mal92 Cieszę się, że spodobała Ci się postać Cassie :) Osobiście uważałem, że nie przedstawiłem jej postaci wystarczająco dobrze, lecz jak widać wszystko było w porządku :) Dziękuję też za wskazanie błędu. Faktycznie, dziwnie brzmi ten zwrot i aż sam się dziwię, że nie zauważyłem go wcześniej, ale nauczyłem się już, że czytelnik zawsze wyłapie więcej wpadek niż sam autor :) Tak więc jeszcze raz dziękuję i za komentarz i za opinię :)
Powoli cały świat zaczęły spowijać ciemności nadchodzącej nocy. Na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy, a gdzieś w oddali dało się słyszeć pohukiwanie sów. Wiał mocny wiatr oraz wszystko wskazywało na to, że będzie padać. Wysoka postać stojąca na skraju lasu otaczającego małą wioskę Gensokyo, położoną na południowym krańcu Japonii, patrzyła na budynki niknące w oddali. Był to chłopak na oko szesnastoletni. Ubrany w czarny płaszcz z kapturem, doskonale zlewał się z panującym dookoła mrokiem. Na ziemię spadały pierwsze krople deszczu, a już wkrótce ulewa rozszalała się na dobre. Jednak nieznajomy wydawał się wcale tym nie przejmować. Stał nieruchomo i dalej wpatrywał się w majaczące przed nim osiedle ludzkie. Jedynym ruchem jaki wykonywał było odgarnianie mokrych włosów z czoła, a także zerkanie od czasu do czasu na zegarek. Wydawało się, że na coś lub kogoś czeka. Co jakiś czas rozglądał się dookoła z uniesioną różdżką. Nic nie dostrzegając wracał do poprzedniej pozycji. Stał tak jakiś czas, a przez ten okres na twarzy nie drgnął mu ani jeden mięsień. Nagle podskoczył jak oparzony, gdy w jego głowie rozległ się głos.
- Spóźniają się. Jesteś pewien, że gnojek nas nie wykiwał?
- Nie wiem – odpowiedział telepatycznie chłopak. - Poczekajmy jeszcze jakiś czas. Jak w ciągu dwudziestu minut nic się nie wydarzy to wracamy. Jonathan, jak wygląda sytuacja w twoim sektorze?
- Cisza. Kompletnie nic się nie dzieje, pomijając sprzeczkę jakiś mugolskich gówniarzy.
- Lou?
- U mnie też spokój.
- Azami?
- U mnie tak samo jak u chłopaków. Cisza. I kompletnie przemarzłam. Connor, wracajmy nie wygląda to tak, jakby śmierciożercy mieli się tu zjawić.
- Powiedziałem, że czekamy dwadzieścia minut - powiedział Connor. - Dosyć tej gadki. Przerwijcie telepatię. Musimy mieć siły na ewentualną walkę.
Połączenie zostało zerwane. Tymczasem z ulic wioski znikały ostatnie grupki ludzi. Wioska pogrążała się we śnie. A cztery postacie stojące po czterech stronach osady czuwały niczym kamienni strażnicy. Nagle ciszę rozdarł głośny trzask, a na jednej z dróg pojawiło się około dwudziestu zakapturzonych postaci. Przybysze natychmiast się rozdzielili i gwałtownie wchodząc do mieszkań, wywlekali zdezorientowanych i przerażonych ludzi. Chłopak, zwany Connorem, poruszył się i wyjął zdobiony miecz z pochwy na plecach. Wycelował w niego różdżką mrucząc coś pod nosem, aż nagle zimna stal przybrała zielony odcień. Zamknął oczy wytężając umysł i porozumiał się z towarzyszami.
- Widzicie ich?
- O tak – odpowiedzieli podnieceni. - Wchodzimy.
- Czekajcie! – powstrzymał ich Connor. - Jonathan, masz najlepszy widok z nas wszystkich. Ilu ich jest?
- Na oko dwudziestu. Bułka z masłem po pięciu dla każdego.
- Dobra, przygotujcie się – Connor znowu się odezwał. - Azami, kiedy zaatakujemy bierzesz mugoli i odstawiasz ich w bezpieczne miejsce. Masz na to cztery minuty. Ja, Jonathan i Lou będziemy cię osłaniać. Potem biegnij do nas i pomóż nam. Pamiętajcie, nikogo nie oszczędzamy. Wszystko jasne?
