OoO
Lucjusz rozmyślał, popijając ulubiony trunek w gabinecie, kiedy wyraźnie zatrwożony służący zapowiedział niespodziewanego gościa. Niechętnie odłożył kieliszek i wyszedł do salonu.
Od progu rozpoznał postać stojącą przy oknie. Ten mężczyzna nie powinien przekroczyć progu jego domu.
— Czego chcesz, Crouch? Nie mam dla ciebie czasu.
Wysoki mężczyzna odwrócił się i uśmiechnął paskudnie, oblizując koniuszkiem języka kącik ust.
— Schronienia na pewien czas. Pomoże mi pan, prawda? Na wzgląd na to, co zrobił mój kochany papa, kiedy pan potrzebował wsparcia.
Lucjusz wiedział, o co chodzi i nie był zadowolony z tego powodu, że młody Crouch postanowił wymusić na nim cokolwiek w ten sposób. Jego nie należało szantażować dawnymi przysługami, które zostały uregulowane przed wielu, wielu laty.
Owszem, honor mu nakazywał, żeby odpowiedział właściwie na to żądanie. Pytanie tylko, co to oznaczało?
Jasne, mógł pozwolić młodemu Crouchowi na tymczasowe zatrzymanie się w apartamencie w południowym skrzydle rezydencji i tak nikt z niego nie korzystał. Ale uleganie komukolwiek, a zwłaszcza rozpuszczonemu młodzikowi nie było w stylu Lucjusza Malfoya.
Przypuszczał, że wie po co i dlaczego Crouch chce pozostać w rezydencji, to było wręcz oczywiste. Również fakt, kto go tu przysłał, by skradł niepozorny, stary dziennik. Wszystko wskazywało, że taki był jego cel. To akurat się arystokracie nie spodobało.
Zmrużył więc oczy i podszedł nieco bliżej, umiejętnie stwarzając poczucie zagrożenia u swojego nieproszonego gościa. Z galanterią, na którą intruz nie zasługiwał, dał mu krótką odmowną odpowiedź: nie widział swojego interesu w tym, aby przystać na tę prośbę.
Młody Crouch starał się dalej udawać niewzruszonego, ale zdradzało go ukradkowe, nerwowe zwilżanie kącika ust. Po chwili namysłu nie dał z wygraną. Nie zdziaławszy nic po swojej myśli, zasugerował, że ktoś może się zainteresować, gdzie podział się niesławny dziedzic rodu Malfoyów.
To rozjuszyło Lucjusza. Może nie pochwalał sposobu Draco na życie, ale nikt nie miał prawa używać jego nazwiska i honoru jako waluty w szemranych interesach. To było oburzające, zważywszy, że Crouch senior podzielał poglądy Lucjusza w tej kwestii.
— Być może nie wyraziłem się dość jasno, Crouch. Takiego nędznego karalucha jak ty nie wpuściłbym do kwater dla służących. Twój nieszczęsny ojciec musi przewracać się w grobie.
Crouch niemal natychmiast zaczął się pieklić i próbował go zaatakować, ale dwóch lokajów bez trudu sobie z nim poradziło.
Lucjusz kiwnął delikatnie głową i jeden z sług pozbawił nieproszonego gościa przytomności. Później z nim porozmawia bardzo poważnie na temat tego, co planuje jego mocodawca.
Westchnął ciężko, wracając do gabinetu, gdzie siadł za swoim biurkiem i wychylił niedopity trunek jednym haustem.
Musiał zebrać jak najwięcej informacji, aby wiedzieć co począć dalej. Opłacani przez niego ludzie nierzadko wracali z cennymi wieściami, jednak nie mógł do końca zawierzyć szpiegom.
OoO
Severus pokręcił głową. Powinien leżeć zgodnie z zaleceniem doktora Gideona. Odniesione podczas burzy obrażenia wciąż mu dokuczały, ale on nie miał na to czasu. Tymczasem kapitanowie jak zwykle nie mogli dojść do porozumienia. Nadzieje, aby szybko wyłożyć i zamknąć sprawę Riddle'a, okazały się płonne. Narada przeciągała się z dnia na dzień i choć wszyscy z załogi poszczególnych okrętów niewątpliwie cieszyli się z wolności, to zew morza był nieubłagany. Piraci na lądzie nigdy nie byli do końca szczęśliwi.
Na Tortugę doszły słuchy o nowym ataku Voldemorta na pobliski port niechętny gubernatorowi i wojsku. Śmierciożercy zniszczyli miasteczko i wyrżnęli w pień mieszkańców, bo ci bronili dobytku przed napaścią. To zmusiło kapitanów znudzonych przydługimi i zbyt kwiecistymi przemówieniami do działania. Wreszcie do głosu doszli stratedzy i zaczęto myśleć nad odwetem na kapitanie Nagini.
