Connor obudził się z głośnym jękiem. Przy najmniejszym ruchu czuł ból na całym ciele. Dostrzegł, że cały tors ma owinięty bandażem. Powoli rozejrzał się dookoła. Znajdował się w małej izdebce. Drewniane ściany wyglądały, jakby miały się rozlecieć ze starości. W pomieszczeniu znajdowało się tylko łóżko, mała toaletka, stolik przy łóżku i zwykłe, drewniane krzesło. Szata chłopaka, jego miecz oraz różdżka leżały na podłodze przy łóżku. Connor czując zawroty głowy, opadł na łóżko oraz próbował przypomnieć sobie niedawne wydarzenia. Bitwa na Pokątnej, walka w jaskini, pojedynek z trollem, tajemnicza postać, która uratowała mu życie. Nie wiedział jak długo był nieprzytomny. Nie było tu zegarka, lecz promienie Słońca wpadające przez okno zwiastowały, że jest południe. Sięgnął po szklankę z wodą, stojącą na stoliku i upił łyk. Znów próbował się podnieść, lecz z marnym skutkiem. Zauważył, że na stoliku stoi również miska z wodą oraz stos zwiniętych ręczników. „Więc miałem gorączkę„ myślał chłopak. „Gdzie ja właściwie jestem?„. Jeszcze raz omiótł wzrokiem pomieszczenie. Ból w nodze stawał się nie do zniesienia, więc chłopak coraz mocniej zaciskał zęby. Usłyszał kroki w pomieszczeniu obok i po chwili do izdebki wszedł wysoki mężczyzna. Krótkie włosy, przyprószone siwizną zdradzały, że nieznajomy lata młodości ma już za sobą. Przez jego prawy policzek przechodziła szkaradna blizna, lecz brązowe oczy patrzyły na Connora życzliwie. Postura mężczyzny także była potężna. Nieznajomy podszedł do łóżka Pottera, ciężko stawiając kroki. Popatrzył na chłopaka i przemówił grubym, basowym głosem:
- Obudziłeś się. Wreszcie, już zaczynałem się niepokoić, że podałem ci nie te lekarstwa, co potrzeba.
- Kim pan jest? - zapytał Connor, patrząc mu w oczy.
- Nazywam się Silvestro. A ty jesteś Connor Potter, prawda?
- Skąd pan wie?
- Miałeś wysoką gorączkę. Majaczyłeś. Usłyszałem kilka ciekawych rzeczy. Czy tego chcesz czy nie, sporo o tobie wiem.
Connor zaklął w myślach. Aż bał się tego, co mógł nieświadomie powiedzieć. Z lekką obawą zapytał:
- Jak dużo pan wie?
- Kilka rzeczy - uśmiechnął się Silvestro. - Mów mi po imieniu, proszę. Czuje się staro, jak mówisz do mnie per pan.
- Jak długo tu jestem?
- Trzy dni.
Connor rozszerzył oczy. Był nieprzytomny przez trzy dni? Chciał wstać, ale ręka mężczyzny delikatnie, acz stanowczo mu to uniemożliwiła.
- Odpoczywaj, młody Potterze - powiedział Silvestro. - Nie możesz się przemęczać. Nieźle cię urządzili. Wstrząśnienie mózgu, zmiażdżona noga, połamane żebra i wielka rana na brzuchu. Poskładałem cię najlepiej jak umiałem, ale ta noga będzie ci dokuczać przez jakiś czas. Miałeś szczęście, że wszedłem do tej jaskini, bo inaczej byłoby z tobą krucho.
- A skąd się tam wziąłeś?
- Przez zwykły przypadek. Łowiłem ryby na kolację nad okoliczną rzeką. Nagle usłyszałem jakieś krzyki i huki z jaskini nieopodal. Zdziwiłem się, bo jej lokatorzy zawsze zachowywali się cicho. Ciekawość wzięła nade mną górę, no i wszedłem do środka. Mijałem tylko martwe ciała. Już miałem zawrócić, gdy usłyszałem ryk trolla. Tak więc postąpiłem jeszcze parę kroków naprzód i tak znalazłem ciebie. Naprawdę, podziwiam cię, że z takimi obrażeniami byłeś w stanie pokonać to bydle.
- Wiedział pan, że zamieszkują ją śmierciożercy?
- Przestań z tym panem - zaśmiał się Silvestro. - Tak, wiedziałem. Ale nigdy mnie nie niepokoili, więc ja też nie miałem powodu, by uprzykrzać im życie.
- Więc nie stoisz po stronie śmierciożerców?
