Na początek odpowiem na komentarze i dam Wam pewną informację :)

Mal92 Na początek dziękuję za pierwszy komentarz :) Czymże byłaby dobra historia bez narracji? :) Ja osobiście lubię dużo narracji w opowiadaniach, ponieważ wtedy można lepiej wyobrazić sobie przedstawiony świat, wydarzenia, postaci itp. Jak okaże się w tym rozdziale zmiana stosunku Petunii do Harry'ego nie była całkowicie jej dobrą wolą :) Mimo to myślę, że mam nadzieję, że nie będziesz rozczarowana/ny ani nic z tych rzeczy :) Na temat kwestii Syriusza nie będę się wypowiadał, gdyż to czy zginie czy też nie okaże się później :) A tak na marginesie to jestem facetem :D

Teraz krótka informacja. Postanowiłem, że od dzisiaj rozdziały będę wrzucał co tydzień, w sobotę lub niedzielę, najprawdopodobniej w godzinach wieczornych. Jeżeli jakieś niespodziewane okoliczności przeszkodzą mi w realizacji tego planu, to z pewnością Was o tym poinformuję. Koniec ogłoszenia, dziękuję za uwagę i zapraszam na kolejny rozdział :D


Dumbledore rozejrzał się po salonie ze swoim standardowym uśmiechem. Omiótł wzrokiem czerwoną z wściekłości twarz Vernona, blade oblicze Petunii i przerażonego Dudley'a. Wreszcie jego wzrok spoczął na Harrym. Przez krótki czas dyrektor i uczeń patrzyli na siebie w milczeniu, a potem Dumbledore przemówił:

- Harry mój drogi chłopcze. Jak mijają ci wakacje?

Nim chłopak zdążył odpowiedź rozległ się grzmiący głos wuja Vernona:

- Co to ma znaczyć?! - głowa rodziny tryskała śliną na wszystkie strony. - Co ktoś taki jak ty tutaj robi? Co ja ci mówiłem na temat przyprowadzania tu swoich znajomych?!

Ruszył na Harry'ego z uniesioną ręką. Chłopak cofnął się przerażony. Nagle ciotka Petunia stanęła mężowi na drodze.
- Vernon uspokój się! – zawołała kierując przerażone spojrzenie na Dumbledore'a.

Pan Dursley chyba też zrozumiał, że kierowanie złości na siostrzeńca w obecności innego czarodzieja nie jest zbyt dobrym pomysłem. Przez chwilę stał nieruchomo po czym opuścił rękę i zwrócił się do Dumbledore'a ciągle jeszcze dygocąc z wściekłości.

- Bardzo proszę aby opuścił pan mój dom.

- Ależ bardzo chętnie panie Dursley – odpowiedział Albus kłaniając mu się z uśmiechem. - Zrobię to jak tylko porozmawiam z waszym siostrzeńcem. Bo widzi pan przychodzę z...
- Nie interesuje mnie z czym pan przychodzi – odwarknął Vernon. - I nie będę czekał aż łaskawie skończycie rozmowę. Ma się pan wynieść i to teraz! A jeżeli nie to dzwonię na policję.
- Nie radziłbym proszę pana – pogodnym tonem odpowiedział Dumbledore. - Z pewnością mugolska policja nie uwierzy panu, że pojawił się u was w domu rabuś, który przyszedł po to aby wypić z pańskim siostrzeńcem filiżankę herbaty i porozmawiać. A propos mógłbym prosić o herbatę? Zaschło mi w ustach - i nie czekając na odpowiedź wyczarował pięć filiżanek herbaty.

