„Merlinie, umieram" taka była pierwsza myśl Harry'ego po przebudzeniu. Głowa bolała go niemiłosiernie i każdy, najmniejszy szelest brzmiał jak wielki wybuch. Poza tym w ustach miał tak sucho, iż czuł się, jakby miał w nich piach. Z trudem przewrócił się na bok i spostrzegł, że w pokoju znajduje się sam. Promienie słoneczne wpadały przez odsłonięte okno. Nie mając siły wstać, został w tej pozycji przez dobre kilka minut. Próbował przypomnieć sobie wydarzenia wczorajszej nocy, lecz z marnym skutkiem. Czuł się tak, jakby jakaś niewidzialna siła pozbawiła go części wspomnień. Z trudem zwlókł się z łóżka i z niemrawą miną skierował się do łazienki. Gdy wrócił zobaczył Connora siedzącego z szerokim uśmiechem na jego łóżku.

- Jak się czujesz? - zagadał radośnie starszy.

- Okropnie - odparł zgodnie z prawdą Harry. - Nigdy więcej.

- Nigdy nie mów nigdy - odpowiedział Connor. - Mama Rona kazała mi cię obudzić. Za parę minut ruszamy na Pokątną.

Harry jęknął i rzucił się z powrotem na łóżko. Connor zaśmiał się i klepiąc go po plecach opuścił pokój. Wybraniec próbował opanować nieprzyjemne wirowanie w żołądku oraz ból głowy. Kiedy z dołu ktoś krzyknął, aby się pośpieszył uznał, że nie dane mu będzie spędzić tego dnia w łóżku. Z wielką niechęcią zaczął się ubierać i po chwili znalazł się w kuchni. Większość osób była gotowa do drogi.

- A tak w ogóle, jak się tam dostaniemy? - zapytał Harry Remusa.

- Pojedziemy Błędnym Rycerzem do Dziurawego Kotła, a stamtąd to już pestka - odparł Lupin.

Po chwili mknęli już ulicami Londynu z zawrotną prędkością. Nie wpłynęło to zbyt dobrze na żołądek Harry'ego. Chłopak zrobił się cały zielony na twarzy i przez chwile wydawało mu się, że zwróci wczorajszy tort urodzinowy. Jego brat dosiadł się do niego i zapytał:

- Jeszcze cię trzyma? - kiedy Harry tylko skinął głową, Connor wyciągnął z kieszeni małą fiolkę. - Trzymaj. Jest paskudne, ale momentalnie postawi cię na nogi.

Harry wziął fiolkę i wypił zawartość. Poczuł się tak, jakby ktoś wlał mu do gardła mydło w płynie, lecz po chwili odruchy wymiotne i ból głowy zaczęły stopniowo słabnąć. Z ulgą poczuł, jak jego organizm powoli wraca do normalnego stanu. Spojrzał na fiolkę, potem na brata i zapytał:

- Co to jest?

- Nie chcesz wiedzieć - roześmiał się Connor.

W tym momencie przyłączyła się do nich Cassie z Ronem. Rudzielec zaczął złorzeczyć na młodego konduktora, który stał na tyle autobusu, rozmawiając przyciszonym głosem z Hermioną. Natomiast Cassie była jakby nieobecna. Siedziała zamyślona, nie odzywając się ani słowem i z uwagą wpatrywała się w braci. Ciągle pamiętała swój sen, w którym tajemnicza kobieta ostrzegła ją o zagrożeniu ze strony kogoś silniejszego od Voldemorta, a także przed ewentualną utratą jednego z braci. Kiedy zeszła na śniadanie próbowała wypytać Remusa i Syriusza o Strażniczki Równowagi. Niestety mężczyźni nigdy nie słyszeli tej nazwy, a kiedy zaczęli zadawać pytania, unikała odpowiedzi. Nawet wszystkowiedząca Hermiona Granger nie była w stanie jej pomóc, chociaż oczywiście radziła jej poszperać w bibliotece. Pogrążona w myślach nie usłyszała, jak Harry zadaje jej pytanie. Dopiero lekkie szturchnięcie Rona przywołało ją do rzeczywistości.

- Czego? - warknęła na rudzielca, lecz zaraz potem zreflektowała się. - Yyy... wybacz. O co chodzi?

- Pytałem czemu nic nie mówisz - odpowiedział za przyjaciela Harry.

- Tak po prostu - wzruszyła ramionami Cassie. - Zamyśliłam się.

- Nad czym?

- Nad niczym - odpowiedziała wymijająco, po czym umiejętnie zmieniła temat. - Opowiedz mi o tej Ulicy Pokątnej.

Zasłuchana w opowieść brata nie zauważyła, jak para szarych oczu przygląda się jej z zainteresowaniem.

W tym samym czasie Lord Voldemort mówił w języku węży do Nagini:

- Kochana, wszystko już gotowe. Teraz pozostaje tylko czekać na wybory Ministra Magii. O tak, twój pomysł był rewelacyjny.

- Dziękuje, panie - wąż zasyczał w odpowiedzi. - Jednak czy mogłabym coś zaproponować?

- Tak? - czerwone oczy wpatrywały się w małe oczka węża.

- Panie! - Nagini uniosła łeb. - Już zbyt długo pozostajesz w ukryciu. Wydaje mi się, że czas przypomnieć czarodziejom, że znowu jesteś wśród nich. Inaczej gotowi są pomyśleć, iż wieści o twoim powrocie to tylko plotki.

- Masz rację - Voldemort zastanowił się. - Masz jakiś pomysł, moja droga?

- Dlaczego nie zaatakujesz ulicy Pokątnej, mój Panie? Atak twój oraz śmierciożerców w biały dzień i to w dodatku na najruchliwszą ulicę czarodziejską z pewnością wywoła zamieszanie.

- Jednak czy to nie przeszkodzi mi w realizacji planu?

- Oczywiście, że nie Panie - wąż pokręcił małym łebkiem.

Po chwili namysłu Voldemort wezwał do siebie Lucjusza Malfoy'a. Arystokrata uklęknął i czekał na rozkazy:

- Zbierz kilku ludzi i zróbcie małe przedstawienie na Pokątnej Lucjuszu. Dołączę do was niedługo.

- Tak mój Panie - mężczyzna skłonił głowę.

Kiedy Lucjusz wyszedł, Nagini ześlizgnęła się z ramion Voldemorta i zniknęła w korytarzu.

- Tu jest obłędnie - wyszeptała zachwycona dziewczyna z kasztanowymi włosami.

- O tak - odpowiedział Remus. - Witajcie na ulicy Pokątnej. Znajdziecie tu wszystko co tylko zechcecie. To czego tu nie ma i tak by wam się nie przydało.

Cassie z zachwytem rozglądała się na boki. Kolorowe szyldy sklepów oraz wielki tłum na ulicy pochłaniały jej uwagę. Przez moment żałowała, że nie posiada dodatkowej pary oczu. Jej uwagę z miejsca pochłonął duży sklep odzieżowy. Szyld nad drzwiami głosił, iż należał on do niejakiej Madame Malkime. Od razu postanowiła, że do niego zajrzy, jednak nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. Przecież nie miała ze sobą żadnych pieniędzy. Spojrzała na Remusa, a ten jakby odgadując jej myśli rzekł:

- Najpierw pójdziemy do Gringotta. Musicie przecież mieć czym zapłacić.

- A co tam jest? - zapytał nagle Connor, wskazując na wąskie przejście między dwoma sklepami. Zauważył, że czarodzieje na ulicy spoglądają tam z niechęcią.

- To ulica Śmiertelnego Nokturnu - odpowiedział Alastor Moody. - Wyjątkowo paskudne miejsce.

- Dlaczego? - zapytał Jonathan.

- Kręcą się tam same typy spod ciemnej gwiazdy. Mordercy, rabusie, gwałciciele i tak dalej. Handlują tam różnymi czarnomagicznymi przedmiotami. Najlepiej w ogóle unikać tego miejsca.

Doszli do olbrzymiego, marmurowego gmachu. W środku podeszli do lady, za którą siedział goblin zatopiony w papierach. Zdawał się nie zauważać, iż ktoś właśnie czeka na jego uwagę. Spojrzał na nich dopiero, gdy Remus uprzejmie chrząknął.

- Tak? - jego głos był gruby i basowy.

- Chcieliśmy wypłacić pieniądze ze skarbca pana Pottera.

- Klucz poproszę - odparł goblin znudzonym tonem i wyciągnął rękę.