- Nie stoję po niczyjej stronie - wzruszył ramionami Silvestro, poprawiając Connorowi pościel. - Czy to pod rządami Ministerstwa, czy śmierciożerców i tak moje życie będzie takie samo. Ani ta strona, ani tamta nie interesuje się samotnym starcem mieszkającym w głębi lasu.
- Mieszkasz tutaj?
- Od czterdziestu lat - odpowiedział mężczyzna. - Ta niewielka chatka i Pumcia są jedynymi śladami mojej egzystencji.
- Pumcia? - zdziwił się Connor. - Twoja żona?
- Ha, ha, ha - zaśmiał się mężczyzna. - Żona? Nie mam żony, ale tak, w pewnym sensie Pumcia należy do mnie.
Po czym Silvestro głośno gwizdnął. Do pomieszczenia wkroczył sporej wielkości owczarek niemiecki, machając radośnie ogonem. Pies stanął przy Silvestrze, a ten zaczął głaskać go po głowie. Owczarek próbował polizać mężczyznę po twarzy, ale Silvestro w porę się odsunął. Connor uśmiechnął się widząc tą scenę. W pewnym momencie pies podszedł do chłopaka i powąchał jego dłoń. Zaszczekał radośnie i wskoczył na wolne miejsce obok Connora. Chłopak ze śmiechem wyciągnął rękę i poczuł puszystą sierść zwierzęcia. Była przyjemna w dotyku. Pumcia natomiast próbowała powtórzyć swoją próbę lizania po twarzy, ale Silvestro odpędził ją ręką.
- Daj mu odpoczywać lizusko! - owczarek zeskoczył z łóżka i zniknął w otwartych drzwiach. - Polubiła cię. To moja jedyna towarzyszka. Przypałętała się bidulka pewnej deszczowej nocy. Dałem jej trochę jedzenia i tak już została. No, na mnie już czas. Idę przygotować obiad, a ty leż tutaj i odpoczywaj. Nie jest to może pięciogwiazdkowy hotel, ale chyba wytrzymasz, co?
Silvestro mrugnął do Connora i skierował się do wyjścia. Jednak zatrzymał go głos chłopaka:
- Dziękuję za ratunek, ale nie mogę tu zostać. Muszę wracać.
- W tym stanie nie zrobisz nawet pięciu kroków, nie mówiąc o teleportacji. Aż tak ci tu źle?
- Nie o to chodzi - szybko odpowiedział Connor. - Ale moi przyjaciele i rodzina mogą się martwić.
- Bez obaw - odpowiedział mężczyzna. - Wysłałem im sowę w twoim imieniu z wiadomością, że jesteś cały oraz przez kilka dni będziesz nieobecny.
- Skąd wiedziałeś...? - zaczął chłopak, lecz Silvestro mu przerwał.
- Mówiłem ci, majaczyłeś. A ja, przyznaje się, wykorzystałem twój stan i dowiedziałem się o tobie paru rzeczy. Również tego, do kogo skierować sowę. Odpocznij młody Potterze, zbierz siły i dopiero, gdy nie będziesz się krzywił z bólu co kilkanaście minut, wrócisz do przyjaciół.
Zrezygnowany Connor opadł na poduszki. Polubił tego człowieka. Poza tym widać było, że nie interesuje się tym, co dzieje się na świecie. Sprawiał wrażenie, jakby ta chatka była jego całym światem. I dopóki nikt nie naruszał jego miejsca zamieszkania, nic innego się dla niego nie liczyło. Poza tym, gdyby Silvestro miał wobec niego wrogie zamiary, to z pewnością nie ratowałby mu życia. Potter poczuł jak staje się coraz bardziej senny. Wsłuchany w świergot ptaków za oknem, po chwili odpłynął do krainy Morfeusza.
- Dochodzisz do siebie szybciej niż myślałem.
Był poranek. Silvestro przyszedł do niego i zaczął sprawdzać stan jego zdrowia. Stwierdzając, że żebra i rana na brzuchu goją się jak powinny, zabrał się za jego nogę. Tutaj nie było już tak wesoło. Kończyna była cała sina, a Connor nie mógł poruszyć nawet palcami. Poza tym spuchła do olbrzymich rozmiarów. Silvestro stwierdził, że będzie musiał ją operować.
- Znasz się na tym? - zapytał Connor.
- Z zawodu jestem lekarzem - odparł. - Nie bój się młody Potterze, poradzę sobie z tym.
Podał mu eliksir znieczulający. Chłopak wypił go i pozwolił Silvestrowi działać. Mężczyzna powiedział mu, żeby nie patrzył na swoją nogę, bo nie będzie później czyścił pościeli z wymiocin. Connor zajęty zabawą z Pumcią, nawet nie zauważył kiedy doktor zaczął kroić mu nogę. Dostosowywał się do rady Silvestra i całą swoją uwagę skupiał na psie. Po niecałej godzinie usłyszał głos mężczyzny:
- Gotowe.
