Voldemort wykrzywił usta w pogardliwym uśmiechu oraz zasyczał złowrogo. Gdy przemówił, jego głos zmroził krew wszystkim obecnym.

- Albo jesteś bardzo odważny, albo bardzo głupi, by tak się do mnie zwracać, chłopcze.

- Albo jedno i drugie - głos Connora mógł śmiało mierzyć się z głosem Voldemorta.

- Aż tak ci zależy na śmierci? No dobrze, w takim razie spełnię twoje żądanie.

Czarny Pan rzucił zaklęcie uśmiercające w kierunku Connora. Najstarszy Potter błyskawicznie się uchylił i odpowiedział tym samym. Obaj czarodzieje walczyli zaciekle, mierząc się wyzywającymi spojrzeniami.

Voldemort atakował z zaskakującą szybkością, zmuszając Connora do ciągłego cofania się. Inni członkowie Cieni starali się pomóc Potterowi, ale co czujniejsi śmierciożercy, skutecznie im to uniemożliwiali. Connor był zdany sam na siebie, ale nie zamierzał uciekać ani się poddać. Tak bardzo marzył o tym pojedynku. Od dawna zastanawiał się, czy da radę w bezpośrednim starciu z samym Voldemortem i teraz, kiedy wreszcie ma okazję, nie zamierzał pozwolić, aby ktokolwiek się wtrącał. Jednak wyglądało na to, że nie docenił siły Czarnego Pana, bowiem od dobrych kilku minut to Voldemort miał kontrolę nad tym pojedynkiem. Ciągle rzucał w Connora czarnomagicznymi klątwami, zmuszając go do nieustannych uników. Potter czekał na moment, w którym będzie mógł wyprowadzić skuteczny kontratak i wreszcie doczekał się.

Jak tylko Voldemort zwolnił tempo rzucania czarów, natychmiast wystrzelił do przodu i rzucił zaklęcie cięcia, które zderzyło się z zielonym promieniem lecącym w jego stronę. Następnie posłał Avadę w kierunku Czarnego Pana. Voldemort zmrużył oczy i zniknął, pojawiając się za plecami Connora. Connor nie zdążył uchronić się przed zaklęciem odpychającym i poczuł, jak jego stopy odrywają się od ziemi. Wpadł przez szybę do jednego ze sklepów, boleśnie raniąc sobie dłoń. Nie przejął się tym zbytnio i szybko sięgnął do kieszeni szaty, w której miał fiolkę z eliksirem przeciwbólowym.

— Wyłaź, chłopcze! — krzyknął Riddle. — Tak bardzo chciałeś się ze mną zmierzyć, więc nie chowaj się teraz jak zwykły szczur!

Connor wyszedł przez rozbite okno i ponownie stanął na wybrukowanej ulicy. Patrzył na Voldemorta z nienawiścią w oczach. Czarny Pan uśmiechnął się kpiąco i powiedział:

— To wszystko, na co cię stać? W takim razie muszę przyznać, że wszyscy członkowie rodziny Potterów to nieudacznicy. Powinieneś wiedzieć, że ze mną nikt nie może wygrać. Za swoją niewiedzę zapłacisz najwyższą cenę. Avada Kedavra!

Zielony promień mknął w stronę Connora. Chłopak błyskawicznie uskoczył w bok i wyczarował lodowe kolce, które pomknęły w kierunku Voldemorta. Czarny Pan stłamsił je jednym machnięciem różdżki i wyprowadził kontratak. Promienie z różdżek obydwu walczących leciały w jedną i drugą stronę, ale żaden z nich nie był w stanie poważnie zagrozić swojemu przeciwnikowi. Wreszcie obaj rzucili jakieś zaklęcia, których pozostali obserwatorzy nawet nie znali. Huknęło jak z armaty, a Voldemorta i Connora zasłonił tuman kurzu. Słychać było tylko ich wzajemne przekleństwa i krzyki.

