mal92 Miło, że lubisz postać Connora :) Ja też go lubię i zgadzam się, że w początkowych rozdziałach może wydawać się trochę „za bardzo", lecz później wszystko wraca do normy :) Co według Ciebie męska postać literacka mieć powinna? :D Dziękuję za komentarz! :)


Weszli przez bramę i stanęli na wybrukowanej ulicy, od której odchodziły pomniejsze przejścia. Szli przed siebie. Dumbledore rozglądał się ciekawie dookoła. Był tu sklep z różdżkami, apteka, sklep odzieżowy i wiele innych. Całość do złudzenia przypominała Ulicę Pokątną. Tłumy ludzi załatwiających swoje sprawy wymijały ich, nie poświęcając im zbytniej uwagi. Niektórzy kiwali głową Potterowi, lecz nikt ich nie zaczepił. Doszli do schodów i weszli na górę. Tutaj nie było już tak tłoczno, jak piętro niżej. W zasadzie znajdowały się tutaj same budynki mieszkalne. Przechodzili, klucząc między nimi. Albus dziwił się, że nigdy nie słyszał o tym miejscu. Wszystko tutaj wydawało mu się nierealne, oderwane od rzeczywistości. Ludzie zachowywali się, jakby nie zdawali sobie sprawy, że gdzieś tam czyha najgroźniejszy czarnoksiężnik wszech czasów. Dwie staruszki spokojnie rozmawiały o jutrzejszym obiedzie, a dwaj starsi panowie grali w szachy przed domem. Idący obok starca Connor nagle stanął i odezwał się:

- Miasto ma cztery poziomy. Pierwszy to dzielnica handlowa. Znajdują się tam najróżniejsze sklepy oraz knajpy. Co więcej, mamy również kina, teatry oraz pływalnie. Drugi poziom to dzielnica mieszkalna. Rezydują tu wszyscy mieszkańcy. Poziom trzeci to kwatery żołnierzy. Znajdują się tam place ćwiczebne oraz szkoła magii. Czwarty poziom to siedziba władcy miasta i przywódcy Cieni.

- Cieni? - zapytał Dumbledore.

- To organizacja, o której mówiłem na zebraniu Zakonu. Właśnie ich pomoc panu proponowałem. Cienie to bardzo stara grupa czarodziei, której zadaniem jest utrzymywanie bezpieczeństwa na świecie. Ze wszystkich sił walczą ze złem. Nie robią tego jednak tak jak aurorzy lub chociażby Zakon. Nic z tych rzeczy. My wolimy działać po cichu i kryć się w mroku. Uderzamy znienacka, najczęściej wtedy, gdy wróg wcale się nas nie spodziewa. Dzięki temu zyskujemy przewagę. Potem zacieramy wszystkie ślady naszej obecności i wracamy tutaj. Ten zabieg sprawia, że jesteśmy jedną wielką tajemnicą dla władz czarodziejskich, co oczywiście bardzo nam odpowiada. Nie dzielimy się naszymi sekretami z obcymi. Pan także nie pozna wszystkich naszych tajemnic. Mogę panu dać jedynie ogólne informacje, które pozwolą panu trochę nas poznać.

- Czy ty też należysz do tej organizacji?

- Oczywiście. Hirohiko był jej przywódcą zanim zmarł.

- Nic mi o tym nie mówił - odpowiedział Dumbledore. - Znałem go tyle lat i nic nie wiedziałem.

- Jak już mówiłem, Cienie nie dzielą się swoimi sekretami z obcymi. Zbliżamy się do kwater żołnierzy.

Znowu weszli po schodach i skierowali się naprzód. Po chwili ich oczom ukazała się olbrzymia arena, na której stało kilkaset osób wymachując mieczami. Między nimi przechodzili nauczyciele, wydając polecenia i poprawiając ewentualne błędy. Dumbledore zewsząd słyszał okrzyki:

- Pamiętaj o blokowaniu!

- Parada!

- Piruet i mocne cięcie z lewej!

- Niewiarygodne - szepnął starzec.

- To dopiero uczniowie - wyjaśnił Connor. - Członkowie Cieni mają siedzibę w tej wielkiej wieży, górującej nad miastem. Na tym placu uczymy walki wręcz, walki mieczem oraz strzelania z łuku. Nieco dalej znajduje się miejsce, na którym uczymy zaklęć. Chce pan zobaczyć?

