KODEKS
W roku smoka 9:44 zwołana przez Wielebną Victorię1 Święta Rada postanawia o rozwiązaniu Nowej Inkwizycji.
…..
ROZDZIAŁ 4
Qunari sami odkryli część labiryntu Eluvian. Teraz nie żyją, a Eluvian należą do mnie.
Fen'harel/Solas (DA:I, Intruz)
Po wydarzeniach w Zimowym Pałacu, z niejasnych przyczyn elfy opuściły Inkwizycję. Podobnie - elfi słudzy całego Thedas. Nikt nie potrafił wyjaśnić dokąd odeszli.
Ci, którzy uwierzyli w słowa Inkwizycji o Fen'harelu zastanawiali się jak silną armią dysponował Wilk ... oraz jaką planował przyszłość ...
Narracja epilogu (DA:I, Intruz)
…..
Mahariel wtulony w zimną ścianę nie poruszał się. Był pół-przytomny.
Pierwsza mgła – piasku i prochu pojawiła się po środku celi. Ściany narożnika ukrywały ciało więźnia przed niebezpieczeństwem. Ciemna, brudna chmura stanowiła dla niego takie samo zagrożenie, jakim była dla qunari. Drugi był wybuch płomieni, który zabrał z celi resztę powietrza i żywcem spalił Saarebas. Wybuch alchemii i kwasu zwiastował bolesną śmierć zarówno dla Rasaan, jak i dla Mahariela.
Trzecia, gęsta zawiesina, zupełnie inna od pierwszej wpadła do celi od strony korytarza. Nagła, pędząca jak wichura, potężna jak uderzenie młotem. Mahariel gotów był na kolejny, być może ostatni cios kończący jego żywot. Czerwony dym przypominał krew.
Jeszcze chwila, a będzie po wszystkim.
Mahariel zamknął oczy.
Śmierć nie nadeszła. Zamiast bólu, pierwszy raz od miesięcy Mahariel odczuł ulgę. W przeciwieństwie do qunari, którzy objęci czerwoną materią stracili przytomność, jemu mgła nie czyniła krzywdy. Magia delikatnie przesuwała się wzdłuż jego chudego ciała, drapała powierzchnię skóry jak słaby elektryczny prąd. Przesuwając się wzdłuż szyi i twarzy działała jak narkotyk. Otwierała oczy, wyostrzała węch, leczyła ducha i ciało. Oferowała Strażnikowi dokładnie to, czego potrzebował. Była niezwykła. Mahariel szerzej otworzył usta, odetchnął pełną piersią. Przestrzeń, niby zaczarowana, przywracała jego otumanione zmysły. Poczuł zupełny spokój. Relaksujący i miły, zabierający zmęczenie i ból, dający w zamian siłę i moc. Czerwona mgła otulała jego całą postać jak ukochana siostra.
Mahariel z wahaniem wyciągnął dłoń, dotknął wnętrza niezbadanej materii. Jego ciałem potrząsnął dreszcz. Zimny, choć mgła nieprzerwalnie tchnęła przyjemnym ciepłem. Krew szarego strażnika rozpoznała bliźniaczą naturę nowego istnienia. Istota czerwonej mgły obecna była w jego żyłach, w jego ciele, towarzyszyła mu w snach. Mgła żyła, tak jak strażnik. Tak jak on była nasycona skazą. Tak jak on była dzieckiem plagi. Na twarzy Mahariela zdziwienie, mieszało się z wdzięcznością i przestrachem. Pytania bez odpowiedzi kotłowały się w jego głowie.
Kilka lat temu, Mahariel, chcąc wspomóc brać strażniczą wyruszył drogą poszukiwań. Pragnął odnaleźć, zarówno dla nich, jak i dla siebie, sposób na odwrócenie skazy, lek na wołanie2. Podczas swoich podróży w świecie, wiele zobaczył, wiele doświadczył. Po raz pierwszy jednak spotykał się z taką formą skażenia. Źródło kształtu oraz cel obecności istnienia, również dla niego pozostawały tajemnicą. Moc i intensywne, nieustannie ruchliwe trwanie jednocześnie przerażało i fascynowało. Nie pozostawało wątpliwością, iż struktura bytu była śmiertelna dla każdego, kto nie dzielił z nim pochodzenia.
Mahariel uniósł głowę. Czerpiąc z siły jedności i potęgi, jaką oferowało niebezpieczne istnienie, wprawił swoje ciało w ruch. Granice mgły falowały w przestrzeni jak oddychająca pierś. Wobec lodowatego zimna, jakie w członkach strażnika pozostawiło saar-eva, mgła stawiała ciepło gorącej krwi. W powietrzu czuć było orzeźwiający zapach życia. Mahariel wstał, rozejrzał się. Gęstniejący dym uniemożliwiał zlokalizowanie Rasaan i Saarebas. Strażnik, odporny na skazę, którą niosła mgła, czuł, iż niezależnie od tego co uczyni, nic mu z jej strony nie grozi. Była żywa jak zło, które ją napędzało, ale rozpoznała w strażniku sprzymierzeńca. Qunari nie dostąpili podobnego zaszczytu.
Mahariel ruszył w kierunku drzwi. Jego dłonie czesały delikatną materię. Spowity w czerwień nie widział nic prócz własnych rąk przed własną twarzą. Bez najmniejszych problemów jednak mógł działać, poruszać się naprzód, choć na oślep.
