OoO
Severus Snape obserwował morze i odległy ląd na horyzoncie. Delikatna bryza była zbyt słaba, aby Chesapeake mógł szybciej płynąć i z pewnością on nie mógł nic na to poradzić. Przynajmniej jeszcze kilka godzin, nim dobiją do celu. Jednak liczył na rychłą zmianę pogody. Może mu się jedynie wydawało, ale szykował się całkiem silny sztorm. Czuł to w kościach.
— Zapowiada się ciekawa noc — stwierdził Rosier, stając obok i wpatrując się w dal. Snape zerknął na niego z cichym westchnieniem.
To właśnie było przekleństwo życia na statku, stosunkowo niewielka przestrzeń, która zmuszała kilkudziesięciu ludzi do znoszenia się wzajemnie. Przyzwyczaił się do tego, lecz czasami czuł przemożną potrzebę samotności. Jak teraz.
Niestety ten pirat nie zwracał uwagi na jego mniej lub bardziej bezpośrednie sygnały w tym względzie. Ignorował kąśliwe uwagi, gratulując mu celności. Severus po kilku próbach uwolnienia się od jego towarzystwa, w końcu przyznać, że choć Rosier mógł niepokoić nieprzewidywalnym usposobieniem, to zaczynał go interesować.
Niepozorny wygląd stwarzał iluzję, że ten mężczyzna jest niegroźnym szaleńcem, jednak Severus doskonale zdawał sobie sprawę, że nie wolno wierzyć temu ufać.
Wszyscy na Chesapeake stanowili stado niespokojnych, w jednej chwili do gotowych ataku drapieżników. Na całe szczęście mieli jasno wyznaczony cel i nie wyładowywali zanadto na kompanach swojej skumulowanej agresji.
Wyjątkiem od tej reguły, a może i ją potwierdzający, był Will Graham, który zaintrygował Hannibala. Młody mężczyzna krążył po statku, sporo czasu spędzając w towarzystwie Weasleyów oraz Blaise'a. Niewątpliwie coś knuli, bo ilekroć ktoś niepożądany się do nich zbliżał, zaczynali udawać, że pracują. Nie wyglądał, nie poruszał się i nie zachowywał groźnie, a jednak coś kazało innym mieć się na baczności.
Severus uniósł kąciki ust, istotnie Graham intrygował i potrafił zaskarbić sobie sympatię innych, mimo że przebywał na statku tak krótko. Rzecz jasna, nie wszyscy go traktowali jak członka załogi, jak powinni, ale ci, którzy mu byli niechętni, starali się po prostu unikać jego towarzystwa. Zanadto lękali się konsekwencji wyciągniętych przez kapitana. Nie pierwszy raz Hannibal ściągał na statek obcych, niedoświadczonych w pirackim fachu ludzi, ale młody Graham był jednym z nielicznych, którzy nie tylko zaakceptowali swój los, ale także aktywnie włączyli się do szykowanej napaści.
Na okręcie zaraz nastąpi zmiana wachty. Słońce chyląc się ku zachodowi, wciąż świeciło jasno powoli, ale bezchmurne do tej pory niebo stopniowo zasnuwały chmury zwiastujące deszcz.
— Owszem, panie Rosier. O tej nocy długo będziemy pamiętać.
Odpowiedział mu jedynie cichy śmiech mężczyzny. Szczupła dłoń poklepała jego ramię i Rosier nie śpiesząc się, ruszył w kierunku kwater kapitańskich, gdzie na pewno mógł znaleźć dowódcę Czarnej Wdowy. Właśnie tam Bellatriks Lestrange od paru godzin zawzięcie dyskutowała z kapitanem Lecterem na temat właściwej metody ostatecznego rozwiązania ich problemu.
Oby w końcu doszli do porozumienia i sytuacja nie skończyła się jak ostatnio.
oOo
Delikatny dotyk nie sprawił mu bólu, ale wystraszył. Instynktownie próbował się odsunąć. Jak najdalej potrafił, mimo że krótki łańcuch na to nie pozwalał.
Dygotał cały, próbując zrozumieć, czemu ktoś podsuwa mu do ust naczynie i bardzo powoli go poi czymś lekko słodkawym. Wkrótce jednak to się skończyło.
— Panienka nie powinna tu być. To niebezpie… Jak się pan dowie…
Panienka?
Niby o kogo chodziło? Nie pamiętał, aby ktokolwiek go odwiedzał, poza Glizdogonem i Vergerem.
Umysł Harry'ego pogrążony był w przedziwnym oszołomieniu. Docierały do niego stukanie obcasów, szczękanie łańcucha i spierające się głosy, ale nie potrafił się skoncentrować na tym co mówią.