Dumbledore skinął głową, więc Connor skręcił w lewo i poprowadził go między budynkami. Po pewnym czasie doszli do drugiego placu, nieco mniejszego od poprzedniego. W przeciwieństwie do tamtego, ten był kwadratowy i były na nim poustawiane manekiny. Uczniowie rzucali na nie zaklęcia. Dumbledore widział wiele młodych twarzy z uniesionymi różdżkami, z których wylatywały różnokolorowe promienie.

- Tutaj uczniowie ćwiczą zaklęcia bojowe. Uczymy ich wszystkiego. Nawet czarnej magii i Zaklęć Niewybaczalnych. W przeciwieństwie do Hogwartu, tu kryteria zaliczenia roku są ostrzejsze. Aby przejść do następnej klasy trzeba umieć wszystkie zaklęcia z obecnego poziomu. Jeśli ktoś nie umie rzucić choćby jednego nie przechodzi dalej. Dzięki temu mamy pewność, że w walce przyszli członkowie naszej organizacji będą do czegoś przydatni. Naprawdę panie Dumbledore, jesteśmy niezwykle potężni.

- Widzę - odpowiedział dyrektor.

Większości zaklęć, które rzucali uczniowie nie znał nawet on sam. Ze zdumieniem przypatrywał się ćwiczącym, którzy teraz stanęli naprzeciwko siebie w parach. Z różdżki jednego z nich wyleciał biały promień, a jego kolega zaczął się nagle szaleńczo drapać. Nie przestawał, dopóki ich nauczyciel nie ściągnął zaklęcia. Dumbledore był tak oczarowany, że nie zauważył jak Connor przeszedł dalej. Zorientował się szybko i po chwili dogonił chłopaka.

- Więc jak, panie Dumbledore? - zapytał Connor. - Przyjmuje pan pomocną dłoń? Cienie będą ochraniać uczniów Hogwartu, a w zamian będziemy mieć pełny dostęp do informacji o Voldemorcie, jakimi dysponuje Zakon.

- Najpierw chciałbym poznać przywódcę tej organizacji.

- Rozmawia z nim pan odkąd się tutaj znaleźliśmy - Connor zaśmiał się z miny Dumbledore'a. - Tak panie Dumbledore. To ja jestem przywódcą Cieni. Również ja władam tym miastem.

- Jak to możliwe? - zapytał zszokowany Dumbledore.

- Po śmierci Hirohiko przejąłem jego obowiązki. Z początku nie było łatwo. Każdy uważał mnie za dzieciaka, który nie poradzi sobie z tak odpowiedzialną funkcją. Ale widzi pan, mnie łatwo jest nie docenić.

- Nie spodziewałem się tego.

- Rozumiem. Jednakże nikt nie może znać o mnie prawdy. Nie lubię rozgłosu.

- Czy gdybym zgodził się na twoją ofertę, ty również zjawiłbyś się w Hogwarcie?

- Myślę, że tak. Jednak nie w roli zwykłego ucznia, tylko jako członek ochrony.

- Hmm – zastanowił się Dumbledore. - No cóż, wygląda na to, że nie mam wyboru. Skoro ty ręczysz za swoich ludzi, mnie to wystarczy. Tak, jestem skłonny przyjąć twoją ofertę.

- A więc od tej chwili nie będzie mi pan zabraniał brania udziału w naradach Zakonu?

- Tobie nie. Ale jeśli chodzi o Harry'ego, to nie mogę ci nic obiecać.

- Rozumiem - Connor skinął głową, po czym wyciągnął rękę. - Więc jak? Zawieramy umowę?

Dumbledore uścisnął mu rękę. W tym momencie cieniutka, złota nić oplotła ich dłonie, po czym zniknęła. Dumbledore zapytał:

- Co to było?

- To tylko środek ostrożności. Zobowiązał się pan do nieujawniania tego, kto jest przywódcą Cieni oraz kim są Cienie. To coś na kształt Wieczystej Przysięgi z tym, że działa również po śmierci którejkolwiek ze stron.

- A co się stanie jeśli ją złamię?

- Wtedy pan umrze - odpowiedział Connor. - Ale chyba mogę liczyć na pańską dyskrecję, prawda?