Gdy Lupin spełnił jego polecenie goblin zawołał innego stwora, a ten poprowadził ich małymi drzwiami z boku sali. Wsiedli do wózka, a po chwili mknęli z zawrotną prędkością w dół olbrzymiej jaskini. Dotarłszy do celu, pracownik banku otworzył drzwi skarbca i odsunął się. Na widok zawartości skrytki Cassie wytrzeszczyła oczy, a Connor gwizdnął z uznaniem.

- To wszystko wasze - Remus uśmiechnął się do dwójki Potterów.

Rodzeństwo weszło do skarbca i zaczęło napełniać kieszenie. Kiedy stwierdzili, że tyle im wystarczy wydostali się z banku oraz ponownie stanęli na głównej ulicy. Tam głos zabrał Moody:

- Członkowie Zakonu są pod działaniem eliksiru Wielosokowego, więc ich nie rozpoznacie. Zostawimy was samych, abyście mogli spokojnie zrobić zakupy. Będziemy niedaleko. Daję wam trzy godziny, po tym czasie zbiórka przed wejściem do Dziurawego Kotła. Lepiej, żeby wszyscy tam byli - dodał groźnie, patrząc znacząco na bliźniaków.

- Nie patrz tak na nas! - oburzył się Fred. - Przyjdziemy!

- Ja myślę! - odparł Moody i wraz z Remusem opuścili ich.

- To gdzie idziemy? - zapytał Harry.

- Ja wstąpię do księgarni - powiedziała Cassie.

- Pójdę z tobą - Hermiona wzięła siostrę Harry'ego pod rękę i obydwie odłączyły się od nich.

- Ja idę z Fredem i George'm - oznajmił Jonathan. - Mówili, że jest tu gdzieś sklep z różnymi gadżetami do psikusów.

- Ty to chyba nigdy nie dorośniesz, co? - zaśmiał się z przyjaciela Connor.

- Odezwał się ten niewinny - Jonathan pokazał Potterowi język i oddalił się z bliźniakami.

- Idziesz z nami? - zapytała Ginny Connora. - Ja, Harry i Ron mamy zamiar sprawdzić, czy są zestawy czyszczące do mioteł.

- Nieee - Connor pokręcił głową. - Quiditch mnie nie interesuje. Ale jak chcecie to idźcie, ja się tu pokręcę. Z pewnością znajdę coś dla siebie.

- Jak chcesz - powiedział Ron.

Harry, Ron i Ginny poszli w swoją stronę, a najstarszy Potter ruszył po chwili na zwiedzanie ulicy.

Hermiona i Cassie przekroczyły próg księgarni. Olbrzymi kompleks z tysiącami regałów, na których mieściły się setki książek wyglądał rewelacyjnie. Hermiona pociągnęła towarzyszkę mówiąc:

- Tutaj znajdują się księgi z zaklęciami, tutaj o magicznych stworzeniach, tam są legendy i mity, jeszcze dalej możesz znaleźć coś na temat eliksirów.

Cassie kiwnęła głową i zaczęła przeglądać tytuły na okładkach. Najsilniejsze uroki na świecie, Oczaruj swoją drugą połówkę: zaklęcia poprawiające wizerunek, Jak oswoić jednorożca?. I wiele, wiele innych. Hermiona w międzyczasie wyciągnęła listę niezbędnych podręczników na piąty rok nauki i poszła się w nie zaopatrzyć. Cassandra zawędrowała do działu z mitami i legendami. Z zainteresowaniem przyglądała się okładkom. Na jednej była czarnowłosa kobieta ze skrzydłami demona i uwodzicielskim okiem mrugała do dziewczyny. „ Sukkuby: boginie czy demony? „ przeczytała Cassie. Dalej zauważyła olbrzymie monstrum z kilkunastoma głowami. „ Margoth: Pogromca hydry. „. Następnie piękna, blondwłosa kobieta w białej szacie. Zaraz, co? Cassie wróciła i ponownie spojrzała na okładkę. Z wrażenia aż zaniemówiła. To była postać, która jej się przyśniła. Wzięła książkę do ręki. Była dosyć cienka, a czerwone litery tworzyły tytuł: Początki magii: Legenda o Pierwotnych. Nie czekając ani chwili dłużej, otworzyła wolumin i zaczęła czytać.

W zamierzchłych czasach, gdy wśród ludzi popularne były wierzenia w przeróżne bóstwa oraz przesądy, żył pewien człowiek. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Pracował jako uzdrowiciel. Zazwyczaj każdego dnia musiał ścigać się z czasem, aby uratować czyjeś życie. Mimo, że dzięki swoim umiejętnościom leczniczym zaskarbił sobie wdzięczność wszystkich mieszkańców miasta, wiódł życie samotnika i cierpiał niedostatek. Mieszkał w małej izdebce, która służyła mu za sypialnię, kuchnię i toaletę równocześnie. Lekarz miał bardzo osobliwe hobby. Otóż lubił eksperymentować oraz odkrywać rzeczy, które nie zostały jeszcze odkryte. Nasłuchawszy się w dzieciństwie opowiadań o starożytnych bogach greckich i rzymskich, skrycie pragnął posiąść kiedyś moc, zdolną dorównać ich mocy. Pewnego dnia, który upłynął mu tak samo jak wszystkie inne, postanowił udać się na poszukiwanie ziół do przyrządzenia swoich lekarstw. Spacerując po lasach otaczających jego rodzinne miasto, rozmyślał o swoim pacjencie. Matka przyprowadziła do niego ośmioletniego chłopca, chorego na coś, czego uzdrowiciel nie mógł rozpoznać. Chłopiec okropnie kaszlał, plując przy okazji krwią oraz miał wysoką gorączkę. Ogólnie uzdrowiciel nie wróżył chłopcu długiego życia, jednakże ten przypadek mocno go intrygował. Pierwszy raz miał styczność z czymś, czego nie mógł rozpoznać. Pogrążony w myślach nie zauważył, gdy doszedł do jaskini, której wejście było zakryte przez olbrzymi głaz. Władca miasta wydał rozkaz zapieczętowania wejścia do jaskini, gdy tylko objął rządy, tłumacząc to tym, iż jest tam coś niebezpiecznego zarówno dla miasta, jak i jego mieszkańców. Naturalnie takie wyjaśnienie motywowało różnej maści rzezimieszków do próby zdobycia niebezpiecznego przedmiotu, jednakże strażnicy zawsze trzymali rękę na pulsie. Ku zaskoczeniu doktora, kamień nagle odsunął się, chociaż w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby go przesunąć. Zaintrygowany podszedł ostrożnie do wejścia. W środku było ciemno, tak że nic nie mógł dostrzec. Po chwili wahania zdecydował się wejść do środka i sprawdzić , co takiego kryje w sobie tajemnicza jaskinia. Ledwo postąpił parę kroków naprzód, kamień przesunął się znowu, zamykając doktora w pułapce. Przerażony próbował go odsunąć, jednakże na nic się to zdało. W pierwszej chwili chciał wołać na pomoc, lecz zaraz przypomniał sobie, iż strażnicy pilnujący wejścia zawsze stali tutaj i po drugiej stronie lasu. Doszedł do wniosku, że musi być jeszcze jedno wyjście. Postąpił parę kroków naprzód i zabrał ze ściany pochodnię. Korytarz był długi. W miarę jak doktor posuwał się naprzód ogarniało go dziwne uczucie. Tak jakby nie był w jaskini sam. Jakby było tu coś jeszcze. Po kilkunastu minutach marszu zauważył drewniane drzwi. Pchnął je, a potem jego oczom ukazało się to, co władca próbował ukryć przed poddanymi. Był to olbrzymiej wielkości posąg czegoś, czego doktor nigdy w życiu nie widział. Przypominał człowieka, jednakże z pewnością nim nie był. Stał na dwóch nogach, z wyciągniętymi do przodu rękoma. Jednak miał ich dwie pary. Cztery kończyny wyciągnięte w jego stronę zakończone były olbrzymimi pazurami. Rozciągnięte monstrualne skrzydła rzucały cień na całe pomieszczenie. Jednak to twarz tego czegoś sprawiła, że doktorowi zmroziło krew w żyłach. Otwarte usta, z długimi i prawdopodobnie ostrymi kłami sprawiały wrażenie, iż są w stanie przegryźć dosłownie wszystko. Bestia miała na sobie coś w rodzaju hełmu, z którego odchodziły wielkie kolce. Para oczu wpatrywała się w doktora, jakby chciała przejrzeć go na wylot. Posąg otaczała dziwna, zielona poświata. Gdy doktor przypatrywał się niezwykłemu znalezisku, nagle usłyszał słaby szept:

- Podejdź bliżej.