Z najwyższym trudem skupił się, aby wreszcie zebrać jakieś informacje. Może się dowie, co planują z nim zrobić? Wątpił, żeby był dłużej więziony i dręczony, skoro w gruncie rzeczy niewiele wiedział i jeszcze mniej mógł zdradzić.
Nie był już nikomu potrzebny. To na pewno nie wróżyło mu świetlanej przyszłości.
Z jednej strony chciał znać swój dalszy los, ale z drugiej… bał się rozważać tej jednej ewentualności, jaka przyszła mu do głowy. Nawet w obecnym stanie, kiedy nie potrafił jasno myśleć i wszystko wydawało się tak prawdziwe, a zarazem całkowicie odrealnione niczym marzenie senne.
Zabiją go.
W ten czy inny sposób, ale nie opuści żywy tego miejsca.
Powieszą go jak na pirata przystało? A może zatłuką na śmierć, próbując sprawdzić, czy naprawdę nie ukrywa jakieś cennej informacji? Ile miał czasu, nim z nim skończą? Dzień? Kilka godzin? Mogli go też zostawić, aby zdechł z głodu i pragnienia.
Jego raczej ponure myśli przerwały czyjeś rozzłoszczone krzyki i przedziwny łomot, jakby upadał rozwalony mur. Nic z tego nie pojmował.
Nie miał sił dłużej nasłuchiwać, co się dzieje.
Ktoś ostro protestował, ktoś inny krzyczał, ale Harry przestał rozumieć, co się dzieje. Powieki mu opadły bez jego świadomego udziału.
W pewnej chwili poczuł na sobie i bardzo znowu czyjeś ręce. Dwóch ludzi. Jeden go podtrzymywał niespodziewanie ostrożnie i delikatnie, a zarazem bardzo pewnie. Drugi manipulował przy jego więzach i łańcuchu.
Choć się mimowolnie i gwałtownie wzdrygnął, to żaden z nich nie rzucał obelg w jego kierunku i nie szarpał nim, co było dość zastanawiające. Jednak nie był pewien, czy byli przyjaciółmi, czy też niekoniecznie.
Po pewnym czasie jedna para rąk go podniosła i znalazł się w ramionach kogoś, kto pachniał przedziwnie znajomo. W tym samym czasie stwierdził, że już nawet zmysły go zawodzą, po prostu zaczynał popadać w obłęd. Z jego gardła wydobył się dziwny dźwięk. Coś pomiędzy rozpaczliwym szlochem, a parsknięciem, rechotem szaleńca.
Wokół niego szalała bitwa. Wrzaski bojowe, krzyki umierających i rannych, huki pojedynczych pistoletów, grzmoty, zacinający, wściekły deszcz stopniowo się oddalały, by po krótkiej chwili wrócić. Był niesiony przez kogoś, kto go osłaniał i pilnował, aby nie zasnął, choć o tym marzył.
Szybkie kroki, zimne strumienie wody bezlitośnie padające na niego, mimo że trzymający go starał się go przed nim osłonić
— …enia… za wszelką cenę…! — usłyszał ostry rozkaz mężczyzny.
Uniósł z wysiłkiem powieki, starając skupić wzrok na tym, co ujrzy. Strugi deszczu niemal zalewały mu twarz, ale gdy zobaczył ciemne, długie do ramion włosy aktualnie ociekające wodą i znajomy kształt kapelusza, maleńka iskierka nadziei rozbłysła na nowo.
Snape?!
To musiał być on. Ale skąd się tu wziął? To była prawda, czy urojenie? Może jednak to wszystko się mu zdaje i ocknie się na powrót przykuty do ściany, oczekując na śmierć?
— ….rozprawić się…!
Nie miał sił zasłonić własnej twarzy przed uporczywą ulewą, co sprawiało, że niemal nie widział Snape'a. Coś mu jednak kazało uwierzyć, że istotnie słyszał jego głos i w tej chwili Harry'emu to wystarczało.
Można powiedzieć, że do krwawej walki ludzi włączyła się potężna burza. Grzmoty praktycznie zagłuszały wszystko, utrudniały komunikację, a pioruny walące raz po raz rozświetlały okolice, by za moment znów pochłonęła ją ciemność.
Harry nie chciał zamykać powiek, bo miał wrażenie, że ten sen okaże się jedynie ułudą i być może już więcej się nie obudzi. Zmęczenie było jednak zbyt wielkie.
OoO
O zmroku dopłynęli do niewielkiej zatoczki, gdzie w bezpiecznej odległości zostawili Chesapeake, a na ląd dotarli łodziami. Chcieli zaskoczyć ludzi Vergera, atakując w nocy i chyba im się to udało. Jaśnie pan zasiadał do kolacji, kiedy do komnaty wpadli uzbrojeni mężczyźni. Na ich czele szedł kapitan Lecter, który jak gdyby nigdy nic usiadł przy stole i nałożywszy bez pomocy porażonych służących dwóch potraw, po czym się skrzywił.
