mal92 Cóż, na świecie mamy teraz ponad 7,5 miliarda ludzi, więc niekoniecznie jedynie Blackowie mogą mieć szary kolor oczu :) Tak samo jak nie tylko Potterowie mogą mieć kruczoczarne włosy, prawda? :) Nie ma co się roztrząsać nad tą kwestią :) Umiejętność rzucania przez Connora Zaklęć Niewybaczalnych w wieku dwunastu lat nie jest może skutkiem wojny ile polityki mieszkańców Tytanu. Cienie już od najmłodszych lat są szkoleni na wojowników, niewahających się zabijać w obronie siebie, swoich bliskich czy swojego miasta. Co kraj to obyczaj jak to się mówi :) W Hogwarcie to nie do pomyślenia, a w Tytanie nauka Imperiusa, Cruciatusa czy Avady Kedavry nikogo nie dziwi. Mam nadzieję, że wyjaśniłem dręczące Cię kwestie :) Dziękuję za komentarz i do usłyszenia :)
Moi drodzy przed nami kolejny rozdział :) Zanim jednak przejdę do jego treści, chciałbym życzyć Wam zdrowych i spokojnych świąt Wielkiejnocy, pysznego jajeczka oraz mokrego dyngusa :) Spędźcie te święta w ciepłym rodzinnym gronie, zajadając się pysznymi wielkanocnymi daniami i spędzając ten czas z najbliższymi :)
Wylądowali na pustej uliczce naprzeciw starej kamienicy. Harry spojrzał na Dumbledore'a, lecz dyrektor przeszedł przez niską furtkę i stanął na czymś co przypominało podwórko. Kiedy chłopak do niego dołączył, dyrektor wyciągnął małą kartkę i podał ją Harry'emu.
- Zapamiętaj, a potem powtórz w myślach.
Spojrzał na kartkę. Było na niej kilka słów.
Kwatera Główna Zakonu Feniksa. Grimmauld Place 12.
Kiedy tylko wypowiedział zdania w myślach, pomiędzy domami 11 i 13 zaczął pojawiać się budynek. Po prostu wyrastał między nimi. Harry zdziwił się, że domownicy sąsiednich domów niczego nie zauważyli, ale zaraz zganił się za swoją głupotę. Magia. To jedno słowo wyjaśniało wszystko. Kiedy mieszkanie już całkiem się pojawiło, Dumbledore podszedł do drzwi i otworzył je przepuszczając Harry'ego. Znaleźli się w długim korytarzu pokrytym ohydną tapetą w kwiatki. Ściany były obdrapane i aż prosiły się o remont. Puszysty dywan, po którym szli z każdym ich krokiem wzniecał tumany kurzu. Na dwóch przeciwległych ścianach wisiały obrazy, które napawały Harry'ego obrzydzeniem i strachem jednocześnie. Przedstawiały potwory o jakich piętnastolatek nie śnił nawet w najgorszych koszmarach. Na końcu korytarza, po prawej stronie stał stojak przypominający nogę trolla. Albus Dumbledore zatrzymał się przed drzwiami na wprost i odwrócił się do swojego towarzysza.
- Znajdujemy się w Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa Harry. Nie jest to może luksusowe miejsce, ale przynajmniej mamy pewność, iż nikt niepowołany tu nie wejdzie. Za tymi drzwiami znajdują się niektórzy członkowie Zakonu oraz twoi przyjaciele. Jesteś gotowy na spotkanie z nimi?
Harry tylko skinął głową. Wciąż z zaciekawieniem rozglądał się wokół. Jego uwagę przykuł olbrzymi zasłonięty portret, znajdujący się na półpiętrze schodów prowadzących na górę. Dumbledore otworzył drzwi i wprowadził przez nie Pottera. Znajdowali się w kuchni, gdzie siedziało wielu czarodziejów. Przez ułamek sekundy panowała cisza, a potem rozległ się dźwięk odsuwanego krzesła i widok przesłoniła Harry'emu burza gęstych, brązowych włosów.
- Harry! Ty tutaj? Oh, jak się cieszę!