Vernon zrobił się purpurowy z oburzenia. Gdyby wzrok mógł zabijać Dumbledore byłby już martwy. Niezapowiedzianą wizytę czarodzieja po pewnym czasie mógłby jeszcze znieść. Ale fakt, że starzec w JEGO domu używał czarów i to w dodatku nie licząc się z JEGO zdaniem na ten temat był dla niego nie do zniesienia. Wydawało się, że rzuci się na niego z pięściami jednak powstrzymał go ostrzegawczy syk żony. Petunia była nienaturalnie blada i chyba tylko świadomość, że gdyby nie ona, Vernon mógłby zrobić coś głupiego powstrzymywała ją od osunięcia się na ziemię. A Dumbledore widząc, że właściciele domu nie zamierzają dalej protestować usiadł na kanapie i powoli sączył herbatę. Harry usiadł obok niego i wpatrywał się w dyrektora. Serce waliło mu jak oszalałe. Chciał by wreszcie Dumbledore przemówił ale nie miał śmiałości go popędzać. Zdawało mu się, że minęło kilka lat zanim Dumbledore się odezwał:

- Harry, pewnie wiesz doskonale dlaczego tu przybyłem prawda? - Harry skinął głową.

- Jest to dla mnie bardzo trudna sytuacja. Szczerze mówiąc nie wiem od czego zacząć.
- Najlepiej od początku – powiedział Harry zanim ugryzł się w język. Dumbledore uśmiechnął się.
- Tak to chyba będzie najlepsze rozwiązanie. Od początku, hmmm tylko gdzie jest początek tego wszystkiego? Zacznę może od tego, że twój ojciec i matka byli bardzo silnymi czarodziejami. Niewiele było osób, które mogłyby im dorównać. Ale wiesz, że każdy, nawet najsilniejszy człowiek spotka w końcu kogoś silniejszego od siebie. Tym kimś był właśnie Voldemort. Czternaście lat temu przyszedł on do waszej rodzinnej miejscowości z zamiarem...
- Już to wiem – przerwał Harry. - Voldemort był tak miły i na cmentarzu opowiedział mi co się wtedy stało. Chce wiedzieć dlaczego ja?

Dumbledore przez chwile milczał. Widać było, że z trudem przychodzi mu poruszanie tego tematu. Aby kupić sobie trochę czasu znowu zaczął pić napój, a Harry poczuł nagle dziwną chęć wytrącenia mu filiżanki z ręki. Powstrzymał się jednak i cierpliwie czekał, aż dyrektor skończy. Dursley'owie także z zainteresowaniem patrzyli na niego. Nigdy tak naprawdę nie wiedzieli, co się stało z siostrą pani Dursley i jej mężem. W końcu Dumbledore przemówił.

- Widzisz Harry, za czasów twoich rodziców Lord Voldemort uchodził za najpotężniejszego czarodzieja na świecie. Nikt nie miał odwagi by stawić mu czoła, poza mną oczywiście. Ale Tom Riddle zdawał sobie sprawę, że nie będę żył wiecznie więc zamiast mnie zabić postanowił poczekać, aż zrobi to za niego upływający czas. W międzyczasie rozbudował swoją armię i powiększył ją o wiele potwornych stworzeń. Wydawało się, że nic nie będzie w stanie go powstrzymać po mojej śmierci i on doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jednakże los chciał inaczej. Kilka miesięcy przed twoimi narodzinami wygłoszona została przepowiednia, mówiąca o chłopcu urodzonym pod koniec lipca, który będzie miał moc unicestwić Czarnego Pana. Miał być synem ludzi, którzy trzy razy mu się przeciwstawili. Kiedy Voldemort się o tym dowiedział oszalał z wściekłości. W zasadzie trudno mu się dziwić. Wyobraź sobie jego sytuacje Harry. Zbudował swoją potęgę i dzięki swoim metodom był pewien, że nikt nie będzie kwestionował jego władzy. Aż tu nagle dowiaduje się o dziecku, które ma obrócić wszystko co stworzył w ruinę. Nic więc dziwnego, że obsesyjnie szukał rodziny, która miała przyczynić się do jego upadku. Ja także to robiłem. Okazało się, że są tylko dwie możliwości. Albo jest to rodzina Potterów albo Longbottomów. Nie było wiadomo, która dokładnie więc postanowiłem chronić obydwie. Jednak Czarny Pan również potrafi myśleć i szybko doszedł do tych samych wniosków co ja. Zdążyłem przenieść twoich rodziców w bezpieczne miejsce jednak u Longbottomów pierwszy był Riddle. Wiesz co się z nimi stało prawda? Widziałeś ich w Świętym Mungu. Jednak okazało się, że ich syn przeżył co tylko upewniło mnie, że Voldemort wybrał rodzinę Potterów. Zaproponowałem Lily i Jamesowi rzucenie zaklęcia Fideliusa na ich dom w Dolinie Godryka oraz to, że to ja będę ich Strażnikiem Tajemnicy. Potterowie zgodzili się, jednak Strażnikiem chcieli zrobić kogoś innego. Twierdzili, że ja będę zbyt oczywistym wyborem. Padło na Syriusza, który przekonał ich, że o nim jako Strażniku też łatwo się domyślić. Więc został nim Glizdogon. Resztę już znasz z opowieści Syriusza. Jednak na swoje nieszczęście Voldemort znał tylko pierwszą część przepowiedni więc nie mógł wiedzieć, że próbując cię zabić naznaczy cię jako swojego przeciwnika i tym samym przypieczętuje swój los. A oto pełna treść przepowiedni: „ Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana... Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca... A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, będzie miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna... I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje... Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana narodzi się gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca..."* - Dumbledore ponownie upił łyk swojej herbaty. - Tak więc teraz już wiesz dlaczego Czarny Pan chciał cię zabić - zakończył.

