OoO
Zielarz siedział w kantorku i przyrządzał swoje mikstury, doglądał skrupulatnie zebranych ingrediencji i dbał, aby nie straciły na swoich właściwościach na kolejnych etapach przygotowywanych mikstur. W jego zbiorach można było znaleźć wszelakie, mniej lub bardziej niebezpieczne w nieodpowiednich rękach tynktury, amulety i rozmaite nasiona oraz zioła w postaci suszonej bądź sproszkowanej.
Jedno spojrzenie na klienta wystarczało zazwyczaj, aby się przekonać o tym, czy jest w stanie zapłacić za żądany towar. Choć wysokie ceny odstraszały potencjalnych kupujących, to jednak niewielki sklep odwiedzało dość sporo zainteresowanych.
Zwłaszcza ostatnio przybywało chętnych na jego specyfiki i amulety. Ci, których było na to stać i przekonali o tym zielarza, mogli zerknąć na przedmioty, które były warte specjalnej uwagi.
Piracki port dawał sporo możliwości handlem rzeczy zdobytych nie do końca legalną drogą, ale zielarz dbał, aby był wolny od wszelkich podejrzeń, szpiegów i usłużnych, chciwych ludzi nie brakowało. Zresztą w większości z takich przypadków był jedynie pośrednikiem.
Przeważnie to ludzie przynosili mu rozmaite ploteczki i w dużej mierze przeinaczone wieści z tego, co się dzieje. Tym razem jednak powtarzała się jedna informacja. Na Tortugę ściągało mnóstwo pirackich statków, a to oznaczało, że najpewniej szykuje się zebranie Rady. Nikt nie miał pewności, nad czym kapitanowie będą obradować.
Nie zapowiadało się, żeby w porcie pojawiła się Nagini obok wielu znamienitych okrętów głównych poszczególnych kapitanów, co przyjmowano raczej z ulgą.
Zielarz przypuszczał jednak, że radość ta jest mocno przedwczesna. Riddle najpewniej uzna to za afront i spróbuje się zemścić na tych, którzy go wykluczyli niezależnie od tego, że powodem pominięcia go w naradzie są jego własne silne destrukcyjne zapędy.
Jego rozmyślania przerwało dość brutalnie skrzypnięcie drzwi.
Do sklepu weszło trzech mężczyzn, jeden z nich zachowywał się dość głośno, co zwróciło uwagę kupca. Pirata, który niedawno zszedł na ląd, mógł rozpoznać na odległość. Zastanawiał się, kto i po co ich tu przysłał, ale wkrótce wyszedł do nich, jeden lub dwa z ich głosów wydały mu się przedziwnie znajome, a jednak nie do końca wiedział.
— Czym mogę służyć, panowie?
Jeden z piratów stanął naprzeciw niego i przez pewien czas przyglądał mu się bardzo uważnie.
— Lupin? Remus Lupin? Niemożliwe, ty zginąłeś…
Zielarz zaskoczony cofnął się o krok i sam wbił wzrok w mówiącego. Istotnie twarz wydała mu się dziwnie znajoma, podobnie jak głos.
— Black? — wyrzucił po chwili kompletnie nieprzygotowany na reakcję tamtego. Został gwałtownie zagarnięty w silne ramiona i mocno poklepany po plecach. W końcu pirat odsunął go nieco na odległość ramion. Zrobił to jednak bardzo niechętnie.
— Ten przystojniejszy i zabawniejszy. Regulusa pamiętasz. Nic się nie zmienił, zrzęda i mruk. Jedyny plus jego towarzystwa – zawsze ma pieniądze, no prawie zawsze, więc nie możesz odmówić naszemu zaproszeniu. Z kolei ten młodzian przy drzwiach to Will Graham, nowy kompan, równie urodziwy, co utalentowany w przeciwieństwie do niektórych. — Syriusz błysnął zębami w szerokim uśmiechu przy okrzykach udawanego gniewu swojego brata. — Nie widzieliśmy się całe wieki, przyjacielu. Myślałem, że już się nie spotkamy na tym świecie. Musimy się napić za to, że w piekle nas jeszcze nie chcą.
Remus skinął głową i przed oczami miał istotnie Syriusza Blacka, z tym samym zaraźliwym, psotnym uśmiechem co dobre kilka lat wcześniej.