W krótkim czasie Mahariel znalazł się poza celą. Rozejrzał się.
W miejscu, w którym mgła ustępowała pustej, czystej przestrzeni, w progu wychodzącym na korytarz leżały zwłoki. Qunari. Arvaarada, który wcześniej, na rozkaz Rasaan sprowadził na przesłuchanie Saarebas.
Mahariel pozbawiony wsparcia silnej przyjaciółki, na otwartym korytarzu, osłabł nieco, oparł łokieć na ścianie. Jej kamienie, poruszane niewiadomą siłą, lekko drżały. Nie zważając na to, Strażnik przestąpił naprzód. Nieco dalej od drzwi znajdowały się kolejne martwe ciała. Dwóch mężczyzn. Jeden z nich, tak jak qunari, również miał rozcięte gardło. Jego krew, tak jak krew Arvaarada, ciągle jeszcze świeża, zalewała posadzkę lochów. Drugi mężczyzna – człowiek - Mahariel rozpoznał go, Rasaan nazywała go Viran - miał przebitą potylicę. Sztylet nadal osadzony był z tyłu jego siwej głowy.
Mahariel osunął się na kolana. Wspierając lewy bok na ścianie sięgną po sztylet. Lewą ręką przytrzymał szyję trupa, prawą wyciągnął broń. Oczywistym było, iż w twierdzy działo się coś niedobrego, coś co zagroziło qunari. Coś co uwolniło skażoną mgłę i zabiło tych mężczyzn. Mahariel zdawał sobie sprawę ze swojej obecnej słabości, wiedział iż w konfrontacji z wrogiem nie będzie miał szans, odmawiał jednak poddania swojego życia bez walki w przypadku, gdy ta walka była zupełnie możliwa.
Rytuał qamek był egzekucją, ostatecznym słowem Arishoka. Walka z nim była próżna. Teraz jednak ... sytuacja się zmieniła. Qamek zatrzymano.
Mahariel wstał powstrzymując mdłości uciskające jego pusty żołądek. Trucizna, którą przemocą wlała w niego Rasaan, bardzo szybko została wchłonięta przez skazę. Saar-eva oraz qamek zawierały zmienioną formę lyrium, dlatego jego skład był tak silnie chronioną tajemnicą. Obecność lyrium była jednak powodem, dla którego Mahariel tak szybko przyjął działanie mikstury, tak gwałtownie doświadczył jej działania. Skaza pożerała wszelką potęgę, niszczyła ją jak Pustka, a lyrium stanowiło magię w czystej formie.
Korytarz lochów, zakręcający na prawo prowadził w stronę bardzo stromych schodów wiodących w górę, na główny poziom. Maharielowi ze zmęczenia świat coraz szybciej wirował przed oczami. Ostrożnie, krok za krokiem, posuwał się w obranym kierunku. Upadek z wysokości mógłby być dla niego tragiczny. Jeśli nie dozna śmiertelnego wstrząsu, z pewnością straci jedyną okazję na ucieczkę i uratowanie życia. Znajdą go wrogowie qunari, albo - co gorsza - sami qunari. Temat qamek powróci jak stary, nieśmieszny żart.
W rozwidleniu, u wyjścia na wyższy korytarz, widać było słabe światła pochodni. Ledwie płonęły. Część była zupełnie wygaszona. Schody na dalsze piętra zachodniego skrzydła oraz niewielki hol pozbawiony mebli i innych przedmiotów, były zupełnie opustoszałe. Nikt nie stoczył tu walki. W zasięgu wzroku nie było ani żywych, ani martwych. Z lewej strony, w przejściu wychodzącym na tunel prowadzący do wielkiej sali, widać było ślady wyłamanych drzwi lub rozbitego drewna. Mahariel ostrożnie podszedł bliżej, plecy uważnie utrzymywał przy ścianie. Podczas samotnych eskapad, obserwacja własnych tyłów była bardzo istotna. Zwłaszcza dla Mahariela podzielna uwaga była kluczem. Choć był zupełnie głuchy, potrafił w razie potrzeby wyrównać swoje szanse z wrogiem. Teraz, gdy nogi ledwo trzymały ciało w pionie, wzrok nadal był nie w pełni sprawny, a umysł mocno osłabiony, ściana stanowiła dodatkowo niezbędne oparcie i pomoc.
Przed pomieszczeniem, do którego zmierzał, w dali, zaraz obok drzazg i fragmentów metalu, Mahariel dostrzegł kolejne ciało. Podszedł bliżej. Rosły qunari w sile wieku leżał na wznak z rozrzuconymi na bok ramionami. Był nieprzytomny. Broń wypadła mu z dłoni. Mahariel odepchnął ją stopą w najdalszy kąt korytarza, pochylił się nad wojownikiem. Z jego rozwartych ust dobywało się powietrze. Oddychał. Zwarzywszy na świeżą ranę na twarzy, cokolwiek unieruchomiło olbrzyma, zaatakowało niedawno. Mężczyzna prawdopodobnie długo jeszcze pozostanie nieprzytomny.
Należało rozeznać sprawę, zdecydował Mahariel. Wykorzystać sytuację. Znaleźć dostępną drogę ucieczki.
Przestępując nad wielkim ciałem qunari, Mahariel spojrzał do wnętrza ciemnego pokoju3.
