwiając swoim kolegom wejście na teren przeciwnika. Korra bezgłośnie uspokoiła maga ognia, po czym, w trzysekundowej przerwie między atakami, zasugerowała braciom postawienie wszystkiego na jedną kartę. Zgodzili się bez wahania.
Kiedy Tahno zdecydował się na połączony z Mingiem atak, Ogniste Fretki znienacka zaatakowały z całą siłą. Przyspieszyli wymianę ciosów do tego stopnia, że nawet siedzący na trybunach areny znamienici znawcy magii i magowie mieli wyraźny kłopot z odróżnianiem poszczególnych ataków. Był to manewr wymyślony podczas ostatniego przed spotkaniem treningu, kiedy utwierdzony w znajomości wszystkich swoich ataków Bolin uznał, że chciałby zobaczyć, jak Wilkotoperze poradziliby sobie z tempem walki, z jakim zazwyczaj spotykali się, walcząc ze złoczyńcami na całym świecie. Korra podchwyciła pomysł i w przeciągu kilku minut sprawdziła wytrzymałość całej trójki, tak, że wiedzieli, na ile będą mogli sobie pozwolić. Czuli, że wytrzymają dłużej, chociaż nie trenowali tak długo jak Wilkotoperze.
Mieli rację. Choć oni również byli wyczerpani, na twarzach Wilkotoperzy malowało się nieporównywalnie większe zmęczenie. Nie chcąc dłużej tego przeciągać, Fretki wykonały ostatni wysiłek i jedną, płynną falą strąciły przeciwników z ringu. Zawodnicy przeciwnej drużyny wylądowali w wodzie, i chociaż przegrali mecz, zrobili co mogli, a na ich twarzach malowała się ulga z powodu zakończenia spotkania. Wyszedłszy w wody, wspięli się na windę i wjechali na platformę meczową, aby należycie pożegnać kibiców oraz podziękować Ognistym Fretkom za mecz. Uścisnęli sobie dłonie.
Gdy Korra, Mako i Bolin wrócili do szatni i skończyli się przebierać, natychmiast zostali otoczeni przez grono rodziny i przyjaciół. Mag ziemi nachylił się ku swojej córeczce i pogłaskał ją delikatnie po głowie, zaraz potem złożył pocałunek na policzku ucieszonej sukcesem męża Opal. Jinora, Iroh i Asami pogratulowali zwycięstwa Korze, jednocześnie informując, wypadałoby w jakiś sposób uczcić tę okazję. W środku rozmowy Avatar zerknęła na swojego chłopaka, który właśnie podszedł do syna. Uśmiechnęła się, widząc łagodniejące oblicze detektywa.
-I jak, podobało ci się?- zapytał.
-To było niesamowite! Ty i cała drużyna!- powiedział chłopiec, oczarowany walką swojego opiekuna.
-Jeśli będziesz chciał, w przyszłości nauczę cię promagii.
-Jasne, że chciałbym!
Zbliżyła się do magów ognia. Niezauważalnie nawet dla spostrzegawczego chłopca chwyciła Mako za rękę, dając mu do zrozumienia, że nie powinni się na siebie gniewać z powodu przeszłości. Policjant odwzajemnił uścisk, co sprawiło, że ciało Korry przeszył dreszcz. W tym samym momencie młoda kobieta zaczęła głośno narzekać, jak głodna jest po pojedynku.
-Może pójdziemy wszyscy na kolację?
-Ale pamiętaj, że nie możemy dać się wkręcić w płacenie. Niech teraz oni coś zrobią!
Koniec ostatniego miesiąca roku we wszystkich kulturach obchodzony jest bardzo szczególnie, jednak znaczenie oraz same obchody różnią się w zależności od kraju. Zimą plemiona wody organizują wspólne święto, mające choć na chwilę złączyć oddalone od siebie o tysiące kilometrów bieguny; Naród Ognia przeżywa najkrótszą noc w roku (podczas której ich moc jest najsłabsza) oraz celebruje powrót słońca; z obchodami Nomadów Powietrza oraz obecnej Republiki Ziemi łączy ich moment, w którym oddaje się cześć bóstwom i duchom. Po założeniu Zjednoczonej Republiki ustanowiono święto duchów, łączące wszystkie nacje.