Wreszcie Śmierciożercy i aurorzy dostrzegli, że obaj czarodzieje leżą wyczerpani na ulicy. Śmierciożercy wpadli w panikę na widok swojego Pana w takim stanie i zaczęli uciekać z miejsca bitwy. Aurorzy rzucili się na nich, ale udało im się schwytać zaledwie garstkę z nich. W końcu pojawił się Albus Dumbledore, który w porę powstrzymał Czarnego Pana przed rzuceniem Avady na wyczerpanego Connora. Riddle, widząc człowieka, którego się bał, syknął cicho i przeniósł wzrok na Connora.

— Jeszcze się zobaczymy — powiedział tylko i zniknął.

Connor patrzył przez chwile na miejsce, w którym zniknął Riddle, a potem osunął się na ziemię. Ta walka go wyczerpała. Tymczasem członkowie Zakonu Feniksa z Dumbledore'em na czele zajęli się przywracaniem ulicy do poprzedniego stanu. Natomiast przy Connorze natychmiast znaleźli się Cassie oraz Harry. Dziewczyna rzuciła mu się na szyję i z całej siły go przytuliła. Chłopak aż syknął.

- Dzięki Bogu żyjesz! - mówiła Cassie ze łzami. - Jak mogłeś zachować się tak nieodpowiedzialnie?! Czy ty wiesz, co ja przeżywałam widząc to wszystko?! Kim są ci ludzie w czarnych płaszczach?!

- Cassie proszę, udusisz mnie - jęknął Connor, próbując uwolnić się z ramion siostry. - Zgubiłem się po pierwszym pytaniu, które mi zadałaś. Jednak masz rację. Myślę, że nadszedł już czas, byście poznali prawdę. Ale opowiem wam wszystko dopiero, gdy wrócimy na Grimmauld Place. Teraz jestem wyczerpany.

Próbował wstać, ale zachwiał się na nogach. Harry przytrzymał go w pasie i poprowadził do pozostałych. Remus, Syriusz, Hermiona, Ron, bliźniacy, Ginny, wszyscy członkowie Zakonu i aurorzy przypatrywali mu się z szacunkiem i podziwem. Gdy przechodził między nimi Harry zauważył, że ludzie w czarnych płaszczach nawet chylą przed nim głowy. Podszedł do nich Jonathan i pomógł Harry'emu trzymać chłopaka w pionie. Gdy doszli do jedynej ocalałej ławki, usadzili na niej Connora.

- Cassie mało nie odgryzła sobie palców - zaczął Harry. - A Moody'emu omal nie wypadło oko, jak na to wszystko patrzył.

- Złapaliśmy jednego ze śmierciożerców - podjął Jonathan. - Lou i Azami zabrali go do Tytanu na przesłuchanie.

- Zaraz do nich dołączymy - powiedział Connor kiwając głową.

- W tym stanie? - zapytał Harry.

- Daj spokój, nic mi nie jest - machnął ręką jego brat. - Chwilę odpocznę i wszystko będzie w porządku.

Podeszła do nich jedna z zakapturzonych postaci. Ukłoniła się Connorowi i powiedziała.

- Panie Potter, jeden ze śmierciożerców został schwytany i odstawiony do Tytanu.

- Wiem, Jonathan już mi to powiedział - odparł Connor. - Jakie są straty?

- Z Cieni nie zginął nikt. Z Zakonu także. Jedynie kilku aurorów poległo

- Rozumiem - powiedział Connor. - Idź do Tytanu i przygotuj więźnia. Zaraz tam przyjdę.

- Tak jest.

Cień zniknął im z oczu. Connor zwrócił się do Harry'ego.

- Obiecałem, że opowiem wam o sobie. Jednak teraz muszę zająć się tym śmierciożercą. Pogadamy później, ok?

Harry skinął głową. Connor wstał z ławki i kiwnąwszy głową na Jonathana zaczęli zbliżać się do Cieni. Jednak drogę zagrodził im Syriusz z Remusem.

- To było... - zaczął Łapa.

- Niesamowite - dokończył Remus.