- Jasne! - odkrzyknęli.
- No to jazda!
Connor znowu przerwał połączenie i zaczął biec w kierunku wioski. Wbiegł do niej i od razu miotnął zaklęciem tnącym pierwszego śmierciożercę. Zamaskowana postać złapała się za gardło i osunęła na ziemię. Zanim poplecznicy Voldemorta zorientowali się, że nie są sami już trzech ich towarzyszy pożegnało się z tym światem. Zaczęli ciskać zaklęciami w cztery osoby nadbiegające z różnych kierunków, jednak oni odbijali je bez problemu. Na placu rozgorzała walka. Zaklęcie uśmiercające Jonathana wyłączyło kolejnego z walki. Connor tymczasem walczył z dwoma przeciwnikami naraz rzucając zaklęcia z taką szybkością, że śmierciożercy nie byli w stanie skutecznie się bronić. A tymczasem on, rozprawiwszy się z dwójką przeciwników, wskoczył w zbitą grupkę czterech wrogów i kilkoma ruchami miecza rozpłatał im brzuchy. Zobaczył lecący w jego stronę promień Avady, więc błyskawicznie padł na ziemię. Śmierciożercy po początkowym szoku zorganizowali się i zaczęli stawiać coraz zacieklejszy opór. Spychali trójkę czarodziei w jedną z uliczek odcinając im drogę ucieczki. Chłopcy bronili się dzielnie, jednak to nie wystarczyło. Mocny Cruciatus powalił blondwłosego chłopaka na ziemię, a śmierciożerca uśmiechał się z triumfem. Nie trwało to długo, gdyż nóż rzucony w niego przez Connora zakończył jego życie. Nagle rozległ się ogłuszający huk i napastnicy odwrócili się stając oko w oko z niebieskowłosą dziewczyną. Skoczyła na nich i nim zdążyli się zorientować już leżeli martwi. Niedobitki widząc, że przegrywają walkę chcieli się deportować, jednak nic z tego nie wyszło:
- To na nic chłopcy - powiedziała niebieskowłosa dziewczyna o imieniu Azami. - Rzuciłam zaklęcie antydeportacyjne.
Śmierciożercy wpadli w panikę. Jeden z nich podniósł różdżkę i wycelowawszy w dziewczynę zawołał:
- Avada Kedavra!
Connor pociągnął ją na ziemię, dzięki czemu śmierć minęła Azami o cal. W tym samym czasie z różdżki rudowłosego chłopaka wyleciał pomarańczowy promień, który trafił w niedoszłego mordercę. Przez chwile nic się nie działo, lecz zaraz potem śmierciożerca zaczął miotać się rozpaczliwie i pluć krwią. Po pewnym czasie jego oczy zaświeciły pustką i padł bez życia na ulicę. Dwaj ocaleni śmierciożercy zaczęli w panice uciekać, ale Connor biegł tuż za nimi:
- O nie. Nie myślcie, że stąd uciekniecie!
Sieknął mieczem w plecy bliższego mężczyzny. Następnie podniósł rękę, wykonał nią dziwny gest i drugi uciekający runął na ziemię. Chłopak podszedł do niego i przewrócił na plecy. Pokonany przeciwnik, patrząc na niego przerażonymi oczami zdołał jedynie wyszeptać:
- Litości, błagam litości.
Connor uśmiechnął się, lecz uśmiech ten nie objął jego zimnych, szarych oczu.
- Nie ma litości – powiedział, po czym wyciągnął nóż i poderżnął śmierciożercy gardło. Odnalazł trójkę towarzyszy i zapytał. - Wszyscy cali? Lou, jak się czujesz po tym Cruciatusie?
- Przeżyję – odpowiedział jasnowłosy chłopak.
- Azami mugole bezpieczni?
- Tak, zmodyfikowałam im pamięć. Siedzą zamknięci w miejscowym kościele.
- To teraz zajmiemy się ciałami i spływamy stąd - Connor podszedł do trupa na ulicy i rzucił jakieś zaklęcie, pod wpływem którego ciało zaczęło stopniowo znikać. Potem popatrzył na towarzyszy. - Co tak stoicie? Chyba znacie formułę, prawda?