Rodzina Beifong zjechała się do Miasta Republiki, nie tylko dlatego, że Suyin i Bataar Senior chcieli zobaczyć swoją wnuczkę, lecz także chcieli choć trochę umilić ten czas Lin, zazwyczaj spędzającej święta samotnie na komisariacie. W Świątyniach Powietrza rozbrzmiewała wesoła muzyka, którą słychać było już z daleka - najgłośniej przygotowywano się do obchodów w Mieście Republiki, głównie za sprawą badającej dźwięki Ikki. Komandor Bumi oraz Władczyni Ognia Izumi grali w pai sho razem ze swoim synem i jego narzeczoną w stolicy Narodu Ognia.
W tym samym czasie Mako, Altan i Korra znajdowali się na Biegunie Południowym i pomagali Sennie w kuchni. Cała trójka wyjechała do rodzinnego domu Avatar wkrótce po odbyciu się zawodów charytatywnych na zaproszenie żony wodza, która uznała, że powinni spędzić ten czas wspólnie. Altan był zachwycony możliwością wyjazdu do krainy wiecznego śniegu, głównie dlatego, że nigdy nie spotkał żadnej pingwinofoki. Wyjazd na biegun wiązał się również z nieprzyzwyczajeniem młodego maga do tak niskich temperatur - na szczęście Tonraqowi udało się znaleźć pasujące ubrania ze skóry, które wystarczająco utrzymywały ciepłotę ciała dziecka. Także Mako dostał w prezencie grubą kurtkę, pomimo twierdzenia, że jako mag ognia jest w stanie się ogrzać. Wódz plemienia nie dał się jednak zwieść i przy pomocy córki nałożył na niego kurtę, co policjant, mimo swoich poprzednich zapewnień, przyjął z wdzięcznością.
Senna nie mogła nadziwić się zdolnościom kulinarnym chłopaka swojej córki, dlatego gdy tylko nadarzała się okazja, prosiła o go pomoc w gotowaniu. Żartobliwie wytykała niezdolność Korry do przygotowania czegokolwiek innego niż pieczonego na ogniu mięsa, na co wszyscy (prócz samej Korry oczywiście) reagowali śmiechem. Świąteczne specjały z obydwu biegunów powstawały w zawrotnym tempie. Wkrótce większość przygotowań była zakończona i pozostało jedynie udekorować osadę.
Wreszcie nadszedł dzień święta. Jednymi z wielu, którzy zdecydowali się przybyć na Biegun Południowy, byli Eska i Desna, wodzowie Północnego Plemienia. Ponieważ przyjęli zaproszenie kuzynki, mieli spać w domu wodza Południowego Plemienia. Ich przybycie wiązało się z pewnymi ograniczeniami, dotyczącymi głównie poczucia humoru. Tym razem jednak obyło się bez nieporozumień.
Gdy słońce skryło się za horyzontem, zaczęły się właściwe obchody. Tonraq podjął opowieść o rozłamie, przekazywaną z pokolenia na pokolenie w trzech plemionach. Zarówno najmłodsze dzieci jak i ludzie starsi z uwagą słuchali historii o tym, że niegdyś istniało tylko jedno plemię. Niestety, w skutek wielu różnych zdarzeń, plemię podzieliło się na dwie części i osiadło po przeciwległych biegunach planety. Fakt istnienia Plemienia Bagiennego został zapomniany, dopiero Avatar Aang na nowo pokazał je światu. Później wódz opowiedział o najnowszej historii Plemion, w tym o swojej córce, kryzysie w Północnym Plemieniu i wielu innych wydarzeniach w sposób prosty i zrozumiały dla wszystkich, mówiąc rzeczowo i bez popierania "tych złych", jak to ujęły dzieci.
