OoO

Mogli go zostawić na Wyspie Dantego, ale wbrew zdrowemu rozsądkowi i sugestiom doktora Gideona zabrali chłopaka ze sobą, zresztą to miała być drobna wyprawa. Idealna okazja do tego, żeby nauczyć pewnych, podstawowych rzeczy. Przez pierwsze dwa, trzy dni wszystko się układało, jak powinno, wśród tej części załogi, która z nimi płynęła, panował zaskakujący spokój. Morze było wyjątkowo łaskawe i nie sprawiało Chesapeake większych kłopotów.

Nikt nie przypuszczał, że skończy się właśnie w ten sposób. Nawet w najgorszych założeniach nie brano pod uwagę tej możliwości.

Snape wypuścił powoli powietrze, wznawiając niespokojne krążenie przed biurkiem kapitana Chesapeake.

— Usiądź, Severusie. — Głos Hannibala był zadziwiająco spokojny i cichy, ale nie prosił. Wydawał jasny i rzeczowy rozkaz, wskazując mu miejsce po drugiej stronie. — Wciąż nie wyglądasz najlepiej.

Nie sposób było zignorować to polecenie. Spojrzenie kapitana nie dawało wyboru.

Obecnie na okręcie nie było nikogo, kto nie odniósłby mniej lub bardziej poważnych obrażeń w wyniku tej przeklętej potyczki. Teraz wiedzieli, że popełnili bardzo poważny błąd, ale z drugiej strony tamci nie mieli pojęcia, z kim zadarli.

Jeszcze kilka tygodni temu, rzuciliby się w pościg i dorwali swoich przeciwników, nie patrząc na konsekwencje.

Co się zmieniło?

Na dobrą sprawę cały plan działania uległ modyfikacji po krótkiej rozmowie z Willem Grahamem. Sprowadzony przez Hannibala młody mężczyzna okazał się wyjątkowo pomocny w identyfikacji kilku marynarzy, z którymi się starli.

Dotychczasowa taktyka odwetowa nie dałaby odpowiedniego skutku, działali bowiem na polecenie i za pieniądze kogoś, kto pragnął zwrócić na siebie uwagę kapitana Lectera. Nie po raz pierwszy, zresztą.

Tak długo o nią zabiegał, że wreszcie osiągnął swój cel.

Severus spojrzał na twarz swojego wieloletniego przyjaciela i dostrzegł w jego zmrużonych oczach niebezpieczny błysk. Nie potrzeba było słów między nimi.

Parę godzin po potyczce zorientowali się, że nie było wśród nich Harry'ego, który miał być w jednym z bezpiecznych pomieszczeń pod pokładem. Oczywiście przeszukano cały okręt. Znaleziono jedynie dwa ciała, jedno należące do osoby strzegącej chłopca i drugie zapewne do któregoś napastników. Nieszczęśliwy wypadek po prostu nie wchodził w grę. Zwłaszcza, że tuż obok zwłok znaleziono również zerwany wisior, bez którego Harry nigdzie się ruszał,

odkąd go dostał od kapitana Lectera. To była najcenniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek otrzymał i skrupulatnie chronił go i chował pod koszulą przed ciekawskimi spojrzeniami.

Gdy Syriusz pokazał im obu małą błyskawicę z białego złota ozdobioną trzema drobnymi szmaragdami wiszącą na kawałku urwanego rzemienia, Severus dostrzegł niemal niezauważalną zmianę na twarzy Hannibala. Twarz mężczyzny wyrażała spokój, ale w oczach płonęła żądzą mordu.

Tak, Mason Verger zdecydowanie zwrócił uwagę Rozpruwacza z Chesapeake.

Nie tylko jego, zresztą.

Nawet Fenrir Grayback, który do tej pory nie wyglądał na zachwyconego przyjęciem Harry'ego do załogi, zgrzytnął jedynie zębami i wkrótce po swojej warcie zaczął skrupulatnie ostrzyć swoje sławetne topory.

Nikt nie był zadowolony z tego, co się stało i na pewno piraci oczekiwali odwetu. Nikt protestowali zanadto, kiedy Chesapake sunął z powrotem na Wyspę Dantego.

A jednak się Will nie zdziwił, kiedy kapitan postanowił wysłać Regulusa z pewną misją. Nie pytał, do kogo, ani z jakim poselstwem. To nie było ważne.