Rozejrzał się w poszukiwaniu źródła głosu, jednakże nic nie dostrzegł. A kiedy znów spojrzał na posąg poczuł, że po plecach przechodzi mu zimny dreszcz. Oczy bestii, które wcześniej patrzyły na niego z góry, teraz były na wysokości jego twarzy. I wtedy zrozumiał. To coś wcale nie było posągiem. To coś było żywym stworzeniem, które tylko udawało posąg. Kiedy stwór rozszerzył usta w czymś, co przypominało uśmiech, doktor z okrzykiem przerażenia odwrócił się z zamiarem ucieczki. Jednakże gdy dobiegał już do drzwi, drogę zagrodziła mu ściana z ognia. Znalazł się w pułapce. Bestia patrzyła na niego z zainteresowaniem, aż nagle znów przemówiła szeptem.

- Nie bój się człowieku. Nie zrobię ci krzywdy.

- Czym ty jesteś?! - krzyknął doktor, sam nie wiedząc, dlaczego w ogóle się odzywa.

- Czym jestem? Nie zrozumiałbyś tego człowieku. Możesz przestać miotać się jak zwierzę w potrzasku?

- Chcę stąd wyjść!

- Owszem wyjdziesz, ale dopiero wtedy, gdy powiem, co mam do powiedzenia. Od wielu lat czekałem na kogoś, kto ośmieli się wejść do mego legowiska. A teraz, kiedy się doczekałem nie mogę ot tak cię puścić.

- Czego ode mnie chcesz?!

- Chce, byś pomógł mi wykonać zadanie, z którym przysłano mnie do waszego świata. Niedługo odejdę, lecz zanim to nastąpi muszę znaleźć następce. Kogoś, kto przygotuje ten świat do mojego ponownego nadejścia.

- O czym ty mówisz?

- Nazywam się Makkapitew. Przysłano mnie tu, abym pomógł ludziom odnaleźć sens ich życia.

- Hę? - mało inteligentnie odpowiedział doktor.

- Wy ludzie jesteście bardzo buntowniczym gatunkiem. Ciągle walczycie między sobą i o co? O władzę i bogactwa. To tak prymitywne, że aż śmieszne. Bardzo łatwo wami manipulować. Wystarczy skusić was obietnicą nieograniczonej władzy i wielkiego bogactwa, i robicie wszystko co tylko chcemy. Wywołujecie wojny, a tym samym niszczycie ten świat. Ja zostałem tu przysłany, aby wam to uniemożliwić.

- W jaki sposób?

- Budując nowe oblicze świata. Tego nie można już uratować. Jest za bardzo przeżarty nienawiścią. Moja misja polega na zniszczeniu tego świata i zbudowaniu nowego.

- I chcesz bym ci w tym pomógł? Chyba zwariowałeś!

Bestia niecierpliwie kłapnęła szczękami.

- Nie mów do mnie jak do zwykłego parobka! Okaż trochę pokory człowieczku!

W tej samej chwili doktor poczuł ból na całym ciele. Upadł na ziemię czując, jakby ktoś przypiekał go żywym ogniem. Po chwili ból ustąpił, a Makkapitew, jak gdyby nigdy nic kontynuował:

- Chcę, byś przygotował świat na moje powtórne przyjście. Kiedy odejdę z powrotem do swojej krainy, ty poczynisz wszelkie kroki, by przyzwać mnie z powrotem. Użyczę ci mojej mocy, abyś mógł dopiąć celu. Posiądziesz wielką siłę. Będziesz mógł robić rzeczy, których żaden człowiek robić nie potrafi. Dam ci władzę nad żywiołami tego świata. Będziesz mógł poruszać przedmiotami nie dotykając ich. Będziesz nieśmiertelny. Posiądziesz moc równą mocy bogów. Tego od zawsze pragnąłeś, prawda? Być taki sam, jak starożytni bogowie. Widzę wszystkie twoje pragnienia, czytam również twoje myśli. Ty też nienawidzisz tego świata, chociaż nie przyznajesz się do tego przed samym sobą. Masz dość wszechobecnej śmierci, którą widzisz praktycznie każdego dnia. Masz dość wojen, które pochłaniają niewinne ofiary. Chcesz to zmienić. Daję ci szansę, aby to osiągnąć.

Doktor słuchał go, równocześnie bijąc się z własnymi myślami. Makkapitew bezbłędnie odgadł jego myśli i pragnienia. Chowając swoją nienawiść do niesprawiedliwości świata w najgłębszych zakamarkach umysłu miał nadzieję już nigdy o nich nie myśleć. Jednak teraz wszystko wróciło. To, co powiedział potwór było prawdą. Doktor podniósł na niego wzrok i zapytał:

- Co miałbym robić?

- Już powiedziałem. Przygotować świat na moje ponowne nadejście.

- To znaczy?

- Dokonać selekcji. Zabawić się w Boga. Przekonać się, kto zasługuję na to, by żyć w nowym świecie. Stworzyć armię z ludzi, którzy nie są spaczeni złem ogarniającym ten świat. A potem, kiedy nadejdzie właściwy czas wezwiesz mnie tutaj, a ja zajmę się resztą. Mój czas się kończy. Można mnie wezwać raz na pięć tysięcy lat. Będziesz miał dosyć czasu, by wszystko przygotować.

- Jak miałbym wezwać cię z powrotem?

W odpowiedzi obok doktora zmaterializowała się księga. Doktor podniósł ją i przerzucił stronicę.

- Znajdziesz tu wskazówki, co do rytuału przyzwania oraz kilka pożytecznych inkantacji, które pozwolą ci korzystać z twojej nowej siły. Lecz zanim przekażę ci moją moc, musisz dać mi jednoznaczną odpowiedź. Czy zgadzasz się pełnić rolę zbawiciela, który poprowadzi ten świat ku nowej epoce?

- Zgadzam się. - odparł doktor.

- Podejdź tu.

Doktor podszedł do potwora. Otoczyła go zielona mgła i poczuł, jak przez jego ciało przepływa niewidzialna siła. Wszystko trwało kilka sekund.

- W tej chwili posiadłeś moc, o której nie śnili nawet najpotężniejsi władcy tego świata. Zostałeś pierwszym ludzkim użytkownikiem magii. Pierwszym czarodziejem.

- Czuję się, jakbym mógł zrobić wszystko.

- Bo tak właśnie jest. Wyzbyłeś się ludzkich ograniczeń. Tam - dodał Makkapitew, wskazując wielką dłonią na kamienną ścianę. - Za tą ścianą znajduje się głaz, który blokuje wyjście z jaskini. Użyj magii, którą ci podarowałem i wydostań się stąd. Pamiętaj o swojej misji. Do zobaczenia za pięć tysięcy lat.

Po tych słowach rozbłysło oślepiające światło i potwór zniknął. Doktor został w jaskini całkiem sam. Poszedł w kierunku wskazanym przez potwora i po chwili drogę zablokował mu olbrzymi głaz. Przekartkował księgę i znalazł zaklęcie niszczące obiekty. Wyciągnął rękę, mrucząc formułę pod nosem. Z jego ręki wystrzelił promień i uderzył w głaz, roztrzaskując go na małe kawałeczki. Oczarowany doktor spojrzał z niedowierzaniem na swoją dłoń. Po chwili wyszedł na świeże powietrze. Na zewnątrz trwała noc. Zapragnął wypróbować inne zaklęcie. Znalazł czar podpalający i powtarzając czynność sprzed chwili sprawił, że pobliski krzak stanął w ogniu. Podniecony doktor rzucał najróżniejsze czary, napawając się swoją siłą. Stwierdził, że teraz stał się najsilniejszym człowiekiem na świecie. Wrócił do miasta i skierował się do domu. Spakował wszystkie swoje rzeczy, a potem niezauważony przez nikogo zniknął w mroku nocy. Zamierzał zrealizować swój cel. Znaleźć tych, którzy będą godni żyć w nowej epoce.

- Panienko, to księgarnia, a nie czytelnia! - głośny krzyk przy uchu Cassie sprawił, że dziewczyna upuściła książkę krzycząc z przerażenia. Kompletnie zapomniała, iż znajduje się w księgarni. Zafascynowana opowieścią straciła rachubę czasu. Nie wiedziała, czy stoi tak parę minut czy godzin. Niezadowolony właściciel księgarni wyrwał jej książkę z ręki i powiedział. - Jak chce panienka przeczytać tą książkę, najpierw trzeba ją kupić!

- Tak, tak oczywiście - odparła szybko, wyciągając pieniądze z kieszeni. - Ile?

- 23 galeony i 17 sykli.

- Proszę - Cassie odliczyła należność, a sprzedawca wręczył jej książkę.