Wśród słuchaczy znalazł się również Altan. Z zaciekawieniem przysłuchiwał się opowieściom o odmiennej kulturze, tym bardziej, że był to pierwszy raz, kiedy wyjechał poza Miasto Republiki. Chłonął więc z uwagą każdą nową informację, poszerzając swoją wiedzę na temat świata. Do zdobywanej wiedzy i umiejętności należało doliczyć także ślizganie się na pingwinofokach, które polubił do tego stopnia, że przez pół dnia nie dało się go od nich odciągnąć. Udało się to dopiero, gdy Mako zagroził mu zjedzeniem jego porcji świątecznego deseru. Chciał całkowicie wykorzystać czas, który spędzi na biegunie, włącznie z próbowaniem jedzenia.
Kiedy Tonraq skończył mówić, a kapłani odprawili coroczne rytuały rozłączenia i połączenia Plemion, rozpoczęła się mniej oficjalna część święta - posiłek złożony z dań przygotowanych przez plemię goszczące (i jednego maga ognia), a następnie zabawy i tańce. Po pokazie tradycyjnych tańców Plemion Wody świętujący wchodzili na parkiet, ciesząc się radosną atmosferą święta.
Avatar nie musiała długo czekać, aż jej partner poprosił ją do tańca. Zaśmiała się, gdy Mako wyznał, że zapisał się na kurs tańców Południowego Plemienia.
-Mój ojciec nie będzie tego od ciebie wymagał!
-Strzeżonego Raava strzeże. Ponadto uważam, że jestem jedynym (poza twoim tatą, oczywiście), który ma prawo z tobą tańczyć, dlatego chcę być przygotowany na wszystko.
Musnęła ustami jego policzek.
-Na wszystko, powiadasz?- szepnęła mu do ucha, na co on uśmiechnął się rozbrajająco.
-Próbujesz mnie uwieść?
-Może tak, a może nie...
-Według mnie za słabo się starasz. Chyba muszę ci pokazać, jak to powinno się robić.
-Chcesz mi coś udowodnić?
-Nie wiem, może?- podziękował jej za taniec, po czym, nim zdążyła zareagować, wziął ją na ręce i ruszył w kierunku jej domu. Chociaż dziewczyna piszczała, by ją wypuścił, nie zrobił tego. Wkrótce ona sama zaczęła śmiać się i pozwoliła, by zaniósł ją do swojego pokoju.
Światło słoneczne wpadło przez odsłonięte okno do pokoju. Altan otworzył oczy i natychmiast podniósł się z łóżka, mając przedziwne wrażenie, że tego dnia coś może się zdarzyć. Nie wiedział tylko, co takiego.
Odkąd poznał Mako, minęło już dziesięć miesięcy i osiem, od kiedy zamieszkał z nim w jednym domu. Mimo, że wciąż był dzieckiem, chłopiec wiedział, że jego rodzice cieszyliby się, że spotkał kogoś, kto mógł przejąć ich rolę i zaopiekować się nim. Postrzegał swojego przybranego tatę jako człowieka dobrego i odważnego, który pomimo młodego wieku przeżył więcej niż zdecydowana większość ludzi i na którym można było zawsze polegać. Od niego uczył się tego, czego rodzice nie mogli go już nauczyć.
Nie potrafił jednak przyzwyczaić się do tego, że jego opiekun spotykał się od paru miesięcy z Avatar. Wydawało mu się, że chociaż mag ognia starał się poświęcać mu cały swój czas, jego myśli bezustannie wędrowały do ukochanej. Chłopiec miał świadomość, że nie powinien czuć niepokoju, ale mimo to bał się, że policjant pewnego dnia powie mu, że wybiera Korrę i nie chce, aby już z nim mieszkał. Kiedy miał koszmary z tym związane, opiekun budził się w środku nocy i przychodził do niego, nie pytając o przyczynę. Altan był wdzięczny za to, że nigdy nie pytał o to, co mu się śniło, że po prostu siedział z nim, dopóki znów nie zasnął.
