Standardowy disclaimer Nie mam praw do HP
Miłej lektury życzę.
Rozdział V
Został już zaledwie miesiąc, a Harry'emu do tej pory poza przypadkiem, gdzie jego moc magiczna była poza kontrolą, nie udał się pokonać Dumbledore'a, co prawda zwiększyła się ilość remisów i często obaj czarodzieje byli zbyt wyczerpani żeby kontynuować walkę, ale Harry'emu nie udało się jeszcze pokonać dyrektora Hogwartu.
Nadszedł dzień w którym eliskir ujawniający formę animagiczną został ukończony i Harry nie mógł się już doczekać jakim zwierzęciem będzie mógł zostać, skrycie liczył, że będzie to coś co będzie potrafiło latać ponieważ Harry jak mało kto był ogromnym miłośnikiem przebywania w powietrzu. Dumbledore przelał eliksir do fiolki i wręczył ją Harry'emu mówią „Mam nadzieje, że twoja forma animagiczna ci się spodoba" Harry podniósł fiolkę do ust i powiedział „Twoje zdrowie profesorze".
Harry Potter wypił eliksir i momentalnie przeniósł się do lasu, łudząco podobnego do zakazanego lasu z Hogwartu, rozejrzał się wokół siebie i zauważył majestatycznego jelenia „Rogacz…" powiedział cicho Harry, wiedząc że nie jest to jego forma animagiczna.
Kolejnym zwierzęciem jakie pojawiło się w wizji Harry'ego było coś przypominającego ponuraka, była to forma animagiczna Syriusza Blacka –To też nie to- zauważył Harry dalej rozglądając się wokół siebie w poszukiwaniu jakiejś wskazówki dotyczącej jego formy animagicznej. Zaczął iść przed siebie, aż dotarł do miejsca które łudząco przypominało obóz w którym trzymano smoki przed pierwszym zadaniem turnieju trójmagicznego, jedyną różnicą miedzy tym miejscem teraz a tamtym wtedy było to, że był tylko jeden wybieg, tylko wielkości czterech mniejszych. –Ciekawe co to może znaczyć- zastanawiał się Harry, ale jego przemyślenia przerwał ryk smoka, -Cholera jasna- zaklął w myślach Harry, ujrzał bowiem jak tuż nad jego głową przelatuję gigantyczny smok. Smok ten był ogromny, Rogogon Węgierski wyglądał przy nim jak mysz polna przy owczarku niemieckim, był on metalicznie czarny, cały pokryty był kolcami wyglądającymi na takie które bez najmniejszego problemu mogłyby przebić człowieka na pół, Harry wolał jednak nie sprawdzać tej teorii, -Dobra Jelenia i Psa rozumiem, że się pojawiły ale ten wielki smok?- zastanawiał się Harry –To przecież nie może być moja forma animagiczna- . Harry przez to, że należał do Gryffindoru a co za tym idzie często najpierw coś robił a dopiero potem myślał o konsekwencjach, więc udał się w stronę smoka w celu dowiedzenia się z jakiej okazji on tutaj się znalazł. Las wydawał się jakby gęstszy i przedzieranie się przez niego było dość trudne i męczące.
„Czy ten las zawsze był taki gęsty?" zapytał sam siebie Harry przecinając kolejne zarośla zaklęciem tnącym, w teorii mógłby się teleportować, ale w praktyce teleportacja do miejsca w którym nigdy się nie było i nie mając żadnych dokładnych danych na temat tamtego miejsca nie była zbyt mądrym pomysłem. Zostało mu więc przedzieranie się przez zarośla. Po kilkunastu kolejnych minutach przedzierania się przez gęsty las, Harry wyszedł z niego i ujrzał Hogwart a właściwie coś co kiedyś chyba było Hogwartem, teraz bowiem tam gdzie kiedyś była wieża astronomiczna spoczywała głowa smoka, ciało zaś oplatała się wokół dużej części zamku. –Ile Charlie by dał żeby zobaczyć taki okaz smoka- Harry przypomniał sobie hodowcę smoków z Rumuni którego widział podczas mistrzostw świata w Quidditchu.
Jakaś siła pchała Harry'ego do smoka, chęć zbliżenia się do niego była ogromna, -Nie podoba mi się to, że muszę do niego podejść- Harry zaczął się niepokoić szukając możliwości oddalenia się od przeogromnego gada, ale coś ciągle pchało go do przodu. W końcu Harry mimo usilnej walki aby nie podchodzić bliżej znalazł się przy Hogwarcie, a właściwie przy ruinach wieży Astronomicznej wtedy smok pochylił głowę i czubek jego pyska znalazł się przy głowie Harry'ego –Mam tylko nadzieje, że jak mnie zje teraz gdy jestem pod wpływem tego eliksiru to nic mi się nie stanie normalnie- obawiał się Harry.