Sam się uśmiechnął. Syriusz i Regulus wchodzili sobie w słowo co parę chwil, co budziło w nim całkiem odległe, niemal zapomniane, beztroskie wspomnienia.
— Zanim pójdziecie do tawerny, panowie,potrzebujemy paru rzeczy — cichy i rzeczowy ton Grahama przerwał przekomarzanie się braci Blacków i ich rozmowę z zielarzem.
OoO
Hannibal szedł wąską uliczką, zręcznie manewrując między rozmaitymi przeszkodami, a za nim podążał wyraźnie strapiony doktor Gideon.
— Rozchmurz się, przyjacielu — rzekł kapitan, zerkając na niego przez ramię. — Zarówno ty jak i Severus dostaniecie potrzebne proszki. Will już tego przypilnuje.
Odpowiedziało mu ciche prychnięcie i po chwili milczenia medyk westchnąwszy, odparł:
— W to akurat nie wątpię, kapitanie. Obawiam się jedynie, że wysłanie z nim Blacków, opóźni dostarczenie niezbędnych lekarstw.
— Jeśli tak będzie, nie chcę być w ich skórze. Severus jest w paskudnym humorze.
Istotnie, Snape nie mógł się poruszać tak szybko jak przed upadkiem wypominanym mu nieustannie przez Hannibala, a mimo to uparcie ignorował polecenia medyka, aby się nie forsował i odpoczywał. Na szczęście posłuchał rozkazu kapitana Lectera w sprawie uzupełnienia braków niezbędnych środków leczniczych i nie domagał się, żeby to on odwiedził znajomego kupca.
Weasleyowie objęli go opieką, która najwyraźniej go irytowała bardziej niż zwykle, a jednak banda rudzielców nie przejmowała się zanadto ostrymi uwagami i ciągłym besztaniem. Inni marynarze, zazwyczaj skorzy do gwałtownych wymian słownych, schodzili mu z oczu. Cierpliwości starczało mu dla jednej osoby, Harry'ego, a chłopak ze swojej strony starał się jak mógł, aby nie dać Snape'owi powodów do rozgniewania. Nie końca mu się udawało, ale nie został ukarany, jakby się tego mógł spodziewać.
Z racji, że skromny zapas proszku przeciwbólowego, który by się przydał jak nigdy, był praktycznie na wyczerpaniu, poszkodowani w czasie burzy tłumili dokuczliwy ból alkoholem, jednak i tu Severus wykazywał się dość niezwykłą u marynarzy powściągliwością.
Stąd też cała załoga cieszyła się, kiedy przybili do portu, byleby szybko umknąć sprzed oczu rozeźlonego pirata.
Teoretycznie Severus powinien zostać na statku, ale wymusił na Weasleyach, żeby pozwolili Draco zabrać go na ląd. Dobrze wiedział, że młodemu Malfoyowi potrzebny będzie oddech po dwóch, trzech dniach spędzonych w kuchni w towarzystwie Zgredka i Rona.
Zwłaszcza po tych paru opowieściach, które usłyszał od tego ostatniego.
Nakazał Weasleyom opiekę nad Harrym, bo nie widział powodu, aby chłopak nie zszedł na ląd. Pod okiem rudzielców nic mu się nie powinno stać. Jego wychowankowie mogli bez trudu mogli schować go w tylko sobie znajomym miejscu w razie niebezpieczeństwa. Na to niestety trzeba było się przygotować, a Severus chciał uniknąć ponownego schwytania chłopaka przez nieprzyjaciół. Niewola u Vergera zostawiła aż nazbyt wiele śladów nie tylko na jego ciele.
Zostawiwszy młodzieńca z Weasleyami, pokuśtykał wsparty na ramieniu Draco i Blaise'a pod adres, gdzie zbierała się Rada.
OoO
Kilkanaście postaci siedziało przy długim stole. Obrady rady kapitańskiej dotyczyły kwestii, które miały wpływ na całą piracką brać. Ataki Voldemorta na poszczególne okręty i łupież własności innych kapitanów stawały się coraz bardziej dokuczliwe. Riddle nie pojawił się i nie wyjaśnił swojego postępowania, więc zostały podjęte przeciw niemu odpowiednie kroki.