Kiedy ubrał się (ubrania do szkoły zawsze leżały wyprasowane na biurku), poszedł do kuchni. Jego ojciec stał przy kuchence, przygotowując śniadanie, lecz coś w jego zachowaniu podpowiedziało Altanowi, że jego intuicja nie myliła się. Jeszcze nigdy chyba Mako nie zachowywał się tak cicho, jak tego ranka, a jego oczy wciąż wędrowały ku półce z pudełkami śniadaniowymi.
W połowie posiłku chłopiec zdobył się na odwagę i zapytał ojca o przyczynę jego zachowania.
-Ah, o to chodzi... Muszę ci coś powiedzieć i proszę, aby mnie wysłuchał na spokojnie.
Młody mężczyzna sięgnął po leżące na półce niewielkie pudełko, położył je na stole i usiadł naprzeciwko syna.
-Wczoraj wieczorem, kiedy poszedłeś już spać, skończyłem prezent dla Korry. Co o nim sądzisz?- uchylił wieczko i przysunął pudełeczko do chłopca, który wziął je w drobne dłonie.
-Są... śliczne- powiedział, obracając medalionem i pierścionkiem. W misternie plecionej, srebrnej konstrukcji naszyjnika zdawały się być zatopione maleńkie szafiry, topazy, rubiny i bursztyny, tworzące połączone symbole Narodu Ognia i Plemion Wody. Natomiast na złotym pierścionku uformowano kwiat lotosu z masy perłowej, mieniącej się wszystkimi kolorami tęczy. Nie dało się ukryć, że na stworzenie tych maleńkich dzieł sztuki poświęcił mnóstwo czasu i energii. W tej samej chwili w głowie chłopca zapaliła się lampka - podczas świąt na Biegunie Południowym wydawało mu się, że słyszał o znaczeniu takiego podarku, a podobny pierścień widział na palcu matki...
-Cieszę się!- mag ognia wziął głęboki wdech, po czym spojrzał na niego poważnym wzrokiem. -Chciałabym poprosić Korrę, aby została moją żoną.
Chłopiec wstrzymał oddech. Podświadomie spodziewał się, że prędzej czy później usłyszy to zdanie, ale to oznaczało, że jego najgorsze obawy mogły się spełnić.
-Nie mogę zmusić cię do tego, abyś zaakceptował Korrę, ale chciałbym, żebyś zastanowił się, dobrze? Kiedy podejmiesz decyzję, powiedz mi.
Skończywszy jeść, Altan podziękował za śniadanie, zabrał drugie śniadanie do szkoły i wyszedł z mieszkania, oszołomiony słowami opiekuna. Parę razy nieomal wpadł pod jadące Satomobile, chociaż bardzo starał się uważać. W szkole zaś nie potrafił skupić się na lekcjach, gdyż jego myśli krążyły wyłącznie wokół planowanych oświadczyn detektywa.
Altan niewiele wiedział na temat małżeństwa poza tym, że aby się pobrać, obydwie osoby musiały się kochać. Widział to, gdy spędzał czas z rodzicami, w ich uśmiechu, oczach, drobnych gestach. Zdarzały się oczywiście kłótnie, w każdym małżeństwie do nich dochodziło, ale kończyły się szybko, gdyż chodziło o błahe sprawy. Pamiętał tylko jedną poważną kłótnię, która pokazała mu prawdziwą siłę miłości. Stało to na rok przed ich śmiercią, kiedy zachorował na ognistą grypę, chorobę przytrafiającą się tylko magom ognia. Ponieważ jedynie on w rodzinie wykazywał magiczne zdolności, rodzice nie wiedzieli, jak powinni się nim zaopiekować. Okazało się, że konieczna była interwencja lekarza i zakup lekarstw, na które nie było ich stać. Jego matka, nie mogąc wytrzymać bezczynności, chciała sprzedać złoty grzebień (podarek zaręczynowy) i chodzić do pracy na dwie zmiany, na co nie zgodził się ojciec. Zaczęli kłócić się o to, które z nich ma rację, co wkrótce przerodziło się w oskarżenie o to, kto zawinił, że Altan zachorował, aż wreszcie tata nie wytrzymał i wyszedł z domu, trzaskając głośno drzwiami. Przez cały wieczór panowała absolutna cisza, przerywana jedynie pokasływaniem chorego chłopca. Kiedy wydawało się, że nic nie obniży jego wysokiej temperatury, do pokoju wszedł uzdrowiciel, który natychmiast zaczął przygotowywać leki dla dziecka. Po ich podaniu wydobył wodę z bukłaka, dzięki której zaczął skutecznie ochładzać chłopca. Po jakimś czasie Altan czuł się na tyle dobrze, że mógł bez wirowania w głowie podnieść się i porozmawiać z rodzicami. Nic jednak nie powiedział, widząc jak przepraszają się wzajemnie za niepotrzebny wybuch gniewu. Od tamtej pory już nigdy nie pokłócili się, a on bardzo cieszył się z tego powodu.