Wzdrygnął się na myśl, na czyje zlecenie zabrano Harry'ego. Niewiele wiedział na temat tego człowieka, ale to, co udało mu się podsłuchać w porcie mu wystarczyło, aby wyrobić sobie opinię.

Naprawdę miał nadzieję, że to było nieporozumienie. Ale coś mu mówiło, że niedawny atak przeprowadzono tak, aby jak najbardziej upokorzyć i uderzyć w dumę kapitana Lectera. Porwanie kogoś ze statku również stanowiło część tego diabelskiego planu, lecz nie do końca chodziło o Harry'ego.

Nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego tak sądzi. Nikt mu nie uwierzy, że w momencie gdy zszedł po podkład i stanął w progu pomieszczenia, gdzie chłopak został umieszczony, na dobrą sprawę zobaczył oczami wyobraźni to wszystko, co się stało.

Harry został zaskoczony przez kilku napastników, którzy wyeliminowali marynarza i bez trudu go obezwładnili i zabrali niezauważeni przez innych pogrążonych w ferworze walki. Nawet nie zauważyli, że to chłopak ostatkiem sił zerwał cienki rzemyk i pozwolił, aby najcenniejszy dla niego klejnot wypadł z bezwładnej dłoni. Następnie zaczęli się wycofywać i ci co zdążyli, odpłynęli, zostawiając część swoich kompanów na pewną śmierć.

Will rozpoznał tych marynarzy, których ujrzał w swojej wizji oraz ich martwego towarzysza. Wtedy też zorientował się, skąd ich zna. Płynęli przecież na Abigail.

Czyżby i Hobbs maczał w tym palce?

Will potarł twarz, był sfrustrowany faktem, jak niewiele może zrobić bez wiedzy dowódcy Chesapeake, ani Snape'a. Zignorował swój dyskomfort i pokuśtykał w kierunku kwater kapitańskich, gdzie się spodziewał zastać obu mężczyzn.

OoO

Złapanie oddechu było trudne i sprawiało mu ból. Nie dał jednak satysfakcji porywaczom, koncentrując się na zachowaniu spokoju. To nie było łatwe, jednak dobrze pamiętał, że Vernon czerpał dziką wprost przyjemność z bezsilnych prób oswobodzenia się, krzyków i łez. Przypuszczał, że ci, co go przetrzymywali, tylko na to czekają.

Przynajmniej takie, a nie inne traktowanie przez Dursleyów do czegoś się w końcu przydało, przeszło mu przez myśl.

Przez ostatnie tygodnie niemal zapomniał o tym. Brać piracka była głośna, chętna do bójki o najmniejszy drobiazg, ale on jak do tej pory nie stał się celem ataków nikogo z Chesapeake. Zawsze musiał troszczyć się o siebie sam i nikt nie zależało na jego bezpieczeństwie, toteż naprawdę czuł się nieswojo pod dyskretną obserwacją kilku ludzi.

Jego stare nawyki w przewidywaniu i wyczuwaniu zagrożenia nie pozwoliły mu na zignorowanie tego, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, że prawdziwe niebezpieczeństwo umknie jego uwadze. Zazwyczaj był niezwykle czujny i nie mógł pozwolić na opuszczenie gardy, u Dursleyów oznaczało to w najlepszym razie pobicie przez mniej lub bardziej pijanego Vernona i kilka dni bez jedzenia.

To było dziwne, że wśród groźnych i krwawych piratów, czuł się tak bezpiecznie. Do tego stopnia, że teraz…

Brakowało mu tych ukradkowych spojrzeń, które nieustannie za nim podążały.

Skrzywił się, próbując walczyć z samym sobą i zachować przytomność. Kręciło mu się w głowie. Zorientowanie się w sytuacji nie było łatwe, ani nie należało do przyjemności. Oczy miał zawiązane a w ustach tkwił knebel. Wyraźnie czuł coś lepkiego, co spływało leniwie po jego policzku. Prawa ręka bolała go niemiłosiernie i nawet nie śmiał nią ruszyć, aby się przekonać, czy jest cała.

Ktoś szarpnął go za włosy, podnosząc. Chłopak stęknął, walcząc z narastającymi mdłościami. Czyjeś ręce pociągnęły go, a ten ktoś zupełnie nie zważał, że Harry nie jest w stanie iść.