Harry słuchał go, a z każdym zdaniem dyrektora jego oczy powiększały się coraz bardziej. To co powiedział mu Albus przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Myślał, że to będzie coś w stylu - wiesz Harry, Voldemort miał po prostu wielką chęć kogoś zamordować i niestety padło na ciebie i twoich rodziców – ale to? Że niby on ma być tym, który ma moc pokonania Voldemorta? Że niby on ma być bohaterem? Ma być mordercą lub ofiarą? Harry patrzył na Dumbledore'a jakby w nadziei, że ten zaraz wybuchnie śmiechem i powie mu, że to wszystko jest żartem. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Harry odwrócił od niego wzrok i spojrzał na swoje wujostwo, które siedziało teraz z otwartymi ze zdumienia ustami. Na ich twarzach malowało się niedowierzanie pomieszane z przerażeniem. W tym samym momencie ciotka spojrzała na Harry'ego, a on dostrzegł w jej oczach współczucie. Dumbledore natomiast zdawał się być całkowicie skupionym na popijaniu herbatki dając Harry'emu czas na przetrawienie informacji. Wreszcie po parominutowym milczeniu chłopiec odezwał się:

- Czy jest pan absolutnie pewien, że to chodzi o mnie?
- Niestety tak Harry - odpowiedział smutno Dumbledore. - Teraz chyba rozumiesz dlaczego nie powiedziałem ci tego na twoim pierwszym roku w Hogwarcie. Doskonale widzę, że jesteś w szoku, a wyobraź sobie co by było gdybyś dowiedział się tego wtedy kiedy byłeś, nie oszukujmy się, jeszcze dzieckiem? I tak uważam, że teraz też jest za wcześnie byś się o tym dowiedział, ale biorąc pod uwagę okoliczności uznałem, że nie mogę dłużej z tym zwlekać.

Harry wiedział, że te okoliczności to niedawny powrót Voldemorta. Ciągle nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Przecież ja nie dam rady rozpaczał Jak piętnastolatek ma pokonać najpotężniejszego czarnoksiężnika na świecie? No cóż Harry, nadszedł czas wykupić miejsce na cmentarzu.

- Harry nie wolno ci w siebie zwątpić – odezwał się stanowczo Albus, a Harry uświadomił sobie, że wypowiedział swoje myśli na głos. - Jesteś naprawdę potężnym czarodziejem. Nie bez powodu Voldemort cię wybrał. A poza tym nikt nie mówi, że masz go pokonać teraz, kiedy masz piętnaście lat. Przepowiednia nie podaje dokładnego terminu waszego starcia. Przez ten czas z pewnością staniesz się jeszcze silniejszy i pewnego dnia będziesz gotów na spotkanie z nim oraz zakończenie tego wszystkiego.