Dumbledore skinął głową. Teraz wiedział już na pewno, że najstarszy Potter nie jest człowiekiem, którego można trzymać na dystans. Nie, to był ktoś z kim nawet on musiał się liczyć. Ten młodzieniec imponował Dumbledore'owi na każdym kroku. Dyrektor raz jeszcze rzucił okiem na plac ćwiczebny. Był teraz opustoszały.

- Mam jeszcze jedno pytanie - rzekł starzec.

- Tak? - Connor spojrzał na niego.

- Czy zamierzasz powiedzieć Harry'emu i Cassie o tym kim jesteś?

- Chwilowo nie muszą tego wiedzieć - odrzekł chłopak. - Nie wątpię, że z biegiem czasu sami odkryją prawdę. Jednakże teraz niech będzie tak jak jest. To co dyrektorze? Wracamy?

- Tak poza tym, skąd umiesz teleportację?

- Umiem wiele rzeczy - odparł chłopak.

- Naprawdę? -uśmiechnął się Dumbledore.

- Tak naprawdę, zresztą... - Connor zamyślił się. - Zresztą może pan sam sprawdzić.

- Jak?

Connor ruchem głowy wskazał na plac ćwiczebny i odparł:

- Może mały pojedynek? Wypróbuje pan kilka z moich umiejętności.

- Eee... - propozycja Connora zbiła Dumbledore'a z pantałyku. - Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.

- No dalej - zachęcał go Connor, wyjmując różdżkę i wchodząc na plac. - Walka z panem to będzie zaszczyt. Nie każdy ma okazję walczyć z samym Albusem Dumbledore'm.

- No dobrze - odparł Dumbledore wchodząc na plac i wyciągając różdżkę. - Jakie zasady?

- Walczymy do pierwszego upadku - odpowiedział Connor. - Wszystkie chwyty dozwolone, prócz Zaklęć Niewybaczalnych.

- Zgoda - Dumbledore ustawił się w pozycji bojowej. Chłopak spojrzał na zegarek.

- Za chwilę w szkole będą dzwonić na kolację. Zaczniemy kiedy trzecie uderzenie dobiegnie końca. Kolacja trwa dwadzieścia minut. Jeżeli po tym czasie żaden z nas nie padnie uznajemy, że jest remis.

Albus skinął głową. Obaj stali, mierząc w siebie różdżkami i krążąc dookoła siebie niczym dwa lwy. W skupieniu obserwowali przeciwnika, kreśląc w myślach możliwe scenariusze. BANG! Pierwsze uderzenie dzwonu. Connor obserwował postawę starca i dobierał zaklęcia. Dumbledore robił dokładnie to samo. Żaden z nich nie miał zamiaru dać drugiemu szansy. Najpotężniejszy czarodziej na świcie i szesnastoletni chłopiec coraz niecierpliwiej oczekiwali rozpoczęcia pojedynku. BANG! Drugie uderzenie. Dumbledore zaczął przypominać sobie walkę, jaką przed laty stoczył z Grindelwaldem. Myślał, czy używać bardziej zaawansowanych zaklęć, czy jednak mieć na uwadze to, że jego przeciwnik to nastolatek. Ale przypomniał sobie niedawne słowa Connora:

- Ale widzi pan, mnie łatwo jest nie docenić.

Postanowił, że użyje całej swojej mocy. Z tego co wyczytał z oczu przeciwnika, on również nie zamierzał się z nim cackać. Cały świat nagle przestał dla nich istnieć. Liczyło się tu i teraz. Plac i druga osoba naprzeciwko, to obecnie zaprzątało wszystkie ich myśli. BANG! Trzecie uderzenie. Obaj czarodzieje równocześnie przystąpili do ataku. Dumbledore uniósł brwi na widok tego, że Connor używał magii niewerbalnej. Z obu różdżek poleciały promienie, które odbiły się o siebie i uderzyły w pole ochronne, które wcześniej wyczarowali. Dumbledore przystąpił do natarcia i zasypywał Pottera gradem zaklęć, nie dając mu czasu na kontrę. Connor z łatwością blokował wszystkie ataki. Po pewnym czasie chłopak wyczarował gęsty czarny dym, w którym zniknął. Dumbledore machnięciem różdżki rozproszył opary, ale Connora nigdzie nie było. „ Zaklęcie kameleona" pomyślał starzec. Rzucił zaklęcie Ostendinvis i zobaczył, że mały, świecący punkcik odskakuje na jego lewą stronę. Rzucił tam zaklęcie spowalniające, lecz zostało ono odbite. Potter znowu się pokazał i tym razem on rozpoczął serie. Dumbledore z podziwem mu się przypatrywał. „ Co za szybkość „ myślał. „ Muszę coś wymyślić, inaczej będzie źle. „. Zauważył, że tuż za placem leży sterta kamieni. Wyczarował silniejszą tarczę, a potem machnął różdżką w stronę gruzu. Odłamki poszybowały na chłopka, który uskakiwał przed nimi kocimi ruchami. Jednak ta chwila przerwy wystarczyła Albusowi. Machnął różdżką, a z ziemi wystrzeliły pnącze, które oplotły się wokół nóg chłopaka. Runął na ziemię, a Dumbledore rzekł z uśmiechem:

- No cóż, to chyba koniec.

Jednak Connor tylko się uśmiechnął, a po chwili stała się rzecz dziwna. Ciało Connora zaczęło stawać się przezroczyste, aż w końcu znikło zupełnie. Albus wiedział co to oznacza. „ Klon. Musiał wyczarować go w tym dymie. „ powiedział w myślach. Równocześnie usłyszał za sobą jakiś ruch i błyskawicznie się odwrócił. W jego stronę poleciał gwałtowny podmuch wiatru. Udało mu się ustać na nogach, lecz czuł, że siły powoli go opuszczają. Connor tymczasem zrobił różdżką dziwne znaki, a z końca patyka wystrzelił wielki smok z ognia. Bestia natarła na Albusa, jednakże ten znowu odskoczył. Miotał się po całym placu unikając ataków potwora. Zauważył fontannę pod jednym z drzew i machnął w jej stronę różdżką. Pionowy słup wody wystrzelił ze zbiornika. Starzec kolejny raz machnął patykiem, a słup zaczął formować się w kształt olbrzymiego feniksa. Wodny ptak natarł na smoka, kończąc jego istnienie. Kiedy opadła para wodna dwaj czarodzieje nadal celowali w siebie różdżkami. Byli cali spoceni oraz ciężko dyszeli, lecz żaden nie miał zamiaru się poddać. W końcu Connor krzyknął:

- Widzę, że jednak ludzie nie przesadzają nazywając pana wielkim czarodziejem! Jeszcze nikt nie wytrzymał ze mną tyle czasu!

- To samo mogę powiedzieć o tobie! - odkrzyknął Dumbledore. - Masz zadziwiające umiejętności, nawet jak na Pottera.

- Lata praktyk! - odparł tamten i zaszarżował.

Kolorowe promienie znowu zderzyły się między sobą. Connor znowu rzucił zaklęcie klonowania. Dwóch dodatkowych Potterów próbowało okrążyć Dumbledore'a, lecz starzec był na to przygotowany. Machnął różdżką i pnącze, które wcześniej złapały poprzedniego klona, teraz ścigały kolejnych. Natomiast Albus zajął się oryginałem. Obydwaj, mimo ogromnego zmęczenia walczyli dzielnie z nadzieją wygranej. „ Niesamowite. „ mówił w myślach Dumbledore. „ Nawet z Tomem nie miałem takich problemów. „. Młody chłopak walczył z nim jak równy z równym. Jednak walczył z rozsądkiem. Nie atakował na oślep, tylko czekał na jego ruch i próbował wykorzystać jego atuty przeciw niemu. Dokładnie obmyślał każdy krok, nim przystąpił do ataku. Kiedy mieli już znowu ruszyć na siebie, potężne uderzenie dzwonu obwieściło koniec kolacji. Obaj czarodzieje opuścili różdżki i ciężko dysząc, ukłonili się przeciwnikowi. Connor podszedł do Dumbledore'a, przy okazji przywołując dwie butelki wody:

- Więc jak? - zapytał chłopak. - Nadal wątpi pan w umiejętności Cieni?

- Teraz już ani trochę - odparł Dumbledore. - Z radością powitam was w Hogwarcie.

- Świetnie - ucieszył się Potter. - W takim razie odpocznijmy chwilę i wracajmy.

Siedli na ławce w pobliżu placu nabierając sił. Dumbledore zaczął rozmowę:

- Wiesz, niektóre z zaklęć, którymi mnie potraktowałeś były czarnomagiczne.

- Zgadza się - odparł Connor wyciągając papierosa. Dumbledore zmarszczył brwi na ten widok, ale nic nie powiedział. Po chwili milczenia starzec znów podjął.