Była to Hermiona Granger. Rzuciła się chłopakowi na szyję i zamknęła go w uścisku, który odwzajemnił. Następnie podszedł do niego Ron i również ze szczerym uśmiechem na ustach poklepał go po plecach. Młodsza siostra Rona, Ginny powtórzyła gest Hermiony, dodatkowo całując go w policzek. W kuchni zapanowało poruszenie, wszyscy rzucili się aby go powitać. Nareszcie dopchała się do niego pani Weasley:
- Kochaneczku – rzekła swoim ciepłym głosem. - Tak bardzo się cieszę, że jesteś z nami. Z pewnością jesteś głodny prawda? - i nie czekając na jego odpowiedź dodała. - Siadaj przy stole, za chwileczkę coś ci podam.
Ale Harry jej nie słuchał. Wpatrywał się w czarnowłosego mężczyznę, który uśmiechał się do niego promiennie.
- Syriusz! - Harry podbiegł do niego i wyściskał go. - Ty tutaj?
- No a gdzie? - roześmiał się zapytany. - Dobrze znowu cię widzieć, Harry.
Harry przypatrywał mu się z mieszaniną szczęścia i niedowierzania. Zmienił się bardzo odkąd widział go po raz ostatni. Miał na sobie normalne ubrania oraz zadbane i uczesane włosy. Jego oczy nie sprawiały już wrażenia oczów szaleńca, lecz uradowane wpatrywały się w chłopaka. Harry nadal go nie puszczał, jakby w obawie, że jak tylko to zrobi jego ojciec chrzestny zniknie. Syriusz położył dłoń na ramieniu chrześniaka i poprowadził go do stołu, gdzie pani Weasley przygotowała już dla niego olbrzymią porcję naleśników. Nim jednak zaczął jeść głos zabrał Dumbledore:
- Harry zostanie tutaj do końca wakacji. Remusie, Alastorze, chciałbym porozmawiać z wami po kolacji. A teraz jedzmy, jak patrzę na te pyszności przygotowane przez Molly to aż ślinka mi cieknie.
Pani Weasley zarumieniła się i zakłopotana zaczęła tłumaczyć, że to nic wielkiego. Wszyscy zasiedli do kolacji. Harry od razu zagadał Syriusza:
- Skąd się tu wziąłeś?
- No wiesz – uśmiechnął się Łapa. - Mieszkam tutaj. To mój rodzinny dom.
- Żartujesz? - Harry wytrzeszczył oczy.
- Ale dosyć niechętnie go wspominam – dokończył mężczyzna. - Kiedy Zakon Feniksa wznowił działalność, Dumbledore poprosił mnie bym użyczył mu go jako miejsce narad. Cóż, chociaż tak mogłem mu się odwdzięczyć za uratowanie od Azkabanu. A jak u ciebie Harry? Mugole dali ci w kość?
- Jak to oni. Chociaż ciotka jakby stała się dla mnie milsza i nie uwierzysz, przeprosiła mnie za wszystko.
- No cóż – odparł Syriusz. - Ludzie się zmieniają. Nie wszyscy, ale niektórzy tak.
- Czym jest ten cały Zakon Feniksa? - zapytał Harry zmieniając temat.
- To organizacja powołana przez Dumbledore'a. Zbieramy informację o działaniach Voldemorta i ze wszystkich sił staramy się mu przeszkodzić. Na razie dosyć skutecznie. Bogu dzięki, bo na Ministerstwo czarodzieje chyba nie mają co liczyć.
- Dlaczego?
- Te fajtłapy nie radzą sobie z niczym. Poza tym Knot podał się do dymisji, a tymczasowy Minister Magii jest jeszcze gorszy niż on. Voldemort powrócił, a wiesz co szanowny pan Minister uczynił by ochronić ludzi? Rozesłał do każdego domu bezpłatne podręczniki o samoobronie oraz wydał oświadczenie do gazety, w którym zapewniał, że Aurorzy przeszli dodatkowe kursy doszkalające. I tyle. Na tym polega walka Ministerstwa z Voldemortem. Całe szczęście, że jest na tym stanowisku tylko do czasu pełnoprawnych wyborów nowego Ministra.