Dopiero teraz Potter przeniósł na niego wzrok. Rozszerzył oczy na widok wielkiej ilości zakrwawionych ręczników, które Silvestro wrzucał do czarnego worka na śmieci. Spojrzał na swoją nogę, dostrzegając na niej świeżo założony opatrunek.
- Teraz już nie boli prawda? - zapytał z uśmiechem Silvestro. - Wdarło się zakażenie. Mugolscy lekarze pewnie od razu chcieliby robić amputację, ale jak widzisz obyło się bez tego.
- Dziękuje - powiedział Connor.
Silvestro kiwnął głową i wyszedł, aby wyrzucić ręczniki. Po chwili wrócił ze śniadaniem. Connor dopiero teraz uświadomił sobie, że od wczorajszego południa nic nie jadł. Rzucił się na jedzenie, a Silvestro ze śmiechem mówił:
- Tylko się nie udław.
- Dlaczego mi pomagasz? - zapytał Potter, gdy już skończył.
- Bo potrzebujesz pomocy - odpowiedział mężczyzna. - Nie mam w tym żadnego celu.
- I nie chcesz niczego w zamian?
- Nie - odpowiedział z uśmiechem Silvestro. - Poza tym i tak już mi się odwdzięczasz.
- W jaki sposób? - zdziwił się Connor.
- Rozmawiając ze mną - odpowiedział mężczyzna. - Przez czterdzieści lat żyłem tu w samotności. Miło w końcu, po tak długim czasie, odezwać się do kogoś innego niż pies lub odbicie w lustrze. Świadomość, że coś powiesz i doczekasz się odwiedzi jest wystarczającym wynagrodzeniem za moją pomoc.
- Dlaczego tutaj mieszkasz? - zapytał chłopak. - W takim odosobnieniu?
- Kiedyś wiodłem całkiem inne życie - westchnął Silvestro, siadając na krześle. - Jesteś przywódcą bractwa Cieni, prawda? Ja też kiedyś należałem do tej organizacji. A teraz jestem wygnańcem. Odebrali mi mój miecz i szatę oraz wyrzucili z Tytanu. Tułałem się jakiś czas po świecie, aż w końcu zbudowałem tą chatkę i osiedliłem się w tym miejscu. Zdumiewające, jak szybko może zmienić się ludzki los prawda, młody Potterze? Niegdyś członek najszlachetniejszego i najpotężniejszego bractwa na świecie, a dziś? Pff, dziś jestem tylko szalonym pustelnikiem, o którym już nikt nie pamięta.
- Za co cię wyrzucili?
- Za uratowanie życia pewnemu dziecku.
- Jak to? - Connor rozszerzył oczy.
- Kiedyś byliśmy na misji w Kolumbii. Jacyś bandyci przejęli jedną z czarodziejskich wiosek i urządzali tam polowania na ludzi. Ustawiali ich w jednym rzędzie przy jakimś zbiorniku wodnym, wrzucali mugolskie granaty pod wodę i kazali biec. Ci, którzy nie zostali rozerwani na strzępy i przebrnęli całe jezioro, w nagrodę dostawali Avadą. Gdy pozbyliśmy się tych morderców, jakaś zapłakana matka oznajmiła, że jej syn jeszcze żyje. Pobiegłem tam i zobaczyłem dziewięcioletniego chłopca. Granat oderwał mu nogi. Miał silny krwotok. Bez zastanowienia wyjąłem różdżkę i wyszeptałem jedyne zaklęcie, jakie przyszło mi do głowy. Zaklęcie zamiany ciała, słyszałeś o nim? W skrócie, powoduje ono, że zamieniasz się ciałem z innym człowiekiem. Jako, że chłopiec nie miał jedynie nóg, to sprawiłem, że na nowo je odzyskał. W tym samym czasie jeden z morderców, którego chcieliśmy przesłuchać, w agonii patrzył jak jego kończyny po prostu znikają. Szybko zatamowałem krwotok i zwróciłem chłopcu życie. Jego matka całowała mnie po rękach, nazywając wybawcą. Niestety, zaklęcie którego użyłem było czarnomagiczne. Kapitan mojej drużyny aresztował mnie za to i zaprowadził przed Radę Cieni. Próbowałem jeszcze przekonać ich, że to dziecko bardziej zasługiwało na życie, niż jakiś podrzędny bandzior, ale ci głupcy nie chcieli mnie nawet słuchać. Okrzyknięto mnie szalonym psychopatą i wydalono z szeregów Cieni.
