OoO
Hannibal obserwował z progu chatki poczynania swoich ludzi, którzy zeszli na ląd po dłuższym czasie przebywania na statku. Wyspa Dantego. Byli nareszcie u siebie i nie musieli zanadto obawiać się niespodziewanych gości.
Ostatnim razem, dobre pół roku wcześniej, pojawił się statek handlowy, który zbłądził po silnym sztormie i wpadł w naturalną pułapkę skał i mielizn. On i reszta załogi bez najmniejszych problemów dokończyli dzieła, przejmując cenny ładunek.
Obłowili się wtedy, choć część załogi najpewniej przepiła i przegrała przy najbliższej okazji swoją część.
Ich strata.
On zachował część ze swoich łupów w tylko sobie znajomym miejscu i miał zamiar je sprawdzić. Niewątpliwie się przydadzą, zwłaszcza teraz.
Jego myśli pobiegły do chatki Gideona i urządzonego w niej naprędce szpitala polowego. Młody mężczyzna, Will, którego zabrał sprzed nosa Riddle'owi nadal był słaby, jednak miał się dużo lepiej, niż ten nieszczęsny dzieciak od Dursleyów.
Hannibal zerknął w stronę kilku zapalczywych rudzielców, braci Weasleyów, nieposkromionych i upartych, ale zarazem niezwykle sprytnych chłopaków. Kłócili się o coś i przekomarzali. Nie była to jednak poważna zwada, raczej pozorowane, braterskie przytyki.
Bracia Weasley w walce na śmierć i życie budzili grozę, ujawniając prawdziwą twarz niebezpiecznych piratów. Niejeden dał się omamić ich chłopięcemu urokowi i przez swoją nieostrożność oddał życie.
Najstarszy z nich, Bill, poza tym, że świetnie walczył wręcz, był znakomitym ślusarzem i włamywaczem. Nieraz korzystali z jego wytrychów i wiedzy przy pokonywaniu rozmaitych zamków, bez konieczności całkowitego ich niszczenia.
Jego bracia również okazali się uzdolnieni w tym kierunku, choć nie w takim stopniu jak on. Każdy z nich miał własny niezwykle użyteczny talent.
Weasleyowie trafili na Chesapeake za czasów poprzedniego kapitana, który w najlepszym razie ich ignorował.
Hannibalowi spodobała się ich zaradność i nieustępliwość w walce o przetrwanie. Obaj z Severusem wzięli ich pod swoje skrzydła. Z perspektywy czasu kapitan Lecter musiał przyznać, że nauki nie poszły w las.
Z uśmiechem przyglądał się, jak Charlie, drugi pod względem wieku Weasley, powala niespodziewającego się tego młodszego z braci. Dookoła rudzielców zbierali się pozostali członkowie załogi, kibicując walczącym.
Doskonale wiedział, że jego interwencja nie jest wymagana i zażarta walka skończy się na siniakach i drobnych zadrapaniach.
Pokręcił głową i niezauważony przez towarzyszy skierował się do medyka. Przekroczył próg i jego wyczulony zmysł węchu natychmiast wyczuł charakterystyczny zapach krwi i potu stłumiony palonymi ziołami i pachnącym drzewem.
Skinął, niemo witając się z doktorem Gideonem, który podniósł wzrok i wyprostował się
— Panie kapitanie, co pana sprowadza w moje skromne progi?
— Ciekawość, doktorze, moja wrodzona ciekawość. Jak tam pańscy pacjenci?
Gideon westchnął cicho.
— Jeden ma się coraz lepiej z każdą godziną, choć właśnie ucina sobie drzemkę, jednak drugi…
Kapitan Lecter zanotował nietypową troskę w głosie oraz spojrzeniu szorstkiego na ogół medyka, gdy ciemne oczy spoczęły na wymizerowanej sylwetce.
— Jest tak źle? — Może się przeliczył, ufając w siłę młodego organizmu i wolę przetrwania. Może zwyczajnie trzeba było skrócić cierpienie dzieciaka, dla którego nie było już szans ratunku. Posłał drugiemu mężczyźnie znaczące spojrzenie, ale w odpowiedzi usłyszał ciche parsknięcie.
Zaraz potem Abel Gideon potrząsnął głową i zaczął wyjaśniać obecną sytuację.
— Tak źle, panie kapitanie, na pewno nie jest. Dobrze też nie, ale wkrótce powinno się poprawić, gdy tylko zwalczymy to zakażenie i gorączkę.