— Za grosz smaku, panie Greyback — oświadczył Rozpruwacz z Chesapeake i z obrzydzeniem odsunął niedojedzone resztki. — Nasz nieoceniony kuk serwuje dużo lepsze posiłki nawet gdy nie czuje się najlepiej.
Zapadła cisza, a Hannibal posłał gospodarzowi karcące spojrzenie, kiedy ten próbował dobyć jedynej, dostępnej mu broni i rzucić w niego nożem.
Lecter podniósł karafkę wina i wąchając zawartość, pozwolił sobie na leciutki, złośliwy uśmiech, gdy dostrzegł mimowolne drgnięcie mięśni twarz Vergera.
— Bill, sprawdźcie piwnice na wino. — Miał rację. Był o tym przekonany. Po tym, co się zdążył dowiedzieć, Harry wciąż tu był i jeśli się pośpieszą, może się uda go odbić żywego. Ze wzrokiem bacznie utkwionym w niespokojnych, rozbieganych oczach Vergera, Hannibal odezwał się ponownie: — Panie Greyback, czas pokazać tym szczurom lądowym, że z pewnymi ludźmi się nie zadziera. Wie pan, co robić.
— Się rozumie, panie kapitanie.
Potężny i przerażający pirat stojący w progu zarechotał nieprzyjemnie i wyszedł salutując niezgrabnie. Inni piraci z załogi wyprowadzili paru zadziwiająco zgodnych służących.
Na zewnątrz trwała walka z tymi sługami hrabiego, którzy pozostali mu wierni. Podzielona na mniejsze grupki, załoga Chesapeake i Czarnej Wdowy oraz jeszcze jednego okrętu pod rozkazami kapitan Lestrange zajęła posiadłość Vergera.
Choć teoretycznie celem było oswobodzenie schwytanego młodego członka pirackiej braci, to jednak, jak dowódcy dobrze rozumieli, to stanowiło jedynie właściwy pretekst do tego, co ich ludzie pragnęli. A piraci, prócz smacznego i mocnego trunku, przy którym oddawali się grzesznym przyjemnościom, przeważnie pragnęli jednego. Przelewu krwi, przy szczęku broni oraz jęków konającego wroga. Opis bardzo poetycki, lecz rzeczywistość była dużo bardziej brudna i brutalna. Nie brano jeńców i za wszelką cenę unikano pochwycenia, więc posiadłość wokół rezydencji usiana była ciałami walczących.
Dramaturgii walki dodała burza, która rozpętała się w jednej chwili. Błyskawice rozjaśniały na krótki moment, można było dostrzec w strugach deszczu, że obie strony walczyły zaciekle, ale nie można było jednoznacznie stwierdzić, komu sprzyja zwycięstwo.
Severus nie należał do żadnego z wcześniej wyznaczonych kilkuosobowych oddziałów atakujących ludzi Vergera. Płynnie poruszał się między walczącymi. Miał własne zadanie i nikt nie był w stanie go powstrzymać. Był zręcznym skrytobójcą i świetnym szermierzem, a teraz nadarzała się doskonała okazja, aby znów walczyć. Z pojedynczym przeciwnikiem, z wieloma naraz, to nie stanowiło dla niego problemu. Unikał jednak dłuższych pojedynków, nie chciał marnować cennego czasu.
Zobaczył Billa Weasleya przemykającego się pod murem, wraz z bliźniakami, którzy bezlitośnie i szybko likwidowali każdego, kto wszedł w im w drogę. Prowadzili kogoś, zapewne jednego ze służących, wskazującego im jak najszybszą drogę na miejsce.
Kątem oka dostrzegł sylwetkę Willa Grahama. Młody pirat szedł w bezpiecznej odległości za Weasleyami, najwyraźniej pilnując ich tyłów. W pewnym momencie Graham zniknął w ciemności, ale Severus pozwolił mu działać po swojemu i skoncentrował się na tym, co sam miał zrobić.
Do piwnicy na wino wiodły dwa wejścia. Musiało być przejście do rezydencji, ale bracia nie skorzystali z niego. To zastanowiło Snape'a, lecz nie kwestionował ich wyboru. Po zejściu paru schodków, skierowali się na lewo, gdzie po szybkiej wymianie zdań, ogłuszyli swojego przewodnika, a następnie przy pomocy zręcznych palców Billa sforsowali kolejne drzwi.
Gdy weszli do środka, usłyszał głośne okrzyki wściekłości. Severus na moment zamknął oczy i przygotował się mentalnie na najgorsze, wchodząc niepostrzeżenie za swoimi wychowankami.