Cassie odwróciła się z zamiarem wyjścia. Lecz przy drzwiach została zaczepiona przez wysokiego blondyna z zimnymi, szarymi oczyma. Przyglądał jej się z zaciekawieniem.

- Śpieszysz się gdzieś, ślicznotko?

- Takimi tekstami nie wyrwiesz nawet panny lekkich obyczajów - odparła Cassie, wściekle patrząc na chłopaka. - Możesz się odsunąć?

- Nie - odparł bezczelnie. - I nie schlebiaj sobie. Nie zamierzałem cię, jak to określiłaś „wyrwać„. Nazywam się Draco Malfoy - dodał, wyciągając do niej dłoń. Cassie nie uścisnęła jej.

- Słuchaj, mam ważniejsze sprawy na głowie niż zawieranie znajomości z jakimś nadętym bufonem, który nie potrafi zrozumieć, gdy dziewczyna mówi nie - była wściekła, że nie pozala jej dokończyć czytać.

- Uważaj sobie! - warknął Draco, postępując krok naprzód. - Ten cięty język może kiedyś wpakować cię w tarapaty.

- Prawdopodobnie - odparła bezczelnie Cassie i zwinnie minęła chłopaka. - Żegnam.

Uniosła dumnie głowę i nie odwracając się wyszła z księgarni. Usłyszała jeszcze głos Malfoy'a mówiący:

- Do zobaczenia.

Cassie rozejrzała się po Pokątnej, szukając miejsca, w którym mogłaby dokończyć lekturę. Ujrzała kilka stolików pod parasolami poustawianymi przed jakimś lokalem. Spojrzawszy na szyld przekonała się, że to lodziarnia niejakiego Floriana Fortescue. Usiadłszy przy wolnym stoliku, zamówiła dużą porcję lodów i wróciła do przerwanej lektury.

Po opuszczeniu rodzinnego miasta doktor przez kilkadziesiąt lat podróżował po świecie, szukając sojuszników. Odwiedzał miasta, poznawał ludzi, zdobywał ich zaufanie, werbował wybranych. Nauczył się także w pełni korzystać z otrzymanych umiejętności. Zauważył, że im częściej ich używa, tym bardziej zatraca wszystkie dawne cechy. Już nie był miłym i pomocnym człowiekiem, gotowym do najróżniejszych poświęceń. Stał się zimnym i pozbawionym uczuć potworem, który nie wahał się nawet zabić, byle tylko dostać to, czego chciał. Uważał się za kogoś niezwykłego. Zwykłymi ludźmi pogardzał. Wymyślił nawet dla nich nazwę. Mugole. Tak ich w myślach nazywał. Sztukę manipulowania ludzkimi umysłami opanował do perfekcji. Czasami nie musiał nawet używać przemocy. Odpowiednio dobrane słowa sprawiały, że wszyscy robili to czego pragnął. Ci, którzy podążali za doktorem, urzeczeni jego charyzmą i skuszeni nagrodami, które im obiecywał otrzymali od niego niewielką część magii, tak małą, żeby nie przyszło im do głowy pozbawić go kiedyś stanowiska. Jednakże doktor pewnego dnia poczuł, że czegoś mu brakuje. Zapragnął mieć potomka. Uwiódł pierwszą lepszą kobietę, która miała spełnić jego marzenie. Przez cały okres ciąży otaczał ją opieką nie pozwalając, by ktoś skrzywdził ją chociażby skinieniem palca. Urodziła mu nie jedno, a troje dzieci. Dwóch chłopców i dziewczynkę. Doktor nie posiadał się z radości. Wyczuł pulsujące w nich zalążki magii. Kobieta nie była mu już do niczego potrzebna, więc rozkazał jednemu ze swoich czcicieli zaprowadzić ją w ustronne miejsce i zdradziecko zamordować. Przez lata uczył dzieci, jak korzystać z podarowanego im daru magii. Najbardziej cieszył się z poczynań jednego z synów, któremu nadał imię Akasha. Chłopiec miał niebywałe umiejętności. Chłonął wiedzę przekazywaną przez ojca. Jego rodzeństwo także uczyło się pilnie, lecz doktor nie był z nich zadowolony. Ejnar i Eladiera byli zbyt ludzcy. Pełni współczucia i miłości, uczuciami, którymi doktor tak bardzo pogardzał. Tak więc całą swoją uwagę poświęcał Akashy. W międzyczasie rozbudowywał swoje imperium i tworzył armię. Coraz więcej ludzi zasilało jego szeregi. Pewnego razu uznał, iż nadszedł czas, aby się ujawnić. Pokazać tym nic nieznaczącym istotom, które śmią nazywać siebie ludźmi, kto tu rządzi. Rozkazał swoim żołnierzom zaatakować miasto, w pobliżu którego przebywał. Słudzy doktora otrzymali rozkaz, aby nikogo nie oszczędzać, a całe miasto obrócić w perzynę. Wiedział, że ten czyn rozniesie się po świecie bardzo szybko. Chciał, aby Akasha zdobył więcej doświadczenia, więc razem z żołnierzami wysłał też jego. Śmierć miała tego dnia pełne ręce roboty. Akasha patrzył na to przerażonym wzrokiem, próbując zrozumieć, co skłoniło ojca do takiego czynu. Gdy wszystko się uspokoiło, niegdyś tętniące życiem miasto teraz było ciche i ponure. Patrząc na zgliszcza budynków, martwe ciała mieszkańców oraz zadowolone miny żołnierzy ojca, poczuł do niego straszną nienawiść. Chciał jak najszybciej poznać motywy jego działań. Odwrócił się na pięcie i biegnąc przez ciche uliczki, dotarł do wyjścia. Natychmiast skorzystał z nowej umiejętności, której się nauczył. Pozwalała mu ona w mgnieniu oka przenosić się z jednego miejsca do drugiego. Znalazłszy się przed drzwiami wejściowymi pałacu, w którym rezydował doktor, natychmiast udał się do sali tronowej. Ojciec siedział na bogato zdobionym tronie, studiując mapy. Podniósł wzrok słysząc kroki, a ujrzawszy Akashę wstał, by go powitać. Jednak widząc minę chłopaka zmarszczył brwi, czekając. Akasha zaś zapytał od razu:

- Dlaczego?

- Co dlaczego?

- Dlaczego zdobyłeś się na tak bestialski czyn, ojcze?! Czym zawinili tamci ludzie, że skazałeś ich na śmierć?!

- Niczym - odpowiedział doktor spokojnie, wzruszając ramionami. - Powinieneś już wiedzieć, że my i oni się różnimy. Jesteśmy dla nich bogami, więc uważam, że od czasu do czasu warto im przypomnieć o naszym istnieniu.

- W taki sposób?!

- Nie ma innego. Muszą wiedzieć, gdzie jest ich miejsce. Dlaczego tak cię to przeraża? Pewnego dnia zostaniesz moim następcą, więc powinieneś przyzwyczajać się do takich widoków.

- Jeżeli tak mają wyglądać twoje, jak ty to nazywasz „ przygotowania do stworzenia lepszego świata „ to ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Nie przyłożę swojej ręki do mordowania niewinnych! Jesteś zwykłym potworem! Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego!

Akasha splunął ojcu pod nogi i odwrócił się z zamiarem odejścia. Lecz nagle poczuł przeraźliwy ból w każdej komórce ciała. Wrzasnął i padł na ziemię. Jego ciało drgało konwulsyjnie, a potem wszystko ustało. Poczuł, jak niewidzialna siła podnosi go i stawia do pionu, odwracając mu głowę tak, że patrzył prosto w rozwścieczoną twarz ojca. Oczy doktora przybrały czerwony odcień, a gdy przemówił, jego głos brzmiał jak głos samego diabła.

- Nauczyłem cię wszystkiego, co sam potrafię! Podarowałem ci o wiele więcej magii niż komukolwiek innemu! Na twoją prośbę darowałem życie twojemu bratu i siostrze! Również spełniłem twą prośbę, bym i z nimi podzielił się magią! W zamian żądałem tylko jednego. Lojalności! A ty, za wszystko co dla ciebie zrobiłem, tak mi się odwdzięczasz?! Chcesz skończyć jak miejscowi?!

Po tych słowach doktor machnął ręką, a Akasha poleciał na ścianę i uderzył w nią z wielkim impetem. Kiedy się podniósł jego ojciec dodał:

- Naucz się pokory, chłopcze. Jeżeli jeszcze raz okażesz mi taki brak szacunku, możesz być pewny, że fakt, iż jesteś moim synem w niczym ci nie pomoże.