- Tak jest, kapitanie Potter – zasalutowali, na co Connor tylko wywrócił oczami.
Uprzątnięcie ulic z ciał zajęło im pięć minut. Potem wszyscy zebrali się na rynku z zamiarem opuszczenia tego miejsca, gdy nagle rudowłosy chłopak wykrzyknął:
- Stójcie!
Pobiegł w kierunku jednego z budynków. Cała trójka wybuchnęła śmiechem, widząc z czym wraca. Pod pachą niósł paczkę czipsów, zajadając się równocześnie pączkiem.
- No co? - zapytał pod rozbawionymi spojrzeniami pozostałych. - Zgłodniałem po tej całej jatce.
- Jonathan, jesteś niemożliwy – Lou poklepał go po plecach.
W końcu cała czwórka deportowała się.
Wylądowali na wielkim marmurowym dziedzińcu. Przed nimi górował ogromny zamek z ogromnymi dębowymi drzwiami. Wokół nich było mnóstwo ludzi, wykonujących codzienne obowiązki. Jakiś staruszek z miotłą w ręce ukłonił im się i rzekł:
- Dobry wieczór, panie Potter.
Connor lekko skinął głową. Skierowali się w stronę zamku i przeszli przez drzwi. Znaleźli się w holu wejściowym, również pokrytym marmurem. Wszędzie widniały obrazy przedstawiające sławnych, japońskich czarodziejów, łącznie z ich krótką biografią. Kamienna podłoga sprawiała, że ich kroki dudniły w cichym wnętrzu. Nigdzie nie było żywej duszy. Po pewnym czasie przyjaciele się rozdzielili. Connor przechodził przez kolejne pomieszczenia, aż dotarł do spiralnych schodów prowadzących w dół. Zszedł po nich i zaraz ogarnął go chłód. Znajdował się w lochach, a jedynym źródłem światła były pochodnie na ścianach. Wyciągnął różdżkę i szepcząc Lumos zaczął iść krętymi korytarzami. Po paru minutach stanął przed drzwiami, pilnowanymi przez dwóch wartowników. Kiedy go zobaczyli, pozdrowili go skinieniami i odsunęli się od drzwi. Potter wszedł do środka oraz znalazł się w małej celi z jednym łóżkiem i zakratowanym oknem. Na łóżku siedział wychudzony człowiek, mający liczne zadrapania i siniaki na twarzy. Prawa ręka spoczywała na temblaku, natomiast lewą trzymał się za brzuch. Kiedy zobaczył Connora odruchowo skulił się, ale ten tylko powiedział:
- Witaj Rowle. Zapewne ucieszy cię wieść, że twoje informacje były prawdziwe. Twoi kumple faktycznie zjawili się w Gensokyo. Zadbaliśmy o to, by czuli się tam dobrze.
Rowle przełknął ślinę.
- Dotrzymałeś swojej części umowy. Teraz ja dotrzymam swojej.
Po tych słowach uderzył w drzwi i natychmiast pojawił się jeden z wartowników.
- Doprowadźcie go do porządku i przyprowadźcie do głównego holu.
Wyszedł zostawiając ich z więźniem. Wrócił na górę zmierzając do swojej komnaty. Kamienne ściany oraz brak jakichkolwiek ozdób nadawały jego pokojowi niepokojące wrażenie. Wystrój wnętrza stanowiły tu dwa krzesła, wielkie dębowe biurko, olbrzymia szafa i bogato zdobione łoże. Connor zdjął miecz z pleców oraz zaczął się przebierać. Spojrzał na siebie w lustrze. Krótkie, czarne włosy oraz szare oczy nadawały mu wygląd zbira. Wrażenie to potęgowała mimika nie zdradzająca kompletnie żadnych emocji. Miał lekko wysunięty podbródek oraz delikatny zarost. Budowę ciała posiadał również całkiem niezłą. Wieloletnie treningi walki mieczem oraz ćwiczenia siłowe sprawiły, iż jego sportowej sylwetki mógłby pozazdrościć mu niejeden nastolatek. Nie dziwiło więc nikogo, że szesnastolatek cieszył się dużym zainteresowaniem płci przeciwnej. Przebrawszy się w granatową bluzę oraz dżinsowe spodnie, zszedł do sali wejściowej i zobaczył Rowla w towarzystwie dwóch strażników. Skinął na nich głową, a oni zrozumiawszy nieme polecenie odeszli. Connor przechodząc obok niego rzucił krótkie „za mną" nie zwalniając kroku. Wyszli na marmurowy dziedziniec, przystając na szczycie schodów.