Wnętrze oświetlał dogasający ogarek, ale nawet w jego migoczącym świetle dostrzegł drobną, skuloną sylwetkę przykutą do muru i krew mu się zburzyła. Z zebranych przez niego informacji postać Vergera jawiła się niczym rodem z piekła. Bogaty, zdeprawowany i okrutny nawet względem swoich najbliższych, już nie wspominając o niefortunnej służbie.
Razem z Billem uwolnili w końcu chłopaka, ale było jasne, że walka o jego życie się dopiero zaczęła. Wesleyowie nie zaprotestowali, kiedy po pobieżnych oględzinach, Severus wziął nie do końca przytomnego Harry'ego na ręce i ostrożnie wyniósł go na dwór, osłaniany przez bliźniaków. Burza szalała podobnie jak bitwa na posiadłości.
Snape zwinnie unikał ataków i ewentualnych przeszkód, pewnie trzymając rannego. Przystanął na chwilę i przekrzykując harmider bitewny, szum deszczu i grzmoty rzucił zdecydowanie:
— Do środka, panowie! Mamy wiele do stracenia. Sprowadźcie Gideona za wszelką cenę.
Ciemne spojrzenie przesunęło się po twarzy Harry'ego. W rozbłyskach błyskawic wyglądała upiornie. Pobladła skóra pokryta była licznymi siniakami, zadrapaniami, ranami.
Nie pozwolił nikomu tknąć chłopaka. Gdy znaleźli się w miarę bezpiecznym wnętrzu rezydencji, nawet Hannibal nie był w stanie go przekonać, aby zostawił rannego pod czujnym okiem pozostałych Weasleyów oraz Draco. Do momentu pojawienia się brudnego, mokrego i zakrwawionego doktora Gideona w drzwiach apartamentu gościnnego, Severus nie odszedł ani na krok od łóżka, na którym leżał Harry.
OoO
Hannibal zostawił Gideona i Severusa samych, wycofując się do pobliskiego apartamentu i zebrał raporty od niedawno przybyłych z pola bitwy. Burza powoli cichła, podobnie jak krwawy atak piratów za oknem. Załoga trzech statków, wśród której znajdowało się wielu doświadczonych wojowników, odniosła miażdżące zwycięstwo.
W zamieszaniu Verger próbował uciec, ale wraz kilkoma swoimi ludźmi został schwytany przez Graybacka. Nie spodobało mu się, że kapitan Lecter poruszał się po jego rezydencji jak po własnym domu. Szybko jednak pojął, że jego przeciwnik nie jest taki, jak kreowali go ludzie gubernatora. Owszem, był bestią w ludzkiej skórze, to nie podlegało dyskusji, ale z drugiej strony ta bestia dysponowała ogromną inteligencją i ciekawymi umiejętnościami. O tym wiedział już wcześniej, między innymi dlatego pragnął sprowokować Lectera. Gdy to się stało, przestało mu się to podobać.
W swej arogancji nie przypuszczał, że pirat go przechytrzy i pokona tak łatwo. W zaledwie w dwie godziny z pana na swoich włościach stał się łotrów wyjętych spod prawa więźniem. Liczył na odsiecz wojska, lecz na to musiał zapewne poczekać do świtu, a może i dłużej. Zastanawiał się, czy wysłanie Pettigrew do Crawforda było rozsądne. Pewnie nie, bo Peter zawsze przekładał własny interes nad wszystko inne. I najprawdopodobniej ten nędzny szczur wymknął się i zdradził go, nie wykonując rozkazu.
Hannibal z uwagą przyglądał się arystokracie i wszyscy obecni mogli jasno stwierdzić, że nie przypadło mu do gustu jego zachowanie. Zapewne nastąpiłaby w końcu jakaś reakcja, gdyby nie to, że w drzwiach niepewnie stanęła młoda kobieta. Ostrożnie omiotła wzrokiem osoby znajdujące się w środku i weszła. Za nią wkroczył Will Graham.
Nie wyglądał za dobrze, ale po tej bitwie, każdy jej uczestnik był przemoczony, zabrudzony błotem i krwią własną oraz przeciwników. Przyprowadzona przez niego dziewczyna szybko stanęła obok, jakby próbując się skryć przed Vergerem.
— Margot, moja kochana Margot — zaczął hrabia słodkim głosem, który brzmiał wyjątkowo nieszczerze, po czym spojrzał na nią lodowato i po chwili dodał jadowicie: — Nie byłaś mi posłuszna i dostaniesz za swoje. Durna i bezużyteczna jak każda kobieta. Chyba sam będę musiał to zrobić, bo moi ludzie pewnie liczyli na…
Niespodziewany policzek przerwał wściekłą tyradę arystokracie. Przed Vergerem stała Bellatrix w swoim zwyczajowym, męskim stroju, o wiele wygodniejszym do poruszania się w trakcie walki. W jej ręku błysnęło ostrze, które zostało przytknięte do podbródka mężczyzny.