Inny lekarz pewnie uznał, że nie ma sensu dzieciaka ratować, albo zalecił wciąż uznaną za najskuteczniejszą metodę leczenia wszelkich dolegliwości ciała i duszy – regularne spuszczanie krwi.
Hannibal nie był pewien, czy ta metoda, niezaproponowana jak do tej pory przez doktora Gideona, byłaby skuteczna w tym przypadku. Przyjrzał się uważnie chłopcu. Zamiast pozbawiać go życiodajnej krwi, raczej przydałoby się mu jej w jakiś sposób dostarczyć.
Powstrzymał się przed tym komentarzem i cierpliwie wysłuchał tego, co mężczyzna miał do powiedzenia. Istotnie jego poglądy mogły być uznane za wywrotowe wśród medyków. Za to właśnie został pozbawiony praw do wykonywania zawodu i oskarżony o morderstwo, co w pewnym sensie sprowadziło go na pokład Chesapeake. Tu nikt go o nic nie pytał, byle wykonywał dobrze swoją robotę.
Doktor Gideon bez zarzutu dbał o zdrowie załogi, a przy tym budził respekt, nie unikając udziału w walce. Wykorzystana w ten sposób wiedza anatomiczna być może kłóciła się z etyką lekarską, ale to akurat nie było takie ważne.
Na drugim posłaniu, pod drugą ze ścian chatki leżał Will. Hannibal kątem oka dostrzegł, że się budzi i powoli zbliżył do niego.
Łagodnym ruchem powstrzymał jego próbę zerwania się do siadu. Pochylił się i odezwał cicho, wprost do ucha Willa:
— Witaj wśród żywych. — Drapieżna natura kapitana Lectera karmiła się dezorientacją i rosnącym strachem, które jednak znikły tak samo szybko, jak się pojawiły. To było ciekawe. Nie mógł się powstrzymać i wciągnął zapach jego skóry, włosów.
Wyczuł aromat morza, słońca i szeregu przypraw i roślin egzotycznych. W połączeniu z indywidualnym zapachem tego szczególnego mężczyzny była to niesamowita mieszanka.
— Gdzie jestem?
Głos młodego mężczyzny zdradzał jego niepokój, choć na pewno nie w taki sposób, co zwykle można było usłyszeć z ust uprowadzonych przez piratów. Nie było w nim agresji i wściekłości, raczej rezygnacja.
Bardzo ciekawe, pomyślał Hannibal.
Ten młody człowiek stanowił nie lada zagadkę, a Hannibal lubił dociekać sedna sprawy.
— W bezpiecznym miejscu pośród zgrai wyjętych spod prawa. — Hannibal nie zamierzał przed nim ukrywać sytuacji, w jakiej się znalazł. W odpowiedzi uzyskał jedynie powolne kiwnięcie głową i blady uśmiech. — Kapitan Hannibal Lecter...
— Rozpruwacz z Chesapeake — wyszeptał chory, wyraźnie zaskoczony tym faktem.
Piraci. A jednak los wciąż się z niego śmieje do rozpuku.
On sam nie wiedział, co o tym myśleć. Bolała go głowa, straszliwie. Ostatnie, co sobie przypominał to że stał w ciemnej uliczce walcząc z kilkoma przeciwnikami. Najwyraźniej przegrał i to sromotnie.
Jednak nie pamiętał, aby którykolwiek z jego adwersarzy…
Czyżby przypadkiem trafił w sam środek wojny piratów?
Jego wzrok omiótł sylwetkę kapitana i nie tak wyobrażał sobie krwiożerczego, okrutnego potwora, jak wielokrotnie się wyrażano o tym człowieku.
Wysoki, w schludnym i odpowiednim do jego pozycji stroju, bardziej przypominał kogoś dobrze urodzonego, niż zaprawionego w bojach pirata.
Pamiętał straszne opowieści członków załogi Abigail drżących na samo wspomnienie o Chesapeake i jego przerażającego dowódcy. Raczono go co smakowitszymi opowieściami, mrożącymi krew w żyłach mimo nieznośnego upału. W tych historiach powtarzał się jeden wątek, rozwijany wedle uznania opowiadającego.
Mianowicie chodziło o cyrograf.
Podobno w chwili przyjęcia w szeregi załogi Chesapeake, każdy musiał podpisać w ten czy inny sposób umowę z siłami nieczystymi.