Hannibal, zgodnie z przygotowanym planem, stanął na czele prężnych dowódców i domagał się zdecydowanych kroków. Niebawem zdołał zainteresować mniej chętnych do tego, aby uderzyć właśnie w Toma.
Bano się go i wśród pirackiej braci. Opowieści, które na jego temat powstawały, bez trudu mogły przestraszyć niejednego.
Hannibal nie dopuścił do głosu tych, co próbowali ostrzec pozostałych. Fakt, Tom był niebezpieczny i nie wolno było pozwolić sobie na zadufanie we własne siły. Niedocenianie przeciwnika w tym wypadku mogło skończyć się tragicznie.
O dziwo, Bella nie potrzebowała żadnych dodatkowych zachęt do tego, by wesprzeć go w trudach przekonania Rady.
Byłoby dobrze, ale Jack Sparrow postanowił wyjść z cienia. Był sprytny i nie można mu było odmówić przebiegłości. Poza tym umiał przekonywać i zjednywać sobie sojuszników. Całkiem zręcznie kierował swoimi ludźmi.
Ale z drugiej strony co chwila wpadał w mniej lub większe tarapaty, pociągając za sobą wiernych towarzyszy. Taki kompan bywał dość kłopotliwy, jednak Jack potrafił sprawić, że jego załoga nie myślała o buncie.
Teraz węszył co mu przyniesie więcej korzyści – sprzymierzenie się z resztą pirackich kapitanów, czy też działanie na własną rękę.
Hannibal Lecter i Jack Sparrow mijali się z daleka. Nie było między nimi otwartej niechęci, ale wszyscy naokoło rozumieli, że nigdy nie będą w bliskiej komitywie. Jednak po namyśle i dyskretnej konsultacji z nieodłącznym, tajemniczym kompasem, kapitan Sparrow postanowił go poprzeć.
Hannibal zmrużył oczy i posłał Severusowi znaczące spojrzenie. Tego nie przewidzieli w swoich planach.
— Hannibalu! Mój drogi przyjacielu, dawno się nie widzieliśmy. — Kapitan Lecter znał ten głos, ale nie przypuszczał, że dane mu będzie go usłyszeć tutaj, w siedlisku zła i zepsucia. W sercu pirackiego portu. Jak tu ten wścibski staruch trafił? O przypadku nie mogło być mowy. Skrzywił się nieznacznie jednocześnie wykonując lekki ukłon w stronę starszego mężczyzny.
Albus Dumbledore stwarzał pozory miłego, niegroźnego staruszka żyjącego we własnym świecie. Nic bardziej mylnego. Za tą jowialną, nieobecną fasadą krył się niebezpieczny intelekt, który mógł zwieść na manowce nieostrożnego.
Odkąd Hannibal pamiętał, starzec podawał się za uczonego i badacza Nowej Ziemi. Tak było i teraz. Jednak trudno było powiedzieć, czy nie robi tego z polecenia kogoś z otoczenia gubernatora. A może opłaca go zupełnie ktoś inny?
Najpierw Verger, a teraz Dumbledore.
Nieszczęścia istotnie chodzą parami.
OoO
Severus odpoczywał w jednej z lepszych tawern na Tortudze, „U Starego Toma". Wybrani członkowie załogi Chesapeake mogli znaleźć w niej nawet pokój. Ta uprzejmość rzecz jasna przysługiwała z racji wysokiej pozycji oficerskiej zarówno Hannibalowi, jak i jemu.
Część z pokoi na piętrze wynajmowały kurtyzany oferujące coś więcej niż tanie dziewki portowe, kupcząc nie tylko swoim ciałem, ale i posiadanymi informacjami i z rzadka cennymi przedmiotami.
W pokoju naprzeciwko schodów coraz rzadziej można było znaleźć ognistorudą Freddie, intensywny kolor włosów odzwierciedlał jej narowisty temperament. Niegłupia, choć próżna i wygodna miała czasem ciekawe wieści. Z racji swej profesji, często się przemieszczała pod męskim przebraniem nie tylko na pirackich statkach w poszukiwaniu co majętniejszych klientów, których później omamiała, udając wielką damę, nierzadko w opresji. Trzeba było jej to przyznać, znakomicie umiała przygotować grunt i schwytać wypatrzonego, naiwnego bogacza w swoją pułapkę.