- Nie boisz się używać czarnej magii?

- A czego mam się bać? Czarna magia nie zabija.

- Jednak Tom Riddle również się nią fascynował i zobacz do czego to doprowadziło.

- Jest pan dziś drugą osobą, która przyrównuje mnie do Voldemorta - zaśmiał się Connor. - Niech pan się nie martwi. Wiem, że w praktykowaniu czarnej magii istnieje pewna granica, której nie należy przekraczać. I ja nie mam zamiaru tego robić.

- Nie boisz się, że stracisz nad tym kontrolę? Podczas pojedynku zauważyłem, że masz bardzo wielką moc. Ale z wielką mocą wiąże się również wielka odpowiedzialność.

Potter nic nie odpowiedział, aż nagle Dumbledore zadał nieoczekiwane pytanie.

- Zabiłeś kiedyś kogoś?

- Kilku śmierciożerców - odparł Connor po chwili. - Oni nie zasługują na nic innego niż śmierć.

- Voldemort ma takie samo podejście do ludzkiego życia - zauważył Albus.

- Nie - zaprotestował Connor. - Voldemort odbiera każde życie, niezależnie czy to przyjaciel czy wróg. Ja natomiast zabijam tylko wrogów, a przyjaciół chronię.

- Jednakże, jeśli zbyt bardzo zaangażujesz się w czarną magię możesz widzieć w przyjaciołach wrogów. Pomyślałeś o tym kiedyś?

Potter znowu milczał, a tymczasem Dumbledore ciągnął:

- Wiesz dlaczego Tom Riddle stał się tym kim się stał?

- Bo jest psycholem i myśli tylko o tym, jak zawładnąć światem.

- Nie – odrzekł Dumbledore, kiwając przecząco głową. - Właśnie, że nie. To inni ludzie wyrobili sobie o nim takie zdanie. Ale prawda jest zgoła odmienna. Widzisz Connor, Tom Riddle był najlepszym uczniem w Hogwarcie. Przeuroczy chłopak. Zawsze pomocny i miły, posiadał wręcz arystokratyczne maniery. Nauczyciele rozpływali się nad jego umiejętnościami. Wiesz, że zdobył Wybitnego na wszystkich sumach, które zdawał? Miał swoje marzenia. Voldemort uczył się w Hogwarcie w czasach, kiedy świat terroryzował Gellert Grindelwald. Wiesz, co Voldemort chciał robić po ukończeniu szkoły? Chciał posiąść tak wielką moc, aby go pokonać. Ale nie chciał zająć jego miejsca, o nie. Pragnął zostać Ministrem Magii. Kimś, kto ma dość władzy, by przeciwstawić się terrorowi i zapewnić swoim podwładnym bezpieczne i spokojne życie. Kiedy opuścił Hogwart uważał, że ma już dość siły, aby pokonać Gellerta. Wyzwał go na pojedynek, który oczywiście przegrał. Widzisz Connor, Grindelwald lubił pomęczyć trochę pokonanego przeciwnika. Nie mam tu na myśli torturowania. Jego ulubionym zajęciem było wmawianie pokonanemu, że jest kompletnie do niczego i nic w życiu nie osiągnie. To samo zrobił z Tomem Riddlem. Jednakże Tom miał zbyt wysokie mniemanie o sobie. Po słowach Grindelwalda poprzysiągł mu, że kiedyś go pokona i sprawi, że nikt nie będzie o nim pamiętał. Zaczął studiować czarną magię jeszcze intensywniej niż wcześniej. Uczył się od najlepszych czarnoksiężników na całym świecie. Aż w końcu przestał panować nad tym co robi. Jego chorobliwa obsesja upokorzenia Grindelwalda pchała go do coraz pilniejszego zgłębiania tajników tej zakazanej dziedziny. W końcu utracił nad sobą kontrolę. Kiedy bez trudu pokonywał popleczników Grindelwalda oraz widział, jak ci boją się go, zaczął myśleć, iż przecież to on może władać światem. Skoro wzbudzał strach w tych, którzy niegdyś pokonywali go bez problemu, może także wzbudzać go w innych ludziach. I tak zaczął działalność jako Lord Voldemort. W międzyczasie pokonałem Grindelwalda i złamałem jego potęgę. Myślę, że Tom Riddle nigdy mi tego nie darował. To z pewnością jest jeden z powodów, dla których czyha na moje życie.