- Ale panie profesorze – zwrócił się do niego Harry. - On chyba nie będzie czekał aż stanę się lepszy prawda? Chyba lepiej wyeliminować potencjalne zagrożenie jeszcze zanim zacznie sprawiać kłopoty, nie uważa pan?
- Chłopcze, pamiętasz co ci powiedziałem w czerwcu prawda? Nie jesteś w tym wszystkim sam. Ministerstwo oraz członkowie Zakonu Feniksa zapewnią ci ochronę przez ten czas.
- Nie jest łatwo się tym nie przejmować profesorze – odparł smętnie, lecz zaraz zmarszczył brwi. - Członkowie czego?
- Zakonu Feniksa – odparł starzec. - To tajna organizacja powołana przeze mnie do walki z Lordem Voldemortem. Zrzesza najróżniejszych czarodziejów wszystkich narodowości, którzy nie chcą poddać się tyranii Czarnego Pana. Jak na razie nieźle nam idzie krzyżowanie jego zamiarów. Tak więc będziesz miał ochronę, a w Hogwarcie nauczysz się przydatnych zaklęć, które ci pomogą. Wreszcie gdy już nadejdzie właściwy czas stawisz mu czoło, a po wygranej będziesz mógł wieść długie i spokojne życie aż do śmierci. I oczywiście będziesz miał co opowiadać wnukom - Dumbledore miał nadzieję, że ten żart odpręży trochę jego podopiecznego. Jednak Harry dalej smutno mu się przyglądał.
- A może mi pan zagwarantować, że z nim wygram?
- Nie – odrzekł zrezygnowany starzec. - Ale jeżeli wygrasz z pewnością zmieni to twoje życie.
- Tak myślałem – mruknął Potter. - Wie pan ja zawsze myślałem, że te moje spotkania z Voldemortem były kompletnie przypadkowe. Że po prostu miałem pecha i zawsze znajdowałem się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwej porze. A teraz dowiaduje się, że to wszystko było mi przeznaczone.

Dumbledore nic nie odpowiedział tylko ze smutkiem wpatrywał się w chłopca. Naprawdę chciał oszczędzić mu cierpień. Gdyby tylko zależało to od niego od razu poszedłby do Voldemorta i wyręczył Harry'ego w zabiciu go. Nigdy nikomu o tym nie mówił, ale Harry był dla niego jak wnuk. Albus zawsze traktował go bardziej ulgowo niż innych uczniów oczywiście jeśli chłopak nie przekraczał pewnych granic. Teraz patrząc na jego smutną twarz i pozbawione wyrazu oczy czuł, że serce mu się kraje. Taki młody myślał A tak duża odpowiedzialność na nim ciąży. Powinien teraz myśleć o dziewczynach i zabawie a nie o ratowaniu świata. Tak, Voldemort całkowicie zniszczył mu dzieciństwo. Zresztą nie tylko jemu. Nagle Harry otrząsnął się i bystro patrząc w oczy Dumbledore'a zapytał:

- To nie wszystko co ma mi pan do przekazania prawda?

- Nie Harry, jest jeszcze jedna rzecz – odpowiedział dyrektor. - Ale nie wiem czy to właściwa pora bym ci o tym mówił.
- Niech pan powie – poprosił Harry. - Chyba nie ma już nic gorszego od tej przepowiedni prawda?
- No cóż – odpowiedział Dumbledore – W pewnym sensie nie.
- Więc? - drążył chłopak.
- Ale uprzedzam, że to może być dla ciebie szok – ostrzegł go Dumbledore. - Widzisz Lily i James... Oni... - jąkał się starzec.
- Profesorze śmiało – Harry lekko się uśmiechnął. - Prosto z mostu.
- Chodzi o to, że... - Dumbledore kompletnie nie wiedział jak zacząć. W końcu postanowił pójść za radą Harry'ego. Prosto z mostu pomyślał. - Harry masz rodzeństwo - Powiedział to jednym tchem.