Will nie wierzył w podobne bzdury, choć istotnie dodawały one kolorytu legendzie Rozpruwacza z Chesapeake.
OoO
Z początku nie wiedział, gdzie jest. Czuł czyjeś ręce delikatnie rozprowadzające coś po jego plecach i mimo wściekłego, pulsującego bólu, jaki zaraz potem nastąpił, zaskoczony był takim potraktowaniem.
— Spokojnie, zaraz powinno minąć.
Nie rozumiał wiele, ale przyzwyczaił się do tego, że sporo mu umykało. Zwłaszcza, gdy Vernon go dorwał i stłukł.
Zastanawiał się, gdzie się znajduje, bo nikt od lat nie dotknął go w ten sposób, starając się ulżyć mu w bólu. Może jedna, lub dwie osoby, które jednak potem zaraz zapominały o jego istnieniu.
Wciągnął ostrożnie powietrze i poczuł przyjemny aromat morza, słodkich, świeżych owoców, chleba…
Niemal sam ten zapach ścisnął jego pustym żołądkiem. Nie pamiętał, kiedy jadł więcej, niż resztki z pańskiego stołu, a że Dursleyom się nie przelewało, to tych resztek nie było za wiele. Czasem udało mu się coś podkraść, ale starał się, aby Petunia go nie nakryła, ani nawet nie pomyślała, że mogło coś brakować.
Wzdrygnął się mimowolnie i jego myśli pobiegły innym torem.
— Niebawem dostaniesz jeść. — Czyjś głos wyrwał go z niepokojących rozmyślań. — Coś lekkiego na początek.
Rozejrzał się na tyle, na ile leżenie na brzuchu mu pozwalało.
W pomieszczeniu oprócz niego znajdowało się dwóch, albo trzech nieznajomych mu mężczyzn. Kim oni są? Jak on trafił w ich ręce?
Odpowiedź mogła być tylko jedna – Vernon Dursley.
Nieraz próbował się go pozbyć i przy tym zarobić na swoje przyjemności, alkohol i karty, w które najczęściej przegrywał.
Zamknął oczy i prawie nie udało mu się powstrzymać narastających mdłości. Kiedy suche torsje szarpnęły nim całym, z jego gardła wydobył się dziwny dźwięk. Coś pomiędzy rozpaczliwym okrzykiem bólu, a szlochem.
Nawet się nie zorientował, jak został nadzwyczaj delikatnie podniesiony i posadzony. Ta przedziwna troska i ostrożność wcale go uspokajały. Wręcz przeciwnie. Nie umiał sobie z nimi poradzić. Nigdy wcześniej nie czuł się tak bezradny w oczekiwaniu na niewiadome.
Nagle życie u Dursleyów wydało mu takie proste. Wiedział, czego od niego wymagali i że go ukarzą niezależnie od tego, czy się wywiąże ze swoich obowiązków, czy też nie. Teraz... Niepewność i strach, w najczystszej postaci przeraźliwy strach sprawiły, że trząsł się niekontrolowanie.
— Spójrz na mnie!— Krótki, ostry i jasny rozkaz przebił się do umysłu chłopaka i po raz kolejny mocno wbity nawyk wykonywania pewnych poleceń bez ich kwestionowania zadziałał.
Ujrzał przed sobą bladą twarz otoczoną długimi, ciemnymi kosmyki. Nie zauważył wiele, jedynie czarne oczy przyglądające się niezwykle uważnie. Wzrok był chłodny, ale pozbawiony tej okrutnej radości, co spojrzenie Dursleyów.
Wydawało mu się, że gdzieś te oczy widział. Nie znał tego człowieka, ale czuł gdzieś w głębi serca, że może i powinien mu zaufać. Przynajmniej na razie. To było bardzo dziwne, bo on nigdy nikomu nie ufał. Nawet sobie samemu.
— Dobrze. A teraz uważnie posłuchaj. Cokolwiek myślisz, postaraj się uspokoić, nim doktor Gideon będzie musiał zrobić to za ciebie.
Severus westchnął ciężko.
Chłopak był tak słaby i przerażony, że lada chwila straci przytomność. Muśnięta lekko słońcem skóra sprawiała wrażenie niemal przezroczystej i na szyi widać było wyraźnie pulsujące szybko arterie. Spłoszony wzrok przesuwał dziwnie powoli po otoczeniu, jakby nie do końca go widział.