Harry nadal rozmawiał z Syriuszem na błahe tematy. Po pewnym czasie Łapa zajął się rozmową z Remusem, a piętnastolatek odwrócił się do Rona i Hermiony:
- Długo tu jesteście?
- Od początku lipca – odpowiedział Ron. - Przenieśliśmy się tutaj z Nory. Hermiona przyjechała jakieś dwa tygodnie temu.
- Jak wam minęły wakacje?
- Mama każe nam cały czas sprzątać tą ruderę – powiedział Weasley, na co Syriusz chrząknął oburzony. - W życiu nie namachałem się tak ścierką i mopem jak przez ten miesiąc - Harry zaśmiał się, ale Ron szybko go zgasił. - Nie ciesz się tak. Mama ciebie też na pewno zapędzi do roboty.
- U Dursley'ów robiłem to codziennie, więc nie przeraża mnie to tak bardzo jak ciebie.
Kolacja upłynęła wszystkim domownikom w spokojnej atmosferze. Po skończonym posiłku pani Weasley wygoniła młodzież na górę twierdząc, że teraz zaczyna się zebranie Zakonu i nie powinni w nim uczestniczyć. Jak można się domyślać protesty nastolatków nic nie zdziałały. Oburzeni poszli na górę i zamknęli się w pokoju Hermiony, gdzie zaraz dołączyli do nich Fred i George.
- Cześć Harry! – przywitali się. - Was też wygonili z kuchni?
- Po co się pytasz, skoro tam byłeś i wszystko widziałeś? - odparł Ron.
- Ironia wcale do ciebie nie pasuje Ronuś – George wystawił mu język. - Tak czy siak nie mamy zamiaru być niedoinformowani, więc chcemy skorzystać z Uszów Dalekiego Zasięgu. Idziecie z nami?
Harry, Hermiona, Ron i Ginny ochoczo się zgodzili. Młodzież zbiegła na dół i w chwilę później chciwie łowili każde słowo wypowiedziane przez dorosłych.
Tymczasem czarodzieje w kuchni słuchali raportu Kingsleya:
- Na razie nie ma absolutnie żadnych doniesień o działaniach śmierciożerców. Do Ministerstwa nie napływają żadne skargi, również Aurorzy nie są wzywani na misję. Wydaję się, że po początkowych rozróbach śmierciożercy jakby się uspokoili. Można rzec, iż przepadli jak kamień w wodę łącznie z Sami-Wiecie-Kim.
- Niepokoi mnie to – zabrał głos Alastor Moody. - Dopóki Voldemort działał otwarcie, wiedzieliśmy na czym stoimy, a teraz kompletnie nie wiemy czego się spodziewać.
- Zbyt długo nie wytrzyma siedząc cicho – odparł z pewnością w głosie Remus Lupin. - To nie w jego stylu.
- Severusie, wiesz może co planuje Voldemort? - Dumbledore zwrócił się do mężczyzny w czarnej szacie.
- Czarny Pan zniknął i nie pokazuje się nawet śmierciożercom - odparł Snape. - Ewentualne polecenia wydaje im listownie.
- Czy poinformowaliście o zagrożeniu ze strony Czarnego Pana Ministerstwa w innych krajach? - Dumbledore zmienił temat.
- Tak, wszyscy zgodnie odparli, że nie można siedzieć bezczynnie i biernie czekać na rozwój wypadków. Francuskie oraz portugalskie Ministerstwa zapowiedziały, że wesprą nas w ewentualnej wojnie. Jeśli chodzi o inne kraje, to skupiają się przede wszystkim na sytuacji w swoich państwach, ale myślę, że w razie konieczności będziemy mogli liczyć na ich wsparcie - odpowiedział Dedalus Diggle.
- Pozostaje jeszcze kwestia olbrzymów. Hagridzie? - wzrok starca spoczął na gajowym Hogwartu.
- Część z nich już przyłączyła się do tego gnojka. Razem z Olimpią przekabaciliśmy na naszą stronę kilka klanów, ale zdecydowana większość opowiedziała się po stronie śmierciożerców.