Nie zamierzał długo pozostawać w twierdzy, jednak zalezienie tylnego, alternatywnego wyjścia z Kas może okazać się prawdziwym wyzwaniem.
Oględziny tajemniczego pomieszczenia przyniosły wniosek, iż w jego wnętrzu niedawno miał miejsce poważny wypadek. Konstrukcja dwukondygnacyjnego składu broni i magii stała w ruinie. Nawet pył po zawaleniu się poziomu jeszcze nie całkiem opadł. Krążył w powietrzu niosąc ze sobą ciężki, metaliczny zapach, szczypał w oczy, wraz z oddechem wypełniał płuca. Mahariel uważnie obejrzał rumowisko. Połowa podłogi górnego piętra zniknęła zapadając się do piwnicy. Na środku całości ruiny leżała otwarta, przygnieciona pokruszoną kamienną ścianą działową, skrzynia z czystym lyrium. Niemal wszystkie szklane buteleczki rozsypały się, szkło popękało oddając wraz z płynem słaby, biały blask rozlewający się równymi żyłami po połamanych sprzętach.
Z lewej strony, pod nietkniętą częścią stropu, widać było tajemnicze purpurowo-czerwone światło.
Mahariel cofnął się z powrotem na korytarz. Pomieszczenie było dla niego bezużyteczne.
Przestępując do tyłu napotkał opór. Coś złapało go za stopę. Rozwarta dłoń, nagle i boleśnie, zacisnęła się na jego nagiej kostce. Mahariel stracił równowagę, runął w dół uderzając skronią i lewym bokiem o podłogę. Sztylet wypadł z jego dłoni. Poszybował w górę, spadł w głąb zawalonego poziomu.
Atak zupełnie go zaskoczył. W ranionej uderzeniem głowie przez moment panowała zupełna ciemność. Mahariel poczuł jak napastnik chwyta jego nogi, usiłuje odciągnąć je w tył, unieruchomić ciało, z twarzą wgniecioną w podłogę. Przytomniejąc wreszcie zobaczył zarys sylwetki qunari. Mężczyzna pochylał się nad nim. Jego niebieskie oczy płonęły gniewem. Usiłując wymierzyć cios qunari zmienił chwyt. Mahariel był szybszy. Wykorzystał moment. Złapał olbrzyma za poroże. Pociągnął. Głowa napastnika przyjęła wyjątkowo nieprzyjemną pozycję. Nienaturalną i sprawiającą ból. Qunari wypuścił ciało przeciwnika próbując się bronić. Bezskutecznie. Mahariel wymierzył cios. Nagą stopą trafił w nos. Podskoczył, przysiadł nisko. Wykręcił róg qunari ostro w bok. Zanim wojownik zdążył oswobodzić się ostatecznie, Mahariel ciągnąc z całej siły za lewą część uderzył kolanem w bok twarzy qunari. Następnie szybko wypuścił szamoczącego się mężczyznę, skoczył w tył. Qunari zachwiał się przestępując w przeciwną stronę. Mahariel stanął na krawędzi ruin magazynu. Uśmiechnął się. Chciał rozdrażnić Antaam dając wrażenie siły i pewności siebie, której zupełnie nie czuł, i której coraz bardziej mu brakowało.
Qunari oddychając ciężko wsparł dłoń na framudze wyłamanych drzwi. Ze starej rany na twarzy sączyła się świeża krew. Z wolna zalewała mu jedno oko. Wojownik przetarł je nagim przedramieniem. Jego twarz wykrzywił gniewny grymas. Nie atakował jednak, trwał w bezruchu, czekał. Plan Mahariela zdawał się oczywisty dla obydwu stron. Jeżeli wojownik zaatakuje, Mahariel zrzuci go w dół.
- Twoi ludzie przejęli twierdzę, Szary strażniku – Mahariel wyczytał z ust qunari. – Jesteś odpowiedzialny za upadek Issala-kas. Arishok zginął pod gruzami magazynu. To twoja odpowiedzialność. Pozwól Qun wymierzyć sprawiedliwość. Poddaj się albo walcz honorowo.
Arishok.
Jedno słowo, a czas dla Mahariela stanął w miejscu.
Niemożliwe.
Qunari twierdził, iż Issala-kas zostało zaatakowane przez sprzymierzeńców Mahariela? Bzdura. Szarej straży nie interesowały problemy polityczne świata. Ważna była plaga, a Fen'Harel nie był pomiotem.
Qunari łgał jak pies.
A jednak …
To Arishok. Istniała możliwość, że był blisko. Żywy lub martwy. W takich okolicznościach Mahariel nie mógł odejść dopóki nie odkryje prawdy. Obok takiej ewentualności Mahariel nie potrafił przejść obojętnie. Jeśli qunari kłamał, bezwiednie i prawdopodobnie zupełnie nieświadomie jednym słowem, krótkim wyznaniem, bez walki skutecznie powstrzymał więźnia przed ucieczką.
Tak zwykle nowa rzeczywistość kpiła ze starych sentymentów.
Mahariel westchnął ciężko. Musiał się poddać. Wola przetrwania okazała się niewystarczająca.
Zabawne jak jednej chwili ucieczka z twierdzy przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.