Akasha wybiegł z sali tronowej i pognał do swoich komnat. Zatrzasnął drzwi i pośpiesznie się pakował. Usłyszawszy pukanie wyciągnął mały sztylet i zapytał:

- Kto tam?

- To my.

Akasha odetchnął słysząc głos Ejnara. Otworzył drzwi, a jego brat i siostra weszli do środka. Widząc w jakim stanie jest chłopak rozszerzyli oczy. Akasha pokrótce opowiedział im co wydarzyło się w mieście, a potem w sali ojca. Gdy skończył Eladiera zabrała głos:

- Nie mogę w to uwierzyć. Zawsze wiedziałam, że ojcu daleko do życzliwego człowieka, ale nie spodziewałam się po nim czegoś takiego.

- Wygląda na to, że wszyscy troje go nie znaliśmy - dopowiedział Akasha. - Tak czy siak, nie zostanę tu ani jednego dnia dłużej.

- Idziemy z tobą - powiedział Ejnar. - Z tego co powiedziałeś, to tylko twoja obecność powstrzymywała ojca przed zabiciem mnie i Eladieri. Jak odejdziesz od razu się za nas weźmie.

Akasha skinął głową. Powiedział , że zajmie się strażnikami pilnującymi wyjścia z pałacu. Parę minut później rodzeństwo mknęło na koniach przez puszczę. W trakcie jazdy Akashę ciągle dręczyły wątpliwości. Wydostanie się z zamku było łatwe. Zbyt łatwe. Chciał podzielić się wątpliwościami z Ejnarem i Eladierą, lecz po ich minach wywnioskował, że myślą o tym samym. Po kilkugodzinnej jeździe zdecydowali się na krótki postój. Rozpalili ognisko, a Eladiera zajęła się przygotowaniem czegoś do jedzenia. Akasha i Ejnar planowali, gdzie się udadzą.

- Ojciec nam tego nie popuści - powiedział Ejnar.

- Dziwię się, że jego siepacze jeszcze nas nie dopadli - zawtórował mu Akasha.

- Może pomyślał, że nie warto się nami przejmować i dał sobie spokój? - zasugerowała Eladiera.

- Wątpię siostrzyczko - pokręcił głową Akasha, przypominając sobie przerażającą twarz ojca w sali tronowej. - Uciekając z zamku podpisaliśmy na siebie wyrok śmieci.

- Nie martwmy się tym teraz - Eladiera podała chłopcom posiłek. - Póki jesteśmy razem poradzimy sobie.

Ejnar dał siostrze całusa w policzek i zabrał się za jedzenie. Jednak Akasha stał nieruchomo, wpatrując się w zalegające ciemności. Nadchodziła noc, więc postanowili zatrzymać się tu na noc. W pewnym momencie Ejnar wstał i rzekł:

- Skoro tu zostajemy, to nazbieram trochę drewna.

- Po co? - zdziwił się Akasha. - Przecież możemy użyć magii.

Ejnar jednak tylko wzruszył ramionami i oddalił się. Prawda była taka, że chciał pobyć trochę w samotności. Okropnie bał się gniewu ojca i czuł, jak strach przejmuje nad nim kontrolę. Nie chciał, by rodzeństwo zobaczyło go w takim stanie. Gdy miał pewność, że nikt go nie widzi, oparł się o jedno z drzew i próbował powstrzymać drżenie ciała. Bardziej poczuł niż zobaczył, jak ktoś siada obok niego:

- Co się dzieje?

- Nic takiego - odparł Ejnar, spoglądając na Akashę. - Zamyśliłem się - dodał spuszczając wzrok.

- Bracie - Akasha delikatnie uniósł jego podbródek, by ten na niego spojrzał. - Widzę, że jesteś przerażony. Przysięgam ci, że ojciec nie skrzywdzi żadnego z nas.

- Nie możemy wiecznie przed nim uciekać. A jak nas dopadnie, to co wtedy?

- Wtedy... - Akasha zawahał się. - Wtedy dołożymy wszelkich starań, by go powstrzymać.

- Chcesz go zabić?

- Jeśli nie będzie innego wyjścia, to tak.

- To na nic. Żyje już 78 lat, a przez ten czas nie przybyła mu nawet zmarszczka. Słyszałem, jak kiedyś chwalił się, że jest nieśmiertelny.

- Nieśmiertelny? Możliwe - powiedział Akasha. - Ale nie niepokonany. Kiedyś przeglądałem stare księgi ojca. Natknąłem się na wzmiankę o rytuale wypaczenia. Wiesz, co to?

Gdy Ejnar zaprzeczył Akasha podjął:

- Ma na celu odebranie mocy magicznej. Aby rytuał zadziałał, potrzeba ogromnych pokładów mocy magicznej. Otrzymaliśmy magię wraz z genami ojca, a nie przez zaklęcie, tak jak jego sługusy. To oznacza, że mamy jej znacznie więcej niż oni. A kiedy ja, ty i Eladiera połączymy naszą moc, będziemy mieć jej prawie tyle samo co ojciec. To powinno wystarczyć, by pozbawić go magii. Bez niej będzie nieszkodliwy. Co prawda nadal będzie nieśmiertelny, ale już niegroźny.

- Co trzeba zrobić?

- Najpierw trzeba go osłabić. Potem wystarczy, że wszyscy troje go dotkniemy i wypowiemy zaklęcie, zamykając jego magię w jakimś przedmiocie.

- W jakim przedmiocie?

- W jakimkolwiek, to bez znaczenia. Może to być zwykły kamień lub gałązka. Kiedy przyjdzie czas to coś wymyślimy. A gdy będzie już niemagiczny, osądzimy go.

Ejnar uśmiechnął się do brata. Ze słów Akashy wynikało, że jednak nie działają całkiem na ślepo i mają jakiś plan. Akasha odwzajemnił uśmiech i ścisnął ramię Ejnara. W tej chwili ciszę nocy przerwał dziewczęcy krzyk pełen przerażenia. Chłopcy spojrzeli na siebie.

- Eladiera!

Puścili się biegiem do obozowiska. Dotarłszy na miejsce zobaczyli przerażoną dziewczynę, stojącą jak słup soli i patrzącą w przerażeniu prosto w twarz swojego ojca. Akasha i Ejnar wyciągnęli miecze, lecz zaraz rzucili je na ziemię czując, jak rozpalone żelazo parzy im dłonie. Tymczasem doktor zacmokał:

- Akasha, Ejnar i Eladiera. Moje dzieci. Zawiedliście mnie. Swoją ucieczką złamaliście serce biednemu starcowi.

- Ty nie masz serca! - wykrzyknął Ejnar.

- Milcz! - zagrzmiał doktor. - Mieliście wszystko. Mogliście zostać bogami w nowym świecie, tak jak ja! Ale wy woleliście mnie zdradzić! Trudno. Stworzę kolejnego potomka, a wy tu zdechniecie!.

Po tych słowach doktor machnął ręką i w kierunku rodzeństwa wystrzeliło kilkadziesiąt płonących noży. Akasha ruchem ręki wyczarował tarczę, a potem stworzył kilka klonów, które miały odwrócić uwagę doktora. Złapał Ejnara i Eladierę za ręce i pognali w mrok lasu. Doktor z rykiem wściekłości rzucił się w pogoń. Nad ich głowami świstały różne zaklęcia, ale oni nie byli dłużni. Różnokolorowe promienie zderzały się ze sobą z hukiem. Gdy doktor został w tyle, rodzeństwo zatrzymało się, by złapać oddech.

- Nie ma czasu na plany. Nie uciekniemy mu. Musimy walczyć - powiedział Akasha.

- Zmiecie nas z powierzchni ziemi - zaprotestowała Eladiera.

- Widzisz inne wyjście?! Musimy spróbować pozbawić go magii! Eladiera, gdzie masz bursztyn, który znalazłaś kiedyś na plaży?

Dziewczyna dała bratu to, co chciał. Biorąc kamień do ręki chłopak rzekł:

- W tym uwięzimy jego magię. Eladiera posłuchaj, co musimy zrobić.

Akasha szybko opowiedział siostrze, jak działa rytuał wypaczenia. Gdy skończył zapytał:

- Wszystko zrozumiałaś? Dobrze. Ejnar, atakujesz ojca z prawej strony, Eladiera z lewej. Nie miejcie żadnych skrupułów. Uderzajcie w niego z całą mocą!. Gdy padnie, szybko do niego podbiegamy i rzucamy zaklęcie, jasne?!