- Dementorzy także opuścili Azkaban – wtrącił Kingsley. - Oczywiście Ministerstwo to zatuszowało.
- Jeśli chodzi o klany wilkołaków, to także nie możemy liczyć na ich wsparcie – ze smutkiem powiedział Lupin.
- Na szczęście druidzi i elfowie przyłączyli się do nas – Tonks zabrała głos. - Przynajmniej Sami-Wiemy-Kto nie będzie miał dostępu do starożytnych zaklęć jakimi dysponują.
- Mundungusie? Co z goblinami?
- Małe cholery twierdzą, że to nie ich wojna. Chcą zostać neutralni - odparł mały człowieczek siedzący w kącie.
- Podsumowując, jak na razie nasze siły są mniej więcej wyrównane. Voldemort nie zdobył jeszcze miażdżącej przewagi – oświadczył Moody.
- Masz rację Alastorze – odparł Dumbledore. - Ale nie możemy pozwolić sobie na chociażby chwilową utratę czujności. Martwi mnie to nagłe zniknięcie Toma. Co on kombinuje? - ostatnie pytanie Dumbledore zadał jakby samemu sobie. - Poza tym niedługo wybory na Ministra Magii. Musimy wybrać kandydata stojącego po naszej stronie. Jeżeli jakiś śmierciożerca zajmie to stanowisko, to Voldemort przejmie Ministerstwo. Pomyślę nad odpowiednim człowiekiem. Czy ktoś ma jeszcze coś do dodania?
- Jeśli chodzi o plany Czarnego Pana mogę jeszcze dodać, że kazał mi uwarzyć spory zapas eliksiru wielosokowego - przemówił Snape.
- Eliksiru wielosokowego? - Moody zmrużył podejrzliwie oczy. - A na cholerę mu ten eliksir?
- Nie wiem! – warknął Snape. - Nie pytałem go. Nie jestem samobójcą.
- Z pewnością nie chciał go tylko dla zachcianki. Severusie musisz się dowiedzieć na co mu ten eliksir - odparł Dumbledore.
- Niby jak? - sarknął Snape. - Przepraszam cię panie, ale czy mogę się dowiedzieć na co ci ten eliksir?
- Nie próbuj być ironiczny Smarkerusie – zgasił go Black. - Nie wychodzi ci to.
- Jeszcze raz mnie tak nazwij Black, a przysięgam, że coś ci zrobię.
- A co może mi zrobić takie zero jak ty? - roześmiał się Syriusz. - Możesz mi jedynie czyścić buty i to tylko wtedy, jak ci na to pozwolę.
- Dosyć! - zagrzmiał Dumbledore, lecz potem przemówił spokojniej. - Lord Voldemort powrócił, a wy nadal zachowujecie się jakbyście mieli po szesnaście lat. Nie rozumiecie, że tylko zjednoczeni mamy jakiekolwiek szanse? Jeżeli nie przestaniecie na siebie naskakiwać to gwarantuję wam, iż nic nie uchroni nas przed terrorem ze strony Czarnego Pana.
Syriusz i Severus zamilkli, spoglądając na siebie morderczym wzrokiem. Nie wyglądało na to, aby przemowa Dumbledore'a w jakiś sposób do nich dotarła. Obaj układali w myślach rozmaite scenariusze mordu drugiej osoby. Tymczasem Dumbledore wstał od stołu i ogłosił koniec zebrania. Kiedy wszyscy zaczęli wychodzić Albus poprosił Remusa i Moody'ego, by zostali. Kiedy w kuchni zostało już tylko ich troje dyrektor przemówił:
- Posłuchajcie, chciałbym abyście sprowadzili do Kwatery dwie osoby. Jedną z nich jest dziewczyna mieszkająca we Włoszech, w mieście o nazwie Florencja. Drugim jest chłopak przebywający w Japonii.
- Kim oni są? - zapytał Alastor.
- Dowiecie się, jak ich sprowadzicie. Są bardzo ważni zarówno dla nas, jak i dla Harry'ego. Nie przewiduję żadnych komplikacji w przetransportowaniu ich tutaj, ale na wszelki wypadek upewnijcie się, że dotrą tu żywi. Remusie udasz się po dziewczynę do Włoch, natomiast Alastor odwiedzi Japonię. Wyruszycie jutro rano.