— Nic mi nie jest. Jestem spokojny — powiedział machinalnie chłopak bardzo cicho, choć Snape doskonale słyszał, jak i pozostali we wnętrzu chatki Gideona, że kłamał.
Może oszukiwał samego siebie i łudził się, że to sen, z którego się niebawem obudzi? To nie była dobra metoda.
Pirat pokręcił głową. Za cichą zgodą medyka podał chłopakowi kubek wody i przypilnował, żeby pił powoli. Nieraz widział cierpiących głód i pragnienie, których gubiło nieumiarkowanie, gdy tylko dostali pożywienie.
Dobrze pamiętał, że nawet przez zgrzebną koszulę i skradzione bogaczowi ubranie mógł policzyć wszystkie żebra chłopca.
Harry, jak bardzo niechętnie zdradził swoje imię, był niezwykle upartym młodym człowiekiem. Severus mimowolnie wrócił myślami do początków znajomości z rudą zgrają i uśmiechnął się nieznacznie.
Ta sama duma i upór w przyznaniu do słabości. Waleczność i spryt. Wyuczone techniki przetrwania w nieprzychylnym środowisku. Niczym małe, zbyt wcześnie wyrzucone w świat zwierzątko, które teraz trzeba było okiełznać.
Bez trudu dostrzegał, że chłopak jest na granicy omdlenia, ale wciąż walczył sam ze sobą, nie chcąc okazać słabości. Może to było okrutne, ale udał, że tego nie widzi.
OoO
Doktor Gideon z nieukrywanym zaciekawieniem obserwował nietypowe zachowanie kompana, zazwyczaj oszczędnego w słowach i okazywaniu emocji. Severus Snape, Postrach Chesapeake z krwi i kości, po raz kolejny nie pozwolił, aby łatwo go było jednoznacznie określić.
Krwawy, okrutny pirat.
Jeden z najbliższych doradców kapitana Lectera. Już samo to powodowało, że mężczyźni nerwowo szukali swej szpady, a kobiety mdlały.
Niebezpieczny, nieprzewidywalny przeciwnik i wierny, uczciwy kompan.
Zaborczy przyjaciel tych, którzy dostąpili zaszczytu, zasługując na jego specjalne oddanie.
To wszystko była prawda. Wszystko A jednak słowa nigdy nie są w stanie oddać pełni tego, co się kryje w człowieku.
A zwłaszcza w tym.
Severus Snape, bardzo podobnie do kapitana Lectera potrafił błyskawicznie dopasować się do sytuacji, powściągając własne emocje, żeby móc na chłodno ją ocenić.
Teraz udało mu się bez najmniejszych problemów uspokoić najwyraźniej przerażonego i wciąż mocno osłabionego młodego chłopaka. Wbrew swojej opryskliwości i ostrego, ciętego języka, umiał postępować z młodymi ludźmi. Ale nie tylko z nimi, bo i z zatwardziałymi, niepokornymi piratami również. Zdawał się wiedzieć intuicyjnie, jak do nich dotrzeć, bez konieczności wymuszania swoich decyzji siłą.
Niewątpliwie towarzystwo kapitana pozwoliło na rozwinięcie tego talentu. A zwłaszcza niełatwe z nim dyskusje, które bywały bardzo burzliwe.
Obaj mieli silne i kapryśne usposobienia, lubili kontrolować sytuację, ale i odnajdywali się również w trudniejszych chwilach, nie tracąc zimnej krwi.
Doktor Gideon miał czasem wrażenie, jakby byli ulepieni z jednej gliny, a jednak odznaczali się odrębnymi cechami i podejściem do świata.
Jedno było pewne – nikt lepiej ich nie rozumiał niż oni siebie nawzajem.
Obaj wysoko urodzeni zostali wykluczeni w ten czy inny sposób i znaleźli swoje miejsce wśród innych wyrzutków. Nikt tylko oni sami wiedzieli, co spowodowało, że trafili na pokład Chesapeake i tu pozostali, siejąc grozę wśród przeciwników.
Ci uznawali ich za jednych z najkrwawszych piratów pływających po tych wodach i snuli niestworzone historie o ich niezwyciężonych podbojach. Pomijając tę nieszczęsną bajkę o podpisywaniu cyrografu przez członków załogi, to Gideon nie miał za złe, że koloryzowano i wyolbrzymiano pewne sytuacje. Przynajmniej było co opowiadać dalej przy napitku.
