Svope Bardzo przepraszam za krótkie rozdziały :D Na pocieszenie powiem, że początkowe takie są, z potem ich objętość rośnie xD Poza tym mały kąsek sprawia, że rośnie nam apetyt i niecierpliwie czekamy na więcej :P


- Kochanie, musimy jeszcze kupić prezenty dzieciom – niska i pulchna kobieta z siwiejącymi włosami zwróciła się do swojego męża, który stał obok niej z miną cierpiętnika.

- Przecież dostali już od nas prezenty na zakończenie szkoły! - zaprotestował basowym głosem towarzyszący jej mężczyzna.

- Nie wygłupiaj się – żachnęła się kobieta. - Przecież są ich urodziny.

- No i co z tego? Nie uważasz, że trochę ich rozpieszczasz? Skończy się na tym, że wyrosną na rozpieszczonych gówniarzy.

- Wyrażaj się! - krzyknęła kobieta. - Nie jesteśmy w domu! Wokół pełno ludzi!

Jednak mężczyzna tylko wymamrotał coś pod nosem i poszedł za żoną w stronę centrum handlowego. Przemieszczali się ze sklepu do sklepu szukając prezentów. Wąsaty mężczyzna miał już dosyć tych tortur, jakimi poddawała go małżonka i powiedział, że to ostatni sklep, z którego coś wezmą albo dzieci w tym roku nic nie dostaną. Kobieta widząc, iż jej mąż mówi całkowicie poważnie zdecydowała się w końcu na dwie Błyskawice oraz zestawy czyszczące do nich. Kiedy wyszli mężczyzna gniewnie powiedział:

- 7200 galeonów! Czy ty aby nie przesadzasz Annie?

- Ostatnio zrobił się z ciebie straszny sknera! - wypomniała mu.

- Ostatnio nie mieliśmy długów i miałem pracę! - wykrzyknął mężczyzna. - Dobrze wiesz, że mój wybór na Ministra Magii jest naszą ostatnią deską ratunku. W przeciwnym razie czeka nas bruk! A ty szastasz naszymi ostatnimi oszczędnościami na prawo i lewo!

- Przecież moi rodzice nas wspierają!

- Tak, i za każdym razem twoja matka nie może powstrzymać się od komentarzy o tym, jaki ze mnie nieudacznik!

- Przesadzasz - stwierdziła Annie i pociągnęła męża do sklepu mięsnego, by kupić coś na obiad.

Zakupy trwały jeszcze jakiś czas. W końcu małżeństwo opuściło miasteczko i wracało bezdrożami do domu, obładowane pakunkami. Po drodze ciągle się sprzeczali. Żadne z nich nie zauważyło dwójki postaci, podążających za nimi krok w krok.

Kobieta i mężczyzna weszli do domu zdyszani. Rzucili pakunki na kuchenny stół i w tej samej chwili zbiegli dwaj chłopcy. Przywitali się z rodzicami oraz ujrzawszy prezenty, rzucili się na nie jak drapieżne wilki. Mężczyzna przyglądał się temu sceptycznie, lecz nie powiedział ani słowa. Nastolatkowie wzięli swoje miotły i ruszyli w kierunku ogrodu, chcąc je wypróbować. Usłyszeli jeszcze głos ojca nakazujący im nie oddalać się zbytnio od domu.

W tym samym czasie mężczyzna z długimi, jasnymi włosami przypatrywał się dwupiętrowemu mieszkaniu. Jego szare i zimne oczy pokazywały, że jest rozdrażniony. Czarnowłosa kobieta stojąca obok niego, co jakiś czas śmiała się ironicznie i przestępowała z nogi na nogę, sprawiając wrażenie niezmiernie podnieconej. Jej czarne oczy były utkwione w dwójce postaci szybujących na miotłach. Wyciągnęła wykrzywioną różdżkę i celując w chłopców wymawiała zaklęcie, lecz powstrzymała ją dłoń towarzysza:

- Jeszcze nie, Bella! - warknął.