- Tak czy siak miałem rację - odparł Connor patrząc na Albusa. - Stał się taki, bo pragnął rządzić.

- Nie rozumiesz chłopcze - powiedział Albus. - To nie żądza władzy tak go zmieniła. Zmieniła go jego wielka moc. Chęć władania światem przyszła później, już po tym, jak stał się mordercą bez skrupułów. Czarna magia, którą studiował pochłonęła całą jego duszę. Zasadziła w nim ziarno nienawiści, które rozrosło się pod wpływem upokorzenia, jakie zaserwował mu Grindelwald. Gdyby wtedy oszczędził Tomowi szyderstw, być może ten przełknąłby gorycz porażki i zajął się czymś innym. Jednakże Voldemort był zbyt dumny, a poza tym fascynowało go to, z jaką łatwością idzie mu opanowywanie zaklęć, których niewielu potrafiło opanować. Tak Connorze, wielka moc to zarówno błogosławieństwo, jak i przekleństwo. To tak jakbyś stał nad przepaścią otoczony przez gęstą mgłę. Wszystko zależy od tego, gdzie postawisz kolejny krok. Jeśli obierzesz dobry kierunek uratujesz siebie, jeśli nie, przepadniesz.

- Rozumiem, co pan chce mi przekazać - powiedział Connor, wyrzucając niedopałek. - Chce pan powiedzieć, że mimo tego, iż panuję nad swoją mocą dzisiaj, nie znaczy to, że będę panował nad nią jutro?

- Otóż to - Dumbledore pokiwał głową. - Czarna magia to naprawdę niebezpieczna rzecz. Możesz nie wiem jak bardzo ją kontrolować, ale zawsze, choćby podświadomie będziesz chciał wykorzystać ją do własnych celów. I robisz to. Zabijasz ludzi. Tłumaczysz sobie, że to twoi wrogowie, ale tak naprawdę w jakimś zakamarku twojej duszy, czai się ziarenko nienawiści do ludzkiego życia zasadzone właśnie przez czarną magię. Uważasz, że skoro ją umiesz, jesteś lepszy od innych. Pozostaje mieć tylko nadzieję na to, że w przyszłości nikt nie sprawi, że to ziarenko wykiełkuje tak jak u Voldemorta.

- Jednakże śmierciożercy nie zawahaliby się mnie zabić. Albo ja albo oni. Tak to już jest na wojnie. Nie można uniknąć zabijania.

- To okazanie łaski, nawet najgorszemu wrogowi jest dowodem wielkiej mocy, a nie liczba żyć, które ona pochłonie.

- Mogę zadać panu pytanie? - Connor podniósł na niego wzrok.

- Pewnie.

- Co robicie ze złapanymi śmierciożercami?

- Zamykamy ich do więzienia - odparł Dumbledore.

- No właśnie. Zamykacie ich do więzienia, z którego i tak prędzej czy później uciekną oraz dalej będą służyć Voldemortowi. A wy znowu ich złapiecie i kolejny raz historia się powtórzy. Jeżeli ich zabijam, to przynajmniej mam pewność, że już więcej nie wrócą. Proszę pana, doceniam pańską troskę o moją równowagę moralną, ale naprawdę nie zamierzam podnosić ręki na nikogo innego prócz tych brudnych śmierciojadów.

- Jak chcesz - westchnął dyrektor. - Nie mam uprawnień, by ci rozkazywać. Ale bardzo cię proszę, przemyśl dokładnie wszystko co ci powiedziałem.

Connor skinął głową. Wstali z ławki i chłopak wystawił rękę, którą Dumbledore chwycił. Znowu znaleźli się w kuchni na Grimmauld Place 12. Na ich widok wszyscy zerwali się z miejsc wypytując, gdzie byli tyle czasu. Ale Dumbledore uśmiechnął się tylko i oznajmił, że to koniec zebrania.

- A co w sprawie ochrony Hogwartu? - zapytał Harry.

- Nie musimy się już o to martwić - odparł starzec. - Hogwart będzie bezpieczny.

Wszyscy rozeszli się. Młodzież także udała się na górę. Connor był wyczerpany po pojedynku z Dumbledore'em i od razu położył się do łóżka, nie zważając na grad pytań, jakimi zasypywało go rodzeństwo. Ledwo dotknął poduszki, zasnął kamiennym snem. Po chwili pozostali poszli w jego ślady.