Mahariel skoczył w tył. Wylądował na szczycie gruzowiska poniżej. Spojrzał w górę na qunari pochylonego teraz nad krawędzią. Przeklinając bas, mężczyzna szukał dla siebie ścieżki prowadzącej na niższy poziom, nie znajdował jednak bezpiecznej możliwości. Schody zostały odcięte od pozostałej części przez zwalony strop. Qunari nie byli tak zwinni jak elfy. Mahariel posłał wielkiemu wojownikowi złośliwy uśmiech, odwrócił się i zaczął schodzić w dół. Zanim qunari zacznie rzucać w niego kamieniami i zanim uda mu się celnie trafić, Mahariel wierzył, iż zdąży ustalić, czy wojownik rzekł prawdę na temat swojego dowódcy.
Płaska, wąska deska, pęknięta w połowie i leżącą w poprzek ostrych kamieni, splamiona śliskim lyrium stanowiła jedyne względnie bezpieczne i szybkie przejście w dół. Mahariel przestąpił w jej kierunku. Przeskoczył. Zachwiał się. Jedną nogą wpadł prosto w szkło i płyn alchemiczny. Poczuł pieczenie maleńkich płytkich ran. Krzywiąc twarz postawił krwawiącą stopę na drewnianej belce. Zgiął nogi w kolanach, dla wzmocnienia koncentracji wbił długie, brudne paznokcie we wnętrze dłoni, w ranę, którą dużo wcześniej, przebywając jeszcze w celi, sam sobie uczynił skradzioną stalówką. Utrzymał równowagę. Zbiegł po stromym zejściu. Wylądował bezpiecznie na brukowanej posadzce piwnicy.
Odetchnął głęboko.
Szerzej otworzył oczy. Wyostrzył zmysły.
Powietrze, nagle czyste i świeże, wypełniło jego płuca. Stojąc w zawalonej części piwnicy, mimo pyłu krążącego w powietrzu, można było mieć wrażenie otwartej przestrzeni. Jakby delikatny wiatr wpadał do środka od strony ściany. Wschodni. Od zachodu.
Mahariel rozejrzał się. Zobaczył ciała dwóch qunari. Pierwszy był magiem. Miał rozbity tył głowy, oddychał nieregularnie, ale żył. Drugi nie miał tyle szczęścia. Głowica ostrej rękojeści jednej z broni przebijała go na wylot.
Źródłem świeżości w powietrzu było to samo zjawisko, które wcześniej rozświetlało ciemność purpurowo-rdzawym blaskiem. Mahariel zobaczył aktywne lustro Eluvian.
Magiczne wrota znajdowały się w pomieszczeniu uczynionym we wgłębieniu ściany piwnicy, oddzielonym osobną, drewnianą zasłoną oraz drzwiami (obecnie wyłamanymi). Nierówna tafla Eluvian falowała w ciemnościach imitując błękitną aurę lyrium. Lustro pozostawało aktywne, choć według posiadanych przez Mahariela informacji, tylko jedna istota potrafiła je obecnie uruchomić. Wilk przejął kontrolę nad tajemniczymi ścieżkami, do których prowadziły.
Lustro emitowało blask, raz blady i zimny, raz czerwony jak ogień. Pulsowało jak żywa materia. W energii Eluvian, tak jak wcześniej w materii mgły, Mahariel rozpoznał plagę.
Ktoś musiał otworzyć przejście przez lustro. Swoim działaniem skaził taflę. Wszystko wskazywało na to, że Eluvian zostało uaktywnione przez mroczny pomiot lub, choć to wątpliwe, przez szarą straż. Kolejne pytanie nie pozwalało zachować spokoju i nadziei. Jeśli ścieżki Eluvian niepodzielnie należały do starożytnej istoty, która stworzyła Zasłonę Pustki, dlaczego lustro z Issala-kas było otwarte i skażone?
Odpowiedź była błogosławieniem Dirthamena.4
Ale Mahariel nie ufał bogom.
Niezależnie od prawdy, która stanowiła wyjaśnienie zagadki, aktywne Eluvian otwierało drogę do wolności. Gdziekolwiek prowadziło, szanse Mahariela na przeżycie powinny być większe niż w Issala-kas. Przejście przez lustro było ryzykiem, które Mahariel gotów był przyjąć. W razie czego śmierć będzie lepszym rozwiązaniem niż qamek.
Szansa na ucieczkę musiała jednak poczekać. Mahariel pamiętał po co znalazł się w zawalonym magazynie. Musiał zachować nadzieję, że Eluvian pozostanie otwarte wystarczająco długo, by udało mu się przez nie przejść. Później.
Odwrócił wzrok. Powinien jak najprędzej znaleźć Arishoka, upewnić się, że istotnie znajduje się wśród ruin … żywy. Blade światło lyrium pomagało dostrzec najmniejsze szczegóły gruzowiska.
W pobliżu dwóch nieszczęsnych qunari, pod połamanym fragmentem zadaszenia piwnicy, pod przeciwległą ścianą, za nasypem z drewna, kamieni i metalowych części uzbrojenia Mahariel dojrzał wreszcie trzecie ciało. Rozpoznał czerwone naramienniki Arishoka. Qunari nie kłamał. Arishok istotnie musiał przebywać w magazynie w czasie wybuchu, tak jak Saarebas i tak jak martwy wojownik. Mahariel z nadzieją wspiął się na niewielki zwał kamieni, na którego szczycie znajdowało się ciało. Zbliżył się ostrożnie. Krótkie oględziny pozwoliły wysnuć wniosek, iż Arishok upadł pod ciężarem dwóch belek nośnych wspierających prawdopodobnie sufit pierwszego poziomu lub stanowiących elementy ściany. Tors i nogi częściowo przesłaniały kamienie, które prawdopodobnie również wchodziły w skład zawalonej części budowli. Spod gruzu można było dostrzec jedną z dłoni. Mahariel przesunął palce wzdłuż nadgarstka, dotknął szarej, szorstkiej, pokrytej starymi ranami dłoni. Była ciepła. Pełna życia. Arishok nie był martwy, jedynie nieprzytomny. Mahariel uśmiechnął się gorzko, wzmocnił uścisk.
