Rozdział drugi
OoO
Hannibal zostawił Severusa samego z chłopakiem i ruszył przodem, Mieli za jakiś czas spotkać się w pobliżu Chesapeake. Okręt był zaopatrzony i dobrze uzbrojony, choć na pierwszy rzut oka mógł uchodzić za jeden z ogromnej liczby statków handlowych pływających po tutejszych wodach. O świcie mieli wypływać na Wyspę Dantego, jak nazywał urokliwą i niedostępną innym statkom kryjówkę odległą o jeden dzień żeglugi. Tylko on i Severus wiedzieli, jak pokonać naturalne przeszkody, które chroniły to miejsce.
Nie zwracać na siebie uwagi – to była jedna z najważniejszych zasad Lectera. Do czasu wydania odpowiednich rozkazów nie wolno było załodze ściągać niepotrzebnej uwagi pod karą śmierci.
Jak do tej pory nikt nie złamał tego zakazu, co wcale nie znaczyło, że może się znaleźć jeden śmiałek, który zechce podważyć autorytet kapitana.
Odkąd został kapitanem, trzymał ludzi krótko, ale też nie dawał zbyt wiele powodów do niezadowolenia. Od dwóch lat na Chesapeake nikt nie pomyślał o ewentualnym buncie. Żaden z marynarzy nie chciał drażnić bestii, która nimi przewodziła. W ostatnim, otwartym przewrocie to Hannibal Lecter przejął władzę i wszyscy wiedzieli, że nie odda jej bez walki.
Chodziło chyba też o to, że nie było chętnych, aby podzielili smutny los poprzedniego kapitana i jego kilku ludzi, którzy dosłownie zostali starci z powierzchni ziemi. Przynajmniej takie opowieści krążyły, bo nikt tak naprawdę nie widział, co się z nimi stało. Za to wszyscy byli pewni, że Hannibal ma wsparcie diabelskich sił, toteż rzadko kto wypowiadał się o nim w niepochlebny sposób. Choć budził w zatwardziałych sercach swoich kompanów lęk, to przeciwnicy i wrogowie wypowiadali jego imię z niekłamanym strachem.
Kapitan uśmiechnął się do swoich myśli. Może konszachty z siłami nieczystymi były bzdurą, ale naiwne, głupie umysły dawały się na to nabrać. Zresztą nie tylko zabobonni, prości marynarze, bo i czyhający na niego agenci gubernatora i Kompanii.
Szedł wąską uliczką w stronę nabrzeża, gdzie powinien stać statek. Lecz go tam nie było. Bez trudu mógł to dostrzec nawet teraz, praktycznie po ciemku. W jednej chwili wiedział, że stało się coś nieprzewidzianego. Bez wyraźnego powodu nikt by nawet nie śmiał tak jawnie sprzeciwić się jego rozkazom. Krzyki mieszkańców mieszały się w wieczornej ciemności. Okolice doków nigdy nie były bezpieczne dla obcych zwłaszcza. Tym razem niewielki port zaatakowany przez dużo większe zagrożenie, niż tutejsze opryszki szukające sposobu na łatwy łup.
Tej bandery nie sposób było pomylić z żadną inną. Czaszka połykająca sporego węża. Stanowiła też wytatuowany na przedramieniu symbol, który nosili ludzie pływający na Nagini pod rozkazami Lorda Voldemorta. Tylko nieliczni znali prawdziwe jego nazwisko, Tom Riddle. Dość pospolite i mało arystokratyczne, uśmiechnął się z przekąsem Lecter.
Być może kiedyś by zostali kompanami, ale zbyt wiele ich dzieliło, choć zdawali się być tak podobni. Obaj lubili budzić strach w oczach innych, patrzeć z góry na upadających przeciwników. Ale Tom był zbyt niecierpliwy i łapczywy. Jego ataki, przemyślane i doskonale zaplanowane, kończyły się zazwyczaj krwawą łaźnią i zrównaniem z ziemią. Na podobny chaos nie godził się Hannibal. Nie z dobrego serca. Bynajmniej. Dogadywał się z przedstawicielami miasteczka i w zamian za ochronę przed napadami ze strony innych pirackich statków oraz , otrzymywał zaopatrzenie.