- Tam – rzekł Potter, wskazując na coś palcem. - Jest brama wejściowa do miasta. Nałożona jest tu bariera antydeportacyjna więc będziesz musiał wyjść poza mury, by opuścić to miejsce. Możesz wrócić do Voldemorta albo rodziny. Nie obchodzi mnie to, to twój wybór. Dotrzymałem swojej części umowy. Jesteś wolny. A teraz spieprzaj.
Jednak Rowle nie ruszył się z miejsca, wpatrując się z przerażeniem w wielki tłum przed nim. Śmierciożerca doskonale zdawał sobie sprawę, że każdy w tym mieście chce jego głowy przez to komu służył. A teraz ma przejść przez całe miasto, obok tych wszystkich ludzi? Popatrzył na Connora Pottera, który stał przyglądając mu się z ironicznym uśmiechem:
- Jak ja niby mam stąd wyjść?
- Proponowałbym na nogach, ale nic nie stoi na przeszkodzie żebyś się czołgał – odpowiedział Connor, z zainteresowaniem lustrując zgrabną Japonkę, która obok nich przeszła.
- Nie o to mi chodzi! - warknął Rowle. - Przecież oni mnie zabiją, jak tylko zejdę z tych schodów.
- Z pewnością – odparł Potter. - W takim razie sugeruję ci nie zatrzymywać się i biec ile sił.
- W co ty pogrywasz Potter!? - zezłościł się Rowle. - Obiecałeś, że darujesz mi życie, jeśli powiem ci o kolejnym ataku Czarnego Pana.
- Nie Thorfinie – celowo zwrócił się do śmierciożercy po imieniu, by jeszcze bardziej go rozzłościć. - Obiecałem jedynie, że cię nie zabiję. Nic nie mówiłem, że nie zrobi tego ktoś inny.
Rowle popatrzył na dziedziniec. Wszyscy oderwali się od swoich zajęć i z zainteresowaniem wpatrywali się w dwie postacie na szczycie schodów. Niektórzy uśmiechali się drapieżnie, jeszcze inni wyciągnęli różdżki, kilku też ostrzyło noże. Wszyscy czekali na to, co ze śmierciożercą zrobi Connor Potter. Rowle widząc, że nie ma żadnych szans na przeżycie, poczuł jak ogarnia go furia.
- Niech cię szlag, Potter! - wykrzyknął. - Mam nadzieję, że Czarny Pan dorwie ciebie, twojego skretyniałego brata i zdzirowatą siostrę!
W tym momencie oczy Connora niebezpiecznie zabłysły. Odwrócił się do Rowla z szybkością dźwięku i grzmotnął go pięścią w nos. Złapał go za głowę, poprawił mu kolanem w brzuch, a na koniec jeszcze raz uderzył. Pochylił się nad śmierciożercą i wysyczał głosem, od którego słudze Voldemorta przeszły ciarki.
- Możesz mnie obrażać do woli, ale nigdy nie szkaluj mojej rodziny. Ciesz się, że zgodnie z naszą umową nie mogę cię zabić, bo najpierw trochę byś pocierpiał.
Po tych słowach złapał go za kołnierz szaty, a potem zepchnął ze schodów. Rowle spadał w dół boleśnie obijając się o stopnie. W pewnym momencie coś chrupnęło i poczuł przeraźliwy ból w nodze, która wygięła się pod różnym kątem. Upadł na sam dół. Próbował wstać, ale złamana noga mu to uniemożliwiała. Natomiast Connor wykrzyknął do zebranych na dziedzińcu ludzi:
- Zostawiam go w waszych rękach. Zabijcie go albo wypuśćcie. Wasz wybór.