Dziesięć lat temu ta sama dłoń nosiła mniej blizn.
Krótkotrwały, lekki podmuch powietrza, zmiana w przestrzeni zwróciła na moment uwagę Mahariela. Odwrócił się. W rozwidleniu, u dołu rumowiska, na podłodze leżał qunari, ten sam, który przed chwilą bezskutecznie próbował pojmać zbiegłego więźnia Qun. Obok leżała broń, którą Mahariel odrzucił, a którą wojownik musiał znaleźć. Mężczyzna krzywiąc się w bólu z wolna podnosił się z podłogi.
Mahariel nie miał ochoty ani sił ponownie walczyć. Życie Arishoka można było jeszcze ocalić. Usunięcie ciężkich kamieni, płyt i belek nie będzie łatwym zadaniem dla elfa. Qunari poradziłby sobie z podobnym zadaniem dużo sprawniej. Jeśli Arishok okaże znak życia, wojownik będzie zobowiązany mu pomóc. Mahariel również nie mógł pozostawiać Arishoka nieprzytomnym, jeśli posiadał środki wystarczające do tego, by to zmienić.
Nadszedł czas by ponownie sięgnąć do Otchłani, zdecydował twardo Mahariel.
- Odejdź natychmiast – elf wyczytał z ust qunari. Wojownik wspinał się w górę po kamieniach.
Nie puszczając dłoni Arishoka Mahariel przesunął własną rękę tak, by krew plagi z jego rany, umieszczonej po środku, dokładnie plamiła skórę dowódcy Antaam. Czerpiąc po raz kolejny z plugawej, chaotycznej mocy Mahariel otarł rozciętą dłoń o dłoń Arishoka, roztarł krew.
Magia zamknięta w plugawej krwi była niepoznana i niebezpieczna. Mahariel, ilekroć jej używał, powtarzał sobie, iż kusił los jedynie z powodów wyższej konieczności. Arishok był w niebezpieczeństwie. Użycie potęgi plagi, choć obciążało organizm strażnika, często było jedynym, najprostszym wyjściem z trudnej sytuacji. Splugawiona krew stanowiła źródło dzikiej magii, o mocy tak ogromnej, iż sama Opiekunka Marethari byłaby pod wrażeniem. (Obawiałaby się jej źródła i ostatecznych skutków, by pochwalić posługiwanie się jej mocą.)
Skaza pogłębiała degradację ciała. Zamieniała strażnika. Użytkowanie mocy chaosu znacznie przyspieszało proces zapoczątkowany przez rytuał Dołączenia5. Umysł Mahariela osiągał limit. Pieśń, jak koszmar, obecna w jego snach, w dzień nie dawała wytchnienia, podstępnie przybierała na sile. Stanowiła pierwszy i jedyny dźwięk, jaki głuchoniemy strażnik słyszał od blisko piętnastu lat.
Mahariel używając zakazanej magii, sięgnął ciała Arishoka, jego krwi i serca.
Otwórz oczy.
Uderzenie myśli, spowodowało uderzenie mocy, wywołało paraliż, dalej szok. Wstrząs, który wprowadził nową energię. Organizm mógł funkcjonować od nowa.
Arishok poruszył się.
Wojownik qunari pojawił się nagle, złapał bas za włosy, odciągnął do tyłu. Był wściekły. Mahariel zagryzł zęby w złości. Uniósł ręce w geście poddania. Jego nagie kolana otarły się boleśnie o ostre kamienie.
Arishok nieznacznie uniósł dłoń.
Qunari ze zdziwieniem spostrzegł, że wbrew jego założeniom, dowódca Antaam przeżył wybuch i wymaga natychmiastowej pomocy.
Wypuścił bas z garści. Uniósł broń.
Co zamierzał zrobić?
Ogłuszyć? Zranić? Uniemożliwić jakąkolwiek ucieczkę lub kontratak.
Elf uskoczył, zrobił unik. Ponownie uniósł dłonie w górę. Nie zamierzał przeszkadzać. Zależało mu na życiu i zdrowiu dowódcy Qun tak samo jak Antaam. Arishok kiedyś był jego przyjacielem.
Mahariel przesunął się dalej, pogłębiając odległość dzielącą go od qunari, zmniejszając ją między sobą a lustrem.
Czy wojownik znał historię piątej plagi? Czy wiedział o znajomości Bohatera Fereldenu z Arishokiem? Czy zrozumiał plan Mahariela? Czy zauważył Eluvian?
Fenedhis6, Mahariel przeklął spoglądając w górę.
Stanąwszy w rozwidleniu zapadniętej piwnicy odkrył niespodziewanie zbliżające się niebezpieczeństwo. Czerwień znajomej materii unosiła się nad podłogą górnego poziomu.
Mgła.