Ejnar i Eladiera skinęli głowami, a zaraz potem między nich strzeliła ogromna błyskawica. Szybko od siebie odskoczyli wypatrując, gdzie czai się ojciec. W końcu Eladiera ze zduszonym okrzykiem wyciągnęła rękę ku górze. W powietrzu znajdował się doktor. Zza jego pleców wystawała para olbrzymich skrzydeł. Machając nimi wywoływał wielki podmuch wiatru, który uderzał w rodzeństwo. Akasha krzyknął:

- W tym lesie nie mamy z nim szans! Wyprowadźmy go na jakąś polanę!

Ejnar wystrzelił ognisty płomień w kierunku ojca, który odbił go machnięciem skrzydeł.

- Nie wygracie ze mną! - krzyknął doktor. - Wasze nędzne zaklęcia są za słabe! Nie pokonacie mnie tym, co sam stworzyłem! Gińcie!

Zaszarżował na nich. Akasha wyciągnął obie ręce przed siebie, mrucząc pod nosem. W kierunku doktora poleciał czerwony promień, ale napastnik tylko uśmiechnął się pogardliwie i zwinnie ominął czar. Jednak Akasha przekręcił dłoń i szarpnął nią do tylu, jakby ciągnął niewidzialny sznurek. Czerwony promień zmienił nagle kierunek i leciał prosto w plecy doktora, który z zaskoczenia nie zdążył go uniknąć. Gdy zaklęcie uderzyło go w plecy, krzyknął z bólu. Zaczął machać skrzydłami próbując odzyskać równowagę, ale nagle wielkie łańcuchy wystrzeliły z ziemi i oplotły jego ciało. Ze wściekłym okrzykiem runął na ziemię, próbując się uwolnić. Akasha dobiegł do rodzeństwa, które patrzyło na to z szeroko otwartymi oczami.

- To go zatrzyma na jakiś czas! Biegniemy!

- Co to było? - w trakcie biegu pytał Ejnar. - Ten czerwony promień?

- Zaklęcie, które sam wymyśliłem - odpowiedział Akasha. - Powoduje niewyobrażalny ból u ofiary. Nawet on nie jest na nie odporny. Nazwałem je Cruciatus.

- Niezłe - Ejnar pokiwał z uznaniem głową.

W końcu dobiegli na skraj lasu. Zatrzymali się. Stali na rozległej równinie. Przed nimi wznosiło się rozległe pasmo górskie, a przez środek niziny przepływała mała rzeczka. Wokół rosła bujna, zielona trawa. Wokół było pełno kwiatów.

- Pięknie tu - szepnął urzeczony Akasha.

Dalsze zachwycanie się przerwał mu wściekły ryk.

- Chyba uwolnił się z łańcuchów - stwierdził Ejnar.

- Pamiętacie, co macie robić prawda? - zapytał Akasha, a pozostali kiwnęli głowami.

- Rozwalmy sukinsyna! - krzyknął Ejnar, a Eladiera mu zawtórowała.

Zajęli swoje miejsca i czekali. W końcu z lasu wyłonił się doktor. Tym razem dzierżył w ręce ogromny miecz, otoczony czerwoną poświatą. Widząc przed sobą Akashę ryknął i machnął bronią, a w kierunku chłopaka poleciała fala ognia, zamieniając w popiół wszystko na swej drodze. Eladiera zareagowała szybko. Z małej rzeczki wystrzeliła ogromna fala, niszcząc śmiercionośny żywioł. Para wodna oślepiła wszystkich i nagle wyskoczyło z niej około czterdziestu chłopców, z mieczami w dłoniach. Doktor uniósł brew, lecz po chwili zmuszony był robić uniki i eliminować klony Akashy. Gdy ostatni klon został unicestwiony, Akasha krzyknął:

- Ejnar, teraz!

Ejnar wyciągnął rękę i krzyknął:

- Lapsus terra!

Błysnęło światło, a doktor poczuł jak ziemia rozstępuje się pod nim. Runął w przepaść, ale dzięki skrzydłom szybko stamtąd wyfrunął. Ledwo dotknął stabilnej ziemi, usłyszał głos swojej córki:

- Diluvium Aqua!

Zalała go olbrzymia fala. Akasha krzyknął:

- Fulguratos!

Doktor poczuł wstrząs, gdy prosto w kałuże, która wytworzyła się wokół niego trzasnął piorun. Krzycząc przeraźliwie, trząsł się jak w gorączce. Po nizinie rozległa się woń palonego ciała. Wściekły krzyk doktora był głośniejszy niż zazwyczaj:

- Nie lekceważcie mnie, przeklęte bachory!

Podniósł rękę z zamiarem rzucenia zaklęcia uśmiercającego, które sam ostatnio stworzył. Ale Ejnar, Akasha i Eladiera otoczyli go i krzyknęli:

- Glacius!

Akasha uśmiechnął się z zadowoleniem. Wyglądało na to, że jego plan wypalił. Zaklęcie osunięcia ziemi miało zdekoncentrować ich ojca. Potem wielka wodna fala, którą wyczarowała Eladiera miała sprawić, że zaklęcie błyskawicy będzie bardziej skuteczniejsze. Całość miało dokończyć zaklęcie zamrażania. Rodzeństwo patrzyło, jak ich ojciec staje się bryłą lodu. Ale wiedzieli, że prędzej czy później się uwolni. Dlatego nie czekając ani chwili dłużej Akasha wyciągnął bursztyn i przyłożył go do ciała ojca. W tym samym czasie Ejnar i Eladiera również położyli swoje dłonie w tym samym miejscu co ich brat. Doktor widząc, co tamci chcą uczynić zaryczał z wściekłości i zaczął uwalniać zamrożone ręce. Ejnar, Eladiera i Akasha krzyknęli razem:

- Magic tehemul dike!

Rozbłysło fioletowe słońce. Zielona poświata zaczęła otaczać ciało doktora i spływać strumieniami do bursztynu. Kamień stawał się coraz cięższy, lecz rodzeństwo nie przestawało przyciskać go do ciała ojca. Cały proces trwał około dwóch minut. Potem fioletowe światło zgasło, a bursztyn zaczął lśnić zielonym światłem. Widząc to doktor krzyknął:

- Nieeee!

Odskoczyli od niego i cofnęli zaklęcie zamrażające. W oczach doktora szalały płomienie wściekłości. Machnął ręką i wypowiedział:

- Avada Kedavra!

Ale nic się nie wydarzyło. Machnął znowu. I znowu nic. Spróbował innych zaklęć, ale skutek był ten sam. Rodzeństwo popatrzyło na siebie. A więc udało się. Rytuał zabrał ich ojcu całą magię, którą ten dysponował. Stał się teraz jednym z tych ludzi, których tak nienawidził. Stał się niemagicznym. Doktor próbował jeszcze pokroić ich swoim mieczem, ale szybko został rozbrojony.

- To koniec ojcze - powiedział Akasha. - Przegrałeś.

- O nie! - wysyczał doktor. - JA nigdy nie przegrywam! Wasze zwycięstwo jest chwilowe. Chwilowe, rozumiecie?! Pewnego dnia odzyskam swoją moc, a wtedy okryje świat drugą falą ciemności! To jeszcze nie koniec, słyszycie?!

- Aby odzyskać moc, będziesz potrzebował tego bursztynu - Akasha machnął mu kamieniem pod nosem. - A wiedz, że ukryjemy go tak, iż nigdy go nie znajdziesz.

- Zginiecie! - krzyczał wściekły doktor. - Wszystkich was zabiję! Wszystkich! Nie będziecie władać tym światem, rozumiecie?! Pewnego dnia powstanę!

Po tych słowach doktor odwrócił się na pięcie i pognał w las. Na niebie zaczynało świtać. Rodzeństwo rozejrzało się dookoła. Z pięknej, zielonej doliny została już tylko jałowa ziemia. W końcu Eladiera zabrała głos:

- Co teraz?

- Teraz? - zapytał Akasha. - Teraz rozłupiemy bursztyn na trzy części i każdy z nas ukryje swoją część, nie mówiąc o kryjówce pozostałej dwójce. Ojciec z pewnością będzie chciał zdobyć bursztyn. Nawet jeśli uda mu się wydusić od kogoś z nas, gdzie schował swoją część nie będzie nic wiedział o pozostałych kawałkach. A szczerze wątpię, czy uda mu się złapać całą naszą trójkę. Musimy zrobić jeszcze jedną rzecz.

- Jaką? - zapytał Ejnar.

- Trzeba rozdzielić naszą magię. Teraz my jesteśmy najsilniejszymi ludźmi na świecie. Jeżeli nie chcemy stać się tacy sami jak ojciec, musimy zredukować naszą moc.

- I co z nią zrobimy?