- Bawicie się w bliźniaków? - zapytał Connor z lekkim uśmiechem.

- To z wrażenia - odpowiedział wilkołak. - Gdzie ty się tego wszystkiego nauczyłeś?

- Tu i tam - odpowiedział Connor. - Słuchajcie, mam teraz ważną rzecz do załatwienia. Wszystko wam wyjaśnię później, dobrze?

Mężczyźni skinęli głowami. Jonathan i Connor podeszli do grupki Cieni, rozmawiających z Albusem Dumbledore'm. Kiedy do nich dołączył, Albus rzekł z uśmiechem:

- Dzięki twoim ludziom, nie ponieśliśmy wielkich strat.

- O tak, jestem z nich dumny - powiedział Connor, a członkowie Cieni z godnością przyjęli pochwałę dowódcy. - Muszę uregulować parę spraw w Tytanie. Potem pewnie przenocuje u siebie, więc na Grimmauld Place pojawię się jutro rano.

- Oczywiście - starzec pokiwał głową. - Jutro wieczorem odbędzie się spotkanie Zakonu. Jeśli chcesz możesz w nim uczestniczyć, oczywiście razem z panem Jonathanem.

- Przyjdziemy - powiedział Connor.

- Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę, ale porozmawiamy o tym po jutrzejszym zebraniu.

Connor skinął głową i Dumbledore odszedł. Skinął głową do jednego z zakapturzonych, który miał czerwoną naszywkę na płaszczu.

- Kapitanie, proszę zebrać swój dywizjon i wracać do Tytanu.

- Tak jest! - odpowiedział zakapturzony i oddalił się, aby zebrać ludzi.

Connor i Jonathan teleportowali się do miasta. Przebrali się w czyste ubrania i zeszli do lochów. Weszli do tego samego pomieszczenia, w którym niegdyś siedział Rowle. Dwóch umięśnionych mężczyzn biło przykutego do ściany śmierciożercę. Gdy Connor wszedł, obydwaj stanęli na baczność, spoglądając na Pottera.

- Powiedział coś? - zapytał chłopak.

- Na razie nie - odparł jeden z umięśnionych. - Wspomniał tylko o jakiejś bazie śmierciożerców ulokowanej w górach, ale nie chce zdradzić dokładnego miejsca.

- Mamy to z niego wycisnąć?. - zapytał drugi, ściskając w ręku olbrzymi sekator.

- Nie - Connor pokręcił głową. - Sam się tym zajmę. Zostawcie nas. Dajcie mi tylko klucz do kajdan.

Jeden z osiłków podał Connorowi klucz. Gdy wszyscy wyszli, zostawiając Pottera sam na sam ze śmierciożercą, chłopak zapytał:

- Jak się nazywasz?

Cisza.

- Przepraszam za nich - ciągnął Potter. - To dobrzy ludzie, ale są trochę porywczy. Nieźle cię urządzili.

Znowu cisza. Connor podszedł do śmierciożercy i uwolnił go z kajdan. Wskazał mu krzesło, a sam usiadł po przeciwnej stronie małego stołu.

- Posłuchaj, po co chcesz się męczyć? I tak wycisnę z ciebie wszystko co wiesz. Od ciebie zależy czy pójdzie to bezboleśnie, czy nie. Wiem, że jesteś jedynie płotką. Ja poluję tylko na grube ryby.

- Czarny Pan i tak cię dorwie.

- Czarny Pan ma teraz ważniejsze sprawy na głowie - odrzekł Connor. - Z pewnością czeka go długa kuracja.

Śmierciożerca zgrzytnął zębami.