Należało działać szybko. Pomóc Arishokowi. Natychmiast.
Belki drgnęły, kurz, kamienie i drzazgi osypały się wokół. Wojownik qunari próbował uwolnić Arishoka spod przygniatających go gruzów. Jego ramiona drżały w napięciu. Nawet jeśli miał zginąć z ostrzem w plecach rzuconym w jego stronę przez wycofującego się wroga zamierzał wypełnić swoją rolę7. (W najgorszym razie Arishok sam będzie musiał zająć się ujęciem zbiega.)
Dowódca Antaam czując ustępujący ciężar uniósł się zasłaniając twarz ręką. Uważając na poświęcenie, z jakim wojownik qunari dźwigał ogrom rumowiska wstał najszybciej jak tylko pozwalały na to jego rany. Przytrzymując się ściany, ignorując własną dezorientację i wszelkie dolegliwości, dotarł w bezpieczne miejsce. Wojownik odstępując nieco w tył upuścił wielkie belki. Kawałki odłamków gruzowiska zatańczyły w powietrzu.
Do zawalonego magazynu nagle wpadł silny podmuch wiatru. Mahariel spojrzał w górę. Czerwień z wolna wypełniała całą przestrzeń w korytarzu. Mahariel zobaczył, iż nowa mgła była inna niż poprzednia. Ciemna jak krew. Połyskiwała groźnie jak wielki jadowity wąż. Zła, błyszcząca nowym blaskiem. Mahariel ciągle jeszcze rozpoznawał w niej byt, tą samą obecność plagi, która płynęła w jego krwi. Nowa moc stworzyła nowe zło. Struktura mgły była zmieniona. Ciemną chmurę materii przeszywały błyskawice. Nadawały skazie duchowy wymiar. Zmieniona była wrogiem. Żywiołem. Agresja wybuchała w jej wnętrzu żywym ogniem. Jak eksplozja prochu w celi, w której Rasaan przesłuchiwała Mahariela.
Czy saar mógł wpłynąć na strukturę mgły, tak gwałtownie jak to uczynił z krwią Mahariela?
Cokolwiek się stało, wzmocniło destrukcyjną naturę materii plagi.
Mahariel gorączkowo wskazał na niebezpieczeństwo. Przy pomocy znaków starał się zwrócić uwagę Qun na własne emocje. Strach. Przez krótką chwilę rozważał możliwość konfrontacji z qunari. Próbował mówić, niestety zbyt niewyraźnie by zostać zrozumianym. Wojownik Qun uwolniwszy miecz Arishoka spod gruzów podał dowódcy oręż. Mgła napłynęła do wnętrza piwnicy. Arishok spojrzał na elfa z wolna przesuwającego się w stronę otwartego Eluvian. Mahariel nie wiedział co w tym momencie dziwiło dowódcę Antaam bardziej – obecność basra, czy aktywne lustro? Wojownik Qun mówił coś z oddali wskazując na sunącą z górnego poziomu w dół przepaści czerwoną materię. Spostrzegł jej zmianę. Tłumaczył Arishokowi swoje doświadczenia.
Na drugą stronę Eluvian Mahariel wskazał poważnie wpatrując się w purpurowe oczy dowódcy Antaam. Twarz Arishoka pozostawała maską. Strażnik nie uzyskał odpowiedzi. Nie wiedział nawet, czy qunari zrozumiał jego słowa.
To nie jest sztuczka. Choć ze mną na drugą stronę ponowił prośbę. Jednak Arishok przestał patrzeć w jego kierunku. Przyboczny dowódcy przestąpił do przodu. Jego oczy rozszerzył strach, gdy mężczyzna spostrzegł to, przed czym przed chwilą ostrzegał ich Mahariel. Materię pożerał ogień.
- Musimy się ukryć, inaczej zginiemy – powiedział nie odrywając wzroku od przerażającego zjawiska. Przestąpił kilka kroków w stronę Eluvian. Arishok, nadal ranny i osłabiony rozumiejąc zamierzenia towarzysza, powoli ruszył w ślad za nim. Wojownik zaoferował mu swoją pomoc wyciągając w jego stronę silne ramię. Arishok pokręcił głową. Mgła zaczęła wypełniać przestrzeń niższego piętra magazynu.
Mahariel przestąpił na drugą stronę lustra. Nie mógł dłużej trwać w Kas. Chciał zachować odpowiednią, bezpieczną odległość między sobą a podążającymi za nim Qun. Ufał, iż ostatecznie podejmą właściwą decyzję.
Oczom strażnika ukazał się nowy świat.
Wojownik qunari i Arishok przeszli do jego wnętrza tuż za nim.
Mahariel na moment zapominał o ich obecności.
Jak okiem sięgnąć całą nową przestrzeń wypełniał las. Magiczny, niezwykły i przerażający. Zamiast wysokich grabów, dębów, buków i zielonych krzewów Mahariel widział metalowe drzewa i nieaktywne lustra Eluvian (niektóre rozbite w drobny pył). W oddali, jakby za mgłą (tym razem bardziej neutralną, jeśli nie naturalną) majaczył wysoki mur, jakby starych ruin zdradzających architekturę Elvhenan. Ścieżki prowadzące pomiędzy Eluvian pozbawione były życia. Brakowało organicznej roślinności i innych żywych istot. Ludzi, elfów, krasnoludów. Brakowało słońca. Sklepienie nieba miało brudny niebieskoszary kolor. Bezruch panujący w ogół szybko dał się poznać jako źródło nowych niepokojów. Tajemniczy świat budził w nim nowy strach. Mącił zmysły. Dawał wrażenie bycia przedmiotem cudzych obserwacji. Pomimo szeregów drzew i luster, Mahariel i dwójka wojowników Qun, pozostawali doskonale widoczni z każdego miejsca na horyzoncie. W przestrzeni Eluvian ucieczka była niemożliwa. Przynajmniej jedna para oczu zawsze będzie śledziła każdy ruch (twoja własna).