Nie musiał zastanawiać się zbyt długo nad swoją decyzją. W zachowaniu swojego opiekuna mógł dostrzec bezgraniczną miłość do Avatar, na którą czekał, według jego obliczeń, już od pięciu lat. Sposób, w jaki o niej mówił, trenowanie z nią tak, aby mogła wykorzystać swe zdolności i walczyć z kimś równym sobie, inteligentne (i czasem złośliwe) wytykanie błędów w rozumowaniu, nawet smak potraw wyjawiał, jak wiele znaczyła dla niego kobieta.
Gdy zadzwonił dzwonek był pierwszym, który wyruszył do domu. Miał świadomość, jak duże ryzyko dla niego niosła ta decyzja, ale nie potrafił zrobić inaczej. Chciał, aby Mako był szczęśliwy, nieważne, jak bardzo się bał tego, co może się stać później. Jeśli... jeśli tata nie będzie mnie już chciał... nie będę nalegał. Tak jak kochał przybranego ojca, nie mógł pozwolić, aby był on nieszczęśliwy. W głębi czuł, że pogodził się z konsekwencjami swego wyboru.
Zanim się zorientował, co się działo, na ulicy zawyły syreny alarmowe. Oznaczało to, że w tę stronę zmierzał, jeżeli jeszcze nie dotarł, gang ścigany przez policję. Natychmiast rozumiał, że musi się ukryć, jednak z każdą sekundą jego szanse na znalezienie schronienia malały. Zaczął więc biec przed siebie, czując nadciągającą Triadę Trzech Gróźb (kilka dni wcześniej Mako wspominał, że zamierzają pozbyć się tej triady raz na zawsze). Szkolny plecak nie przeszkadzał mu w biegu - kiedy zamieszkał u policjanta, dokładał on wszelkich starań, aby chłopiec był przygotowany na wszelkie ewentualności, również na ucieczkę. Gdy tylko nadarzała się okazja, magowie ognia ćwiczyli najróżniejsze umiejętności, w tym bieganie z obciążeniem, oczywiście niewielkim z racji na wiek chłopca.
To, że znalazł się w samym środku walki, szybciej usłyszał niż zobaczył. Nie zatrzymywał się jednak, chociaż czuł trzęsącą się pod jego stopami ziemię, a kątem oka widział strzelające płomienie i błyskawice z rękawic. Nagle w oddali zamajaczył mu mundur, który widział niemalże każdego dnia. Wiedział, że skoro jego przybrany ojciec zjawił się na miejscu, to wszystko wkrótce się skończy. Przyspieszył bieg, zręcznie omijając lecące w powietrzu płyty chodnikowe, służące za amunicję.