Severus uśmiechnął się z przekąsem. Freddie miała oko na piratów z Chesapeake, ale nigdy nie dostąpiła zaszczytu bezpośredniego kontaktu z żadnym z nich. Spotkania z nią najczęściej aranżowano, aby wybadać, czy mówi prawdę na dany temat i czy faktycznie posiada te informacje, którymi kusi. Hannibal nigdy jej nie zapomniał, że próbowała podstępem zdobyć powierzone mu podpisane listy żelazne i przekazać je przez umyślnego Crawfordowi.
Jednak to, co Freddie była w stanie się wywiedzieć od swoich absztyfikantów było na tyle cenne, że Hannibal powstrzymywał swoją niechęć. Inna sprawa, że dość łatwo dawała się podejść Severusowi, który najczęściej się z nią spotykał.
Freddie przeszła po sali, przysiadając przy stoliku, przy oknie. Ubrana była całkiem zwyczajnie, ale niewątpliwie wzbudzała zainteresowanie.
Nie dostrzegła go, a on specjalnie zakrył twarz kapeluszem, ale mógł bez problemu ją obserwować. Był ciekawy, co zrobi. Kiwnęła szczupłą dłonią i zamówiła coś do zjedzenia. Jej uwaga skoncentrowała na tych samych osobach co Severusa i pirat uznał to za dość niepokojące.
Obserwując braci Weasleyów i ich towarzyszy, zapewne myślała, że uzyska ciekawe informacje, które potem przekaże za odpowiednią cenę.
Jednak jej mina w momencie, kiedy dostrzegła Harry'ego, zaintrygowała Severusa. Z całą pewnością rozpoznała go. A przynajmniej jeśli nie jego to to przedziwne znamię na czole chłopaka. Jeśli go rozpoznała, to znaczyło, że ktoś o niego rozpytuje.
Severus przyjrzał się Freddie, wyraźnie nadstawiała uszu, o czym bracia Weasleye z nim rozmawiają. Uśmiechnął się, zauważając psotny błysk w oczach bliźniaków, którzy dostrzegli jej podejrzane zachowanie. Wkrótce pozostali bracia byli świadomi sytuacji.
— Zazdroszczę ci, Harry. Jesteś z nami tak krótko, a już krążą opowieści o tobie. Taką sławę mieli kapitan i pan Snape.
— Nie gadaj głupot, Ron. — odparł Harry, spłoszony tymi słowami. Spojrzał w stronę Snape'a, który odpoczywał, z twarzą przysłoniętą kapeluszem. — Jeśli ci chodzi o coś z mojej kolacji, to zapomnij.
Młodzi Weasleye wybuchli gromkim śmiechem. Ron faktycznie lubił jeść i nieraz bracia zostawiali mu trochę, gdy Zgredek przyrządził smaczną strawę. Problem w tym, że mało co nie przypadało mu do gustu. A tutejsza kuchnia również mu zasmakowała.
— Kiedy to prawda, mały — wtrącił się cichy zazwyczaj Bill. — Tortuga to miejsce, gdzie plotki rozchodzą się błyskawicznie, a tu twoje imię jest ustach niemal każdego.
— Nic nie zrobiłem — zaprzeczył Harry stanowczo, instynktownie głaszcząc swój wisior.
— Może nic, a może dałeś pretekst, żeby zjednoczyć siły przeciw pirackim wrogom. Kapitan Lecter mówił o tobie innym kapitanom.
—… I kapitan ma na ciebie oko, ale…
— Nie tylko on. Widzieliście wczoraj spojrzenie pana Snape'a, gdy ten chudzielec bez oka z Czarnej Wdowy zaczepił Harry'ego przed tawerną „Pod Wisielcem"? — dodał Blaise konspiracyjnym szeptem. — Słyszałem, że pan Snape kazał go sobie przyprowadzić później na wyjaśnienie paru spraw…
Chłopcy znów parsknęli śmiechem, mogąc sobie wyobrazić skutki tej rozmowy. Jeśli nieszczęśnik nie skończył w zatoce, miał wyjątkowe szczęście. Po krótkiej chwili droczenia się z Harrym i żartowania na temat jego pozycji na statku, rozmowa nagle potoczyła się innym torem. Wciąż było wesoło, ale Severusa zaintrygowała ta gwałtowna zmiana tematu. Zupełnie jakby chłopcy zapomnieli, o czym wcześniej mówili.
Sądząc po zadowoleniu Freddie, ona miała swoje podejrzenia, co się stało.