Mahariel otrząsając się z wrażenia jakie wywarła na nim nowa rzeczywistość spojrzał ostrożnie na Qun poruszających się bliżej ciągle jeszcze otwartej tafli. Wszystkie pozostałe lustra były nieaktywne. Po drugiej stornie czynnego Eluvian widać było jak czerwona mgła wypełnia całe pomieszczenie piwnicy. Ruchoma powierzchnia zwierciadła w jednej chwili zmieniła się w rdzawą przecinaną błyskami chmurę.
Nawet jeśli mgła zniknie, dla Mahariela nie było drogi powrotnej.
Wojownik Qun spostrzegając bas twardo ruszył w jego kierunku. Zakręcił rękojeścią broni, ostrze przecięło przestrzeń. Mahariel, bez własnej broni, zagubionej w magazynie, przygotował się do uniku.
Arishok przytrzymał własną dłoń w środku tafli aktywnego Eluvian. Nie można było dopuścić do zamknięcia się lustra. Droga powrotna musiała być zabezpieczona.
Krzyk zatrzymał wszelki ruch.
Arishok trzymając dłoń po drugiej stronie walczył z narastającą słabością, zaciskał zęby.
Ani Mahariel, ani wojownik qunari nie zdążyli odpowiednio zareagować nim ogrom mgły z siłą pędzącego wodospadu przedarł się na drugą stronę lustra. Uderzenie mocy niemal zwaliło z nóg Mahariela i stojącego przed nim qunari. Arishok pchnięty pędem materii w tył uderzył ciałem o kamienny bruk. Nie stracił przytomności. Wojownik Qun natychmiast ruszył na ratunek swojemu dowódcy. Arishok podnosząc się do pozycji siedzącej gestem ręki zatrzymał wojownika. Jego lewa dłoń była niemal czarna, zupełnie spalona. Mahariel widział jak Arishok krzywiąc twarz chowa ranną dłoń przy boku.
Krwawa materia mgły w szybkim tempie dobywała się z Eluvian graniczącego z twierdzą. Tafla lustra działała na nią jak siatka ochronna, jak tarcza. Oczyszczała z ognia i niebezpiecznych błysków. Mgła, która przenikała do nowej przestrzeni, była czysta. Czerwona i gładka jak aksamit. Niezmiennie jednak pozostawała niebezpieczna.
Gdy ostatnie cząstki bytu przeniknęły na druga stronę, Eluvian zamknęło się nagle odcinając Qun drogę powrotną do Kas.
Mahariel nerwowo spoglądał na gęstą, czerwoną mgłę unoszącą się wokół. Jej bliska i intensywna obecność wprawiała jego dłonie w nerwowe drżenie, serce w najszybszy rytm. Czuł jakby potęga mgły przemawiała pobudzając jego krew własną skażoną pieśnią. Skrzywił twarz, gdy dźwięk Wołania w jego głowie na moment przybrał na sile.
Tak jak Arishok i jego wojownik, Mahariel z obawą patrzył jak mgła otacza i bierze w posiadanie jedno z pobliskich luster Eluvian ... jak lustro otwiera się pod naporem mocy skazy ... jak czerwona materia przechodzi na druga stronę.
Szybko wskazał Mahariel nie kryjąc zdenerwowania. To może być wasza jedyna możliwość ucieczki. Wasz wróg stworzył potwora, który zagroził życiu Arishoka. Czy Antaam nie powinno ruszyć w pościg?
Qunari zwrócili twarze w jego kierunku. Mahariel pędem rzucił się do przodu. Biegł w stronę nowo otwartego lustra choć czuł, że niedługo zabraknie mu sił by utrzymać przytomność. Saar, qamek, moc plagi, qunari, Arishok, Eluvian, mgła … Mahariel był u kresu wytrzymałości.
Musiał zdążyć nim Eluvian zamknie się, nim mgła całkowicie przeniknie na drugą stronę.
Przestępując rdzawą, skażoną taflę, Mahariel, nie zważając na obecność mgły przestąpił wraz z nią na druga stronę. Tak jak poprzednio, czymkolwiek była, zdawała się nie dostrzegać lub nie zwracać uwagi na jego obecność. Nie traktowała strażnika jak wroga. Dzielili to samo pochodzenie.
Po drugiej stronie Eluvian Mahariel zobaczył pomieszczenie, zaciemnione, ciasne, wypełnione sprzętem i skrzyniami. Z boku znajdowały się schody w górę i drewniane drzwi. Kolejny magazyn? Na ustawionych rzędem kufrach Mahariel rozpoznał sygnatury Kirkwall i Zakonu z Orlais. Wyżej, na prawo, na ścianie ktoś zawiesił kolejne, wielkie lustro Eluvian. Jego blade, czerwone światło oznaczało, iż również to przejście zostało uruchomione za sprawą mgły i skazy. Krwawa materia przechodziła z pierwszego Eluvian bezpośrednio do następnego.