Hannibal nie był usatysfakcjonowany decyzjami Rady, ale niestety nikt poza nim nie dostrzegał niebezpieczeństwa współpracy Toma ze szpiegami gubernatora bądź Kompanii na szkodę swoich kompanów. Niestety niewiele mógł zdziałać bez poparcia kilku osób, które jednak nie były zainteresowane. Gdy pod koniec pierwszej części zebrania dotarł Severus i wszedł wsparty na ramieniu Draco Malfoya, niemal natychmiast doktor Gideon pozwolił mu zająć miejsce u boku kapitana Lectera i znikł z młodym Malfoyem.
— Nie ufasz moim talentom dyplomatycznym? — Severus jedynie spojrzał na niego i odparł po chwili z kąśliwym uśmiechem:
— Ufam, Hannibalu, ale wiem też, jak prędko potrafisz urządzić krwawą łaźnię, gdy ktoś da ci do tego powód.
Tym razem to kapitan Lecter zmrużył oczy wyraźnie niezadowolony z tej uwagi, a widząc znaczący, złośliwy uśmiech na twarzy kompana, pokręcił głową.
Obrady pirackiej Rady nie trwały długo. Kapitanowie nie należeli do cierpliwych słuchaczy i znudzeni przydługimi przemowami zażądali przerwy.
— Zajrzyjmy do "Pod rogami czarta", albo "Wisielca" bo istotnie na trzeźwo trudno tego słuchać.
Severus skinął jedynie głową.
W "Pod rogami czarta" natknęli się na młodych Weasleyów, którzy wyglądali na wzburzonych i strapionych. Fakt, że Charlie miał mord w oczach, a bliźniacy nie flirtowali bezwstydnie z dziewczętami tam usługującymi, zaintrygował obu piratów.
Podchodząc bliżej, dostrzegli Harry'ego siedzącego pomiędzy rudzielcami. To niby nie dziwiło tak bardzo, jednak zastanawiający był stan chłopaka – wyglądał na oszołomionego i z lekka zaczerwienionego. Severus bez słowa podszedł do niego i powąchał zawartość jego kubka, a następnie skosztował. Słaby, rozcieńczony rum, ale czymś zaprawiony.
Nie spodobały mu wnioski, do których doszedł, a sądząc po minie Hannibala, on też zrozumiał, co i dlaczego wzburzyło rudzielców.
Kątem oka dostrzegł kogoś półleżącego w kącie na stoliku. C Posłał znaczące spojrzenie swoim wychowankom.
— Zostawiliśmy go tylko na parę chwil.
Snape i kapitan Lecter porozumieli się bez słów i każdy z nich trzepnął Weasleyów stojących w zasięgu ręki w tył głowy. Towarzyszył temu okrzyk zaskoczenia i głośny rechot pozostałych bywalców „Pod rogami czarta".
— Musieliśmy go nieco spacyfikować, bo się rzucał jak Ron na żarcie.
Pomruk protestu i nieudana próba wstania była jedyną odpowiedzią ze strony Harry'ego. Opadając z powrotem na ławę między Ronem a Charliem, wypuścił głośno powietrze i oparł głowę na ramieniu starszego z Weasleyów. Ron z psotnym uśmiechem coś powiedział mu ściszonym głosem. Coś, co wzbudziło wesołość jego braci.
— Nie jessssdem! — zaperzył się Harry, ponownie próbując wstać.
Charlie poklepał go po ramieniu i nie kryjąc uśmiechu, zganił młodszego brata.
— Ron, zostaw go. Nie musi nic robić i nic nie musi udowadniać. — Severus pokręcił głową, manipulacji Weasleyów nie należało ulegać. Harry wiedział o tym, to jednak w obecnym stanie zdawał się być rozsierdzony insynuacjami rudzielców, niezależnie od tego, czy były prawdziwe czy też nie. — My i tak wiemy swoje.
Ostatnie zdanie przeważyło szalę. To, co nastąpiło potem zaskoczyło wszystkich, jednak większość bywalców tawerny zapamiętała zupełnie co innego. Bójkę, która skutecznie zatarła w zamroczonych alkoholem umysłach pewien nie do końca stosowny wyskok młodego pirata.
Zostawiając Severusa z przekomarzającymi się rudzielcami, Hannibal powoli podszedł do półleżącej na stole postaci i szturchnął ją niby przypadkiem. Mężczyzna drgnął nieznacznie, ale nie podniósł się. Wkrótce obok kapitana Lectera stanął Bill i, omiatając wzrokiem otoczenie, mruknął do niego:
— Myśleli, że Harry będzie łatwym celem, ale się przeliczyli. Za dużo czasu spędza z bliźniakami, panem Blackiem i Malfoyem.