- Przekażemy innym ludziom. Cierpieli przez to, że nie posiadają magii. Damy im ją, by mogli w przyszłości bronić się przed podobnymi ojcu. Sprawimy również, żeby raz na jakiś czas jedno dziecko otrzymywało większą część naszej mocy. Jest to niezbędne, by mogli oni prowadzić tych słabszych. Ludzie potrzebują przywódcy.

- Nie starczy jej dla wszystkich - powiedziała Eladriela.

- Dla wszystkich nie - kiwnął głową Akasha. - Ale i tak wielu ją otrzyma. A potem nauczymy ich jak wykorzystywać magię do dobrych celów, a nie do siania terroru.

- Masz rację bracie - powiedział Ejnar.

- Tak, masz rację - dodała Eladiera.

Akasha przeprowadził kolejny tego dnia rytuał, który dał początek rasie czarodziejskiej. Potem rodzeństwo ukryło fragmenty bursztynu i wyruszyło w świat, ucząc nowych adeptów. Ludzie uznali ich za swoich przywódców i ochrzcili ich mianem Pierwotnych. Pierwszych czarodziejów w historii. Akasha osiedlił się w miejscu, gdzie przed laty stoczył pojedynek z własnym ojcem. Sprawił, że tamtejsza ziemia znów wyglądała jak przed walką, wybudował na niej miasto. Nadał mu nazwę Tytan. Stworzył również bractwo Cieni, które miało zadanie niwelować wszelkie zło na świecie. Przekazywał swoim uczniom wiedzę o czarnej oraz białej magii, a także jakie są konsekwencje korzystania z tej pierwszej. Ejnar doszedł do wniosku, że czarodzieje potrzebują także urzędników i sądów, które będą pilnować porządku oraz łapać przestępców.. Grupę swoich podopiecznych nazwał aurorami oraz zbudował ukryty przed mugolami gmach, który w późniejszym czasie został nazwany Ministerstwem Magii. Eladiera również stworzyła swoją organizację, lecz składającą się z samych kobiet. Nazwała ich Strażniczkami Równowagi, a od swoich podopiecznych dostała miano Matki. Eladiera zdawała sobie sprawę, że na świecie zawsze będzie działać Dobro i Zło. Zadaniem Strażniczek było nie dopuszczanie, by którakolwiek ze stron zbytnio urosła w siłę. Pilnowały równowagi na świecie. Gdy Zło za bardzo rosło w siłę, swoimi mocami wspierały obrońców Dobra. W przeciwnej sytuacji, stawały po przeciwnej stronie barykady. Swoją siedzibę Strażniczki założyły w niewielkiej górskiej kotlince. Nazwały ją Iglicą. W końcu Ejnar, Eladiera i Akasha odeszli z tego świata z nadzieją, że ich następcy będą kontynuowali ich dzieło. Z biegiem lat czarodziejski świat przechodził kolejne modernizacje. Powstawały przeróżne rasy. Elfowie, druidzi, centaury, gobliny itp. Natomiast doktor zniknął z kart historii. Z biegiem lat na jego temat powstało mnóstwo teorii. Jedni twierdzili, że w ogóle nie istniał, a jego postać została wymyślona, by straszyć niegrzeczne dzieci, natomiast pierwszymi czarodziejami na świecie byli Pierwotni. Inni mówili, że jego nieśmiertelność była tylko przechwałką, a on sam zmarł od ran odniesionych w walce. Jeszcze inni twierdzili, że doktor czai się w mroku i próbuje odzyskać utraconą potęgę, by znowu przygotować świat na przyjście demona Makkapitew. Tak czy inaczej pewne jest to, że nikt nie słyszał o nim od ponad trzech tysięcy lat. Pewne jest też to, że czarodzieje oraz wszelka magia na świecie nie wzięła się znikąd.

Cassie zamknęła książkę. „ Czyli mam w sobie moc Eladieri. „ myślała. „ Jestem Strażniczką Równowagi. Mówiła, że muszę obrać jedną z dróg, by wypełnić swoje przeznaczenie. Na jej końcu czeka mnie zbawienie lub potępienie. Rozumiem. Jestem Strażniczką, więc moim przeznaczeniem jest jednoznacznie stanąć po którejś ze stron. Muszę rozstrzygnąć, czy w tej wojnie wygrywa Zło czy Dobro i wspomóc słabszego. No to chyba wybór jest prosty. „. Zerknęła na zegarek. Zbliżała się godzina zbiórki. Nadal mając w pamięci historię o Pierwotnych podążyła w kierunku Dziurawego Kotła. Dogoniła ją Hermiona:

- Cassie!

- Tak, Hermiono? - odpowiedziała dziewczyna.

- Gdzieś ty była?! Zniknęłaś mi z oczu w księgarni, a potem nie mogłam cię znaleźć. Bałam się o ciebie! - powiedziała Granger z wyrzutem.

Cassie obdarzyła ją ciepłym uśmiechem.

- Wybacz. Po prostu znalazłam ciekawą książkę i chciałam jak najszybciej ją przeczytać. A w księgarni przeszkodził mi sprzedawca.

- A co takiego czytałaś? - zapytała Hermiona. Gdy tylko usłyszała, że Cassie zniknęła przez chęć przeczytania książki jej złość na nią od razu wyparowała.

- A nieważne - odpowiedziała Cassandra, machając lekceważąco ręką. - Chodź, musimy dotrzeć do Dziurawego Kotła.

W momencie, gdy Cassie zajęta była lekturą, Connor Potter z zaciekawieniem obserwował sklepowe wystawy. Chociaż zawsze uważał, że w Tytanie wszystko jest lepsze niż gdziekolwiek indziej na świecie, to musiał przyznać, że Pokątna bije na łeb na szyję dzielnicę handlową w jego mieście. Przynajmniej jeśli chodzi o wygląd, bo jakość towarów to już inna sprawa. Ale jeśli porównać szare uliczki dzielnicy handlowej z różnokolorowością Pokątnej, to ta ulica zdecydowanie wygrywała. Nie wiedząc, co ze sobą począć skierował się do sklepu z magicznymi zwierzętami. Przesuwał się między regałami oglądając przeróżne okazy. Zapatrzony na coś, co przypominało włochatą, czarną kulkę z żółtymi oczami nie zauważył, gdy na kogoś wpadł. Usłyszał krótki pisk i w ostatniej chwili złapał jakąś dziewczynę, ratując ją przed bolesnym upadkiem.

- Przepraszam - zaczął się tłumaczyć. - Nie zauważyłem cię. Mam nadzieję, że nic... - urwał, gdy dziewczyna odwróciła się w jego stronę. Gładko opalona cera dziewczyny, malinowe usta i gęste, brązowe włosy sprawiły, że Potterowi odebrało mowę. Ale to jej fiołkowe oczy, podkreślone czarną konturówką pochłaniały całą jego uwagę. Nigdy nie widział podobnie pięknych oczu. - … ci się nie stało - dokończył.

Dziewczyna lekko zarumieniła się pod jego intensywnym spojrzeniem. „ Jeszcze ten rumieniec. „ pomyślał Connor. Ze zdziwieniem zauważył, że pierwszy raz w życiu nie wie co powiedzieć. Jednak szybko się zreflektował i wyciągnął do niej rękę.

- Jestem Connor.

- Grace - odparła dziewczyna miękkim głosem, obdarzając Pottera uśmiechem. - Grace Riley. Nie przejmuj się tym, też zdarza mi się kiedyś kogoś potrącić.

- Patrzyłem na to czarne coś i wiesz... tak jakoś wyszło - Connor zaklął w myślach. „ Czemu do cholery się jąkam? „ pomyślał.

- Ach, pigmejki brazylijskie. Są słodkie, prawda? Potrafią zmieniać kolor swojej sierści, zależnie od tego, jakie uczucia targają jego właścicielem. Czarny to neutralny kolor. Czerwony to miłość, niebieski szczęście, a pomarańczowy to gniew. Reszty nie pamiętam, ale jeśli go kupisz dają ci kartkę, na której są znaczenia poszczególnych kolorów.

- To raczej nie dla mnie - odpowiedział chłopak. - Jakoś nie chciałbym, by wszyscy wiedzieli co w danym momencie czuję - „ A szczególnie teraz. Wrr, ogarnij się Potter! „ zganił się w myślach.

- Tak jak mój brat - perłowy śmiech dziewczyny brzmiał Connorowi w głowie. - On też nie lubi okazywać uczuć.