Ten nieduży port noszący nazwę jednej ze świętych był pod jego ochroną i choć stacjonujący w garnizonie Crawford starał się go schwytać, nie udawało mu się od wielu miesięcy. Tom złamał niepisany zakaz atakowania terenów należących do innego kapitana. Nie on pierwszy i nie ostatni. Niemniej Hannibal uznał ten brutalny atak za zwyczajnie niegrzeczny i pozbawiony dobrego smaku. Skoro Riddle chciał z nim wojny, powinien dobrze przemyśleć sprawę.
Ze swojego miejsca mógł dostrzec młodego mężczyznę, który nie wydawał się być stąd. A przynajmniej takie odnosiło się wrażenie. Wzbudził jego zainteresowanie, gdy praktycznie bezbronny rzucił się na obronę jakiemuś młodzikowi, który walczył z kilkoma przeciwnikami naraz. Niewiele tym zdziałał, bo tamten upadł, a napastnicy zwrócili się ku niemu. Walczył dzielnie, lecz ewidentnie brakowało umiejętności i doświadczenia, które nadrabiał zaciętością oraz nieustępliwością.
W pewnym momencie zdołał umknąć zdradliwemu ostrzu jednego z przeciwników, cofając się w pobliże zaułka, gdzie ukrył się Hannibal. Widać było, że zdecydował się na odwrót taktyczny. Pozwolili mu uciec, ale niedaleko. Nie przewidział jednego – tamci nie zrezygnują z walki z wycofującym się, bezbronnym człowiekiem. W tym momencie do uszu kapitana Lectera doszedł głos kogoś, kogo się nie spodziewał. A w każdym razie nie tu.
Tom Riddle naprzeciw obserwowanego przez niego młodzieńca.
— Tu jesteś, kochaneczku.
Dobrze wiedząc, jakie Tom ma zamiary, Hannibal dyskretnie wyszedł z ukrycia i cicho podchodząc, stanął za osaczonym. Na niemy sygnał ze strony Voldemorta, jeden z jego ludzi uderzył Willa, posyłając go tym samym w ramiona kapitana Lectera.
— To nie było uprzejme, Tom.
Mężczyzna prychnął tylko i skinął na dwójkę towarzyszy, aby na razie nie atakowali.
— Uprzejmość to mit. Oddaj mi go, a pozwolę ci odejść.
Hannibal uśmiechnął się niebezpiecznie, nie spuszczając Riddle'a z oczu. Przeważnie tak było, że to, co wpadło w oko jednemu, drugi natychmiast chciał to mieć i próbował tę rzecz przejąć na własność. Jednak obaj nie mieli w zwyczaju się z nikim niczym dzielić.
Tym razem było podobnie. Hannibal z czystej przekory nie zamierzał oddawać ogłuszonego młodzieńca w ręce Toma. Na okręcie nie brakowało pracy i każda para rąk się mogła przydać. Zresztą to nie było istotne. Ten młody człowiek już należał do niego i nic nie było w stanie go wyrwać z jego dłoni.
— Popełniłeś dziś kilka błędów, drogi przyjacielu, dość poważnych. — Głos Hannibala Lectera rozbrzmiewał leciutką przyganą, jakby zwracał się do niesfornego dziecka, a nie żądnego krwi przeciwnika.
Swoim protekcjonalnym tonem musiał rozwścieczyć Riddle'a, bo tamten zaczął bezładnie atakować, próbując dosięgnąć niedoszłej ofiary. Jednak ta wciąż pozostawała poza zasięgiem jego rąk. Dwóch towarzyszy Voldemorta skoncentrowało swoje wysiłki na ataku i próbach odwrócenia uwagi Lectera. Niestety, plan okazał się niezbyt dobry, bo Hannibal nawet podtrzymując ogłuszonego, młodego mężczyznę, bez większych kłopotów był w stanie się obronić oraz uniemożliwić realizację ich zamierzeń. Nie dobył swojej szpady, ale sięgnął po nóż ukryty w rękawie. Nie chodziło mu trzymanie przeciwników na dystans, wręcz przeciwnie. Chciał, aby się zbliżyli i posmakowali jego stali. Celnym cięciem powalił jednego z przeciwników, drugi cofnął się wyraźnie zaskoczony i czmychnął, zostawiając wściekłego Toma samego.