OoO
Przedłużające się narady i zebrania rady kapitańskiej w sprawie Toma Riddle'a były na ustach każdego. Zarówno mieszkańcy portu jak i przybysze zastanawiali się nad końcowymi ustaleniami. Stawiano zakłady i prowadzono ożywione dyskusje na ten temat.
Innym ulubionym przedmiotem szeptów wszystkich był chudy, ciemnowłosy chłopak z Chesapeake. Ulubieniec kapitana i pierwszego oficera, co zaskakiwało samo przez się. Kapitan Lecter i Snape nie mieli faworytów pośród swojej załogi. Owszem, wzięli przed laty pod swoje skrzydła Weasleyów, ale to nie było to samo. Nie mieli żadnych skupułów w wymierzaniu im kar, gdy zachodziła taka potrzeba.
Gdy Tonks go w końcu zobaczyła, musiała przyznać jedno. Nie spodziewała się kogoś takiego. Myślała, że chodzi o zaprawionego w boju pirata, a nie dzieciaka, żółtodzioba w marynarskim fachu. To można było rozpoznać od razu, a jednak było w nim coś niezwykłego.
Z drugiej jednak strony w oczach dostrzegła coś, co zadało kłam jej pierwszemu wrażeniu.
Parę dni później była świadkiem czegoś, czego nie umiała wyjaśnić. Ubrać we właściwe słowa również. Choć doskonale to pamiętała, nie była pewna, czy się wydarzyło na jawie.
Z drugiej strony nie miewała tak realistycznych przywidzeń.
Szczerze mówiąc, nie zdziwiła jej reakcja towarzyszy chłopaka. Zobaczyła wśród nich Severusa Snape'a, który wyglądał na bardzo poruszonego, co było dość intrygujące. Wzrok mężczyzny po chwili utkwił w kimś, kogo nie widziała za dobrze, niemniej przygarbiona sylwetka wydała się jej przedziwnie znajoma.
Potrząsnęła głową i ruszyła w stronę Czarnej Wdowy. Musiała pomówić z kapitan Lestrange.
OoO
Severus popijał rum, obserwując podopiecznych, którzy uczyli Harry'ego szermierki. Klasyczna odmiana nie miała wiele wspólnego z piracką. Piraci walczyli wszystkim, co mieli pod ręką i nie liczyli na łaskawość przeciwnika, bądź jego honor.
Harry szybko się nauczył, jak wykorzystywać drobną posturę na swoją korzyść przy skutecznym ataku. Uniki były jego specjalnością, miał je we krwi po latach spędzonych u Dursleyów. W trakcie pojedynków treningowych ciężko było go namówić do szpady, czy rapiera, zdecydowanie krótkie ostrze leżało mu bardziej w ręce.
Niemniej jednak uczył się szermierki razem z pozostałymi. Później Bill, Charlie Weasleyowie, albo któryś z braci Blacków trenowali z nim walkę na noże.
Teraz jednak walczył z Fredem na szpady, co było dość frustrujące, bo bliźniaki rzadko grali uczciwie, nawet w pojedynkach ćwiczebnych. Severus uśmiechnął się pod nosem. Harry nie miał szans pokonać Freda, ale widać było zapał i wolę przechytrzenia przeciwnika.
Nie minęła krótka chwila, a czubek szpady Freda dotykał gardła chłopaka, który leżał na plecach, ciężko dysząc.
Severus parsknął, zauważając zamaszysty ruch ostrza, gdy Fred odsuwał je. Sam taki wykonywał.
— Co pan powie na małą rozgrzewkę, panie Weasley? — spytał, powoli do nich podchodząc. Alkohol przyjemnie krążył w jego żyłach i przytłumił ból biodra. Odrobina ruchu nie mogła mu zaszkodzić.
Harry wstał i nieporadnie starał się mu to wyperswadować, ucichł, gdy został objęty w pasie i przyciągnięty.
Młody Weasley spojrzał na niego zaskoczony, ale wszystkie jego wątpliwości i niepewność co do stanu Snape'a zniknęły, gdy mężczyzna włożył w dłoń Harry'ego swoją własną szpadę, szepcząc mu do ucha:
— Znasz kroki, więc pozwól, że teraz ja poprowadzę.
Z drapieżnym błyskiem w oku, zaczął atak. Fred odpowiedział błyskawicznie. Harry z kolei starał się dotrzymać kroku bardziej doświadczonym piratom i jednocześnie zapamiętać jak najwięcej. Nie było to łatwe, choć niewątpliwie sprawę ułatwiały krótkie, ciche komendy oraz fakt, że Snape nim kierował. Choć z drugiej strony to wcale nie ułatwiało. Jednak było bardzo miłe i krępujące zarazem.