Smok jednak nie wyglądał jakby chciał zjeść Harry'ego tylko jakby chciał mu coś przekazać, tylko nie wiedział w jaki sposób mógłby się porozumieć z Harrym. Młody czarodziej zrozumiał o co chodziło smokowi i zapytał się „Chcesz się ze mną porozumieć?" dopiero gdy wypowiedział to zdanie zdał sobie sprawę jak głupie to było, mówić do smoka który znajduję się w jego głowie i to do tego w języku którego raczej smoki nie rozumieją. Jednak błysk w oku smoka sprawił że, Harry wiedział iż ten smok doskonale rozumie co on mówi, tylko nie miał jak się skomunikować w drugą stronę. „Dobra smoku, musimy wymyślić jakiś sposób żebyś mógł się ze mną skomunikować" powiedział Harry wiedząc doskonale jak komicznie to musiałoby wyglądać z zewnątrz, młody czarnowłosy chłopiec mierzący ledwo 180cm wzrostu stojący przy smoku rozmiarami przewyższającymi największe samoloty na świecie. Smok przybliżył swój pysk do głowy Harry'ego więc Harry zapytał „Mam użyć legilimencji na tobie?" zapytał Harry a smok pokiwał delikatnie pyskiem na potwierdzenie, Harry wywrócił oczami i powiedział sam do siebie „Ciekawe co powiedziałaby Hermiona na to, że zamierzam użyć legilimencji na smoku, pewnie spojrzała by na mnie i się zapytała czy się dobrze czuje" po czym rzucił na smoka „Legillimens" , bez problemowo wszedł do umysłu smoka, ale nie znajdowało się w nim nic poza jednym zwojem, Harry podszedł do niego i otworzył go w środku były napisane:
Jestem twoją formą animagiczną Harry Potterze, jestem cesarskim czarnym smokiem. Zastanawiasz się pewnie co to oznacza cesarski czarny smok, otóż już śpieszę z wyjaśnieniami.
Dawno temu kiedy istniał jeszcze Camelot i rada okrągłego stołu na czele z królem Arturem i jego doradcą czarodziejem Merlinem, na świecie panował względny pokój, zdarzały się spory pomiędzy ludźmi, ale nie było to nic poważnego. Ale nic co dobre nie może trwać wiecznie, rycerze okrągłego stołu starali się między sobą konkurować o łaski króla Artura i Merlina, jeden z nich którego imię zostało wyklęte z kart historii zwrócił się do Morgany Le Fay o pomoc w zyskaniu wyższej pozycji w kręgu Arturiańskim, nie przewidział jednak tego, że Morgana Le Fay będzie chciała wykorzystać go do tego żeby ona sama uzyskała władze. Morgana wykorzystała łatwowierność tego człowieka i ulepszyła poniekąd jego armią sprawiając, że żołnierze w niej nie czuli bólu, jednak cena za to była taka, że Morgana kontrolowała całą armię. Morgana przy pierwszej lepszej okazji zabiła owego człowieka z okrągłego stołu i przypuściła atak na Camelot, jako że jej żołnierze byli całkowicie kontrolowani i nie czuli bólu to walczyli dopóki ktoś nie odciął im głowy. I król Artur wygrywał, ale do czasu aż Morgana sięgnęła po najczarniejszą magię, nekromancje każdego zabitego żołnierze trzeba było natychmiast spalić inaczej powstałby i walczył dalej za sprawę mrocznych rytuałów Morgany. Kraj był spustoszony przez wojnę, ludzie z dnia na dzień tracili wiarę każdy chciał już żeby to wszystko się skończyło, wtedy Artur poprosił Merlina o to żeby rzucił na niego pewne zaklęcie, zaklęcie które przemieniłoby całą energię życiową Artura w magię, dzięki temu miałby się stać niesamowicie potężnym jednakże ceną tego była śmierć, Merlin wiedział, że jest to jedyne rozwiązanie które mogłoby zakończyć ten konflikt w krótkim czasie i rzucił te zaklęcie, zaklęcie którego nikt wcześniej nie rzucił, nie spodziewał się jednak konskekwencji, tam gdzie stał jeszcze chwile temu król Artur była jedna malutka łuska. Merlin spojrzał w górę i ujrzał mnie, tak dobrze czytasz jestem czymś co powstało z energii życiowej króla największego królestwa na świecie, miałem w głowie jeden cel: Zniszczyć Morgane Le Fay i udało mi się to, przypłaciłem jednakże to swoim życiem, a Merlin zbierając resztki mojej magicznej energii przywrócił ład i porządek w całej krainie, niestety poświęcając przy tym swoje życie. Naszą szczątki znajdują się w najbardziej magicznym miejscu na całym świecie, i tobie pozostawiam do odkrycia tajemnice o jakim miejscu mówię. Ty jeden możesz przemienić się we mnie, ale pierwsza przemiana musi nastąpić w tym miejscu. Nie przejmuj się rozmiarami, mogę bowiem dowolnie zmieniać rozmiary, a to co widziałeś wcześniej to jest mój maksymalny rozmiar, nie mam jednak problemu żeby być rozmiarów zwykłej jaszczurki.