- Nie lubię fizycznych tortur - podjął na nowo Connor. - Są nieskuteczne. Na ból można się uodpornić. A taki dobrze zbudowany facet jak ty, z pewnością potrafi wiele znieść. Zanim powiedziałbyś mi wszystko co wiesz, minęłoby dużo czasu. Przy okazji zamieniłbym to miejsce w rzeźnie. Dlatego nie będę cię bił, kroił lub coś w tym stylu. Za to tortury psychiczne, o tak, mówią, że te są o wiele lepsze. Na ból psychiczny nie można być odpornym, prawda? Każdy człowiek ma jakiś słaby punkt. Twoim słabym punktem jest żona Monica i córeczka Eileen. Czytam ci w myślach, odkąd tu wszedłem. Chyba nie chcesz, żeby przez twój upór spotkało je coś złego, prawda?

- Są w bezpiecznym miejscu. Czarny Pan ich ochrania.

- Czyżby? - z uniesioną brwią zapytał Connor, po czym wstał i walnął pięścią w drzwi. Jeden z osiłków wszedł do środka. - Przyprowadź naszych gości.

Barczysty chłop skinął głową i wyszedł. Po chwili wrócił, prowadząc dwie przerażone osoby. Kobietę w wieku około trzydziestu lat i ośmioletnie dziecko. Śmierciożerca zerwał się na równe nogi.

- Monica, Eileen! Wypuść je!

- Siadaj! - zagrzmiał Connor. - Nadal wierzysz w niezawodność Czarnego Pana?! Mów, gdzie jest baza śmierciożerców, albo zaraz zobaczysz jak twoja żona wygląda w środku! Chociaż.. - dodał po chwili. - Jest niezła. Więc może najpierw inaczej się z nią zabawię.

Connor znacząco zlustrował ją z góry do dołu. Śmierciożerca wyrywał się, ale osiłek mocno go przytrzymywał.

- Zapytam po raz ostatni - powiedział Connor. - Gdzie jest baza?

- Nie odważysz się! - krzyknął śmierciożerca. - Blefujesz! Nie wierzę ci, rozumiesz?!

- Mark proszę, powiedz mu wszystko - załkała kobieta.

- Jak chcesz - powiedział Connor, po czym wezwał do pokoju drugiego ochroniarza. - Zasłoń dziewczynce oczy.

Kiedy Connor upewnił się, że dziewczynka nic nie widzi, osiłkowi, który trzymał więźnia, kazał przykuć śmierciożercę do ściany. Gdy spełnił rozkaz, Connor rzucił kobietę na stół i zaklęciem przywiązał jej ręce i nogi. Potem zdarł z niej ubranie, zostawiając jedynie bieliznę. Spojrzał na śmierciożercę, który był aż siny z furii.

- Nadal sądzisz, że blefuję?

- Nic nie wiem o żadnej bazie! - wydarł się. - Wiem tylko, że istnieje, ale nie wiem gdzie, przysięgam!

Connor rozłożył ręce.

- Uparty jesteś! Szkoda, że twoja żona będzie musiała zapłacić za to godnością.

Potter rozebrał ją do naga, a potem sam zaczął zdejmować ubranie. Kobieta zaczęła krzyczeć i wyrywać się, równocześnie błagając męża, by powiedział wszystko co wie. Jednak Connor stwierdził, że ten zmarnował swoją szansę i teraz za to zapłaci. Connor wyjął nóż i wbił jej go w brzuch. Powtarzał pchnięcia, aż kobieta wyzionęła ducha. Po twarzy śmierciożercy spływały łzy, a całą celę wypełniał jego krzyk.

- Zabiję cię! Nie daruję ci tego! Będziesz zdychał w męczarniach!

- Masz ostatnią szansę! Mów gdzie jest baza, albo zaraz twoja córeczka zobaczy, co zostało z jej matki! A potem podzieli jej los!

Śmierciożerca nadal milczał, więc Connor podszedł do dziewczynki z nożem w garści. Gdy był o krok od niej więzień krzyknął:

- Dobra, już dobra! Powiem wszystko, ale proszę nie rób jej krzywdy! Proszę! - mówił łamiącym się głosem.

- Słucham - odpowiedział Connor.

- Baza jest w Tatrach! To góry leżące w Polsce!

- Dlaczego właśnie tam?