— Milord nie będzie czekał w nieskończoność. Rusz się! — Jeden z tych ludzi wcale nie był zadowolony ze swojego zadania.

Chłopak zaraz usłyszał głos po swojej prawej:

— Gdybyś go nie uderzył tak mocno, nie trzeba byłoby go wlec.

Pierwszy głos warknął coś niezrozumiałego dla Harry'ego, który pozostawał w przedziwnym stanie półsnu. Chłopak doskonale zdawał sobie sprawę, że musi się z tego otrząsnąć, ale był zbyt obolały i zmęczony. Głowę miał ciężką, a powieki niemal same opadały, ilekroć je uchylił.

Doktor Gideon wspominał mu coś o tym, że powinien uważać, jeśli nie chce stać się obłąkany po tych wszystkich ciosach, które otrzymywał przez lata. Nie potrafił sobie jednak przypomnieć dokładnie co.

Gdyby tylko pozwolili mu zasnąć…

Otrzymał silny policzek, a gdy to nie pomogło, drugi i trzeci.

Wtedy się zorientował, że nie ma już knebla w ustach, ale nadal nie potrafił wykrztusić z siebie słowa, jedynie zduszone pomruki i okrzyki bólu, których nie zdołał powstrzymać.

Kiedy z trudem uniósł ponownie powieki i zobaczył, przed kim stoi, zadrżał. Jego zmęczenie i otępienie pierzchły w momencie.

OoO

— Kapitanie! Ktoś prosi o chwilę rozmowy. Podobno posłaniec z Chesapeake.

Niewysoka postać pochylona do tej pory nad mapami podniosła wzrok na swojego adiutanta.

— Czyżby? Wprowadź go zatem i zostaw nas samych, ale pozostań w pobliżu. Być może będzie trzeba się definitywnie pozbyć nieproszonego gościa.

— Tak jest, kapitanie!

Posłaniec z Chesapeake? Niesłychana sprawa, że Hannibal Lecter przysyła umyślnego z jakąś sprawą, zwłaszcza po tym jak się rozstali ostatnim razem. Nie obyło się bez kłótni i dość ostrych argumentów, które zostawiły swój ślad.

A jednak w tych czasach ciężko było o sojuszników i każdy musiał sobie radzić z takimi ludźmi, jakich miał wokół siebie.

Smukła dłoń ujęła rękojeść rzeźbionego noża, gotowa w każdym momencie do ataku. Błyskawicznego i niesamowicie pewnego.

— Witaj, Bello. Jak zawsze zabójczo piękna i niebezpieczna.

— Regulus?!

Mężczyzna lekko skłonił głowę i podszedł bliżej, widząc nieznaczny uśmiech na twarzy Bellatriks, która obeszła stół i spojrzała na niego zaskoczona. Jej uroda nie mijała wraz z wiekiem, przeciwnie. Niczym dobre wino, nabierała wyrazistości.

Szybko jednak zdumienie kobiety zniknęło, zastąpione przez nagłą podejrzliwość.

— Pochlebstwa nie zawiodą cię daleko. Czego chcesz? — dodała piratka, sugestywnie przysuwając ostrze pod brodę Blacka. — Zapytam inaczej: czego Lecter ode mnie chce?

Regulus westchnął i po dłuższej chwili w końcu odpowiedział:

— Pomocy.

Bellatriks roześmiała się, niedowierzając mu. Hannibal Lecter, którego znała i pamiętała, nigdy by się nie zniżył do tego, aby prosić o pomoc. To wręcz nie mieściło się jej w głowie

— Rosier! Zabierz pana Blacka i nakarm nim rekiny, dawno nie rzucałam im przekąski. Ucieszą się.

Natychmiast do kajuty kapitańskiej weszło dwóch rosłych osiłków, a za nimi Evan Rosier z chytrym, zadowolonym uśmiechem przyglądał się jego daremnym wysiłkom, aby się uwolnić.

— Kapitanie Lestrange!

— Dobrze, puśćcie go. Jeszcze się przyda. Przekażcie sternikowi, że do godziny podam nowy kurs. — Bellatriks wróciła do kreślenia na mapie optymalnej drogi do swojego celu.

— To naprawdę było koniecznie?