Gdy jeden z jego ludzi leżał w powiększającej się z każdą chwilą kałuży krwi, Riddle nawet na niego spojrzał.
To było dla niego typowe, uznał Hannibal. On sam nie zwróciłby na to większej uwagi, jednak był lojalny wobec swoich ludzi w przeciwieństwie do Toma. Zwłaszcza w takiej sytuacji. Riddle natomiast myślał jedynie o tym, że przegra tę potyczkę z kretesem.
OoO
Snape dyskretnie wyjrzał na ulicę. Kto mógłby zaatakować port będący pod nieformalną opieką kapitana Lectera? Tylko największy dureń. Cóż, przyszło mu do głowy tylko jedno nazwisko – Riddle. Odkąd się zetknęli, Voldemort i Rozpruwacz ścierali się z różnym skutkiem, lecz najczęściej to Hannibal zwyciężał.
W każdym razie musiał być ostrożny, żeby się przedostać na Chesapeake z chłopakiem. Nie chciał ryzykować kolejnych obrażeń, które mogły powstać w razie starcia z ludźmi Toma. Z własnego doświadczenia wiedział, że śmierciożercy – jak się ta banda nieudaczników nazywała – nie okazywała żadnej litości pojmanym, bądź nieszczęśnikom, którzy przypadkiem stanęli im na drodze.
Przypuszczał, że Greyback pod nieobecność Lectera zmieni pozycję ich statku i domyślał, gdzie zakotwiczył. Niedaleko od portu była dosyć malownicza, ale trudno dostępna zatoczka. Tutejsi mieszkańcy unikali jej, twierdząc, że jest nawiedzana przez złe duchy marynarzy, których statki rozbiły się o skały. Cóż, to nie była do końca prawda, ale nieprzychylna opinia tego miejsca odstraszała ciekawskich, co niezwykle ułatwiało niezauważone przybicie do brzegu.
Teoretycznie żołnierze mieli obowiązek patrolować podobne miejsca, ale od wielu miesięcy nie zbliżyli do zatoczki. Nawet rozkazy Crawforda i groźby surowej kary nie zmieniły ich nastawienia do tego miejsca.
Mając swoich ludzi w garnizonie, Hannibal skutecznie rozsiewał straszliwe plotki, utrzymując strach na odpowiednim poziomie. Severus nieraz uczestniczył w spotkaniach z informatorami w różnych portach i dobrze znał krążące historie.
Znał miasteczko dosyć dobrze i wiedział, że bez powozu nie ma szans dotrzeć do zatoczki. On sam mógłby przedostać bez problemu, ale w tej sytuacji musiał myśleć nie tylko o sobie.
Odetchnął głęboko, patrząc na chłopaka, którego praktycznie niósł, odkąd wyszli od Dursleyów. Naprawdę rzadko pozwalał sobie na współczucie. Zazwyczaj jego najgroźniejszą bronią był chłodny umysł i cięty język. Jego kamienne, nieczułe serce nie zabiło mocniej i nie pragnęło ochronić i osłonić przed całym złem…
Hannibal miał rację, chłopakowi niewiele było trzeba, aby mógł uchodzić za młodego arystokratę. Ten drobny szczegół był nader interesujący. Snape wyobrażał sobie wiele możliwości, które zawiodły kogoś dobrze urodzonego do domostwa państwa Dursleyów w charakterze praktycznie niewolnika tak daleko od Starego Świata. Żadna z nich nie brzmiała przyjemnie, jednak z drugiej strony mężczyzna chciał usłyszeć tę opowieść. Zapewne nie tylko on.
Odpiął dwa konie od powozu, kiedy dróżka okazała się zbyt wąska, aby dalej nią jechać. Postanowił je ze sobą zabrać, Hannibal z całą pewnością ucieszy się z tego podarku. Na Wyspie Dantego obali będą mieli wreszcie szansę na dłuższe wycieczki, które poświęcali na badanie niewielkiego lądu. Przerzucił chłopaka przez grzbiet spokojnego wierzchowca o przepięknej szampańskiej barwie. Uwiązał drugie zwierzę do niego i pogłaskał uspokajająco jego szyję, gdy sam na niego wsiadł, a następnie pokierował oba konie krętą ścieżką między skałami.