- Mamy informacje, że w Polsce jest największe skupisko druidów. Czarny Pan wysłał śmierciożerców, by obserwowali ich ruchy oraz, gdyby tamci zdecydowali się dołączyć do wojny, wyeliminować ich. Więcej nic nie wiem, proszę, nie rób krzywdy mojej córce.

- Tatry są duże. Potrzebuje dokładnego miejsca.

- Dam ci mapę z zaznaczonym wejściem do bazy. Mieści się ona w jaskini. Mapa jest w wewnętrznej kieszeni mojego płaszcza.

Connor podszedł do śmierciożercy i wyjął z jego kieszeni żądany przedmiot. Otworzył mapę i uważnie ją studiował. Potem podszedł do dziewczynki i szepnął jej na ucho.

- Podziękuj ładnie tatusiowi, gdy się spotkacie. Właśnie uratował ci życie - odwrócił się do goryli. - Wyprowadźcie ją.

Ledwie dziewczynka wyszła, odprowadzana przez ochroniarzy, śmierciożerca poczuł ból głowy. Na moment całe pomieszczenie zamigotało mu przed oczami, a gdy odzyskał widoczność, zobaczył Connora siedzącego po drugiej stronie stołu. Nie było na nim rozprutego ciała jego żony, ani dziewczynki.

- Gdzie one są?! - krzyknął. - Gdzie moja córka?!

Śmierciożerca rzucił się na niego, ale zaklęcie Connora odrzuciło go na ścianę. Łańcuchy znów oplotły jego dłonie.

- Nigdy ich tu nie było - odpowiedział Connor. - Falsumencja, mówi ci to coś?

- Nie - odparł śmierciożerca.

- To dziedzina magii umysłu, pozwalająca na podsyłanie ofierze fałszywych obrazów. Nie widziałeś zatem rzeczywistości, a jedynie iluzję, którą zaszczepiłem w twoim umyśle Mówiłem ci, że tortury psychiczne są o wiele bardziej skuteczniejsze od fizycznych. Wyśpiewałeś mi wszystko jak kanarek. Twoja żona i córka zapewne siedzą teraz w domu, zastanawiając się, dlaczego jeszcze nie ma cię z nimi.

- Ty sukinsynie! - wysyczał śmierciożerca, gdy dotarło do niego, że dał się oszukać.

- Dziękuje za współpracę - powiedział Connor i wyszedł.

Gdy mijał osiłków powiedział im tylko.

- Nie nabrudźcie za bardzo.

Skinęli głowami i weszli do pomieszczenia z więźniem. Natomiast Connor zagadał do Jonathana.

- Zbierz kilkoro ludzi i teleportujcie się w to miejsce.

Pokazał mu mapę. Jonathan obejrzał ją i skinął głową. Wyszedł, a Potter przywołał swój miecz i teleportował się do miejsca zaznaczonego na mapie. Wylądował przed wejściem do jaskini, znajdującym się w głębi lasu. Po chwili usłyszał trzask i dołączył do niego Jonathan, Lou i Azami. Z nimi przybyło kilkudziesięciu innych wojowników. Connor pokrótce wytłumaczył im, o co chodzi.

- Znajdujemy się przed wejściem do jednej z baz śmierciożerców. Naszym zadaniem jest eliminacja wszystkich. Nie bierzemy jeńców. Wasza czwórka... - dodał wskazując na wojowników. - Niech rozejrzy się po lesie i sprawdzi, czy nie ma żadnych niespodzianek. Ewentualnie poszukajcie drugiego wejścia lub czegoś podobnego. Wy dwoje... - wskazał na kolejną dwójkę. - Zostaniecie tutaj na wypadek, gdyby ktoś chciał tu wejść lub wyjść. Zabijajcie wszystkich, którzy będą mieli na sobie płaszcze śmierciożerców. A pozostali idą za mną.