Harry nie mógł uwierzyć w to co przeczytał, mógł przemienić się w smoka –Dumbledore się zdziwi- pomyślał wyobrażając sobie jednocześnie reakcje wiekowego dyrektora Hogwartu, na wieść o jego formie animagicznej
. Chwilę później Harry przebudził się i zobaczył, że znajduję się we własnym namiocie –Hmm, Dumbledore musiał mnie tu przynieść- uświadomił sobie Harry przeciągając się, po czym wyszedł z namiotu i zastał przed nim Albusa Dumbledore'a czytając książkę „Ostatnie Życzenie profesorze? Nigdy o czymś takim nie słyszałem, o czym to jest?" zaciekawił się Harry, Dumbledore wyraźnie był zaskoczony tym że Harry wyszedł z namiotu, spodziewał się bowiem, że będzie on przebywał pod wpływem eliksiru jeszcze przez przynajmniej kilka godzin, oddał się więc lekturze czegoś, co ludzie uznaliby za książkę służące do zabicia czasu, książkę o przygodach człowieka zwalczającego potwory tamtego świata „Książka ta ma tyle wspólnego z nauką co Akromantula z Feniksem Harry, to jest zwykła książka która służy zabiciu czasu" wytłumaczył Dumbledore zmniejszając książkę i chowając ją do kieszeni swojej szaty.
„Ale koniec tematu książek, jestem bowiem ciekawy co zobaczyłeś pod wpływem eliskiru" „Najpierw zauważyłem Jelenia, a później czarnego psa" zaczął Harry. „Zrozumiałe formy animagiczne bliskich osób często pojawiają się w wizjach spowodowanych przez ten eliksir" pokiwał głową Dumbledore.
„A potem zobaczyłem…" Harry zrobił pauzę, ale widok Dumbledore'a którego wzrok mówił żeby nie bawić się sprawił, że Harry powiedział „Moją formą animagiczną jest smok". Albus Dumbledore był naprawdę starym człowiek swoje już przeżył, widział naprawdę wiele cudownych ale i strasznych rzeczy podczas swojego życia i wiedział mimo że Harry był naprawdę uzdolnionym oklumentą, że nie kłamie „Smokiem?" zdołał z siebie wydusić Dumbledore z niedowierzaniem. Na kartach historii nie było nawet wzmianki o osobie która miałaby magiczną formę animagiczną, owszem zdarzali się ludzie którzy nawiązywali przyjaźnie z magicznymi stworzeniami, tak jak Albus Dumbledore ze swoim feniksem Fawkes'em.
„Tylko jest jeden mały problem z tą formą" powiedział Harry.
„Jaki?" zapytał Dumbledore wyraźnie zaciekawiony. „Pierwszy raz muszę się zmienić w najbardziej magicznym miejscu na ziemi" wytłumaczył Harry.
„Najbardziej magiczne miejsce na ziemi powiadasz?" zapytał Dumbledore a Harry skinął głową „Według Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, najbardziej magicznym miejscem na ziemi jest Stonehenge, tam bowiem według legend Merlin pokonał Cesarskiego Czarnego Smoka i Morgane Le Fay" .