Harry myślał, że nic go już nie zaszokuje, ale zaraz zorientował się, że się mylił. W głowie nadal dźwięczały mu słowa Dumbledore'a. Harry masz rodzeństwo... Masz rodzeństwo... Rodzeństwo...

Dursley'owie wyglądali jakby strzelił ich piorun. Siedzieli sztywno nie mogąc wydusić z siebie słowa ani się poruszyć. Oni również przetrawiali dopiero co usłyszaną nowinę. Minęła dłuższa chwila nim Harry odzyskał głos:

- To znaczy? - to mało inteligentne pytanie było jedynym, na co w tej chwili mógł się zdobyć.

- To znaczy, że nie jesteś jedynym żyjącym Potterem. Masz starszego brata i siostrę w twoim wieku.
- Heee? - Harry nadal nie panował nad myślami. W końcu jednak opanował się. - Chce pan powiedzieć, że oprócz nich – wskazał na Dursley'ów – i Syriusza mam jeszcze żyjącą rodzinę?
- Tak Harry - ostrożnie przytaknął Dumbledore.
- W takim razie gdzie oni są? Dlaczego nic o nich nie wiedziałem? Dlaczego nie ma ich tu ze mną? Wiedzą o mnie? - Harry zadawał pytania jedno za drugim z prędkością karabinu maszynowego.
- Spokojnie chłopcze. Po kolei – Dumbledore odchrząknął. - Twój brat przebywa w Japonii natomiast twoja siostra mieszka we Włoszech. Nie wiedziałeś o nich, ponieważ nikt oprócz mnie o nich nie wie. Nie ma ich tutaj, ponieważ uważam, że osobno jesteście bardziej bezpieczni. I tak, wiedzą o tobie.
- Co to ma znaczyć, że tylko pan o nich wie?! - nawet nie zauważył, że podniósł głos. - Jakim prawem ukrywał pan to przede mną?
- Chciałem zapewnić wam ochronę.
- Rozdzielając rodzeństwo, które poza sobą nie miało nikogo innego? – niespodziewanie wtrąciła się Petunia. - Co prawda nie darze zbyt wielką sympatią Potterów, ale to co pan zrobił było po prostu podłe.

Harry chcąc nie chcąc musiał zgodzić z ciotką. Zdziwiła go jej deklaracja, ale nie przejmował się tym w tej chwili. Miała rację. Dumbledore nie miał żadnego prawa ich rozdzielać. Starzec widząc, że ma teraz dwóch przeciwników musiał jak najszybciej pośpieszyć z wyjaśnieniami.

- Wyjaśnię wam to, jeżeli się uspokoicie.

Harry wciąż zły na dyrektora z niechęcią usiadł i czekał na jego wypowiedź. Ciotka zrobiła to samo. Dumbledore widząc, że sytuacja nieco się uspokoiła odchrząknął i rzekł:

- Rozdzieliłem ich z dwóch powodów. Po pierwsze uważałem, że razem byliby zbyt łatwym łupem dla ocalałych popleczników Czarnego Pana. Zaklęcia ochronne rzucone na ten dom dotyczą jedynie Harry'ego, a nie całą trojkę. Tak więc nie byliby tu bezpieczni tak jak Harry. A gdyby śmierciożercy ich tu odnaleźli z łatwością odnaleźli by również jego. Dlatego uznałem, że najbezpieczniej odesłać ich w dwa różne miejsca. Miejsca gdzie co prawda nie działają tak silne zaklęcia jak te rzucone na wasz dom, ale wystarczająco silne by zapewnić im ochronę aż do pełnoletności. A drugim powodem byliście wy. - tu kiwnął na Dursley'ów.