Mężczyźni skinęli głowami i cała trójka opuściła kuchnię.
Kiedy Fred, George, Harry, Hermiona, Ron i Ginny usłyszeli słowa Dumbledore'a obwieszczające koniec zebrania z pośpiechem schowali Uszy Dalekiego Zasięgu i czmychnęli na górę. Bliźniacy udali się do siebie, a czworo przyjaciół poszło do pokoju chłopaków. Kiedy wszyscy usiedli Harry uznał, że czas wyjaśnić przyjaciołom kilka spraw:
- Słuchajcie, zanim tu przybyliśmy rozmawiałem z Dumbledore'em - zaczął.
- I co? - zapytała Ginny.
- Powiedział mi o kilku ważnych sprawach. Już wiem, dlaczego Voldemort chciał mnie zabić piętnaście lat temu - Harry zaczął opowiadać im przebieg rozmowy z dyrektorem. Kiedy skończył przyjaciele patrzyli na niego z rozszerzonymi oczami. Pierwsza odezwała się Hermiona.
- Wiesz dobrze, że cię z tym nie zostawimy. Razem coś wymyślimy, jak zawsze. A poza tym Dumbledore ma rację, jesteś świetnym czarodziejem choć trzeba cię jeszcze podszkolić.
- Tak, ale... - Harry zawahał się. - Dumbledore nie jest nieomylny. Poza tym zaczynam powoli myśleć, że nawet on traci kontrolę nad całą sytuacją.
- No co ty stary? - zawołał Ron. - Tylko on jeszcze sprawił, że wszystko się nie rozleciało. Każdy wie, że tylko jego Sam-Wiesz-Kto się boi.
- Masz rację. Ale zastanawialiście się kiedyś co by było, gdyby Dumbledore umarł? Przecież jeśli Voldemort go nie wykończy, to starość już na pewno.
- Harry – łagodnie zaczęła Ginny. - Nie tylko Dumbledore opiera się Sam-Wiesz-Komu. Jest jeszcze Lupin, Moody, Syriusz i inni. Nawet jeśli Dumbledore'a zabraknie to przecież inni również są dostatecznie wyszkoleni, by zapewnić nam ochronę, przynajmniej dopóki nie będziemy pełnoletni. A potem my przejmiemy pałeczkę, i to my poprowadzimy następne pokolenia do walki z Sam-Wiesz-Kim.
Harry popatrzył na nią zdziwiony. Nigdy nie słyszał takich słów z ust siostry Rona. Zdał sobie sprawę, że Ginny wydoroślała. Już nie była tą płochliwą dziewczynką, która upuszczała wszystko na ziemię ilekroć się pojawiał. Stała przed nim czarownica, która doskonale zdawała sobie sprawę ze zła, jakie szerzy się na świecie i była gotowa z całych sił z nim walczyć.
- Masz rację Ginny. Jest jeszcze jedna sprawa. Oprócz przepowiedni Dumbledore powiedział mi również, że... - tu Harry się zaciął.
- No, wyduś to z siebie – pokrzepiająco uśmiechnął się Ron.
- Powiedział mi, że... - Harry zaklął w myśli. Teraz już wiedział ile trudności sprawiło Dumbledore'owi powiedzenie mu o rodzeństwie. Sam nie wiedział jak ma to oznajmić. Odetchnął głęboko i spróbował jeszcze raz. - Powiedział mi, że mam żyjące rodzeństwo.
Zapadło długie milczenie. Przyjaciele Pottera trawili usłyszaną informację. Pierwszy z szoku otrząsnął się Ron:
- Ale jakim cudem? Chciałem powiedzieć, że gdybyś miał jeszcze jakąś rodzinę, każdy by chyba o tym wiedział prawda? W końcu jesteście Potterami.
- Dumbledore utrzymywał wszystko w tajemnicy. Nikt o nich nie wie poza mną i wami.
- Nieźle nas zaskoczyłeś – stwierdziła Hermiona.