Na wzmiankę o Cesarskim Czarnym Smoku, Harry zaśmiał się nie uszło to uwadze Dumbledore który ponownie zapytał „Co cię tak bawi Harry?". Wtedy Harry opowiedział mu swoją całą wizję, łącznie z tym co przeczytał w zwoju, przez całą opowieść Albus Dumbledore słuchał jakby to był wykład w Hogwarcie a on był jeszcze uczniem, kiedy tylko Harry skończył Dumbledore odezwał się „Nigdy nie spodziewałem, że tak znana legenda w czarodziejskim okaże się być fałszywa, ale wszystko jest możliwe, o ironio musisz zmienić się w Stonehenge w miejscu gdzie według legendy odbyła się ostateczna bitwa pomiędzy tymi trzema postaciami". „Profesorze, możemy odłożyć dzisiejszy trening?" zapytał Harry „Dlaczego?" zapytał zdziwiony Dumbledore „Ponieważ czuję się jakbym miał zaraz paść, nie byłbym w stanie nic zrobić dobrze" wytłumaczył Harry. Dumbledore pokiwał głową i powiedział „Dobrze Harry, więc życzę ci miłych snów" po czym oboje udali się do swoich namiotów.
Minął prawie miesiąc, do końca treningu zostały już tylko 3 dni, po tych trzech dniach trzeba byłoby opuścić ten specjalny pokój. Harry'emu udało się „Wygrać" z Dumbledore'm, ta wygrana jednak nie sadysfakcjonowała Harry'ego ponieważ, zanim ostatnie zaklęcie dosięgnęło Dumbledore'a ten po prostu powiedział, że się poddaje a co za tym idzie zaklęcie nie dosięgło dyrektora Hogwartu.
Nadszedł jednak moment ostatniego pojedynku Harry'ego z Dumbledore'm obaj czarodzieje ustawili się naprzeciwko siebie w dość sporej odległości, i po usłyszeniu wystrzału rozpoczęli pojedynek. Pojedynek który przypominał jedynie walkę Voldemorta z Dumbledore'm w Departamencie Tajemnic. Harry zaczął od prostej sztuczki, rzucił w stronę Dumbledore'a kilka zaklęć ogłuszających przed którymi on musiał się ochronić, nie mógł jednak ich uniknąć ponieważ pole które obejmowały było zbyt szerokie, a więc rzucił zaklęcie tarczy, kiedy tylko Harry zobaczył że jego plan poskutkował rzucił przed tarczę Dumbledore'a „Bombardę" aby pył z ziemi zasłonił mu widoczność.
Jednak Dumbledore przejrzał jego plan i gdy tylko ogłuszacze przeleciały dalej zmienił miejsce i sam zaczął ofensywę. Mistrzem transmutacji nie zostaję się od tak, Dumbledore przemienił kamienie znajdujące się na ziemi w kamienne wilki które rzuciły się na Harry'ego, Harry odwrócił transmutajcę Dumbledore'a, ale nie zauważył nadlatującego zaklęcia tnącego które trafiło go w lewą nogę, przez co robienie uników było teraz dużo bardziej bolesne. Dwójka czarodziejów czarodziejów wymieniała się zaklęciami, stosowali różne taktyki, do walki wkroczyły różnorakie przetransmutowane stwory, zaklęcia których normalnie używa się w innych celach. Zaklęcie Lewitacji zostało wykorzystane przez Harry'ego aby zrzucić z siebie siatkę która powstała z drobin kamieni które następnie Dumbledore przetransmutował. Obydwaj czarodzieje byli już mocno wyczerpani walką, każdy z nich był poraniony, wtedy Harry wpadł na pomysł, pomysł który w teorii mógłby zakończyć walkę. Zaczął powoli skracać dystans pomiędzy nim a dyrektorem Hogwartu, sprawiało to że miał mniej czasu na unikanie nadchodzących zaklęć, ale wiedział że w inny sposób nie wygra tego starcia, a niezwykle mu na tym zależało. Dumbledore nie wiedział na czym polegała taktyka Harry'ego widział tylko że młody czarodziej zbliża się do niego i coś ewidetnie planuje, przyzwał więc piłeczki tenisowe i za pomocą zaklęcia popychającego wysłał je w stronę Harry'ego, kiedy były w locie utwardził je tak, że każda piłeczka była twarda jak skała. Harry uniknął znaczną część piłeczek, ale jedna trafiła go w ramię wybijając jednocześnie je, młody czarodziej zaklął z bólu, ale nie poddawał się, Tiara przydziału przecież bez podstawy nie umieściła go w Gryffindorze. Kiedy był w odległości która wydawała mu się odpowiednia rzucił za plecy zaklęcie którego normalnie używa się do oświetlania stadionów podczas meczy Quidditcha, Dumbledore dostrzegł co planuję Harry, ale było już za późno został bowiem oślepiony przez światło o takiej intensywności z tak bliskiej odległości. Harry następnie rzucił najzwyklejsze „Expelliarmus" nie miał bowiem już siły na potężniejsze zaklęcia, czerwone zaklęcie trafiło Dumbledore'a w pierś a jego różdżka wyleciała mu z dłoni i poleciała w stronę zielonookiego czarodzieja. Harry dzięki swojemu refleksowi jako szukający złapał lecącą w jego stronę różdżkę, i gdy tylko skóra dotknęła drewna to poczuł jak przez jego ciało przepływa niewyobrażalna moc, -Co jest do cholery- zaczął się zastanawiać Harry spoglądając na różdżkę w swojej dłoni. Ale po chwili przypomniał sobie, że przecież trafił Dumbledore'a zaklęciem, podszedł więc do niego gdyż nie miał już siły na bieg i zobaczył jak wiekowy profesor leży nieprzytomny na ziemi niewiele myśląc rzucił „Enervate" za pomocą różdżki Dumbledore'a. Profesor momentalnie ocknął się i popatrzył na różdżkę w rękach Harry'ego i powiedział „Widzę, że wybrała sobie nowego Pana."