— Jeszcze słowo, a obetnę ci nie tylko język, mości hrabio.
Verger zaczął się śmiać jak obłąkany, kompletnie ignorując piorunujące spojrzenie kapitan Lestrange. Chciał coś powiedzieć, gdy się uspokoił, ale powstrzymało go jedynie znaczące dźgnięcie w podbrzusze.
— Nasz znamienity gospodarz zapomina, w jakiej jest sytuacji — zauważył Hannibal spokojnie, a jego oczy obserwowały Margot.
Jej blada twarz nie nosiła śladów przemocy, ale mógł się założyć o dobre wino, że pod elegancką, ale prostą suknią kryła się smutna prawda. Musiała być przyzwyczajona do gwałtowności i szybkich zmian nastroju Vergera, niemniej instynktownie szukała bezpieczeństwa przy Willu. Hannibal się uśmiechnął, Graham nieświadomie i całkiem skutecznie oddzielał ją od agresywnego arystokraty.
Niestety jeden z ludzi hrabiego, rozpoznał Grahama i wraz z dwójką swoich kompanów zaczął go obrzucać mało wybrednymi wyzwiskami, a następnie, nim ktokolwiek zdążył go powstrzymać rzucił się w stronę Grahama, ale zmienił zdanie i postanowił zaatakować Hannibala przy wtórze obłąkańczego rechotu swojego mocodawcy. Do pokoju zbiegli się i inni. Nagle wywiązało się spore zamieszanie, przy pomocy którego śmiejący się mężczyzna ponownie próbował skorzystać, ale w drzwiach apartamentu zderzył się z Greybackiem. Potężny pirat wyszczerzył się groźnie, gotów do ratowania swojego kapitana, choć miał świadomość, że nie zdąży. Widział, jak dwóch ludzi atakuje Hannibala i walczy z nim dość nieudolnie. Jeden ewidentnie zamierzał zadać cios w plecy, dowódca piratów był zajęty. Bez wahania włączył się do walki i celnym ciosem powalił irytującego bogacza na ziemię. Nie patyczkował się, uderzał pewnie i mocno.
Kątem oka dostrzegł, że Graham zajął się problemem. Chłopak nie był stworzony do zabijania, ale było w nim coś niebezpiecznego. W takich momentach, jak ten cieszył się, że to nie on jest jego wrogiem. Walcząc, nie miał tej gracji i pewności, którą aż emanowali kapitan i pan Snape, ale i tak jego umiejętności były całkiem poprawne. Nie starał się zabić, a jedynie skutecznie ogłuszyć i obezwładnić przeciwnika. Fenrir sapnął tylko rozdrażniony, najczęściej miłosierdzie nie popłacało, ale niestety każdy musiał się tego nauczyć na własnej skórze.
Ten durny Verger zdążył wezwać posiłki, na całe szczęście nie byli to żołnierze Crawforda, bo odparcie ich wymagałoby sporo wysiłku.
OoO
Will spojrzał na Hobbsa, który za wszelką cenę próbował wbić swój nóż w plecy Lectera. Od zaciętej twarz żylastego mężczyzny aż biła nieskrywana żądza mordu. Taką samą minę miał, kiedy się zorientował, kto próbował ratować Abigail, z tą różnicą, że tym razem wydawał się mniejzamroczony, a w dłoni dzierżył broń.
Walka z nim nie należała do łatwych, ale z drugiej strony obaj byli już poważnie zmęczeni. Na stosunkowo małej i zamkniętej przestrzeni jednak to Will miał nieco przewagi. Może nie potrafił posługiwać się bronią białą z taką elegancją i wprawą jak Snape czy kapitan Lecter. Z nieskrywaną fascynacją podglądał wraz bliźniakami ich udawane, ćwiczebne starcia na wyspie Dantego. Obaj zdawali się doskonale przewidywać następne ruchy. Na dobrą sprawę dla niego to bardziej wyglądało jak tajemny taniec, nie walka. On bez trudu umiał zrobić użytek ze swoich dłoni oraz niewielkiego sztyletu, z którym się nie rozstawał. Wiedział, że dowódca Chesapeake zamierzał go nauczyć szermierki, ale nie przywiązywał większej wagi akurat do tego kaprysu kapitana. Nie przypuszczał, aby o tym pamiętał w natłoku ostatnich wydarzeń.