- My?! - wykrzyknęła Petunia. - A co my mamy do tego?!
- Dużo – odpowiedział Dumbledore. - Myślicie, że nie wiem jak traktujecie Harry'ego gdy u was przebywa? Jak zwracacie się do niego jakby był kimś obcym, a nie członkiem waszej rodziny? Jak każecie mu wszystko za was robić? Wierzcie mi, że gdyby nie te zaklęcia ochronne już dawno przeniósłbym go w inne miejsce jak najdalej od was. Traktujecie go z pogardą tylko dlatego, że jest czarodziejem. Wiem również z jaką niechęcią przyjęliście go pod swój dach i zgodziliście się go zaadoptować. Skoro wychowanie jednego czarodzieja wywołało u was takie oburzenie i pogardę to co by było gdybyście musieli wychować aż trzech hmm?

Dursley'owie nic nie odpowiedzieli. Ciotka Petunia zbladła gdy uświadomiła sobie, że słowa Dumbledore'a były jak najbardziej prawdziwe. To prawda myślała ledwo przekonałam Vernona do jednego, a co dopiero trzech? W tej chwili zrozumiała, że przecież Harry tak naprawdę w niczym jej nie zawinił. Mściła się na nim za krzywdy wyrządzone jej przez siostrę. Ten chłopak był niewinny, a ona traktowała go jak śmiecia. I dlaczego? Tylko z powodu jego matki. Czuła jak łzy cisną się jej do oczu. Wybiegła szybko z salonu pod pretekstem skorzystania z toalety. Natomiast Harry czuł jak złość na Albusa mu ustępuje. Powody, które podał brzmiały sensownie. Wiedział, że dyrektor nie zrobił tego z czystej złośliwości tylko w celu ochrony ich. Był mu za to wdzięczny. Kiedy już trochę ochłonął zapytał go:

- W takim razie co się z nimi teraz dzieje?

- Wiodą spokojne życie u swoich rodzin zastępczych. Nikt ani nic im nie zagraża.
- Chciałbym ich poznać - oświadczył Harry.
- Domyślałem się tego – uśmiechnął się Albus. - Wysłałem już do nich sowy, w których przedstawiłem im całą sytuacje. Czekam tylko na ich odpowiedź.
- Opowie mi pan o nich? - poprosił Harry. Chciał wiedzieć wszystko o swojej rodzinie.
- Cóż tak naprawdę niewiele o nich wiem. Cassandra przebywa u znajomej twojego ojca, natomiast Connor u mojego przyjaciela ze szkoły. Myślę Harry, że powinieneś zaczekać aż sami ci o sobie opowiedzą. Ja naprawdę nie mam pojęcia.
- Jacy oni są?
- Cassie z charakteru przypomina twoją matkę. Zawsze miła, pomocna i opiekuńcza. Natomiast Connor, cóż w nim chyba najbardziej objawiły się geny twojego ojca jeśli chodzi o poczucie humoru. Jest też bardzo dumny ze swojego nazwiska. Jeżeli ktoś obrazi jakiegokolwiek Pottera, Connor mu tego nie popuści. Podejrzewam, że nie byłby zadowolony gdyby wiedział jak Dursley'owie cię tu traktują i próbowałby ich pouczyć aby zmienili do ciebie nastawienie.

W tym momencie Vernon aż zachłysnął się powietrzem. Przypomniał mu się wczorajszy wieczór.

On i Petunia wybrali się na zakupy do pobliskiego supermarketu. Wracając obładowani pakunkami z trudem doszli do samochodu stojącego na parkingu. Vernon otworzył bagażnik i kiedy wrzucił siatki do środka poczuł na swoim gardle ostrze noża. Petunia wrzasnęła, jednak napastnik szybko sobie z nią poradził. Chwile potem Vernon poczuł jego pięść na swoim brzuchu. Padł na ziemie krztusząc się i trzymając miejscu gdzie spadł cios. Spojrzał na nieznajomego, ale jego twarz zakrywała srebrna maska z dziwnymi, złotymi symbolami. Był wysoki oraz miał na sobie długi, czarny płaszcz z wyszytą srebrną paszczą wilka na piersi. Chwilę im się przyglądał a potem przemówił zimnym głosem:

- Vernon i Petunia Dursley?