- Mogę ci pomóc - powiedział Connor. - Jak wiesz, jestem teraz przywódcą Cieni. Poza tym teraz Cienie mogą bez ograniczeń korzystać z czarnej magii. Rada na pewno zgodzi się przyjąć cię z powrotem.
- Nie kłopocz się, młody Potterze - mężczyzna z uśmiechem spojrzał mu w oczy. - Już przyzwyczaiłem się do życia samotnika. Teraz nawet bardziej mi ono odpowiada. Ta cisza i spokój. Z dala od wojen i śmierci. A i już latka nie te co wtedy. Tutaj jest mi dobrze. Proszę cię tylko, byś nikomu o mnie nie mówił. Zapewne Rada Cieni wie, że wciąż żyję, ale nie mają pojęcia, gdzie mnie szukać. I chciałbym, aby tak pozostało.
- Jak chcesz - odparł Connor.
- Jak widzisz, jakoś sobie radzę. Mam też paru znajomych, którzy od czasu do czasu przynoszą mi prowiant i wieści ze świata. Podoba mi się tak, jak jest.
Connor wzruszył ramionami i więcej nie poruszył tego tematu. Porozmawiali jeszcze chwilę, a potem Silvestro wyszedł, zostawiając chłopaka samego.
Mijał niecały tydzień, odkąd Silvestro znalazł Connora w jaskini. Przez ten czas stan zdrowia chłopaka znacznie się polepszył. Żebra jeszcze dawały o sobie znać, ale ból był coraz mniejszy. Nawet noga już mu nie dokuczała. Szóstego dnia mógł już wstać z łóżka. Jeszcze kuśtykając otworzył drzwi, w których tak często znikał Silvestro. Znalazł się w skromnie urządzonej kuchni. Zapach jajecznicy na bekonie wdarł się do jego nozdrzy. Stojący przy kuchence Silvestro spojrzał na niego i uśmiechnął się.
- O proszę, widzę, że czujesz się już lepiej - powiedział.
- Trochę - potwierdził chłopak.
- Siadaj, zaraz będzie śniadanie.
Silvestro ustawił talerze na stole i po chwili obydwaj zajadali się potrawą.
- Dobre - powiedział Connor.
- Niestety, jajecznica to jedyna potrawa, która wychodzi mi perfekcyjnie.
- Bez przesady. Gulasz i zupa rybna też były niezłe - zaprotestował Connor.
- Tak mówisz? - w oczach Silvestra zamigotały wesołe błyski. - Czyli to nie ciebie wczoraj widziałem, jak krzywiłeś się jedząc kolację i potajemnie dawałeś wszystko Pumci?
Connor zaczerwienił się i zaczął coś mamrotać. Silvestro, widząc jego zakłopotanie, zachichotał pod nosem:
- Takiego zawstydzonego cię jeszcze nie widziałem.
- Nie jestem zawstydzony - zaprotestował Potter, ale czerwony kolor jego twarzy mówił co innego.
- Uznajmy, że ci wierzę.
Po skończonym posiłku Potter postanowił wyjść na zewnątrz. Stanął przed drzwiami wejściowymi i głęboko wdychał świeże, górskie powietrze. Postąpił parę kroków naprzód. Masując nogę, która znów dawała o sobie znać, rozglądał się dokoła. Znajdował się na niewielkiej polance, wokół której roztaczał się las. Tu i ówdzie chłopak widział zające, zajadające się trawą, a między drzewami od czasu do czasu przebiegał jeleń lub inne leśne zwierzę. Nagle poczuł, jak coś ociera się o jego nogawkę. Spojrzał w dół oraz spostrzegł, jak Pumcia patrzy na niego wyczekująco. Zapewne pomyślała, że Potter chce wziąć ją na spacer i wesoło merdając ogonem czekała na jego krok. Connor uśmiechnął się i ruszył naprzód. Próbował ignorować natarczywy ból w nodze. Po parominutowym spacerze pod górę doszli do wodospadu. Connor usiadł na jednej z wystających półek skalnych. Spojrzał w dół. Średniej szerokości rzeka mknęła przez las zygzakami. Z tej wysokości Potter zobaczył, iż morze drzew rozciąga się na co najmniej kilkaset mil. W oddali widział potężne łańcuchy górskie. Biorąc w rękę gałązkę rzucił ją w dal. Pumcia zaszczekała i pognała za rzuconym przedmiotem. Tymczasem chłopak, patrząc przed siebie myślał, że miło by było, gdyby mógł tu spędzić resztę życia. Cisza oraz piękno krajobrazu roztaczającego się dookoła, działały na niego kojąco. Poczuł się nagle zmęczony tym wszystkim. Obowiązkami jakie nad nim wisiały, odkąd objął funkcję przywódcy Cieni, wszechobecną wojną z Voldemortem i jego ludźmi oraz ciągłymi, krwawymi jatkami, w których nierzadko brał udział. Równocześnie zastanawiał się do czego zmierza Silvestro. Bo, że do czegoś zmierza, Connor nie miał żadnej wątpliwości. Nawet przez chwilę nie wierzył, że mężczyzna pomaga mu oraz otacza go troską z czystej uprzejmości. Już zbyt dobrze poznał ludzkie charaktery i prawa rządzące tym światem. Wiedział, że ludzie nigdy nie robią nic bezinteresownie oraz prędzej czy później upominają się o spłatę długu. Potter zastanawiał się właśnie, jakiej zapłaty zażąda od niego Silvestro, gdy usłyszał jego basowy głos:
- Ach, więc to tutaj cię wywiało.