Bellatrix prychnęła i z niechęcią opuściła patyk. Jej wrodzona niecierpliwość strasznie denerwowała jasnowłosego, ale nic nie mógł z tym zrobić. Mimo że to on dowodził całą akcją obawiał się, iż jego szwagierka nie będzie współpracować. Zawsze wszystko robiła po swojemu i nie słuchała nikogo prócz ich pana. Tylko jego bała się na tyle, aby ze wszystkich sił próbować pohamować jej mordercze instynkty. Miało to też swoje dobre strony. Często siała strach w szeregach wrogów i dekoncentrowała ich, przez co przechylała szalę zwycięstwa na ich stronę. Ale dzisiejsza akcja była inna. Nie chodziło w niej o to by zabić, lecz uprowadzić, więc Lucjusz obawiał się czy Bella jest odpowiednią osobą do tego zadania. Ale takie było życzenie Czarnego Pana, więc nie miał nic do gadania. Na szczęście miał też kilkoro innych towarzyszy. Wszyscy czekali cierpliwie, aż Słońce znikło za horyzontem i wtedy Lucjusz kiwnął głową na znak, iż czas zaczynać. Śmierciożercy wyszli z cienia i stanęli na ulicy, rozpoczynając piekło w tej spokojnej okolicy. Nie minęło nawet pół minuty, a większość budynków już stała w ogniu oraz zewsząd dało się słyszeć spanikowane krzyki. Lucjusz uśmiechnął się paskudnie. Uwielbiał to. Kochał obserwować, jak na ich widok ludzie uciekali wrzeszcząc i błagając o ratunek. Sprawiało to, że czuł się kimś ważnym, kimś kto ma coś do powiedzenia. Podniecała go myśl o sobie w roli sędziego dla tych wszystkich przerażonych osób. Wyciągnął różdżkę i zaklęciem Incendio podpalił jakąś kobietę. Jej pełen agonii krzyk był jak muzyka dla jego uszu. Jednak nie wszyscy zamierzali tak ginąć. Zaatakowani dzielnie walczyli ze śmierciożercami, chociaż wiedzieli, że są bez szans. Kątem oka pan Malfoy zauważył, jak jego szwagierka rzuca Cruciatusy na dwójkę może ośmioletnich dzieci. On sam natomiast wycelowawszy różdżką w wysoki budynek krzyknął, Bombarda Maxima. Konstrukcja wybuchła z ogłuszającym hukiem. Tony gruzu spadały na nich, lecz zaklęcie tarczy bez problemu sobie z nimi radziło. Siejąc zamęt, śmierć i zniszczenie poplecznicy Czarnego Pana zbliżali się w stronę czerwonego, dwupiętrowego domu.

W momencie, gdy zaczął się atak na wioskę, Annie i jej mąż przygotowywali kolację. Głośny huk sprawił, że talerze wysunęły się z rąk pani domu, a jej mąż przeklął siarczyście. Wyjrzał przez okno i gwałtownie zbladł. Szybko pobiegł na piętro, skąd wyciągnął wielki dębowy łuk oraz kołczan. Zszedł na dół i rzucając żonie krótkie „ Sprowadź chłopców „ wybiegł przez drzwi frontowe. Na jego szczęście miejsce, gdzie mieszkali otoczone było gęstym lasem, tak więc mógł się bezpiecznie ukryć. Wyjął jedną strzałę, machnął nad nią różdżką i wystrzelił ją w najbliższego agresora. Ledwie strzała dotknęła jego piersi, eksplodowała sprawiając, że ciało nieszczęśnika rozerwało się na małe kawałki. Śmierciożercy widząc to zaczęli szukać winnego, lecz przez ciemności nic nie mogli dostrzec. Świst. Druga strzała i drugi huk. Czarnowłosa kobieta zaczęła coś mówić, lecz z tej odległości nic nie słyszał. Napiął łuk z zamiarem posłania kolejnej wybuchającej niespodzianki, ale nagle zniknęli z pola widzenia. No tak pomyślał z przekąsem. Zaklęcie kameleona. No dobra łajzy, zobaczymy kto jest sprytniejszy. Zarzucił łuk na ramię i wyciągając różdżkę szepnął:

- Ostendinvis*

W różnych miejscach ulicy zaczęły świecić malutkie punkciki. Ach, więc tam jesteście rzucił w myślach. Skierował patyk na najbliższy punkcik i wyszeptał:

- Drętwota!

Rozległ się jęk i nieprzytomne ciało ukazało się na poboczu. Nagle zakamuflowane postacie znów się ukazały i podbiegły do nieprzytomnego towarzysza. Celowali różdżkami we wszystkie strony, lecz nie widzieli napastnika. A tymczasem mężczyzna już szykował kolejną strzałę, gdy nagle poczuł różdżkę wbijającą mu się w plecy.

- Nawet nie próbuj staruszku.

Jasna cholera! No to tyle z działania po kryjomu. pomyślał, po czym obrócił się i grzmotnął stojącą za nim postać pięścią w nos. Mężczyzna zatoczył się, a łysiejący mężczyzna rzucił w jego kierunku zaklęcie ogłuszające. Pozostali widząc, gdzie ukrywa się wróg ciskali w niego klątwami. Chowając się za drzewem rzucał na oślep zaklęciami. Gdy tuż obok niego eksplodowało drzewo zrozumiał, że czas zmienić kryjówkę. Machnął różdżką, a liście z drzew pospadały, zasłaniając widok poplecznikom Voldemorta. Mężczyzna tymczasem schował się za niewielkim pagórkiem i cisnął zaklęciem tnącym w jednego wroga. Trafił, lecz znowu zdradził swoją kryjówkę. Myśląc, iż nie ma sensu dalej się ukrywać, rzucił zaklęcie tarczy i stanął z dwójką śmierciożerców twarzą w twarz. Wybuchła walka. Staruszek powalił jednego nieprzyjaciela, ale jego towarzysz użył na nim zaklęcia tnącego, które trafiło go w prawy bark. Syknął z bólu, lecz nie poddawał się. I kiedy był już bliski zwycięstwa rozległ się krzyk:

- Tato!