Hobbs nie walczył czysto, parę razy go zranił i zaskakująco silnym kopniakiem ściął go z nóg, powalając drugim. Następnie z paskudnym zadowolonym uśmiechem ruszył na odwróconego tyłem, zajętego walką Lectera. Will chwiejnie dźwignął się z podłogi, ledwo unikając podeptania i na oślep pchnął sztyletem w kierunku Hobbsa. Ten z kolei potknął się z jękiem, próbując jednocześnie pojąć, co się stało, kiedy z jego ręki wypadł nóż. Twarz mężczyzny zastygła w grymasie bólu, zaskoczenia i moment później runął bez ducha.
Will zamarł, trzymając w zaciśniętej dłoni zakrwawiony sztylet. Nie potrafił go wypuścić. Nigdy wcześniej nie zabił. Nawet tej nocy, był o tym przekonany. Rozszerzonymi, niewidzącymi oczami patrzył na ciało Hobbsa i powiększającą się plamę krwi. Dookoła ludzie walczyli, lecz jemu się zdawało, że czas stanął i zapanowała głucha cisza.
Kręciło mu się w głowie, z oddali słyszał jakieś nawoływania i ledwie miał świadomość, że jest popychany, uderzany i kopany. Nie bronił się i nie oddawał ciosów.
Nie wiedział, jak długo to trwało, nim poczuł czyjąś, ciepłą dłoń na jego policzku, druga pewnie i stanowczo pozbawiła go broni. Nie był w stanie temu zapobiec, mimo że jego palce zdawały się zacisnąć na rękojeści już na zawsze. Ktoś coś do niego mówił. Dwa głosy, kobiecy i męski. Wtedy też rozejrzał się nieprzytomnie. Znajdował się w zupełnie innym pokoju. Jak się tu trafił, nie był do końca pewny.
Wciąż był oszołomiony i nie wszystko rozumiał. Siedział na krześle w bogato wyposażonym pokoju. Jedynie po sylwetce rozpoznał kapitan Lestrange i jej adiutanta, którzy stali w pewnej odległości, a przed sobą zobaczył Hannibala Lectera. Twarz nosiła ślady walki. Pirat uśmiechał się lekko i podsunął mu niewielkie naczynie do ust.
— Pij, powoli. Pomoże. — Posłuchał bez sprzeciwu i po pierwszym palącym łyku, zakasłał gwałtownie. Gorąco rozlało się po jego wnętrznościach, a w jego głowie nieznacznie pojaśniało. Po chwili jednak znowu zaczynało ciemnieć. Coraz bardziej.
— Co?... Gdzie?... — Próbował zapytać, ale nie potrafił zmusić swojego głosu do współpracy. Choć siedział, miał wrażenie, jakby ziemia się usuwała mu spod nóg, a on spadał w piekielną otchłań.
W tym strasznym momencie wyraźnie słyszał ciche słowa Lectera:
— Już nikt mi cię nie odbierze.
OoO
Severus nie zareagował zbytnio, słysząc wyraźne odgłosy walki i krzyki na korytarzu. Zerkał jednak co pewien czas w kierunku zamkniętych drzwi, jakby wyzywając potencjalnych przeciwników, aby ośmielili się wpaść do środka.
— Panowie Fred i George Weasleyowie postanowili pilnować, aby nikt nam przeszkadzał —mruknął Gideon, nie podnosząc wzroku. Miał do dyspozycji gorącą wodę i narzędzia. A niedawno spóźniona służąca doniosła więcej materiału na opatrunki.
Wspólnie dość szybko umyli, nastawili bark i usztywnili paskudnie zwichniętą kostkę, opatrzyli poważniejsze rany chłopaka, który tylko chwilami miał przebłyski świadomości.
W tych krótkich momentach wciąż nie rozpoznawał ani Snape'a, ani Gideona, próbując za wszelką cenę uwolnić się, uciec, nie zważając na ból i swoje obrażenia.
— Nigdy nie przypuszczałem, że to powiem, ale powinieneś sięgnąć po swoją książkę, Severusie.
Snape uniósł tylko brew w niemym pytaniu, ale po krótkim namyśle wyjął z wewnętrznej kieszeni surduta niewielką, obitą ciemnym suknem książkę. Skrywała jedną z wielu tajemnic pirata i stanowiła jego wielki skarb, którego strzegł jak oka w głowie.
Miał ją już wielu lat i nauczył się korzystać z jej dobrodziejstw podczas trudniejszych misji. Jej zawartość nieraz uratowała mu życie i pomogła szybko i czysto zlikwidować brużdżących wrogów.