- Śledzisz mnie? - zapytał Potter.
- Bynajmniej - odpowiedział Silvestro siadając obok niego. - Co by było, gdyby nagle ci się pogorszyło?
- Nie mam pięciu lat - odparł chłopak. - Potrafię o siebie zadbać.
- Gdybyś był przeziębiony, to z pewnością byś sobie poradził. Ale przy kontrolowaniu tak rozległych obrażeń, jakie otrzymałeś, lepiej mieć obok siebie fachowca, który zna się na rzeczy.
- Niech ci będzie - odparł zrezygnowany Connor.
Siedzieli tak dłuższą chwilę nie odzywając się. Szesnastolatek kątem oka zauważył, że Silvestro bacznie go obserwuje. Postanowił jednak nie zaczynać rozmowy i udawał, że całą jego uwagę zaprząta bawiąca się nieopodal Pumcia. W końcu Silvestro przerwał milczenie:
- Jesteś szczęśliwy na tym świecie, młody Potterze?
Pytanie było tak niespodziewane, że Connor oderwał wzrok od owczarka. Spojrzał na swojego rozmówcę, ale jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Patrzył na chłopaka, najwyraźniej czekając na odpowiedź.
- To zależy - ostrożnie odparł Connor. - Myślę, że tak. A dlaczego pytasz?
- A gdyby istniała szansa zmienić świat na lepsze, podjąłbyś się tego?
- Raczej nie. Świat, na którym żyję obecnie w zupełności mi wystarcza.
Silvestro przez jakiś czas patrzył w dal bez słowa.
- Troszeczkę cię okłamałem, młody Potterze – zaczął mężczyzna. - Jeśli chodzi o moją bierną postawę wobec tego, co dzieje się na świecie. Widzisz, od pewnego czasu pracuję nad pewnym projektem i, powiem prosto z mostu, chciałbym byś stał się jego częścią.
- O co ci chodzi? - Connor zmarszczył brwi. W tonie głosu oraz postawie Silvestra zaszła pewna zmiana.
- Jak dobrze wiesz, świat czarodziei jest teraz w stanie wojny. Ale mugole również mają swoje konflikty. Co najśmieszniejsze, czarodzieje i mugole tak naprawdę walczą o to samo. O władzę nad światem. Różni nas tylko sposób w jaki walczymy. My używamy różdżek i zaklęć, a oni pistoletów i wojskowego sprzętu. Czy kandydaci na Cieni nadal składają przysięgę, że będą walczyć ze złymi mocami w celu zaprowadzenia pokoju na świecie? Jednak, młody Potterze, prawda jest taka, że pokój, o którym tak ciągle rozprawiacie jest tylko wymówką, swego rodzaju usprawiedliwieniem czynów, jakich się dopuszczacie, by go osiągnąć. Tak naprawdę chodzi wam tylko o jedno.
- Niby o co?
- O to samo co Voldemortowi i śmierciożercom. O władzę nad światem.
- Nieprawda! - zaprotestował chłopak. - Nie chcemy żadnej władzy!
- Czyżby? - Silvestro uśmiechnął się ironicznie. - W takim razie dlaczego chcecie powstrzymać Voldemorta?
- Aby uwolnić ludzi od jego tyranii - powiedział Connor takim głosem, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Po co?
Tym krótkim pytaniem Silvestro zbił Connora z pantałyku. Mężczyzna widząc, że chłopak nie odpowiada znowu wykrzywił wargi w ironicznym uśmiechu.