Mahariel drżącą dłonią sięgnął do pierwszego lustra ufając, iż skaza w jego krwi pozwoli utrzymać aktywne Eluvian wystarczająco długo, by również qunari mieli możliwość bezpiecznego przejścia. Pusty, martwy las i nieznany świat po drugiej stronie nie dawały nadziei na przetrwanie.
Pierwszy pojawił się wojownik Qun, zaraz za nim Arishok. Nim dowódca zdążył przestąpić na druga stronę pierwszy z mężczyzn otwartą dłonią uderzył Mahariela w twarz. Trafił w nos. Pojawiła się krew. Oszołomiony i zaskoczony agresją qunari, którego życie starał się uratować, Mahariel nie zdołał obronić się przed kolejnym atakiem. Wojownik jednocześnie przesunął stopy pod nogami strażnika, złapał bas, ścisnął kark. Siła qunari była tak olbrzymia jak jego gniew. Mahariel półświadomie wycofał dłoń z lustra, uderzył kolanami o podłogę. Gdyby qunari nie trzymał jego głowy w górze, elf osunąłby się zemdlony pod ścianę. Mahariel na oślep próbował sięgnąć gardła, ramion, nadgarstków napastnika. Bezskutecznie. Lustro zamknęło się. Jedno, potem drugie. Przed oczami Mahariela zatańczyły czarne plamy, pieśń huknęła jak błysk8. Jego ciało odmawiało posłuszeństwa. Umysł tracił kontrolę. Mahariel posępnie pomyślał o końcu drogi i o tym jak niesprawiedliwy spotyka go koniec.
Ocaliwszy swoich oprawców, skonał zgładzony ich gniewem.
Cios jednak nie nadszedł. Dłoń zgniatająca jego kręgosłup zniknęła. Qunari przestąpił do tyłu, na bezpieczną odległość.
Mahariel oparł ciało na ramie lustra. Niepewnym ruchem otarł z twarzy świeżą krew, rozmasował obolały kark. Na moment uniósł głowę. Jego otępiały wzrok napotkał postać górującego nad nim wojownika Qun. Ciężki grymas silnej odrazy skierowany był bezpośrednio w jego kierunku. Qunari patrzył na elfa jak na wyjątkowo nieprzyjemny twór czyjejś wyobraźni. Oceniając i nie rozumiejąc. W mroku pomieszczenia, z tyłu, Arishok siadł na skrzyniach pod przeciwległą ścianą. Broń złożył z boku. Najwyraźniej ranny i zmęczony, tak jak Mahariel był zbyt słaby na jakiekolwiek konfrontacje, dyskusje czy przesłuchania.
- Wydaje ci się, że bas wygląda wystarczająco przytomnie, by atakować? – mówił. – Zostaw go. Trzeba ustalić gdzie jesteśmy.
Na te słowa, doznając ulgi, Mahariel rozluźnił ciało, osunął się bezwładnie na stojące obok metalowe sprzęty. Na moment przestał oddychać. Jeśli qunari zdecydują się go zabić, Mahariel z chęcią ułatwi im wykonanie egzekucji. Sobie samemu zaś oszczędzi niepotrzebnych, dalszych cierpień.
… pozwolił umysłowi odpłynąć w ciężki sen …
... ciemne plamy zastąpiła zupełna ciemność ...
... ma serannas9 ...
…..
Przypisy
…..
1 W mojej wersji świata Wielebną Wiktorią jest Leliana.
2 Wg DA: Inkwizycja Szary Strażnik, Bohater Fereldenu około roku 9:40 poszukiwał leku na Wołanie (mojemu Maharielowi towarzyszył Zevran). Sprawa była o tyle paląca, że Koryfeusz używając magii skazy wywołał u strażników silną, masową reakcję na Pieśń.
3 Według Dragon Age Wikia elfy w świecie Thedas widzą w ciemnościach.
4 Dirthamen – jeden ze Stworzycieli świata według Dalijczyków. Bóg Tajemnic, były kumpel Solasa.
5 Rytuał Szarej Straży wykonywany podczas inicjacji na członka bractwa. Polega głównie na celowym skażeniu delikwenta plagą. Plaga postępuje u takiego Strażnika dużo wolniej, niż w przypadku zwykłego, przypadkowego zakażenia krwią pomiotów. Strażnicy zyskują dzięki rytuałowi połączenie z mrocznymi pomiotami, przy czym w przeciwieństwie do pomiotów, członkowie bractwa zachowują własną tożsamość.
6 Dalijskie przekleństwo.
7 Rethsaad jest wojownikiem Beresaad. Oddział Beresaad w społeczeństwie Qun zajmuje się ochroną. Rethsaad jest bodygardem Arishoka. Taką funkcję mu przypisałam. (Tylko przypominam, żeby było jasne z czego wynikają priorytety Rethsaada.)
8 Grafomania? Jakaś pseudo-synestezja? Nie. To tylko moja próba wyjaśnienia jak głuchoniemy Mahariel może odbierać prześladujący go dźwięk Pieśni. Huk grzmot jest mu obcy. Dlatego grzmot zastąpiłam błyskiem. Pieśń działa na Mahariela otępiająco, jak zbyt intensywny blask.
9 Ma serannas – tłum. z elvenhan: dziękuję.