Niestety w tym momencie szczęście go opuściło. Jeden z magów wstrząsnął ziemią tak mocno, że Altan przewrócił się i uderzył głową w asfalt. Wzrok mu się zmącił, lecz mimo to podniósł się chwiejnie na nogach i próbował biec dalej, lecz z marnym skutkiem, gdyż nogi stały się równie ciężkie co ołów. Stało się dla niego jasne, że jest łatwym do trafienia celem. Widząc zwracającego się w jego stronę maga, przed oczyma stanęła mu scena sprzed ponad roku, prawie dwóch. Nie istniały wtedy jeszcze żadne systemy ostrzegawcze, dlatego kiedy doszło do bitwy triad, jego rodzice, niemagowie, nie mieli żadnych szans. Znajdowali się w złym miejscu, w złym czasie. On przeżył tylko dlatego, ponieważ rozwiązały mu się buty i zatrzymał się, by je zawiązać. Usłyszał jeszcze śmiech matki, a następnie głośny wybuch tuż za rogiem. Wtedy też jeden mag popatrzył na niego i skierował swoją magię przeciw niemu, ale tamtego dnia był tak zszokowany, że nie mógł zrobić nic poza pobiegnięciem w tył. Tym razem nie mógł niczego takiego zrobić. Jego serce zadrżało jedynie, kiedy zobaczył kamień posłany w jego stronę z tak dużą siłą, że bez problemu straciłby głowę.
Gdy skała miała w niego uderzyć, tuż przed nim pojawił się cień. Trafiony przez głaz w sam środek piersi funkcjonariusz odleciał do tyłu, przewracając chłopca po raz drugi tego dnia. Momentalnie Altan odzyskał władzę w nogach, a wzrok mu się wyostrzył, tylko po to, by zobaczyć, kto go uratował. Głos uwiązł mu w gardle na widok leżącego w bezruchu Mako, którego siła uderzenia odrzuciła kilka metrów dalej. Przez jedną przerażającą chwilę zdawało mu się, że jego opiekun nie oddychał, ale zaraz potem policjant wziął gwałtowny, ostry wdech i spróbował podnieść się. Przyłożył dłoń do ust, nie mogąc przestać kaszleć.
-Mako!- głos ten należał do Korry. Podbiegła do niego, tworząc wokoło barierę z powietrza. -Cholera, nie mam wody! Musimy cię stąd zabrać...
-Zabierz go- przerwał jej blednący mag ognia, stanąwszy na nogach. Oddychał ciężko i z trudem, jedną rękę przyłożył do żeber, licząc, że to choć trochę zmniejszy ból. Drugą wskazywał na Altana, który patrzył na niego z przerażeniem.
To przeze mnie. To przeze mnie...
-Weź go... w bezpieczne miejsce. Skończę... szybko...- powiedział, po czym z prawie niewidocznym spowolnieniem rzucił się w pogoń za zmierzającymi w stronę elektrowni członków triady, jak gdyby był przyzwyczajony do walki przy urazach.
-Ufam ci- szepnęła Avatar, a jej oczy na ułamek sekundy zalśniły bielą.
W następnej chwili złapała chłopca za rękę i z nadludzką wręcz prędkością pociągnęła go w przeciwną stronę. Na początku Altan chciał się opierać i pomóc ojcu, lecz zrozumiał, że jego pomoc na nic się nie zda. Mógłby jedynie jeszcze bardziej rozproszyć opiekuna, który i tak już wystarczająco ucierpiał, ponieważ on nie uważał i sprawił, że Mako musiał go chronić. Chciał, aby policjantowi nic więcej się już nie stało.
Chociaż oddalili się od obszaru bitwy miejskiej, wciąż słyszalne były zgrzyt metalu, szum wody, trzask płomieni i głuche uderzenia skał. Dostrzegłszy, że chłopiec jest zbyt zmęczony, aby dalej biec, Korra skręciła z najbliższą uliczkę. Kiedy zatrzymali się, Altan prawie przewrócił się ze zmęczenia. Upewniwszy się, że okolica jest bezpieczna, kobieta przyzwała żywioł powietrza i uniosła się w górę, by wrócić i pomóc policji. Jej zaplecione w luźny warkocz włosy unosiły się na wietrze.
Zatrzymała się na moment i spojrzała z góry na młodego maga. Przez jej napiętą ze zdenerwowania twarz przemknął łagodny uśmiech.
-Musi mu bardzo na tobie zależeć.
Nim jednak zdołała oddalić choćby na kilka metrów, dach jednego z budynków elektrowni miejskiej eksplodował. Konstrukcja stanęła w ogniu, a wtedy niemalże jednocześnie ustały walki między policją a członkami triady.