Kapitan Lestrange nawet na niego nie spojrzała, wciąż skupiona na mapach.

— Jakiej pomocy Hannibal ode mnie oczekuje?

— Wsparcia i ludzi...

— Przeciw Riddle'owi? — Kobieta uniosła brew i spojrzała na Regulusa, domagając się konkretnej odpowiedzi.

— Nie. Chodzi o kogoś dużo bardziej irytującego.

Piratka była naprawdę zaskoczona tymi słowami. Któż był bardziej irytujący od tej nędznej, cuchnącej kanalii? Niemniej aż zamruczała z przyjemności. Za długo dłubała przy mapach, planując, zbierając różne, nierzadko cenne informacje od swoich szpiegów. Palce ją świerzbiły coraz bardziej, w miarę jak jakiś głosik podszeptywał, aby wreszcie sięgnęła po broń i zgodziła się na tę wyprawę nawet w ciemno.

oOo

Nie wiedział nic. Nie potrafił odpowiedzieć na zadawane pytania, nie miał pewności nawet, czy była noc czy dzień. Z pewnością był pod dachem. Gdzieś, gdzie panował mrok i przenikliwy chłód

Dręczący go mężczyzna działał dla hrabiego Masona Vergera, arystokraty, o którym Harry nieraz słyszał niepokojące historie. Wedle wielu, szeptanych pokątnie plotek jego ojciec, lub dziad otrzymał szlachectwo w zamian za niejasne zasługi dla Korony, po czym rodzina osiedliła się w tym zapomnianym przez Boga miejscu. Raz czy dwa Vernon wspominał coś o tym, że pomógł ludziom jaśnie pana. W pijackim amoku wydzierał się czasami, jak chętnie by go oddał, a może raczej sprzedał Vergerowi, bo ten miałby z niego pożytek.

Ciekawe jaki…

Zresztą nieważne.

Znowu się ocknął, krzycząc z bólu. A przynajmniej próbując, bo już od dawna krzyczeć nie miał zwyczajnie sił. Marzył o tym, by uciec w bezpieczny, słodki mrok.

Znowu Glizdogon go męczył ku uciesze swojej i Vergera. Znowu padały pytania, na które nie znał odpowiedzi. A nawet gdyby znał, milczałby tak długo, jak to możliwe, najpewniej zabierając sekret do grobu.

Bezsilnie próbował odwrócić głowę, kiedy Glizdogon podszedł do niego bardzo blisko z czymś błyszczącym w dłoni. Szarpnął się słabo, gdy poczuł coś zimnego dotykającego jego warg.

— Pij!

Zimna strużka płynu zwilżyła obolałe, palące gardło. Zakaszlał słabo.

— Wystarczy. Zabieraj się do roboty, Pettigrew! Gubernator oczekuje informacji. — Dotarł do niego cichy rozkaz. Głos był rozbawiony, znudzony, a zarazem wyraźnie podekscytowany tym, co miało nastąpić.

Harry z kolei nie wiedział, co to wszystko da, skoro nie był w stanie zdradzić sekretów Chesapeake. Zwyczajnie ich nie znał. Nie natknął się na żadną z żądanych od niego informacji. Nawet przypadkiem.

Bezsilnie powtarzał, że nie wie i był za tę niewiedzę surowo karany.

Dygotał z zimna, praktycznie stracił czucie w ramionach i ledwie czuł krwawiące otarcia nadgarstków. Jeszcze nie tak dawno paliły żywym ogniem.

Nie wiedział, jak długo wytrzyma i czy ktokolwiek pośpieszy mu z odsieczą. Glizdogon nie tylko go dręczył, zadając mu ból i rany, ale poddając w wątpliwość lojalność piratów z Chesapeake.

— Nikt po ciebie nie przyjdzie. To są kanalie i szubrawcy, dbają jedynie o siebie. Na pewno żadnemu z nich nie zależy na takim szczurze lądowym, jakim jesteś.

Harry do pewnego stopnia musiał mu przyznać rację. Był jedynie kimś, kogo Snape zabrał na statek w bliżej niewiadomym celu. Na pewno nie był piratem i nie zasługiwał pewnie na pomoc nikogo z załogi Chesapeake, ale pragnął, żeby ktoś powstrzymał Vergera i Glizdogona. Ktokolwiek.