- Po co chcecie bronić przed nim ludzi? Powiem ci, młody Potterze. Po to, aby samemu nimi rządzić. Myślisz, że Ministerstwo Magii oraz Zakon Feniksa, na czele z Dumbledore'm, mają jakiś szlachetny cel? Nic z tych rzeczy. Mają ten sam cel, który ma Voldemort. Władzę nad światem. Różni ich tylko sposób, w jaki próbują to osiągnąć. Voldemort używa strachu i terroru, natomiast Ministerstwo i Zakon pięknych słówek oraz nawoływań do zjednoczenia. Myślisz, że kiedy Voldemort upadnie ludzie będą mogli żyć, jak będą chcieli? Nic z tych rzeczy. Będą zdani na łaskę i niełaskę Ministerstwa. Oczywiście Ministerstwo nie przyzna się otwarcie, że chcą rządzić wszystkimi. Swoje kontrolowanie wszystkich ludzi nazwą prawem. Prawem, rozumiesz? Będą się kryli za sądami i sprawiedliwością, lecz jeśli przyjrzeć się głębiej będzie dokładnie to samo, co wtedy, gdyby rządził Voldemort. Tylko bez publicznych egzekucji lub czegoś w tym stylu. Nie chcesz się podporządkować? Nie chcesz słuchać Ministerstwa? W takim razie będziesz aresztowany za złamanie prawa oraz zesłany do więzienia. Dostrzegasz podobieństwo? Voldemort morduje tych, którzy mu się sprzeciwiają, a Ministerstwo takich ludzi wsadza za kratki. Podsumowując, nieważne czy to Dobro czy Zło, obie strony walczą o jedno. O władzę nad światem. Natomiast ja, hmm, ja chcę to zmienić. Chcę wyrwać ludzi z krępujących ich kajdan oraz sprawić, że będą mogli żyć tak, jak im się spodoba. Bez żadnych praw, bez skrępowanych rąk, bez kogoś, kto będzie im rozkazywał. Chcę zmienić oblicze tego świata. Stworzyć świat, w którym wszyscy będą żyć ze sobą w przyjaźni, miłości i zgodzie. Bez żadnych uprzedzeń. Mugole i czarodzieje, gobliny i centaury, elfowie i druidzi, ludzie i zwierzęta. Wszyscy, bez wyjątku. Świat bez niszczycielskich wojen i walk o władzę. Świat bez szaleńców czyhających na czyjeś życie. Gdzie wszystkie marzenia ludzi staną się rzeczywistością. Można rzec, że jestem trzecią stroną w tej wojnie. Podczas gdy Dobro i Zło walczy o władzę, ja chcę uwolnić ludzi. To właśnie mój plan. Stworzenie nowego świata, dla wszystkich.
Z każdym słowem Silvestra, Connor rozszerzał oczy. Od mężczyzny biła jakaś tajemnicza siła. Już nie był sympatycznym pustelnikiem, który uratował mu życie. Stał przed nim człowiek zdeterminowany, pewny siebie oraz na swój sposób groźny. Fanatyczny ogień, który palił się w jego oczach sprawił, że Connorowi przeszły po plecach ciarki. Jeszcze nigdy nie spotkał kogoś podobnego.
- Jednakże... - po krótkiej pauzie Silvestro znowu zaczął mówić. - Jednakże jestem zbyt słaby, aby otwarcie wystąpić przeciw Voldemortowi, Ministerstwu i Zakonowi. Dlatego obserwuję wydarzenia i czekam na właściwy moment. Mam kilku ludzi, którzy w pełni się ze mną zgadzają, ale w dalszym ciągu jest nas za mało, by wyjść z cienia. Ale z tobą, z tobą mogłoby mi się udać. Byłem w jaskini wcześniej niż ci powiedziałem. Widziałem jak walczysz ze śmierciożercami i trollem. Twoje umiejętności są fantastyczne. Masz potencjał, którego w pełni nie wykorzystujesz, bowiem ogranicza cię moralność i prawo. Chcę ci zaproponować układ. Pomóż mi stworzyć nowy świat, zostań moją prawą ręką, moim generałem, który poprowadzi moje wojska ku nowej, lepszej przyszłości.
Connor coraz poważniej zaczynał się zastanawiać, czy ze zdrowiem psychicznym Silvestra jest wszystko w porządku. To, co proponował mu mężczyzna było niedorzeczne. Jednak powstrzymał się od jakiekolwiek komentarza, zadając zamiast tego pytanie:
- A jak chcesz stworzyć nowy świat?
- Niszcząc stary - odpowiedział mężczyzna. - Nie można go już uratować. Jest do cna przesiąknięty złem i okrucieństwem.
- Jesteś szalony - podsumował Connor. - Mówisz, że chcesz wyswobodzić ludzi z krępujących ich więzów i dać im nowy świat, pełen miłości, pokoju i tak dalej, a równocześnie chcesz ich wszystkich unicestwić, niszcząc świat obecny. Nie wiem czy zauważyłeś, ale jedno z drugim troszeczkę się wyklucza.