Lecter zerknął w stronę swoich młodych kompanów, którzy chichotali i raz po raz drażnili Harry'ego. Parsknął, obserwując chłopaka. Skutki niewoli u Vergera były wciąż widoczne, zarówno na ciele, jak i duszy młodego, niedoświadczonego pirata, ale towarzystwo wybranych osób z załogi Chesapeake zdawało się mieć dobroczynny na niego wpływ.
— Ktoś usiłował uprowadzić mojego człowieka. — Hannibal wypuścił wolno powietrze. Podobne sprawy nie były takie rzadkie, ale odebrał to jako osobistą zniewagę. Zdarzało się, że marynarze, zwłaszcza młodzi, lub niedoświadczeni ginęli bez śladu, co nie budziło zaskoczenia. Zastępcę łatwo było znaleźć, gorzej z zaginionym. Jednak odkąd on objął dowództwo nad okrętem nie zanotował takiej sytuacji. Pogardliwie spojrzał na postać półleżącą na stole i dodał: — Zastanawiam się tylko na czyje zlecenie? Chętnie się tego dowiem.
Ostatnie zdanie kapitan Lecter wypowiedział głosem, który sprawił, że Billa przeszedł lodowaty dreszcz. Nie chciał być w skórze nieszczęśnika, który sprowokował w ten sposób Rozpruwacza z Chesapeake. Sam zgrzytnął zębami. Potrafił sobie bez trudu wyobrazić, w jakim celu Harry miał zniknąć i dokąd trafić.
Życie wcale nie jest tak cenne, za jakie uchodzi.
Kapitan posłał mu znaczące spojrzenie i Bill bez słowa podniósł mężczyznę, podążając z nim za dowódcą na tyły tawerny.
Nie widział, co się stało, ale do jego uszu doszła nagła cisza, a potem głośne okrzyki, gwizdy. Oklaski. Jakaś część jego pragnęła wrócić i sprawdzić, co się stało, lecz dobrze wiedział, że powinien wykonać niewypowiedziany rozkaz kapitana. W obecnej sytuacji każda niesubordynacja mogła spotkać się co najmniej z niezadowoleniem, a tego z całą pewnością chciał uniknąć.
W ciemnym zaułku rozległy się zduszone krzyki.
OoO
Zgredek nie należał do widocznych członków załogi. Nie stronił od walki i znakomicie walczył wręcz, ale szybko znikał i chronił się w swoim królestwie.
Uznany za dziwaka i odludka, to on najczęściej padał ofiarą ataków i okrutnych żartów za rządów poprzedniego kapitana, który nie widział w tym nic złego. Określał to rozrywką i pokazaniem dziwolągowi, gdzie jego miejsce. Gdy dowództwo przejął Hannibal wystarczył jeden podobny wyskok, a wszyscy się przekonali, że sytuacja uległa całkowitej zmianie.
Załoga wciąż żartowała i droczyła się z nim, ale tym razem odpłacał się pięknym za nadobne.
W kuchni do pomocy miał Rona Weasleya, głośnego i roztrzepanego chłopaka, który jednak okazał się całkiem przydatny. Nie spodziewał się tego.
Zanim przybyli do Tortugi, do pomocy kapitan przydzielił mu młodego Malfoya. Gdy kuk został o tym poinformowany, z trudem powstrzymał wzdrygnięcie. To nazwisko nie kojarzyło mu się zbyt dobrze, choć Draco, nawet będąc zarozumiałym, bezczelnym smarkaczem, nie robił mu dotąd większych kłopotów.
Po dwóch dniach nadzorowania go i wydawania poleceń, musiał stwierdzić jedno – jak chce to potrafi. Obyło się bez specjalnych zgrzytów i strat, choć najbardziej poszkodowany okazał się Malfoy, dla którego zwykłe obieranie i krojenie zdało się być śmiertelnie niebezpiecznym zajęciem.
— Taki z ciebie pirat, Malfoy? — parsknął Ron, kręcąc głową i zręcznie unikając ataku rozzłoszczonego Draco.