Zniknął za drzwiami prowadzącymi do zamku. Natomiast na dziedzińcu zapanowało wielkie poruszenie. Wszyscy powoli zbliżali się do leżącego, otaczając go kołem. Zewsząd posypały się wyzwiska pod jego adresem. Rowle próbował jeszcze wstać, lecz po kilku próbach poddał się. Wiedział, że ten dziedziniec będzie miejscem, gdzie skończy się jego życie. Krąg ludzi coraz bardziej się zacieśniał, aż w końcu ktoś złapał go za włosy i wbił mu nóż między żebra. Osunął się na kolana plując krwią, ale inni także zadawali już ciosy. Po kilku sekundach straszliwego bólu, oczy Rowla stały się puste.
W tym samym czasie, kiedy Rowle umierał, Connor zamknął się w swojej komnacie i zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Raz po raz klął pod nosem i wyzywał od najgorszych śmierciożercę. Jego tyradę przerwał Jonathan, który znalazł się w pokoju nie wiadomo kiedy.
- Nieładnie panie Potter, nieładnie – rzekł do przyjaciela z rozbawieniem. - Potterowie nie przeklinają.
- Ta śmierciożerska gnida mnie wkurzyła!
- A czym?
- Pojmujesz, że ta żałosna imitacja człowieka odważyła się obrazić Harry'ego i Cassie!?
Jonathan gwizdnął współczując w myślach śmierciożercy. Doskonale wiedział, że jego przyjaciel łatwo wybucha, gdy chodzi o jego rodzinę. Pamiętał doskonale jego niedawną furię, jak dowiedział się o postępowaniu Dursley'ów z jego bratem.
- Tak w ogóle co z nim zrobiłeś?
- Zostawiłem go na łasce mieszkańców - westchnął Connor, powoli się uspokajając.
- Mhm – Jonathan pokiwał głową. - Czyli co? Mam rozumieć, że pan Chang będzie musiał znowu machać łopatą?
- Pewnie tak. Po dzisiejszej akcji w Gensokyo mam ochotę się schlać.
Jonathan roześmiał się. Cały Connor, pomyślał z rozbawieniem przypatrując się przyjacielowi. Mimo trudnego charakteru najstarszego Pottera, chłopcy zaprzyjaźnili się już jako dzieci. Zawsze walczyli ramię w ramię i trzymali się razem. Mimo swojej przyjaźni chłopcy ciągle ze sobą rywalizowali, spierając się o to, który z nich jest silniejszy. Pamiętał, że Connor jako dziecko był zawsze chętny do psot i rozśmieszał swoim zachowaniem wszystkich. Chętnie pomagał starszym ludziom w mieście nosić ciężkie torby z zakupami lub robiąc za przewodnika. Poczucie humoru Pottera oraz jego chęć pomocy sprawiły, iż nastolatek zjednał sobie przychylność wszystkich mieszkańców. Każdy uważał go za szlachetnego i dzielnego czarodzieja, który ma przed sobą świetlaną przyszłość. Wszystko jednak zmieniło się kiedy Hirohiko, opiekun Connora zginął z rąk śmierciożerców pozostałych na wolności po upadku Czarnego Pana. Wydarzenie to sprawiło, że chłopak zbyt szybko wydoroślał. Stał się bardziej poważny oraz poprzysiągł zemstę wszystkim poplecznikom Voldemorta. Zaczął uczyć się coraz potężniejszych zaklęć, aż w końcu zabrnął w kierunku czarnej magii. Zaklęcia Niewybaczalne opanował jako dwunastolatek, co zszokowało wszystkich. Już dawno było wiadomo, że chłopak ma potencjał, ale kiedy wszyscy zobaczyli z jaką łatwością dwunastoletnie dziecko rzuca Avady oraz Cruciatusy stało się pewne, że moc Connora jest o wiele większa niż jakiegokolwiek innego czarodzieja. Jednak Potter nie spoczął na laurach. Trenował coraz bardziej zaawansowane zaklęcia, aż w końcu stał się najsilniejszą osobą w mieście. Nawet Jonathan wiedział, że go nie pokona. Ludzie obawiali się, iż kiedyś czarna magia nim zawładnie i stanie się taki sam jak Voldemort. Coraz niechętniej na niego patrzyli. Jednak okazało się, że wielka moc wcale nie zmieniła Pottera. Zdawał on sobie