Mężczyzna obrócił się i zobaczył Bellatrix i Lucjusza, trzymających w żelaznym uścisku jego żonę i dwójkę synów. Uśmiechali się do niego szyderczo:

- Poddaj się, albo zaraz zobaczymy jak wyglądają w środku! – krzyknęła Bellatrix takim głosem, jakby miała nadzieję, że mężczyzna nie spełni jej żądania.

Wściekły rzucił różdżkę oraz łuk na ziemię. W tym samym czasie Lucjusz Malfoy wycelował w niego różdżką sprawiając, że grube liny owinęły mu ręce i nogi. Na jego twarzy widniał uśmiech tryumfu i z nienawiścią wpatrywał się w swojego więźnia.

- Nie krzywdź ich – rzekł. - Puśćcie ich wolno, oni nic złego nie zrobili.

- Ale ty zrobiłeś – rzekła Bellatrix szaleńczym tonem. - Zabiłeś naszych towarzyszy. Oni też byli ojcami i mężami, a ty pozbawiłeś ich życia. Ich żony i dzieci nie wybaczyliby nam tego, że ich nie pomściliśmy. - Bella mówiła tak słodkim tonem, że staruszek poczuł mdłości. A potem bez żadnego ostrzeżenia doskoczyła do jego syna i poderżnęła mu gardło.

Annie wrzasnęła i zaczęła przeklinać kobietę, która zaśmiała się jak opętana. Mężczyzna poczuł, jak ciemnieje mu przed oczami, a w jego żyłach płynie istny ogień furii. Wydarł się na całe gardło:

- Ty dziwko! Zatłukę cię jak psa!

- Oj, Oj – cmoknęła Bella. - Nieładnie tak mówić do dam. Myślę, że druga lekcja powinna cię tego nauczyć - mówiąc to, rzuciła zaklęcie uśmiercające na drugiego chłopca.

Annie zemdlała, a staruszek czuł jak łzy spływają mu po twarzy. W sercu grasował potworny ból i rozpaczliwie starał się uwolnić z więzów. Jego marzenia o zostaniu Ministrem, o sławie oraz godnym życiu nagle legły w gruzach. Teraz pragnął tylko jednego. Rozszarpać Bellatrix Lestrange. Sprawić jej niewyobrażalny ból. Lecz więzy, którymi był skrępowany nie popuszczały nawet trochę. Kompletnie nic nie mógł zrobić. Tymczasem Lucjusz ocucił jego żonę. Matka, która właśnie straciła swoich synów, ledwo stała na nogach spazmatycznie szlochając. Bella patrzyła na nią z obrzydzeniem.

- Jesteście tacy słabi. Aż trudno uwierzyć, że jesteście czystej krwi. Dobrze, że chociaż smarkacze nie przedłużą już waszego rodu.

Bella mówiła to prosto w twarz szlochającej kobiecie. Gdy skończyła, oczy Annie rozbłysły wściekłością. Z głośnym rykiem wyrwała się trzymającemu ją Lucjuszowi i rzuciła na Bellatrix. Śmierciożerczyni nie zareagowała w porę, i nim się obejrzała leżała na ulicy ze złamanym nosem i sińcem pod okiem. Lecz natychmiast pan Malfoy z ocalałym towarzyszem pochwycili ją, odciągając od Belli. Lestrange podniosła się dygotając z wściekłości, i w przypływie szału rzuciła na kobietę zaklęcie Cruciatus. Rozdzierający krzyk przeszył cichą ulicę. Annie miotała się powalona niewyobrażalnym bólem. Patrzący na to jej mąż krzyknął do Lucjusza:

- Przestańcie do cholery! Wyżywajcie się na mnie nie na niej.

Bellatrix odwróciła się do niego. Jej oczy sprawiały wrażenie, jakby kompletnie straciła rozum. Skierowała na mężczyznę różdżkę.

- Jak śmiesz mi rozkazywać! - krzyknęła. - Stary psie! Avada...

Mocny chwyt Lucjusza uniemożliwił jej dokończenie zaklęcia. Teraz on patrzył na szwagierkę z furią.

- Zwariowałaś?! - wrzasnął. - Czarny Pan chce go żywego! Trup na nic mu się nie przyda. Kończ z tą babą i spadamy.

Bellatrix znowu popatrzyła na Annie. Wyjęła nóż i dźgnęła ją w brzuch. Oczy kobiety zaszły mgłą, ale Lestrange nie zamierzała na tym poprzestać. Z furią zadawała kolejne ciosy, aż całe ciało kobiety wyglądało jak ser szwajcarski. Natomiast mężczyzna patrzył na to wszystko, z rozpaczy nie mogąc poruszyć nawet palcem. W jednej chwili stracił wszystko. Rodzinę, marzenia, wolność. Śmierciożercy podnieśli go, a Lucjusz wyszeptał mu do ucha:

- A teraz zapraszamy na kolację do Czarnego Pana.

Śmierciożercy wraz z więźniem zniknęli, zostawiając za sobą płonące budynki, strach i bardzo dużo śmierci.