Słysząc ten ton, Zgredek westchnął, nie uśmiechało mu się wejść między tych dwóch czupurnych młokosów. Obaj byli porywczy i żądni udowodnienia swojej pozycji, niemniej w kuchni to on rządził. Nie miał czasu na kłótnie i docinki, ani tym bardziej na godzenie waśni. Szybko usadził obu, wyznaczył zadania, które zmusiły ich do współpracy.
A potem dobili do portu i Zgredek musiał przypilnować uzupełnienia zapasów.
OoO
Harry westchnął cicho. Posłanie, na którym leżał, było wygodne do tego stopnia, że aż się nie chciało z niego wstawać. Nie musiał, a jednak przyzwyczajenie było silniejsze. Wciąż był słaby, ale nie dawał tego po sobie poznać. Przynajmniej starał się tego nie okazywać. Niestety doktor Gideon i kapitan na pewno będą mieć teraz na niego oko. Udało mu się namówić Draco Malfoya, aby zajrzeli do rannego Snape'a, tyle pamiętał z całą pewnością. Jak przez mgłę przypominał sobie twarze kapitana Lectera i medyka, których zastali przy łóżku ich kompana. Musiał runąć na podłogę jak długi. W takim momencie?
Coś mu umykało. Tylko nie wiedział co dokładnie. Coś bardzo ważnego.
Potem przybyli do lądu, Tortuga okazała się być kolorowa i głośna.
Obrócił głowę na poduszkach i ku swemu przerażeniu zauważył, że leży obok Severusa Snape'a. Zerwał się do siadu, wodząc wzrokiem zaskoczony po wnętrzu. To nie mogła być kajuta, okna zdawały się być w złych miejscach. W tym samym momencie uderzył w niego potworny ból głowy, całego ciała, a z jego gardła wyrwał się jęk, którego nie zdołał powstrzymać i opadł z powrotem na posłanie.
— Miło, żeś się zbudził, Harry — głos Snape'a ociekał wprost czymś niebezpiecznym. Nie umiał tego nazwać, ale doskonale pamiętał fałszywą łagodność ze strony Dursleyów, na którą czasem się dawał nabrać, kiedy był młodszy i naiwnie wierzył, że wreszcie spotka go coś dobrego.
Tym razem było to coś innego.
Chłopak próbował przełknął twardą gulę, która utkwiła mu w gardle, lecz usta miał suche, a do przykrych wrażeń doszły mdłości targające jego wnętrznościami.
Nic nie rozumiał.
Cały czas czuł na sobie wzrok mężczyzny i szczerze mówiąc, nie przypominał sobie, aby zrobił coś złego. Choć z poprzedniego dnia niewiele pamiętał, to chyba nie zdążył…
Zgiął się gwałtownie i jęknął żałośnie, kiedy żołądek wykonał ostrą woltę i omal jego zawartość nie znalazła się na podłodze przy łóżku.
— I pomyśleć, że parę godzin temu miałem chęć cię osobiście oćwiczyć. — Severus westchnął ciężko, za co los go tak karał? Przytrzymał jedną ręką chłopaka, żeby ten nie zsunął się na podłogę, doradzając mu jednocześnie: — Pochyl się bardziej, tam powinien być pusty nocnik.
Na całe szczęście nie musiał wstawać, aby mu pomóc. Zresztą nawet gdyby biodro i żebra nie dokuczały mu paskudnie, to i tak wiedział, że nie za wiele się jego pomoc zda. Przynajmniej nie teraz.
Na dobrą sprawę, byłby obrzydliwie wprost bogaty, jeśli udałoby mu się kiedykolwiek wymyślić miksturę pozwalającą pozbyć się natychmiastowo i skutecznie niepożądanych skutków korzystania z dobrodziejstw trunków.
Jednak to akurat nigdy się nie spełni, choć Harry zdawał się owego cudownego leku potrzebować. Zaczął drżeć, a wkrótce i kaszleć. Severus westchnął tylko i skrzywił, gdy drobniejszym ciałem targnęły gwałtowne torsje i chłopak rozpaczliwie walczył, żeby złapać oddech.
Kiedy w końcu z trudem opadł z powrotem na poduszki, jego blada twarz zroszona była kropelkami potu, po policzkach wolno spływały łzy, które nie dość prędko starł drżącą dłonią, a następnie przytknął ją na chwilę do ust. Oddychał ciężko przez uchylone wargi, pojękując i posapując.