Tuż przed stromym zejściem na plażę pokrytą białym i zielonkawym piachem pewnie posadził rannego chłopca przed sobą i przycisnął drobniejsze, drżące ciało do siebie. Nie miał specjalnie innej możliwości i musiał zdać się na instynkt zwierząt. Zaufać, że bezpiecznie sprowadzą ich na dół. Konie zazwyczaj lepiej radziły sobie nawet w nieznanym i trudnym terenie, niż ludzie. Potrafiły znaleźć odpowiednią dla siebie drogę. To była jedna z ważniejszych lekcji, jakich udzielił mu Hannibal przed laty. Severus źle znosił takie sytuacje, ledwo mógł powstrzymać się przed nerwową reakcją, żeby tylko już znaleźć się na dole.
Wtulił twarz w zmierzwione i brudne kosmyki trzymanego w ramionach młodzieńca. Wciągnął jego zapach. Spodobał mu się, choć przy okazji tak bliskiego kontaktu czuł nienaturalne ciepło, jakie aż od niego biło i jedynie to powstrzymywało go przed czymś, czego mógł potem pożałować.
Pod palcami wyraźnie czuł kolejne żebra i słyszał szybki, urywany oddech nieprzytomnego. Nie był medykiem, ale zbyt często asystował doktorowi Gideonowi, aby nie rozpoznawać oznak ich mocnego potłuczenia. Przez jego głowę przemknęła jedna myśl - żeby tylko żebra nie były pęknięte, ani złamane. Wtedy nie będzie za wesoło.
Już widział ostre spojrzenie Abla Gideona wwiercające się w niego i domagające się odpowiedzi na niezadane głośno pytanie, kto zadał te obrażenia, kiedy lekarz pokładowy zajmie się oględzinami nowo przybyłego członka załogi. Inni również będą ciekawi, kogo i dlaczego właśnie jego sprowadził na Chesapeake.
Mimo jasnej hierarchii na okręcie nie dało uniknąć niezliczonych, drobnych sprzeczek, gdy na pokładzie znajdowali się buńczuczni, zapalczywi i chętni do bitki mężczyźni. Odkąd kapitanem został Hannibal drobne konflikty w załodze rozstrzygano szybko i stanowczo bez jego udziału. Czy te wyroki były sprawiedliwe, można by pewnie długo dyskutować, jednak najważniejsze, że trafiały do mentalności piratów. Prostych i brutalnych umysłów, które jednak nie różniły się za bardzo od należącego do przeciętnego człowieka.
Każdy swój mniej lub bardziej oswojony mrok, jak mawiał Hannibal, a Severus musiał mu przyznać rację.
OoO
Życie wyjętego spod prawa nie jest łatwe i usłane różami. Niezliczone przygody, potyczki z czyhającymi wrogami, romanse okupione były strachem, głodem i cierpieniem oraz niepowodzeniami. Nie każdy był w stanie ponieść podobną cenę za ulotne chwile szczęścia, oczekując zupełnie innego życia. Morze szybko weryfikowało, jakim się jest człowiekiem i nie było tu miejsca dla ludzi o słabym charakterze. Straszna pani była kapryśna i okrutna, choć kto zdobył jej łaski, mógł uważać się za wyjątkowego szczęściarza.
Draco Malfoy odetchnął głęboko wpatrując się na łagodne fale uderzające o skały. Był takim szczęściarzem, przygarniętym przez morze, które dostarczało mu i radości, ale też często przysparzało mu wiele zgryzot. Jednak, w ogólnym rozrachunku nie mógł narzekać. Był awanturniczym, niespokojnym duchem i życie na lądzie na pewno stałoby się udręką nie do zniesienia.
Malfoyowie rodzą się w czepku, jak mawiano. Coś w tym było. Jedyny, upragniony syn Lucjusza Malfoya znikł pewnej nocy z pilnie strzeżonej szkoły dla kadetów i nigdy więcej tam nie wrócił, mimo usilnych starań ojca. Pamiętał, jak po kilku miesiącach zakradł się do swojego domu i przez przypadek musiał stawić czoła ojcu, który uznał, że powinien wreszcie zachować się jak przystało na jedynego dziedzica rodu. Draco jednak nie uległ ani prośbom, ani groźbom. Nie dał się sprowokować nawet w chwili, gdy Malfoy senior sięgnął po broń ostateczną i na dobrą sprawę go wydziedziczył. Rozstali się wtedy w gniewie i z całą pewnością nie sądzili, że los zmusi ich do ponownego spotkania.