Harry popatrzył na Dumbledore'a a potem na różdżkę i zapytał „O co panu chodzi profesorze?"
„Harry znasz legendę o trzech braciach?" zapytał dyrektor Hogwartu. Harry pokiwał głową, podczas trening zapoznawał się bowiem w wolnych chwilach z czarodziejskimi baśniami i legendami oraz etyką postępowania z różnego rodzaju magicznymi stworzeniami, opowieść o trzech braciach którzy przechytrzyli śmierć była ciekawa lecz według Harry'ego mało prawdopodobna, ale jak każda baśń miała w sobie ziarnko prawdy. „Otóż legendarne artefakty trzech braci istnieją, normalna peleryna niewidka po upływie dekady zaczyna tracić swoje właściwości, twoja peleryna była używana przez twojego ojca za czasów kiedy jeszcze był w Hogwarcie a było to już...".
„Grubo ponad 20 lat temu, co oznacza że…" wtrącił Harry
„To oznacza, że twoja peleryna jest tą z legendy, na dodatek ta różdżka którą trzymasz w ręce jest czarną różdżką, zdobyłem ją po wygranej z Grindelwaldem, natomiast nie mam pojęcia gdzie znajduje się kamień wskrzeszenia, poszukiwałem go wiele lat ale nie natrafiłem nawet na namniejsze wzmianki" wytłumaczył Dumbledore
„A czy ten kamień ma na sobie symbol Insygni?" zapytał Harry wyraźnie zaciekawiony „Tak ma" potwierdził Dumbledore.
„To Voldemort przemienił pierścień w którym znajdował się ten kamień w Horcruxa" powiedział Harry. Dzięki temu, że miał wspomnienia Voldemorta, razem z Dumbledorem znali już lokalizacje wszystkich Horcruxów i zabezpieczenia przy nich, Harry początkowo myślał, że pierścień z kamieniem z symbolem Insygniów był po prostu fałszywy, nie wierzył bowiem w to, że Insygnia Śmierci tak naprawdę istnieją. „Czyli co to oznacza profesorze?" zapytał Harry wyraźnie zaciekawiony możliwością odnalezienia wszystkich insygni. „Mówiąc szczerze Harry nie mam pojęcia, nie zostało nigdzie udokumentowane żeby ktokolwiek zebral wszystkie trzy Insygnia" odpowiedział Dumbledore wpadając w głęboki zamysł, zastanawiając się jakie mogą być konsekswencje posiadania wszystkich trzech Insygni.
„Ale nie teorytyzujmy co się stanie, muszę ci pogratulować Harry udało ci się mnie pokonać, szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że te zaklęcie może zostać wykorzystane w taki sposób" pochwalił młodego czarodzieja Dumbledore „Wpadłam na to jak przeczytałem, że jakiś czarodziej przez to że użył tego zaklęcia w odwrotną stronę oślepił się na chwilę i wpadł na trybunę stadionu" powiedział Harry drapiąc się po głowie.
„Każda taktyka która da ci przewagę nad wrogiem jest dobra" powiedział Dumbledore „Tylko Harry, doszedłem do jednego wniosku", Harry wiedział, że ton głosu w jakim wypowiedział ostatnie zdanie dyrektor Hogwartu nie wróżył nic dobrego „O co chodzi profesorze?" zapytał cicho Harry.