Nim Connor zdążył odpowiedzieć, podszedł do nich chłopak z brązowymi włosami i zielonymi oczami. Jego wypielęgnowane włosy oraz kolczyk w uchu sprawił, że Connorowi zebrało się na odruchy wymiotne. Powstrzymał się jednak przed jakąkolwiek uwagą.

- O, już jesteś - powiedziała Grace. - Poznaj Connora. Wpadł na mnie oglądając pigmejki. Connor, to Malcolm.

- Witaj. Nie dziwię ci się, że na nią wpadasz. Obok takiej dziewczyny nie sposób przejść obojętnie. Prawda Grace? - zaśmiał się Malcolm.

- Och przestań - Grace wytknęła mu język. - Czasami masz naprawdę spartaczone poczucie humoru.

- I tak mnie kochasz, niezależnie od mojego humoru - roześmiał się Malcolm.

To jedno zdanie sprawiło, że Connor poczuł się tak, jakby chłopak uderzył go w żołądek. „ Więc to jej chłopak. „ pomyślał. „ Albo i nie, może to jej brat „. Ale kiedy zobaczył, jak chłopak obejmuje ją w talii pozbył się złudzeń. Przez chwilę nawet naszła go ochota, by złamać mu rękę, lecz zaraz zreflektował się. Zmusił się do krzywego uśmiechu. Nie mogąc dłużej znieść towarzystwa Malcolma, jego żałosnego kolczyka i śmiechu powiedział:

- Cóż, na mnie już czas. Muszę spotkać się ze znajomymi.

- No to żegnaj, Connorze - powiedziała Grace ściskając mu rękę. - Może spotkamy się w Hogwarcie.

- Może.

- Miło było cię poznać - Malcolm wyciągnął do niego dłoń, a Connor ścisnął ją mocniej niż to było konieczne.

Grace z Malcolmem wyszli ze sklepu i odeszli w swoją stronę. Connor po chwili skierował się w stronę Dziurawego Kotła, by spotkać się z pozostałymi. „ No cóż. „ myślał. „ Skoro jest zajęta, to przecież nie będę się narzucał. Jak to mawia Jonathan, tego kwiatu jest pół światu.". Jednakże przez całą drogę przed oczami miał fiołkowe oczy dziewczyny.

Harry, Ron i Ginny kończyli zakupy w sklepie do quiditcha. Wychodząc rozmawiali o tym, kto będzie tegorocznym kapitanem. Harry obstawiał Angelinę Johnson. W pewnym momencie Ron zadeklarował:

- W tym roku zamierzam starać się o pozycję obrońcy.

- Świetnie - ucieszył się Harry. - Z pewnością sobie poradzisz. Wszyscy Weasley'owie mają granie we krwi, więc na pewno nie będziesz miał problemów.

- Dzięki stary - Ron klepnął Harry'ego w plecy.

- Dołączę do was potem - odezwała się nagle Ginny i opuściła ich.

Harry i Ron odwrócili się w kierunku, w którym pobiegła i zobaczyli Dean'a Thomasa, całującego rudowłosą. Harry wyszczerzył się na ten widok, a Ron upuścił zakupy na ziemię.

- Co do..? - zaczął rudzielec, ale przerwał mu głośny huk.

Nagle na Pokątnej pojawiło się mnóstwo zakapturzonych postaci. Ktoś z tłumu krzyknął:

- Śmierciożercy!

Wybuchła zbiorowa panika. Przerażeni ludzie uciekali, na całej ulicy trzaskały zamykane drzwi i okna, słychać było krzyki. Harry wyciągnął różdżkę od Connora i nie zastanawiając się długo, rzucił zaklęcie Drętwota na pierwszego lepszego śmierciożerce. Pozostali odwrócili się do nich i wyrzucili w ich stronę potok zaklęć. Harry i Ron schowali się za straganem i stamtąd próbowali odeprzeć atak. Wiedzieli, że nie mają szans. Gdy śmierciożercy zaczęli ich otaczać niespodziewanie na ulicy pojawiły się postacie w kapturach. Z początku Harry pomyślał, że to kolejni śmierciożercy, lecz zaraz spostrzegł, że ci mają długie miecze na plecach. Natarli na popleczników Voldemorta, a jeden z nich zwrócił się do chłopców.

- Zmiatajcie stąd!

Harry nie posłuchał go i znowu miotnął zaklęciem w śmierciożercę. Tamten odbił je zaklęciem tarczy i zaraz potem Harry musiał radzić sobie z dwoma przeciwnikami naraz. Dzielnie się bronił. W pewnym momencie maska spadła z twarzy śmierciożercy i Harry ujrzał zimne oczy Lucjusza Malfoy'a. Malfoy wykrzywił usta w pogardliwym grymasie i natarł na Harry'ego. Ron chciał mu pomóc, lecz zaklęcie Lucjusza zmusiło go do zostania na miejscu.

- Ostrzegałem cię Potter, że pewnego dnia skończysz jak twoi rodzice! Ten dzień właśnie nadszedł, zaraz będzie tu Czarny Pan!

Harry'emu zmroziło krew w żyłach. Ledwie Lucjusz skończył wypowiedź, na ulicy aportowała się jeszcze jedna postać. Gwałtowny ból blizny sprawił, że Harry nawet nie musiał patrzeć na przybysza, by wiedzieć kim jest. Podniósł wzrok i napotkał czerwone oczy Voldemorta. Ron korzystając z tego, że śmierciożercy zajęli się innymi wymknął się, by powiadomić Zakon i resztę. Tymczasem Harry stał oko w oko ze swoim wrogiem.

- Harry Potter - wysyczał Voldemort. - Chłopiec, który przeżył. Cóż, tym razem nie będziesz miał tyle szczęścia.

Zielony promień wystrzelił z różdżki Voldemorta. Harry przetoczył się na bok, a śmiercionośne zaklęcie roztrzaskało szybę w jednym ze sklepów. Harry wystrzelił zaklęcie Expelliarmus, które Riddle z łatwością sparował.

- A ty dalej na poziomie przedszkolaka, Potter - zaśmiał się Voldemort. - Takimi zaklęciami nie wywołasz u mnie nawet krwotoku z nosa.

Rzucił kolejną Avadę, lecz Harry znowu zrobił unik. Walczyli przez jakiś czas, chociaż trudno to nazwać walką, bo tylko Voldemort atakował, a Potter jedynie robił uniki. Harry zdawał sobie sprawę, że Expelliarmus ani Drętwota nic mu nie zrobią, a znał tylko te zaklęcia. Nie pozostało mu nic innego jak dotrzeć do Dziurawego Kotła i stamtąd dostać się na Grimmauld Place. Machnął różdżką, a podarte kartki książek ruszyły w kierunku Voldemorta, ograniczając mu widoczność. Czarnoksiężnik jednym machnięciem różdżki pozbył się przeszkody i strzelił zaklęciem w uciekającego Harry'ego. Chłopak runął na ziemię, ale na tym się nie skończyło. Voldemort rzucił na niego zaklęcie Cruciatus. Harry wił się z bólu, ale nie krzyknął. Nie chciał dawać Voldemortowi tej satysfakcji. Inni członkowie Zakonu już dotarli na Pokątną i próbowali przebić się do Pottera, lecz śmierciożercy im to uniemożliwiali. Tymczasem Harry po raz kolejny oberwał zaklęciem torturującym. I znowu. I znowu. Po którymś razie nie mógł już wytrzymać i zaczął krzyczeć. Voldemort wygiął usta w parodii uśmiechu.

- Wszyscy teraz zobaczą, jak ich bohater ginie. Kończmy to. Pokłoń się śmierci, Harry Potterze. Avada Kedavra!

Harry widział, jak zielony promień leci w jego stronę. Nie miał siły, by unieść różdżkę, albo chociażby odskoczyć przed zaklęciem. Widział jak śmierć zbliża się do niego, już czuł jej zimne palce na jego gardle. Przed oczami przeleciało mu całe dotychczasowe życie. Zamknął oczy w oczekiwaniu na to, co miało nadejść. Lecz nagle przed nim wyrósł mur, który zatrzymał śmierć. Zaklęcie roztrzaskało mur nie robiąc Harry'emu krzywdy. Wtem rozległ się głos, który Harry znał aż zbyt dobrze.

- Walczysz ze słabszymi Riddle?! Zmierz się z kimś, kto ci dorówna!

Harry i Voldemort spojrzeli w stronę, z której dochodził głos. Stała tam postać z uniesioną różdżką i mieczem w ręce. Całą postać otaczała zielona poświata, formująca się w kształt smoka. Chłopak patrzył na Voldemorta z furią i żądzą mordu w oczach.

- Zmierz się ze mną, tchórzu! - wykrzyknął Connor Potter.