Wszyscy skinęli głowami pokazując, że zrozumieli rozkazy. Weszli w ciemności jaskini. Rzucili zaklęcie Lumos. Po chwili korytarz się rozwidlał. Rozdzielili się na dwie grupy. Jonathan i Lou, razem z innymi poszli w lewo, a pozostali w prawo. Idąc wciąż przed siebie, nie napotykali żadnego oporu. Azami zrównała się z Connorem.

- A jak nas wykiwał?

- Na pewno nie - odparł chłopak. - Wątpisz w moje metody?

- Skąd - odparła dziewczyna. - Ale tu jest tak cicho.

Jak na zawołanie gdzieś z głębi dały się słyszeć fruwające zaklęcia. Wszyscy popatrzyli po sobie.

- Chyba grupa Jonathana i Lou znalazła śmierciożerców - stwierdził jeden z członków Cieni.

Connor skinął głową i szli dalej, zachowując maksimum czujności. Nagle przed nimi znalazły się trzy zakapturzone postacie. Azami rzuciła zaklęcie Drętwota na jednego z nich. Rozpoczęła się walka. Śmierciożercy rzucali zaklęcia chaotycznie, tak więc świetnie wyszkoleni członkowie Cieni nie mieli z nimi większego problemu. Biegli przed siebie nie zatrzymując się. Dotarli do okrągłego pomieszczenia, które było chyba główną komnatą. Wszędzie były stoły i krzesła, a na meblach leżały różne zwitki pergaminu. Natomiast z korytarzy odchodzących od pomieszczenia zaczęli wychodzić śmierciożercy. Connor wyjął miecz oraz zaczął dziesiątkować nim wrogów. Pozostali nie byli gorsi, a po chwili okrągła komnata zamieniła się w rzeźnie. Wszędzie walały się trupy. Dwóch członków Cieni niestety nie przeżyło spotkania z przeważającymi siłami wroga. Śmierciożercy napływali ze wszystkich stron. Azami podbiegła do Connora.

- Jest ich za dużo! - krzyknęła. - Musimy się wycofać!

Chłopak skinął głową i wszyscy zniknęli w korytarzu, z którego przyszli. Poplecznicy Voldemorta deptali im po piętach. Nagle Azami krzyknęła i padła na ziemię. Connor rzucił zaklęcie wybuchające celując w górę. Jaskinia zatrzęsła się i korytarz zaczął się zawalać. Potter szybko podniósł dziewczynę i przerzucił ją przed ramię. Spadające głazy odgrodziły ich od śmierciożerców. Gdy ponownie znaleźli się na rozwidleniu, Connor rzekł do towarzyszy:

- Znajdźcie Jonathana i resztę. Powiedzcie im, by natychmiast tu przychodzili.

Wojownicy skinęli głowami i zniknęli w lewej odnodze. Connor tymczasem cucił nieprzytomną dziewczynę. Gdy ta zaczęła odzyskiwać przytomność, jedna ze ścian rozsunęła się ukazując przejście. Wyskoczyła z niego dwójka śmierciożerców. Connor wyszarpnął różdżkę i zaklęciem tnącym poderżnął jednemu gardło. Na jego miejsce zaraz wbiegł kolejny. Walcząc z dwoma przeciwnikami naraz czuł, że zmęczenie po walce z Voldemortem daje o sobie znać. Nie miał sił rzucać bardziej zaawansowanych zaklęć. Musiał więc radzić sobie tymi podstawowymi. W duchu liczył na to, że dziewczyna obudzi się i trochę mu pomoże. Wiedział, że jeśli szybko czegoś nie wymyśli, będzie z nim krucho. Atakowało go już nie dwóch, a sześciu wrogów. Zaklęcie oszałamiające zostało odbite przez jednego śmierciożerce, który natychmiast odpowiedział kontratakiem. W tym czasie jego drugi towarzysz rzucił na niego zaklęcie tnące, przed którym Potter nie zdążył się obronić. Poczuł jak krew wypływa z rany na brzuchu, ale nawet na chwilę nie przestał walczyć. W końcu uniósł miecz i rzucił nim w śmierciożerców, równocześnie mrucząc coś pod nosem. Nagle z jednego ostrza zrobiło się pięć innych i wszyscy legli przebici na wylot. Connor podszedł do dziewczyny.