- Wyobrażasz sobie, jak ja się czułem? Z jednej strony się cieszyłem z drugiej bałem się, że to zbyt piękne by było prawdziwe.
- Wiesz o nich coś więcej? - zapytał Ron.
- Znam tylko ich imiona. Cassandra i Connor. Nic więcej nie wiem, Dumbledore stwierdził, że będzie najlepiej jak sam ich zapytam.
- Miał rację – Ginny pokiwała głową. - W końcu od kogo najlepiej się dowiedzieć, jak nie od nich?
- Zaraz! – Hermiona zmarszczyła brwi. - Powiedziałeś „ najlepiej jak sam ich zapytam „. To znaczy, że oni tu przybędą?
- Podobno – odparł Harry. - Dumbledore mówił, że pisał do nich z prośbą o przybycie.
Nagle Ron się roześmiał. Było to tak nieoczekiwane, iż wszyscy popatrzyli na niego jak na psychola. Ale on dostał takiego ataku wesołości, że chwycił się za brzuch i poczerwieniał na twarzy. W końcu Ginny zapytała:
- Można wiedzieć co cię tak bawi?!
- No bo... – zaczął patrząc na Harry'ego rozbawionym wzrokiem. Kiedy się uspokoił dokończył. - Pamiętasz Harry, jak zawsze się dziwiłeś, że trzymam Ginny z daleka od chłopaków i oskarżałeś mnie o to, iż musi się mnie pytać o pozwolenie na jakiekolwiek spotkanie? Nie mogę się doczekać, aby zobaczyć, jak ty będziesz zachowywać się względem swojej siostry.
Kąciki ust Harry'ego drgnęły, ale nim odpowiedział rozległ się oburzony krzyk Ginny:
- JA mam się ciebie pytać o pozwolenie!? Od kiedy niby!?
- Od zawsze! – odciął się rudzielec. - Dopóki nie będziesz pełnoletnia, nie będziesz się z nikim obściskiwała po kątach.
Tym razem to młoda Wesley'ówna się zaśmiała, ale z głupoty brata.
- Chyba sobie żartujesz! Nie masz prawa mi rozkazywać, a jeśli myślisz, że czegokolwiek mi zabronisz to chyba musiałeś przesadzić z nowym winem Mundungusa.
- A właśnie, że mam prawo! Jestem od ciebie starszy! - gniewnie odkrzyknął Ron.
- Starszy może i tak ale to nie znaczy, że mądrzejszy!
Ginny wstała i oparła ręce na biodrach. Ze zmrużonymi oczami i w takiej pozycji Harry'emu dziwnie skojarzyła się z panią Weasley. Podziwiał Rona, że jeszcze ma odwagę o czymkolwiek z nią dyskutować. Rodzeństwo Weasley'ów zaczęło na siebie krzyczeć, aż w końcu Harry i Hermiona zaczęli ich uspokajać. Po kilku minutach wściekła Ginny wyszła z pokoju, a Ron z zadowoloną miną usiadł na łóżku.
- No – powiedział. - Wiedziała, że ze mną nie wygra i odpuściła. Nie będzie robić wszystkiego co jej się podoba. Jest jeszcze za młoda.
Harry i Hermiona szczerze zwątpili w to, czy Ginny posłucha Rona, lecz woleli nie poruszać tego tematu. Zajęli się natomiast dyskusją o tym, jak będzie przebiegać spotkanie rodzeństwa Potter. Harry nie powiedział o tym przyjaciołom, ale odczuwał lęk na myśl, czy się ze sobą dogadają. W końcu nigdy się nie widzieli, więc ciężko sobie wyobrazić, że nagle padną sobie ze łzami w oczach w ramiona. Wiedział, iż na początku nie będzie łatwo, ale liczył na to, że z biegiem czasu znajdą wspólny język. Bądź co bądź byli przecież rodziną. Dyskusja trwała do późnych godzin nocnych, aż w końcu zmęczona Hermiona pożegnała przyjaciół i udała się do swego pokoju na spoczynek. Chłopcy także wzięli prysznic i wskoczyli do ciepłych łóżek. Wkrótce pogrążyli się w głębokim śnie.