-Ale ten dyżur był ciężki! Mam ochotę jedynie wrócić do domu i paść na łóżko. Cieszę się, że to już koniec!
-Szczęściarz, mi zostały jeszcze dwie godziny... Jak prezentuje się bilans tej akcji, Zhu?
Zaszeleściły dokumenty.
-Cóż... Trzynastu zabitych i dwudziestu rannych po stronie Trzech Gróźb. Z policji, na szczęście, nikt nie zginął, chociaż kilku wyraźnie spieszyło się na tamten świat. Najgorzej miał się jeden z policjantów, którzy znajdowali się w elektrowni. Musieliśmy sprowadzić do niego jeszcze jednego uzdrowiciela, ponieważ ja i Ming nie dalibyśmy rady utrzymać go przy życiu. Uwierzycie, że wcześniej trzymał się mimo pięciu złamanych żeber i stłuczonych płuc? Pracuję na tym oddziale już dwadzieścia lat, ale jeszcze nigdy nie zdarzył mi się przypadek, by człowiek przeżył przy trzydziestu pięciu procentach uszkodzenia płuc.
-Czy nie masz na myśli Mako, jedynego maga ognia w załodze Lin Beifong?
-Dokładnie.
-Na podstawie jego urazu sprzed trzech lat napisałem pracę doktorską!
-To ty to napisałeś? Nie dziwię się, że przyznali ci za tę pracę tytuł. Dokonałeś prawie niemożliwego- ktoś wstawił wodę w czajniku. Do rozmówców dołączyła kolejna osoba, tym razem kobieta.
-Gdzie go teraz trzymacie?
-Wciąż na intensywnej, w sali 206, ale uwierz mi, że dzisiaj ma się o wiele lepiej. To silny gość, zaskakująco dobrze reaguje na magię i leki, więc sądzę, że powinien odzyskać przytomność w ciągu najbliższych kilku godzin. Mimo to niech nikt nie myśli, że wypuszczę go stąd prędzej niż za dwa tygodnie!
Wysoka postać zbliżyła się do drzwi, po czym, ku zdumieniu Korry, Bolina i Altana, uchyliła je.
-Zamiast czatować pod gabinetem, wystarczyło zapukać- na słowa medyka siedzący pod pomieszczeniem zaczerwienili się lekko z zażenowania.
-Czy możemy go zobaczyć? Wiem, że wciąż jest nieprzytomny, ale nie wrócę do domu, dopóki nie będę pewny, że jest bezpieczny- powiedział mag ziemi, kręcąc się niespokojnie.
Lekarz pokręcił głową, ale zgodził się.
-Idźcie na drugie piętro, czwarte drzwi po prawej. Pozwólcie mu odpocząć, nawet jeżeli się obudzi.
Cała trójka zeszła po schodach piętro niżej i zgodnie z instrukcją wzdłuż korytarza. Po drodze mijali sale, w których znajdowali się inni ranni policjanci. Widząc przechodzących Bolina i Altana, machali im na powitanie - utrzymywali bowiem przyjacielskie stosunki z Mako, który mimo swojego czasem nieprzyjemnego zachowania był w ich opinii pomysłowym i opiekuńczym towarzyszem.
Ostrożnie otworzyli drzwi do pachnącego środkami antyseptycznymi pomieszczenia. Wśród białej pościeli, przy ustawionym obok okna łóżku leżał mag ognia. Dookoła niego poustawiano przeróżne aparatury, ale na szczęście większość z nich została już odłączona. Zdecydowana większość ciała chroniona była przez bandaże, zaś na jego zazwyczaj spiętej twarzy umieszczono respirator, ułatwiający mu oddychanie.
Mag ziemi odetchnął z ulgą, widząc swojego brata.
-Całe szczęście jest cały... Zaskakujące jest to, że wydaje się bardzo rozluśniony.
-A dziwisz się? Ludzkie mięśnie tracą całe swoje napięcie, kiedy ciało zasypia!