Być może Lucjusz nie chciałby go widzieć, gdyby okoliczności były inne. Draco był niemal umierający. Leżał z bardzo wysoką gorączką i nawet nie wiedział, że posłano po jego ojca.
Najwidoczniej nie dawano mu większych szans na powrót do zdrowia. Wciąż go zastanawiało, w jaki sposób udało się skłonić wspaniałego Lucjusza Malfoya, aby porzucił blichtr i wygodę swojego gabinetu i w przebraniu wmieszał się na parę godzin w zupełnie inny świat.
Świat niby tak odległy od jego salonowych subtelności, a jednak tak podobny.
Oczami wyobraźni niemal widział zaskoczenie na twarzy ojca na widok jego nędznego stanu. Zapewne wszelkie wątpliwości i podejrzenia o kiepskim żarcie, lub prób wyłudzenia nieco grosza legły w gruzach.
Z drugiej strony Draco był zbyt dumny, aby błagać ojca o pomoc i posiłkować się podobnym fortelem. Mimo wielu okazji do powrotu, nie skorzystał z nich i z perspektywy czasu wcale tej decyzji nie żałował.
Był wolny.
Niepomiernie się zdziwił, kiedy gorączka spadła odrobinę, pozwalając mu na chwilowe uwolnienie się od dręczących go majaków. Ujrzał ojca przy swoim łóżku. Z początku myślał, że nadal majaczy, ale obecności Lucjusza Malfoya w małym, bardzo skromnym pomieszczeniu, gdzie się znajdowali, nie można było z niczym pomylić. Pamiętał, jak bezskutecznie starał się zbagatelizować sytuację, samemu wtedy nie rozumiejąc do końca, co się stało. Ku jego zaskoczeniu Malfoy senior nie uniósł się gniewem i nie zwymyślał mu, nie wyszedł, trzaskając drzwiami, a zrobił to, co zwykł robić tak dawno, że Draco niemal o tym zapomniał.
Usiadł na brzegu posłania syna i zaczął opowiadać cichym głosem. W sumie to Draco teraz nawet nie był w stanie sobie przypomnieć, o czym. Może to była jedna z baśni, które słyszał w dzieciństwie, a może zupełnie coś innego? Nie pamiętał. Był wtedy zbyt słaby i chory. Nawet specjalnie nie wiedział, kiedy znów zmorzył go sen.
Gdyby nie opieka i poświęcenie paru osób, nie przeżyłby z całą pewnością swojego pierwszego, poważnego udziału w prawdziwej morskiej bitwie.
Swoje życie zawdzięczał przede wszystkim Severusowi, Blaise'owi, Gideonowi, a wreszcie także do pewnego stopnia również i kapitanowi.
— Miałeś nie wychodzić z kajuty. — Karcący głos Blaise'a wyrwał młodego pirata z rozmyślań. Ten tylko cicho prychnął i odwrócił się w stronę dawnego sługi, który teraz był dla niego kimś innym. Cenionym i oddanym, sprawdzonym przyjacielem.
— Nikt mnie nie zobaczy. Nikogo przecież nie ma — mruknął z przekonaniem i uśmiechnął się, dostrzegając minę Blaise'a. Odkąd pamiętał, zawsze lubił się z nim droczyć.
Rozejrzał się wokół i zatoczka, gdzie skryli Chesapeake, nadal była cicha i opustoszała. Na niebie było sporo jasnych gwiazd.
Po chwili wydawało mu się, że dostrzegł w mroku kogoś zbliżającego się na koniu. Czyżby szykował się kolejny mało spektakularny odwrót? Nie widział pościgu, ani żołnierzy, co nie znaczy, że niebezpieczeństwa nie było.
W świetle księżyca rozpoznanie odległego jeźdźca wcale nie było takie proste.
— Snape. — Usłyszał chrypliwy pomruk obok i zobaczył masywną sylwetkę Greybacka trzymającego niewielką lunetę. — Nie jest sam, ale kapitana nie widać.