„Do tej pory stosowałem politykę drugich szans, dawałem te szansy każdemu człowiekowi, nie ważne czy był to uczeń łamiący zasady w Hogwarcie czy smierciożerca, jednak po wydarzeniach z Departamentu Tajemnic przypomniała mi się poprzednia wojna, gdzie ludzie mi bliscy ginęli, tym razem nie będzie drugich szans" zakończył Dumbledore cicho, jego wyraz twarzy nie wyrażał nic, ale za to w głosie dało się usłyszeć, że Albus Dumbledore wszedł na zupełnie inny poziom, zniknął dobrotliwy dyrektor Hogwartu, a pojawiła się osoba która pokonała Grindelwalda i osoba której bał się sam Voldemort.
„Pozwól Harry, że wyjawię ci jedną z tajemnic ministerstwa magii" powiedział Dumbledore a Harry od razu się zaciekawił i zapytał „O co chodzi profesorze?" „Otóż, namiar czyli sposób sprawdzania czy czarodziej rzuca zaklęcia znajduję się na różdżce i jest zdejmowany automatycznie gdy czarodziej ukończy 17 lat, ale że ta różdżka liczy sobie już niezliczone lata…"
„To oznacza, że nie ma na niej namiaru" dokończył Harry „Czy to oznacza, że będę mógł rzucać zaklęcia poza Hogwartem bez obawy o to, że dostanę list z informacje że zostałem wyrzucony z Hogwartu?" chciał się upewnić Harry. Dumbledore pokiwał głową potwierdzająco, a Harry uśmiechnął się pod nosem, myśląc że następnym razem jak napotka dementorów w mugolskim świecie to przynajmniej nie będzie musiał stawać przed sądem.
Ostatnie dni spędzane w pokoju Flamela skupiały się głównie na planowaniu zdobycia Horcruxów, Voldemorta, dziennik został już zniszczony, tak samo Horcrux w głowie Harry'ego. Pozostawał jednak jeszcze pierścień znajdujący się w chacie Gauntów z naprawdę nieprzyjemnymi klątwami, medalion w jaskini przy sierocińcu w którym Lord Voldemort spędzał swoje dziecięce lata. Oraz puchar, i z tym pucharem był największy problem znajdował się on bowiem w skarbcu Bellatrix Lestrange, a dostanie się do tego skarbca nie wydawało się najprostsze. Dumbledore przejawiał też obawy, że wąż Voldemorta, Nagini także jest Horcruxem ponieważ nikt nigdy nie słyszał o tak dużym wężu o jadzie który nie mógł być leczony czarodziejskimi sposobami. Nadszedł dzień ostatni, w tym dniu Harry Potter oraz Albus Dumbledore po raz pierwszy mieli ujrzeć prawdziwy świat od dziewięciu miesięcy, spakowali więc swoje rzeczy, i udali się w stronę wyjścia.
Opuszczanie tego pomieszczenia nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy, tak jakby efekt przenoszenia się świstoklikiem tylko kilkanaście razy gorszy i połączony z potwornym uciskiem na narządach wewnętrznych. Kiedy udało im się opuścić pokój, Harry ledwo utrzymywał się na nogach, ciało bowiem zaczęło się dostosowywać do tego że spędził dziewięc miesięcy podczas jednego miesiąca. Dumbledore jednak znosił wyjścia gorzej, zaczął pluć krwią Harry momentalnie podszedł do niego ale dyrektor Hogwartu powstrzymał go gestem ręki przed robieniem czegokolwiek, po chwili kiedy przestał już pluć krwią powiedział do wyraźnie zaniepokojonego Harry'ego „Nic mi nie jest, po prostu moje ciało nie jest już tak młode jak kiedyś i niezbyt dobrze znosi kompresje czasu". „A teraz pora wykorzystać nasze lekcje w prawdziwym świecie" dodał Dumbledore po czym teleportował się, Harry pokręcił tylko głową z niedowierzaniem –Jestem we Francji, nigdy nie teleportowałem się poza pokojem ani nie tworzyłem świstoklików, nie mam grosza przy duszy, miejmy nadzieje że nic nie spieprze- uświadomił sobie Harry przypominając sobie swój trening i przed oczami miał obraz Nory, ponieważ właśnie tam chciał się teleportować.
I kolejny rozdział skończony mam nadzieje, że się podobało za wszystkie followy z góry dziękuję i zapraszam również do pisania co sądzicie na temat tej historii.
Niech moc będzie z wami!