Podczas gdy Korra żegnała się z Bolinem (który musiał wrócić do małej Toph), Altan przyjrzał się opiekunowi i spostrzegł, że ten poruszył dłonią. Podszedł bliżej, a wtedy mężczyzna powoli uchylił powieki, spod których wyłoniły się jeszcze zasnute mgłą tęczówki. Chociaż wciąż był bardzo słaby, odruchowo rozejrzał się za kurtką, do której włożono należący do niego czerwony szalik oraz, co zauważył chwilę później, pudełko z prezentem zaręczynowym.
Avatar podbiegła do łóżka.
-Hej... wszyscy cali?- zapytał Mako, zsunąwszy maskę z nosa i ust.
-Jesteś głupcem- mruknęła w odpowiedzi Korra, walcząc ze wzbierającymi się w oczach łzami.
-Ty jesteś Avatarem.
-Obydwie rzeczy są prawdziwe- obydwoje uśmiechali się lekko, a Altan nagle zrozumiał, że te kilka zdań wiele znaczy dla zakochanych. Uznał więc, że powinien wyjść i zostawić ich samych, lecz wtedy powstrzymał go Mako, jak gdyby doskonale znał jego myśli.
-Nie zostawię cię, pamiętasz o tym?
Impuls sprawił, że chłopiec postanowił zaryzykować. Miał wrażenie, że jeśli tego nie zrobi, to jego opiekun będzie się wahał, dlatego sięgnął do kurtki detektywa. Pewnym ruchem podał pudełko Avatar (ku zdziwieniu Mako, który wyglądał, jakby lada moment miał znów stracić przytomność).
Korra popatrzyła na niego z zaskoczeniem.
-Tylko... nie oczekuj, że nagle będę cię inaczej nazywał- powiedział zadziwiająco pewnym tonem.
Kobieta zamikła na kilka chwil, a potem roześmiała się głośno, momentalnie rozluźniając atmosferę.
-Czy twój syn właśnie wyraził zgodę, abyś mi się oświadczył?
-Najwyraźniej tak- odparł, po czym dodał ciszej -dziękuję.
Altan wzrokiem zapytał przybranego ojca, czy zamierza przejść do czynów. Mimo swojej bardzo słabej kondycji,
-Wiem, że pewnie nie tak wyobrażałaś sobie ten dzień. Prawdę mówiąc, ja również nie. Nie zmienia to jednak faktu, że chciałbym, abyś za mnie wyszła. Kocham cię, Korro. Dlatego pytam - zostaniesz moją żoną?
-Tak, zostanę twoją żoną- szepnęła, ostrożnie ściskając dłoń narzeczonego. Drugą złapała za bluzę chłopca i przyciągnęła go do łóżka, aby zarówno ona jak i Mako mogli go uścisnąć.
Widząc ich szczęśliwe twarze, Altan wiedział, że podjął słuszną decyzję.
-Wróciłem!
Przekroczywszy próg, Mako ściągnął buty i powiesił kurtkę, a następnie przeszedł korytarzem do salonu, w którym czekali na niego Altan i Korra. Kobieta rozłożyła się na kanapie, gładząc zaokrąglony brzuch, zaś młody mag usadowił się obok Nagi, która postanowiła przespać się po ciężkim dniu.
Policjant uścisnął syna na powitanie, pogłaskał niedźwiedziopsa i minął stół, by ucałować żonę w dłoń. Zawsze, gdy to robił, Avatar uśmiechała się.
-Jak minął wam dzień?
-Zaliczyłem sprawdzian wiedzy teoretycznej z magii wody- odparł chłopiec, wskazując leżący na jego kolanach arkusz testowy.
-Mógłbyś powiedzieć coś Tenzinowi i Raiko? Chyba twierdzą, że ciąża czyni mnie niezdolną do chronienia świata!- stwierdziła Korra.
-Raczej jeszcze bardziej nieprzewidywalną, mamo.
Podczas gdy Korra próbowała dogonić Altana, Mako zaśmiał się. Miał rodzinę, do której mógł wracać.