Chłopak, którego Snape najwidoczniej wziął pod swoje skrzydła, nie zaznał przyjaznego dotyku w swoim krótkim jeszcze życiu. Efekty brutalnego traktowania, skryte teraz pod opatrunkami i świeżym ubraniem dostarczonym przez Blaise'a, nie były przyjemne dla jego przyzwyczajonego już do różnego okrucieństwa oka.
Doktor Gideon zgrzytnął zębami, przypominając sobie stan dzieciaka, gdy Snape wniósł go do kwater medyka na statku. Wtedy zabierając się do pracy nie przypuszczał nawet, że chłopak się ocknie. Urazy głowy bywały piekielnie zdradliwe. Nie zamierzał zaprzestać dyskretnej obserwacji. Choćby dla własnej satysfakcji i ciekawości. Dla pewności, że nic mu nie umknie, postanowił zaangażować dodatkowe pary oczu. Jego pomocnik, Charlie Weasley, niewątpliwie będzie dobrym wyborem. Co prawda oznaczało to, że cała banda rudzielców weźmie chłopaka pod swoją nieformalną opiekę.
To nawet i lepiej. Severus Snape im ufa, sam ich w końcu wyszkolił, a przyjazne usposobienie i łatwość nawiązywania kontaktów przez tych nicponi pomogą przełamać podejrzliwość i niepewność.
Drugi z jego pacjentów czuł się dużo lepiej i sam zaproponował ewentualną pomoc, a doktor Gideon skwapliwie ją przyjął w zamian za nocleg w swojej izbie. Ku swojej nieukrywanej radości odkrył, że Will okazał się wykształconym i oczytanym młodzieńcem. Kapitan również był tym mile zaskoczony.
Na statku panowała hierarchia, jak wszędzie na świecie. Ale każda umiejętność wyróżniająca spośród innych była niezwykle cenna.
Will nie zachowywał się jak ktoś, kto liczy na czyjąś pomoc na uwolnienie z rąk piratów. Nie izolował się od głośnej kompanii. Oczywiście, wydawał się nieco zrezygnowany i w przeciwieństwie do Harry'ego, zdawał się doskonale rozumieć sytuację. Z drugiej strony, zgodnie z rozkazem kapitana, nie ograniczano mu swobody, a on nie zadawał trudnych pytań.
Zdecydowanie na coś czekał, jednak nie na ratunek, uznał medyk, obserwując młodego mężczyznę, który poszedł „rozprostować kości" po okolicy w towarzystwie braci Blacków, nim będzie gotowa kolacja.
Blackowie stanowili trzon dawnej załogi Chesapeake, sprzed buntu, w którym Hannibal przejął władzę na okręcie. Stanęła za nim wtedy niewielka cześć załogi i teraz to tym osobom kapitan Lecter powierzał ważniejsze sprawy.
Po wyjściu Snape'a został sam z młodszym z pacjentów. Harry starał się nie zwracać niczyjej uwagi i pozostać niezauważonym. Ilekroć słyszał głośniejszą, agresywniejszą wymianę zdań dochodzącą z zewnątrz, zerkał w stronę uchylonych drzwi zlęknionym wzrokiem. Oczywiście, starał się zachować obojętność i zimną krew, ale doktor Gideon nie dał się oszukać. Potrafił bez trudu zrozumieć ten strach.
— Z tą zgrają, chłopcze, to jak ze sforą bezpańskich psów. Dasz im jeść i zajęcie, a będą cię kochać; rozdrażnisz, a rzucą ci się do gardła i nie puszczą.
Oczy Harry'ego skierowały się w stronę mężczyzny. Najwyraźniej nie oczekiwał odpowiedzi, bo usiadł przy wejściu, trzymając w ręku pięknie oprawioną książeczkę. Ostrożnie ją otworzył i zaczął czytać, pomrukując cicho.
Harry słyszał nieraz opowieści o zaginionych bez wieści w trakcie napadów pirackich, jednak zawsze uważał, że jemu to nie grozi.
Teraz się przekonał, jak bardzo się mylił.
Zapewne oczekują na okup, roześmiał się ponuro. Vernon Dursley, gdyby mógł i miał od kogo, sam by zażądał za mnie pieniędzy.
Medyk w każdym razie zostawił go swoim myślom. W pewnym momencie podniósł wzrok znad lektury i, dostrzegając najwyraźniej kogoś, kogo wypatrywał, zawołał:
— Weasley, mam zadanie dla ciebie i twoich braci.
OoO