Pozostali przyglądali się z zapartym tchem. Severus Snape nawet obolały i po wypiciu pół butelki rumu był piekielnie trudnym przeciwnikiem, czego Fred był całkowicie świadomy. To, co miało być rozgrzewką, przerodziło się w coś więcej.
Harry'emu zdawało się, że plączą mu się nogi, ledwo nadążając za Severusem, który choć traktował pojedynek nie całkiem poważnie, to jednak żaden ruch czy krok nie był lekceważący. Snape doskonale przewidywał ruchy Freda z taką precyzją, że Harry nie mógł w to uwierzyć, żeby to był przypadek.
— Harry, nie daj się zdekoncentrować. — Chłopak poczuł mocne szarpnięcie, kiedy ostrze Freda zdawało się go dosięgnąć. Na moment pozwolił sobie zamknąć oczy, opierając głowę o ramię Severusa. Dyszał z wysiłku, ale uśmiechał się szeroko.
— Było blisko.
Fred potrząsnął lekko głową. Harry mógł nie dostrzegać jednej rzeczy – mianowicie, Severus Snape za żadne skarby nie dopuściłby, żeby coś mu się stało. I to w chwili, gdy był w jego ramionach. Piraci byli bardzo zaborczy i chciwie strzegli tego, co uznali za skarb. W tym wypadku nie chodziło o złoto i drogie kamienie, lecz strata bolała strasznie i nie można było tego odzyskać z taką łatwością, jak właśnie kufry z kosztownościami.
Pozostali obserwowali ich uważnie, Weasleyowie szeptali coś między sobą, nie kryjąc rozbawienia.
Za plecami Freda, Harry spostrzegł sylwetkę kogoś, kogo nie spodziewał się zobaczyć tu i teraz. Zareagował zaślepiony przerażeniem, myśląc jedynie o ucieczce i ochronie tych, którzy go przygarnęli. Nie wiedział, czy krzyknął, czy nie. Czuł, jak coś gorącego, wbrew jego woli, wydostaje się z czubków jego palców, z jego piersi i nie potrafił tego powstrzymać. Nawet gdyby chciał, nie dałby rady. To, co go czeka, gdy go schwytają... Nie chciał tak kończyć, nawet jeśli zasłużył. Zdecydowanie wolał umierać jako marny pirat, a nie pomiot szatana.
Drżał cały czas, z trudem oddychając. A to co się z niego uwalniało, rosło w siłę, a jego ogarniała przedziwna słabość.
W głowie kołatała mu się jedna myśl – dopadną go. Wtedy pobyt w lochach Vergera będzie niczym w porównaniu z tym, co go czeka.
Niepotrzebnie pan Snape marnował na niego swoje proszki i cenny czas.
Znaleźli go i już nie ucieknie.
Fred patrzył na niego, jakby wyrosła mu druga głowa, bał się spojrzeć na pozostałych. Nie mówiąc w ogóle o panu Snapie.
OoO
Albus Dumbledore zgrzytnął zębami. Obserwował smarkaczy od dłuższego czasu, jak machają bezmyślnie zdobycznymi zapewne szpadami. Jego chłodne spojrzenie uważnie śledziło drobną postać, która w tej chwili promieniała tajemniczą mocą. Niemal czuł nieprzyjemne mrowienie na całym ciele. A było tak blisko. Mieli schwytać diabelskiego czarownika, nim odpłynie i zgubią go na nie wiadomo jak długo. Znowu jego plan spalił na panewce. Znowu musiał czekać i szukać okazji, choć wszystko wskazywało na to, że lepszej nie będzie.
Żeby opuścić wyspę, będzie musiał po raz kolejny posłużyć się podstępem i mieć nadzieję, że nie zdradzi się przed piracką hołotą.
Jako badacz był wiarygodny, ale niestety kapitanowie bywali nieznośnie wprost uparci i nieufni. Nie miał czasu na przekonywanie tych tępych, zapijaczonych osłów, że podróż w jego towarzystwie jest dla nich zaszczytem. Doszły do niego słuchy, że część statków wkrótce ma wypłynąć. Musi szybko skorzystać z okazji i zniknąć, póki nie został uznany za wścibskiego szpiega na rzecz gubernatora i wojska. Ci ludzie nie myśleli racjonalnie i każdego podejrzewali.
Co do jego ludzi, cóż… Część z nich nie okazała się tak przydatna, jak sądził, a ci co mieli jakikolwiek potencjał, musieli nauczyć się myśleć i działać samodzielnie. Przynajmniej do czasu, kiedy będą potrzebni.