To nie było w stylu tej dwójki, aby się rozdzielać. Istotnie coś się musiało wydarzyć. Był ciekawy co. Szybko się zorientowali, że port został zaatakowany i to Draco powtórzył rozkaz kapitana żeby w razie takiej sytuacji po cichu zmienić położenie statku w najbliższe bezpieczne miejsce i nie ujawniać się.
O dziwo, Fenrir Greyback, wielki, muskularny mruk bez słowa sprzeciwu, bądź komentarza zagonił niechętną załogę do pracy. Nim nieznani im napastnicy zbliżyli się od strony lądu i zaczęli plądrować stojące w porcie okręty, Chesapeake znikł im sprzed nosa.
OoO
— Miałeś nie wychodzić z kajuty. — Blaise potrząsnął głową podchodząc do młodego Malfoya i z trudem powstrzymał chęć pacnięcia go w tę jasną, durną czuprynę.
Odkąd pamiętał, Draco był niesforny i krnąbrny, wplątując się przez to w mniejsze lub większe kłopoty. Lucjusz Malfoy może i bywał stanowczy i chłodny, to jednak stosunkowo szybko wybaczał występki syna. Całe szczęście, że niepokorny dziedzic prędko nauczył się surowych reguł życia na morzu i wydoroślał, zmieniając nastawienie do świata. Był jednym z wielu podkomendnych kapitana i to od niego samego zależało, czy pozostanie na zaskakująco wysokim stanowisku, czy będzie poniewierany przez wszystkich. Brak subordynacji miał smutne skutki.
— Nikt mnie nie zobaczy. Nikogo przecież nie ma — odparł tamten z przekonaniem i uśmiechnął się psotnie, dostrzegając minę Blaise'a.
Tego to się mógł spodziewać.
Wiedział, że młody Malfoy się z nim drażni. Doskonale widział to w jego oczach. Jednak ciężko mu było zapomnieć długich, potwornie niespokojnych godzin spędzonych przy posłaniu majaczącego w gorączce dawnego panicza. Pan Snape niechętnie przystał na to, aby wezwać Lucjusza Malfoya.
Blaise podsłuchał ich ściszonej wymiany zdań. Wyglądało na to, że się doskonale znają i kiedyś musieli być przyjaciółmi. Czyżby podobna chłodna relacja czekała jego i Draco? Nie chciał, aby tak skończyli, zgorzkniali i wściekli na samych siebie. Samotni.
Położył dłoń na ramię młodego Malfoya i wcale się nie zdziwił, widząc potężnego i budzącego niekłamany lęk Fenrira Greybacka, który z lunetą podszedł do Draco i wkrótce na Chesapeake wraz z powracającym Severusem trafiły dwa piękne konie i jakiś drobny, chudy jak nieszczęście dzieciak. Jego pojawienie się wzbudziło mieszane uczucia w załodze.
Pomijając wszystko, Blaise'a zastanawiała ta niemal zaborcza i zachłanna troskliwość Snape'a względem chłopaka i to, jak ponaglał doktora Gideona, aby na niego spojrzał i opatrzył mu rany. Draco stał obok mężczyzny i uśmiechnął się blado do niego, coś mówiąc, po czym szybko wycofał się do swojej kajuty. Gdy znikał za drzwiami, odwrócił się nieznacznie i jego spojrzenie spotkało oczy Blaise'a, a następnie młody arystokrata tylko lekko kiwnął głową. Najwyraźniej dowiedział się czegoś ciekawego.
Inni nie mieli skrupułów i zaciekawieni porzucili swoje zajęcia, starając się dojrzeć więcej, niż reszta. Kwaśna mina i chrypliwe, gniewne warknięcie należały do Greybacka, któremu wystarczyło jedno piorunujące go spojrzenie, aby umilkł.
Jakiś czas potem zjawił się wreszcie kapitan, również nie sam. Tym razem nikt nie śmiał nawet bąknąć słowa i zaprotestować.
W trakcie podróży i po dotarciu na Wyspę Dantego doktor Gideon miał ręce pełne roboty, ale nie zamierzał narzekać z tego powodu.
— Nareszcie — zacmokał z uśmiechem, poprawiając ostrożnie opatrunek na głowie młodszego ze swoich pacjentów. — Rozpruwacz z Chesapeake będzie miał komu wydać ucztę.
OoO