- Aby stworzyć nowy porządek, stary musi ulec zniszczeniu. I wcale nie chcę unicestwiać ludzi, tylko świat, na którym żyją. Przy okazji pozwalając przetrwać jedynie wybranym. Nie chciałbym, aby w mojej Utopii żył ktoś taki jak Voldemort lub śmierciożercy. Ktoś, kto będzie próbował zburzyć ład i porządek jaki ustanowię. Zastanów się, czy życie kilku śmieci, którzy mordują, gwałcą i znęcają się nad słabszymi jest ważniejsze od spokojnej egzystencji tych, którzy są przepełnieni dobrocią i miłością? Śmiem twierdzić, iż nikt nie zapłacze, gdy ich zabraknie. A poza tym, czymże jest świat obecny, co? Walczysz dla niego, ze wszystkich sił starasz się, by nie został opanowany przez takich szaleńców jak Voldemort, by nie zmienił się w jałową ziemię pełną popiołów i krwi ludzi go broniących, a jak świat ci się odwdzięcza? Powiem ci. Odwdzięcza się tym, że zabiera ci wszystko co dla ciebie najważniejsze. Każdą bliską osobę, każde miejsce, które nazywasz domem. To jest właśnie jego nagroda, za twoje próby ocalenia go. Powiedz mi, młody Potterze, warto się poświęcać dla takiej nagrody?
- Nie wiem - odpowiedział Connor, po długiej chwili milczenia. - Nie wiem czy warto. Zdaje sobie sprawę, że to co powiedziałeś jest w większości prawdą. Ale wiesz co? Nie zgadzam się z tobą. Kiedy byłem małym dzieckiem, Hirohiko czytał mi bajki na dobranoc. O wielkich bohaterach, którzy bez cienia lęku czy wahania szli naprzód, by stoczyć bój ze złymi czarnoksiężnikami, którzy chcieli zawładnąć światem. Niektóre bajki były mroczne i pełne grozy. Czasami nawet bałem się poznać ich zakończenie. Bo, gdy słyszysz opowieści, w których źli ludzie mordują bezbronnych oraz cały świat staje w płomieniach, to czy koniec może być szczęśliwy? Czy świat będzie taki jak dawniej, choć pojawiło się na nim tyle zła? Ale na końcu bajki zły czas przemijał, wschodziło słońce i zaczynał się nowy dzień. Te bajki zapadły mi w pamięć jak nic innego. Nawet jeśli wtedy byłem zbyt mały, aby pojąć ich sens. Ale teraz... - Connor przymknął oczy. - Teraz myślę, że nareszcie je zrozumiałem. Bohaterowie tych bajek mogli w każdej chwili zawrócić i olać to wszystko, lecz oni wciąż szli naprzód. Ponieważ wierzyli. I ta wiara dodawała im sił.
Silvestro patrzył na Connora spod przymrużonych oczu. Po chwili splótł palce i patrząc na niego rzekł:
- A w co ty wierzysz, młody Potterze?
- W to - odpowiedział Connor, podnosząc na niego wzrok, w których błysnęła stal. - Że istnieją dobrzy ludzie, którzy nie chcą władzy, a tego, by ten świat przetrwał. By w końcu wyłonił się z okrywającego go cienia, i rozbłysnął jasnym blaskiem. Wierzę w to, że na tym świecie wciąż istnieje dobro. I że warto o nie walczyć. Że ten świat, mimo iż teraz zniszczony przez obsesyjną chęć ludzi, by nim rządzić, podniesie się z kolan i na nowo będzie taki sam, jak na początku. Twoja chęć zniszczenia go w niczym nie pomoże.
- Czyli nie pomożesz mi - Silvestro bardziej stwierdził fakt niż zadał pytanie.
- Wybacz, ale nie - odpowiedział chłopak twardo.
- Szkoda - westchnął mężczyzna.
- Co teraz zamierzasz? - zapytał Connor.
- Nic - Silvestro uśmiechnął się. - Ty masz swoje poglądy, ja mam swoje. Uważam, że się mylisz pokładając w tym świecie nadzieję, ale to twoja sprawa. Skoro nie chcesz mi pomóc, to będę musiał znaleźć kogoś innego.
- To chyba koniec twojej gościnności, więc czas na mnie.
- O nie! - żywo zaprotestował Silvestro. - Nie jesteś jeszcze całkowicie wyleczony.
Connor spojrzał na niego zdziwiony, a Silvestro nagle zaczął opętańczo chichotać.