Snape przyglądał się mu uważnie, zauważył pewne podobieństwo pomiędzy tym, jak Harry wyglądał teraz, dysząc, najwyraźniej mocno strudzony obecną niedyspozycją, a jak poprzedniego wieczora, gdy niespodziewanie wstąpił w niego jakiś diabeł. Naprawdę nie przypuszczał, że zamroczony zaprawionym rumem Harry rzuci się na niego i jak w pierwszej chwili oczekiwał ciosu, to bardzo szybko się okazało, że się mylił.
Chłopak przyciągnął go za poły kaftana i wpił się w niego ustami. W tawernie zapanowała nagła cisza, a potem rozległ się rechot i rozochocone okrzyki pijanych bywalców. Snape nawet gdyby chciał go odepchnąć, to stał jak dotknięty przedziwną niemocą. Był kompletnie oszołomiony, co nie zdarzało mu się praktycznie nigdy. Jego własne ramiona objęły Harry'ego i, zamiast go odsunąć, przyciągnęły mocno. Oddawał pocałunek z jeszcze większą zaciekłością i pasją. W tym momencie nie liczyło nic prócz tych niewprawnych, ale zachłannych warg, mniejszych dłoni, które przyciągały go, łapiąc, co zdołały chwycić. O dziwo, zupełnie mu nie przeszkadzało, że Harry szarpał i ciągnął go za kosmyki ciemnych włosów. Severus bez większego trudu mógł przejąć inicjatywę, ale w tamtej chwili to całkiem rozkoszne siłowanie się było dużo bardzo zajmujące.
Wkrótce ta nieokiełznana gwałtowność zdawała się stopniowo przygasać, w miarę jak rosła potrzeba zaczerpnięcia powietrza. Kiedy w końcu Harry oderwał, oddychał ciężko, wciąż uczepiony ubioru mężczyzny. Wtedy też Snape zorientował się, że rozochoceni bywalcy tawerny dawno przestali się nimi interesować, zajęci bijatyką najwyraźniej od paru chwil. Nagle Harry odwrócił się na chwiejnych nogach i popchnął go na pobliską ławę. Nim Snape zdążył się odezwać, rugając chłopaka, poczuł jak ten się osuwa. Jednym ciosem pozbawił przytomności najbliższego napastnika, przypuszczając, że to on zaatakował. Następnie podniósł Harry'ego, z irytacją dostrzegając cienką, czerwoną strużkę spływającą spod linii ciemnych, niesfornych włosów i rozejrzał się, wypatrując Weasleyów.
Przez ostatnie godziny, zgodnie z poleceniem Gideona, obserwował chłopaka, budząc go co pewien czas, czego ten zapewne nie pamiętał, niemal natychmiast ponownie zapadając w sen. Na szczęście koszmary tej nocy go nie męczyły. To do pewnego stopnia cieszyło Severusa i bez nich miał ochotę chłopaka zamordować.
Teraz, gdy się wreszcie obudził i opanował mdłości, przepłukał usta wodą, zdawał się kompletnie nie przypominać sobie tego, co się wydarzyło w tawernie. Nie rozumiejąc, dotknął głowy owiniętej kawałkiem sukna i spojrzał na Snape'a z niemym pytaniem na ustach.
— Co pamiętasz z wypadu do tawerny z Weasleyami?
Chłopak zmrużył oczy, koncentrując się. Obolała głowa nie chciała współpracować, a próby przywołania wspomnień zdawały się być całkowicie bezskuteczne. Wszystko tonęło w gęstej mgle.
— Niewiele — odparł w końcu.
— Czyżby? Ciekawe.
Tym razem w głosie Snape'a dźwięczało rozbawienie, które w przedziwny sposób sprawiło, że kalkulujący, chłodny i przeszywający na wylot wzrok pirata nabrał nieco łagodności.
Harry omiótł spojrzeniem jego twarz, zatrzymując się na wargach wygiętych w drwiącym uśmiechu. W tym momencie poczuł nagle, jak oblewa się rumieńcem, choć za bardzo nie umiał powiedzieć dlaczego.
— A jednak coś sobie przypomniałeś, Harry — rzucił lekko Severus i, przesuwając smukłymi palcami po jego policzku, dodał po chwili: — Musisz się wiele nauczyć, a zwłaszcza tego, że nie należy drażnić bestii. Nie wiadomo, kiedy postanowi odpłacić się pięknym za nadobne.
Mężczyzna jednym ruchem przyciągnął go do siebie i pocałował.