- T-t-tak – wyjąkała przerażona Petunia po czym sięgnęła do torebki i wyjęła z niej plik banknotów. - Proszę, to wszystko co mamy.
- Nie chce waszych pieniędzy.
- To czego do diabła chcesz! - wykrzyknął wściekły Vernon. Kopniak w brzuch powiedział mu, że nie powinien podnosić głosu.
- Chce z wami porozmawiać o Harrym Potterze.

Małżeństwo zbladło, a nieznajomy ciągnął dalej.

- Doszły mnie słuchy, że macie coś przeciwko temu, że jest czarodziejem. Macie coś przeciwko tak bardzo, że zmuszacie go do wykonywania wszystkich prac w domu i traktujecie gorzej niż psa. Więc posłuchajcie mnie uważnie – głos nieznajomego był zimny jak lód. - Jutro, to wasz spasiony synalek będzie wszystko robił a Harry sobie odpocznie. Pojutrze, to wasz spasiony synalek będzie wszystko robił a Harry sobie odpocznie. I tak dalej i tak dalej. Z tego co widziałem to przyda mu się trochę ruchu. Potterowie są rodziną bardziej znaczącą od was. Nie jesteście nawet godni czyścić im butów więc bardzo denerwuje mnie fakt, że traktujecie jednego z członków tej rodziny w taki sposób. Czy wszystko co powiedziałem dotarło do was?
- Kim ty jesteś do diabła by mówić mi jak mam wychowywać gówniarza?! - krzyknął Vernon ponownie nabierając odwagi.

Zimna stal noża przy szyi znowu zniechęciła go do zgrywania bohatera. Tymczasem człowiek w masce odparł:

- Kimś, kogo już nigdy więcej nie spotkacie jeżeli dacie chłopakowi spokój. Lub kimś, kto zakończy wasze życie jeżeli dalej będziecie nim pomiatać. Pamiętajcie, cień też ma oczy.

Po tych słowach nieznajomy ulotnił się, a Petunia i Vernon przerażeni wrócili do domu.

Vernon czuł jak zbiera mu się na wymioty. Więc to był on myślał To był jego cholerny braciszek. Dumbledore tymczasem oznajmił:

- No Harry, pakuj się czas już ruszać.

- Słucham? - odparł zdziwiony Harry. - Gdzie?
- Zabieram cię do Kwatery Głównej Zakonu Feniksa. Tam spędzisz resztę wakacji z Ronem i Hermioną.
- Naprawdę? - ucieszył się Harry.
- Naprawdę – zaśmiał się starzec. - No już już. Pośpiesz się, nie mamy całej nocy.

Harry wybiegł z salonu i wpadł do swojego pokoju. Nie minęło nawet pół minuty, a już był gotów do drogi. Zbiegł na dół i oznajmił Dumbledore'owi:

- Jestem gotowy.

- No to ruszamy – dyrektor otworzył drzwi wejściowe.
- Harry poczekaj – niespodziewanie pojawiła się ciotka Petunia. - Czy mogę z nim chwile porozmawiać? - zapytała Dumbledore'a. Dyrektor skinął głową.
- Będę czekał na zewnątrz.

Harry stał i patrzył na ciotkę nierozumiejącym wzrokiem. Petunia natomiast odetchnęła i powiedziała.

- Chcę cię przeprosić za to, jaka dla ciebie byłam przez te wszystkie lata. Wiem, że nie wybaczysz tak łatwo ale wiedz, że jeśli wrócisz na następne wakacje ja będę się starała żeby było ci tutaj lepiej niż dotychczas.

Harry zdezorientowany patrzył na ciotkę. Nic nie odpowiedział, ale skinął głową i wyszedł na zewnątrz. Dumbledore z zainteresowaniem oglądał kwiaty przed domem. Odwrócił się gdy usłyszał czyjeś kroki i uśmiechnął się do Harry'ego.

- To co idziemy?

Harry skinął głową. Dyrektor wystawił ramię i polecił chłopcu go za nie złapać. Teleportowali się zostawiając za sobą dom pod numerem czwartym na ulicy Privet Drive.


* treść przepowiedni zaczerpnięta z książki " Harry Potter i Zakon Feniksa "