Zawroty głowy i nudności wzmógł zapach jedzenia. Nie tak dawno być może zrobiłby wszystko, aby dostać choć kęs, jednak teraz sam aromat pieczonego mięsa, owoców i wina sprawiał, że jego puste i obite trzewia się przewracały.

Starał się nie patrzeć na siedzącego przy stole Vergera. W mroku nie widział go dokładnie. Za to czuł zapach i słyszał szczęk sztućców i drogocennej zastawy.

Mlaskanie, oblizywanie palców. Cmokanie.

Mimowolnie z trudem przełknął i zatrząsł się cały, próbując powstrzymać suche mdłości. Przestał słyszeć, rozumieć pytania, jakie Glizdogon nieustannie powtarzał za Vergerem. Ledwo zarejestrował cichnący, wyraźnie zdegustowany głos arystokraty:

— Zabierzcie go, zanim mi apetyt odejdzie…

Nie był w stanie w to uwierzyć, dopóki nie poczuł, że spada. W bezdenną, słodką ciemność.

oOo

Hannibal westchnął, spoglądając na uśmiech Bellatriks. W głębi umysłu słyszał ostrzegający go głosik, żeby się mieć na baczności, bo knuła coś, ale jeszcze nie wiedział co. Inteligentna, władcza i charyzmatyczna potrafiła bez trudu skonstruować intrygę godną królewskiego dworu.

Nie miał czasu na to, ale był ciekawy, co wymyśliła. Nie spodobało mu się jej chłodne, kalkulujące spojrzenie które spoczęło na Willu, gdy ten wymieniał ściszone uwagi z Charliem Weasleyem.

Dobrze wiedział, że nie wolno jej nie doceniać. Kapitan Lestrange mogła jeszcze chować urazę za ostatnie nieporozumienie i ostrą wymianę nie tylko argumentów. Oboje nosili ślady po tym wzajemnym, wściekłym ataku. Dlatego też kapitan Lecter postanowił mieć piratkę na oku i dyskretnie nie dopuścić do tego, aby zemściła się na nim, używając do tego Grahama.

Zebranie i narada dwóch kapitanów wraz z doradcami przebiegły nad wyraz spokojnie i nie tracono za bardzo czasu na nieistotne sprawy. Pod tym względem, Hannibal cenił Bellatriks i jej dążenie do konkretnego i szybkiego rozwiązania.

Fakt, pojmany chłopak być może już nie żył, ale odkąd został kapitanem nigdy nie zostawił swoich ludzi w rękach przeciwników, wrogów. Zawsze się starał sprowadzić ich do domu. Teraz też nie zamierzał tego zwyczaju zmieniać. Choć Harry był tak krótko z nimi, w tylko sobie znany sposób dotarł do zatwardziałych, podejrzliwych piratów i niemal cała załoga zdecydowała, że ruszają, aby go odbić. Hannibal się uśmiechnął pod nosem, jego ludzie spragnieni byli krwi i pomszczenia wcześniejszej porażki. Odbicie porwanego, najmłodszego członka załogi stanowiło znakomitą do tego okazję.

Severus natomiast aż kipiał. Pozornie wciąż pozostawał niewzruszony i wykonywał swoje obowiązki bez zarzutu, to niemal każdy schodził mu z drogi. Jedynie dwie, trzy osoby nie bały się jego jadowitego języka i nie unikały jego towarzystwa.

Narada z Lestrange trwała dla niego o wiele za długo. Nigdy nie działał pod wpływem impulsu, ale teraz aż się palił, aby dorwać tego Vergera i poczęstować go najmocniejszą, a zarazem dość wolno działającą trucizną, ze swoich zapasów.

Na tyle wolno, żeby mógł użyć innych metod zadawania cierpienia.

Przez krótką chwilę rozkoszował się tą myślą i naprawdę wolał nie zastanawiać, w jakim stanie znajdą Harry'ego. Bo plotki i bardziej wiarygodne informacje o traktowaniu przez hrabiego i jego ludzi pojmanych przywodziły bardzo nieprzyjemne wspomnienia, o których Severus wolał nie myśleć. Instynktownie sięgnął dyskretnie do kieszeni i odszukał palcami niewielką książkę. Ledwie dotknięcie okładki przyniosło ulgę i odsunęło nawracającą przeszłość. To nie był dobry moment, aby o niej myśleć.