Tym razem miał jej użyć, aby uśmierzyć ból i sprowadzić uzdrawiający sen, a nie śmierć. Szybko się zastanowił nad tym, jaką ma zawartość jego książka i co się przyda do tego delikatnego i precyzyjnego zadania, stając przy stole w pobliżu zapalonego specjalnie przez nich kominka. Bez zbędnej zwłoki otworzył trzymaną w dłoni książkę i spojrzał na skrupulatnie posegregowane w maleńkich woreczkach listki i nasiona oraz fiolki soków poszczególnych ziół, a następnie zaczął przygotowywać miksturę.
Miał w tym niejaką wprawę, ale do tej pory przyrządzał lub miał przy sobie gotową porcję śmiertelnej trucizny, która eliminowała wybrany cel szybko i pewnie. Owszem nieraz posiłkował się swoim sekretnym zbiorem do wyciągnięcia choroby, jednak po raz pierwszy tak wiele zależało od dobrze dobranej dawki kilku niebezpiecznych ziół.
Westchnął, zerkając na nieszczęsnego chłopaka i potrząsnął głową. Był piratem, skrytobójcą, szpiegiem, ale nie medykiem, choć zielarstwo i medycyna go niewątpliwie fascynowały. Starał się wiedzieć na ten temat jak najwięcej. Kiedy kilka minut później ponownie zerknął za siebie, Gideon uśmiechał się pod nosem, wyraźnie czymś rozbawiony. Po pewnym czasie podniósł się i przemył ręce w misce chłodnej wody, która stała na szafce nieopodal łóżka.
— Zajmij się resztą, przyjacielu, ja muszę rozprostować kości. — Nim Severus zdążył zaprotestować, medyk uchylił drzwi i wyszedł. To było wprost niebywałe. Zostawił go samego.
I choć zdecydowanie wolał być z Harrym sam, to jednak perspektywa samotnego zmagania się z ewentualnymi komplikacjami mu się wcale nie uśmiechała. Trzymając kubek z ciepłym naparem, przysiadł na łóżku.
Zazwyczaj to Abel zajmował się pojeniem lekarstwami praktycznie nieprzytomnych i poważnie chorych marynarzy Chesapeake. Severus choć zżymał się na swój obecny obowiązek, to jednak dobrze wiedział, że nikomu innemu by nie pozwolił napoić chłopaka niebezpiecznym naparem. To było nierozważne i komplikowało wiele, jednak w jakiś przedziwny sposób nie potrafił odegnać od siebie tej zaborczej, nieokiełznanej potrzeby bliskości.
Paradoksalnie, dotyk wcale zaspokajał tego pragnienia, ale wzmagał je jeszcze bardziej.
— Harry, otwórz oczy. — Delikatnie poklepał posiniaczony, blady policzek. Kiedy powieki drgnęły, uśmiechnął się nieznacznie. — Jeszcze chwila i dam ci spać.
Mężczyzna liczył się z gwałtowną reakcją rannego, ale tym razem wydawało się, że zabrakło mu na to siły. Chłopak wzdrygnął się, kiedy silne ramię podniosło go odrobinę i praktycznie podtrzymywało jego ciężar.
Do spierzchniętych, piekących warg przytknięty został ciepły kubek i padło krótkie polecenie:
— Pij. Powoli.
Płyn nie był smaczny, jednak nie odjęto naczynia od jego ust, dopóki nie wypił oczekiwanej ilości.
Kiedy przełknął z niesmakiem ostatni łyk i opadł wreszcie na miękkie poduszki, zamknął oczy z cichym jękiem. Był tak bardzo zmęczony i obolały. Z jednej strony marzył, żeby to wszystko się okazało po prostu snem. Straszliwym snem. Z drugiej z kolei, bał się, że otworzy oczy w ciemnej celi i wszystko zacznie się od nowa. A on nie miał już sił.
Harry nawet nie był świadomy tego, że spod jego zamkniętych powiek płyną łzy, ani tym bardziej, że Snape jest tego świadkiem. Nigdy nie pozwalał sobie na okazywanie słabości. Tym razem jednak było mu wszystko jedno.
Czyjaś dłoń głaskała uspokajająco jego głowę. Cichy głos coś mówił, ale on nie potrafił rozróżnić poszczególnych słów. Mikstura, którą został napojony zaczęła działać, a ból całego ciała powoli odchodził z każdą sekundą, na to miejsce wkradały się niepostrzeżenie senność i przedziwne poczucie spokoju, radości.