- No dalej, wstawaj.

Dziewczyna z trudem spełniła jego polecenie. Gdy spojrzała na ranę na jego brzuchu zbladła. Connor jednak machnął ręką pokazując, że to nic takiego.

- Musimy znaleźć resztę. Śmierciożercy weszli tu przez tajemne przejście. Chodź!

Złapał ją za rękę i pociągnął w kierunku, skąd wcześniej wyskoczyli wrogowie. Idąc ciemnym korytarzem z niepokojem rozglądali się dookoła. Nagle ciszę przerwał głośny ryk, który wstrząsnął stropem. Connor spojrzał na przerażoną Azami.

- Co to było? - zapytała słabo.

- Nie chcę krakać, ale chyba mają trolla.

- Merlinie! - jęknęła dziewczyna.

Szli naprzód. Nagle doszli do pomieszczenia, w którym byli niedawno. O dziwo, było bardzo cicho.

- Co teraz? - zapytała dziewczyna.

Connor wpadł na genialny pomysł.

- Hektor! - zawołał.

Tuż obok jego stóp zmaterializował się domowy skrzat.

- Zbadaj okolicę. Sprawdź, gdzie znajdują się Jonathan, Lou i pozostali.

- Tak jest, sir.

Skrzat zniknął, a Connor opadł na krzesło. Rana na brzuchu coraz bardziej dawała o sobie znać. Podeszła do niego Azami.

- Nie wygląda to dobrze - rzekła, wskazując na jego brzuch.

- Dam radę, jak zawsze - odpowiedział chłopak.

- Przestań - szepnęła dziewczyna. - Nie jesteś niezniszczalny. Poczekaj, zrobię chociaż prowizoryczny opatrunek.

W czasie, gdy dziewczyna opatrywała Connora, ten przeglądał papiery na stole. Wszystkie zawierały instrukcję walki z druidami oraz sposoby na obronę przed ich magią. Hektor zjawił się dokładnie w chwili, gdy dziewczyna kończyła opatrunek.

- Pan Jonathan jest po drugiej stronie jaskini, sir. Trzeba iść tym korytarzem, na pierwszym rozwidleniu skręcić w lewo, a potem dwa razy w prawo.

- Dziękuje Hektorze. Wracaj do zamku.

Skrzat zniknął, a Potter skinął głową na Azami. Poszli w kierunku wskazanym przez Hektora. Gdy byli w połowie drogi, poczuli okropny fetor, a następnie ziemia pod ich nogami zaczęła drżeć. Spojrzeli na siebie. Z naprzeciwka nadchodził olbrzymi górski troll. Azami krzyknęła, a bestia zwróciła łeb w ich stronę. Troll zaryczał i ruszył na nich, wywijając olbrzymią maczugą. Rzucili się do ucieczki. Connor powtórzył sztuczkę z zaklęciem wybuchającym. Kolejny korytarz zaczął się walić. Jednak kupka kamieni nie była w stanie zatrzymać szarżującego trolla. Mknął na nich, rozwalając po drodze przeszkody. Głazy zasypywały korytarz coraz szybciej. Podczas ucieczki Connor potknął się o jeden kamień i stracił na moment równowagę. Zaczął umykać przed spadającymi kamieniami, ratując się zaklęciem tarczy. Nagle poczuł, jak coś ciężkiego przygniata mu nogę. Wrzasnął z bólu. Azami, która była kilka kroków przed nim usłyszała tylko:

- Kurwa mać! Moja noga!

Odwróciła się i to co zobaczyła, zmroziło jej krew w żyłach. Connor leżał na ziemi z lewą nogą przygniecioną olbrzymim głazem. Podbiegła do niego, próbując go wyciągnąć, ale na nic się to zdało. Tymczasem górski troll zbliżał się do nich coraz szybciej. Spanikowana nie wiedziała, co ma robić.