sprawę, iż praktykując czarną magię nie należy przekraczać pewnej granicy. Mimo że dla swoich wrogów był zimny i bezlitosny, to przyjaciołom oraz mieszkańcom miasta nadal służył pomocą i radą. Kiedyś nawet publicznie zadeklarował, że ochroni ich wszystkich przed siłami zła, a każdego zabitego pomści dwukrotnie. Powiedział wtedy, iż oni wszyscy są dla niego jedną wielką rodziną. Utracone zaufanie do Connora zaczęło na nowo napełniać serca wszystkich. Charyzmatyczny chłopak stał się dla nich symbolem wolności. Wszyscy wierzyli, że pod jego opieką zarówno miasto, jak i oni są całkowicie bezpieczni. Dlatego też w wieku czternastu lat został wybrany na przywódcę Cieni. Była to organizacja założona już w czasach średniowiecznych, mająca za zadanie strzec bezpieczeństwa na świecie. Walczyli ze złem bardzo skutecznie. Jako, że Cienie działali z ukrycia i niewielu wiedziało o ich istnieniu, budzili oni grozę w najpotężniejszych czarnoksiężnikach na przestrzeni lat. Sam Voldemort, kiedy był u szczytu potęgi czuł przed nimi respekt. Przywódca Cieni władał jednocześnie całym miastem. Wszyscy byli gotowi bronić swojego wodza, gdyby groziła mu utrata życia. Lecz umiejętności Connora zawsze ratowały go z opresji. Kiedy na świecie rozeszła się wieść, że Voldemort powrócił, Cienie wznowili swoją działalność. Bronili niemagicznych przed terrorem we wszystkich krajach, nierzadko wyręczając w tym aurorów. Tak więc Connor Potter, mimo bardzo młodego wieku udowodnił, że nie jest kimś kogo należy lekceważyć. Wielu dziwiło się, dlaczego nie zebrał swoich oddziałów i nie rzucił wyzwania Voldemortowi, którego z pewnością mógł łatwo pokonać. Jonathan niedawno zapytał go o to, lecz chłopak powiedział tylko, że zabicie Voldemorta nie jest przeznaczeniem jego, tylko jego brata. Wspomnienia Jonathana o przeszłości Connora przerwało pojawienie się domowego skrzata.
- Wiadomość dla pana, sir – rzekł, podając Connorwi kopertę.
- Dziękuje Hektorze – Potter uśmiechnął się do skrzata i wyjął zapisaną kartkę pergaminu.
Czytał kolejne zdania listu z kamienną twarzą. Kiedy skończył, odłożył pergamin na biurko i wyjrzał przez okno. Wyglądał jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. A więc w końcu Dumbledore uznał, że trzeba zorganizować rodzinny zjazd pomyślał Connor nie bez ironii. Czemu nie? Może być ciekawie. A poza tym, będzie można się dowiedzieć jakie działania podjął Zakon Feniksa. Naiwny starzec. Jego organizacja nie jest tak tajna, jak mu się wydaje. Odwrócił się od okna i spojrzał na Jonathana, który ciągle mu się przypatrywał.
- Co to za list? - spytał rudowłosy. Szesnastolatek odpowiedział mu pytaniem.
- Masz może ochotę spędzić wakacje w Londynie?
- W Londynie? Po co?
- Dumbledore chce zorganizować rodzinny zjazd. Chcę zapoznać mnie z Cassie i Harrym. Oczywiście wybieram się tam. Jedziesz ze mną?
- Pewnie – roześmiał się Jonathan. - Za nic nie przegapiłbym widoku nieustraszonego Connora rzucającego się w ramiona rodzeństwa.
Connor prychnął, ale nic nie powiedział. Usiadł za biurkiem i napisał list do Albusa z potwierdzeniem przybycia oraz informacją, że nie będzie sam, równocześnie podając miejsce skąd będzie można go odebrać. Po wypuszczeniu sowy na zewnątrz skierował się do wyjścia z komnaty, rzucając przez ramię do Jonathana:
- Chodź przyjacielu. Jak już powiedziałem mam ochotę się dzisiaj upić.
Jonathan wyszczerzył się i z ochotą poszedł z Connorem. Wyszli z zamku, a po chwili obaj zniknęli między budynkami olbrzymiego miasta.