Severus z uwagą obserwował chłopaka i gdy dostrzegł pierwsze łzy, znieruchomiał. Z tym na pewno nie radził sobie najlepiej, najczęściej odwracając wzrok i ignorując. Nie mógł postąpić tak tym razem. Nie mógł znieść tych łez wylewanych tak cicho. Był bezlitosnym mordercą i piratem, nie okazywał czułości, ale teraz…
Jego ręce niemal bez jego świadomego udziału uniosły lekko na w pól przytomnego, drżącego chłopaka. Powoli i ostrożnie objął rannego, mrucząc słowa pocieszenia. Dobrze wiedział, że Harry go nie rozumie, ale to nie było ważne. Ułożył go tak, aby chłopak opierał się o niego. To może był błąd, bo drobniejsza, zabandażowana dłoń natychmiast chwyciła za rękaw, próbując go zatrzymać. Z każdą upływającą sekundą palce zaciskające się na materiale rozluźniały się coraz bardziej.
Oddech Harry'ego zwolnił i się pogłębił, a na twarzy pojawił cień uśmiechu. Pirat wbrew rozsądkowi poprawił się nieznacznie i przygarnął rannego do siebie.
Dobrze wiedział, że naraża się na ewentualne przytyki ze strony Hannibala, bądź Gideona, ale odsunął tę myśl jak najdalej.
OoO
Piraci. Nigdy nie była bardziej zaskoczona i jednocześnie pełna nadziei. Powróciła myślami do nieszczęsnego, kilkunastoletniego chłopca, którego więził i przesłuchiwał hrabia Mason Verger. Jej brat.
Doskonale wiedziała, do czego był zdolny, bo on nie oszczędzał nikogo. Ani swoich ludzi, najczęściej najemników spod ciemnej gwiazdy, służby, ani jej.
Serce jej się krajało na myśl o tym, jakie katusze miały pomóc zebrać mu potrzebne informacje, które z kolei hrabia drogo sprzeda gubernatorowi, dowódcy wojsk i komukolwiek innemu, kto zechce za nie zapłacić odpowiednio wysoką sumę.
Można było wiele powiedzieć o jej bracie, ale targowanie się i wyczucie towaru wyssał z mlekiem ich biednej matki.
Nie wiedziała, jak uniknęła schwytania za pierwszym razem, ale było bardzo blisko. Trójka piratów nawet pewnie nie zauważyła jej i służącej schowanych nieopodal celi.
Nie zdążyła podać mu całej porcji lekarstw, ale sądziła, że jego kompani zadbają o niego. Przemykając do rezydencji, natknęła się na jednego z nich. Młody mężczyzna wcale nie przypominał jej krwiożerczego wilka morskiego, a jego przenikliwe spojrzenie zdawało się przenikać ją na wskroś.
Poprowadził ją do środka bezpieczną drogą, pilnując, aby nikt z walczących jej nie zobaczył. Oszczędził jej widoku krwawej walki i odciągnął wbrew jej woli w chwili, kiedy jej przyjaciółka, powiernica i zarazem służąca padła na ziemię, bezlitośnie dźgnięta przez czyjeś ostrze.
Skryli się w jednym z pokoi na parterze, przeczekując bitwę. Nie rozmawiali, ale to nie było ważne. Choć próbował to przed nią ukryć, przypuszczała, że jest w mniejszym lub większym stopniu ranny.
Kiedy w końcu zaprowadził ją do kapitana Lectera, był tam jej brat. Padły nieprzyjemne, niepotrzebne słowa i wywiązała się walka, z której ktoś ją wyprowadził.
— Zostań z nią.
— Wedle rozkazu, pani kapitan. Proszę i w moim imieniu zadać parę ran.
— Nie omieszkam, Rosier.
Wszystko widziała i słyszała, ale zdawała się być jednocześnie daleko, daleko stąd. Być może zasnęła, ale nawet nie wiedziała, ile czasu minęło. Wzdrygnęła się, gdy poczuła czyjeś palce z wprawą rozwiązujące wiązanie sukni, ale nie wykonała ruchu, żeby powstrzymać tę osobę.
— Możesz mi nie wierzyć, ale dobrze wiem, co czujesz. — Nie spodziewała się cichego, kobiecego głosu i delikatnego, uspakajającego dotyku. — Nikt nie ośmieli się więcej krzyw...
Kiedy obudziła się parę godzin później, przypomniała sobie, co zaszło minionej nocy. Była przerażona, to prawda, ale i zastanawiała się, co zrobi.
— Wolisz gdybać i tkwić w tym piekielnym miejscu, czy stawić czoła światu?
Uniosła wzrok i ujrzała niewysoką postać. Rozpoznała ją. To była jedna z niewielu kobiet, które rozporządzały pirackimi statkami. Krwawa Bellatriks Lestrange, kapitan Czarnej Wdowy.
— To jak, zostajesz, czy idziesz ze mną? — Piratka oparła się o framugę i przyglądała się spłoszonej dziewczynie z lekkim uśmiechem. Dostrzegła coś w jej oczach, bo się uśmiechnęła szerzej i dodała: — Jeszcze będą się lękali twojego imienia, moja droga.