- Azami! - krzyknął Connor widząc, że panika bierze nad nią górę. - Znajdź Jonathana i Lou, i przyjdźcie tu! Sam nie dam rady temu trollowi!

- Nie zostawię cię samego! - zaprotestowała dziewczyna.

- Jak tu zostaniesz, to zginiemy oboje! - krzyknął chłopak. - Potrzebujemy pomocy! Znajdź chłopaków!

Azami kiwnęła głową i pobiegła dalej. Odwróciła się jeszcze i zobaczyła, jak Potter próbuje wydostać nogę. Dziewczyna zniknęła w korytarzu, a troll zbliżał się do chłopaka. Connor widząc, że nie ma innego wyjścia, zacisnął zęby i wycelował różdżką w głaz. Rzucił na niego zaklęcie wybuchające. Wrzasnął, gdy odłamki jeszcze bardziej poraniły mu nogę. Wstał i zaczął kuśtykać w stronę wyjścia. Znalazł się w okrągłej komnacie, gdzie padł na ziemię. Troll zjawił się chwilę po nim. Chłopak wstał i wyciągnął miecz. Czekał, aż troll wykona pierwszy ruch. Wiedział, że w takim stanie nie da mu rady, więc postanowił grać na zwłokę, w nadziei, że Azami szybko sprowadzi posiłki. Troll zamachnął się olbrzymią maczugą. Potter zablokował mieczem jego atak i sam wyprowadził cios. Bestia miała twardą skórę, więc ostrze miecza jedynie ją łaskotało. Chłopak uskoczył w bok, by uniknąć kolejnego ciosu. Rzucił zaklęcie prosto w oko bestii. Troll zaryczał wściekle i zaczął machać szaleńczo maczugą. Chłopak dzielnie się bronił, ale z powodu wyczerpania i odniesionych ran, jego szybkość spadła. W pewnym momencie poczuł, jak maczuga trolla łamie mu wszystkie żebra. Poleciał na ścianę i z impetem w nią uderzył. Siła uderzenia zamroczyła go. Obraz całkowicie się rozjeżdżał. Teraz bardziej zdawał się na słuch niż na wzrok. Usłyszał głośne stąpanie po swojej lewej i na oślep machnął mieczem. Nie wiedział, jakim cudem zablokował cios, ale zaraz potem troll chwycił go za gardło. Krztusząc się i kurczowo łapiąc powietrze, próbował wyrwać się z morderczego uścisku. Troll potrząsnął nim kilka razy w powietrzu i znowu przerzucił przez całe pomieszczenie. Ból w żebrach stawał się coraz bardziej uciążliwy, tak że Potter chwilami miał problemy z oddychaniem. Poderwał się do pionu i w momencie, gdy troll chciał zgnieść go olbrzymią pięścią, wskoczył na jego rękę i wbiegł po niej na plecy przeciwnika. Odwrócił się w kierunku jego karku i ostatkiem sił wbił miecz prosto w gardło trolla. Bestia zacharczała i po kilku sekundach upadła na ziemię. Szesnastolatek sturlał się z ciała przeciwnika. Nie uszedł nawet kilku metrów. Padł na kolana plując krwią i spazmatycznie łapiąc oddech. Jak przez mgłę ujrzał dwóch popleczników Voldemorta, celujących w niego różdżkami. Rozległe obrażenia, których doznał sprawiły, że nie miał sił się bronić. „ Cóż, wygląda na to, że w końcu nadeszła moja kolej. „ myślał. Z westchnieniem zamknął oczy, czekając na śmierć. Jednak śmierć nie nadchodziła. Nie wiedział, jak długo klęczał z zamkniętymi oczami, lecz w końcu uchylił powieki. Ujrzał swoich niedoszłych morderców leżących bez życia na ziemi, z nożami wystającymi z ich pleców. Zdołał jeszcze zobaczyć mężczyznę z krótkimi włosami przyprószonymi siwizną, który wolno do niego podchodził. Potem ogarnęła go ciemność.