- Czy ty myślisz, że skoro mi odmówiłeś, to będę chciał cię zamordować lub torturami zmusić do zmiany zdania? Chyba za często stykałeś się z Voldemortem lub jemu podobnymi. Bez obaw, młody Potterze. Zaproponowałem ci układ, ty odmówiłeś, ponieważ masz własne poglądy. Szanuję to. Chcę ci jeszcze coś powiedzieć. Mój projekt zbudowania lepszego świata nie jest wymysłem szaleńca. Przede mną już wielu wpadło na ten pomysł.
Po tych słowach Silvestro wstał ze skarpy i odszedł, rzucając jeszcze przez ramię.
- Za godzinę będzie obiad.
Connor nadal tkwił na swoim miejscu, myśląc o niedawnej rozmowie. Był trochę podenerwowany. Potter spodziewał się dokładnie tego, z czego śmiał się Silvestro. Że mężczyzna zabije go lub będzie próbował go złamać. Tymczasem on z podniesioną głową przyjął odmowę, a na dodatek nadal chciał do końca go wyleczyć, nim chłopak go opuści. Przez cały ten czas najstarszy Potter chełpił się tym, że zna ludzkie charaktery i potrafi przewidzieć ich zachowania. Jednakże z Silvestrem było inaczej. Nie wiedział, czego można się po nim spodziewać. Z westchnieniem wstał ze skarpy i skierował się do chatki pustelnika.
Jeden zamach, drugi, trzeci, piruet, szybkie cięcie z dołu. Od czasu pamiętnej rozmowy z Silvestrem minęły trzy dni. Przez ten okres mężczyzna nie wracał już do poruszonej wcześniej kwestii. Również jego zachowanie względem Connora się nie zmieniło. Nadal z nim żartował oraz zmieniał mu opatrunki. Teraz Potter ćwiczył na polance przed domem walkę mieczem. Jego noga bardzo dobrze się goiła. Nie odczuwał już bólu co kilka sekund, choć czasami ten się pojawiał. Był jednak na tyle nikły i krótkotrwały, że chłopak wcale się nim nie przejmował. Trenując próbował nadrobić prawie dwa tygodnie przerwy. Wykonał kolejny obrót i przeciął powietrze, jednak stal miecza natrafiła na drugą stal. Silvestro stał przed nim z uśmiechem, trzymając w górze rękę z mieczem. Krzyknął do Connora:
- Broń się!
Po czym przejechał klingą po klindze chłopaka i przystąpił do natarcia. Jego ruchy były szybkie i płynne, ale Potter nie miał najmniejszych trudności z blokowaniem. Odskoczył w bok i próbował zaatakować przeciwnika z lewej strony, ale Silvestro z łatwością sparował cięcie. Co i rusz ciszę dookoła przerywał szczęk stali dwóch mieczy. W końcu Silvestro wylądował na ziemi, wypuszczając z dłoni miecz. Connor, przekonany, że pojedynek się zakończył, odwrócił się z zamiarem wejścia do chaty. Ale nagle poczuł jak Silvestro podcina mu nogi. Przewrócił się, a mężczyzna stał nad nim z mieczem przyciśniętym do jego gardła. Uśmiechnął się i rzekł:
- Nigdy nie odwracaj się do żyjącego wroga plecami, młody Potterze. Nawet jeśli leży pokonany. Nigdy nie masz pewności, że nie będzie chciał cię ukąsić, gdy tylko stracisz czujność.
Odsunął ostrze od szyi Pottera i wyciągając rękę pomógł mu wstać. Idąc do chatki szesnastolatek powiedział:
- Nieźle sobie radzisz z mieczem.
- Lata treningu u Cieni zrobiły swoje - odpowiedział mężczyzna. - Widać nie zapomniałem wszystkiego, czego mnie nauczyli. Myślę, że z twoim zdrowiem wszystko już w porządku. Jeżeli chcesz, jutro rano możesz wrócić do przyjaciół.
- Świetnie! - ucieszył się Connor.
Silvestro spojrzał na niego dziwnie. Chłopak mógłby przysiąc, że przez chwile zobaczył w jego oczach żal. Pewnie miał nadzieję, że z nim zostanie i przekona się do jego pomysłu. Lecz Potter nie chciał o tym słyszeć. Sam przed sobą się nie przyznawał, ale stęsknił się za Harry'm i Cassie. Nadal pamiętał o złożonej im obietnicy i zaczął się denerwować przed nieuchronnym momentem wyjawienia prawdy. Jednakże, gdy tylko wszedł do chaty, zapomniał o rodzeństwie. Stół był suto zastawiony różnorakimi potrawami. Silvestro zaśmiał się z jego miny i wskazał mu miejsce przy stole. Usiadł naprzeciwko i powiedział:
- Pomyślałem, że skoro jesteś tu ostatni dzień, należy jakoś wyjątkowo cię pożegnać. Obfita kolacja i kilka trunków chyba wystarczy?
- To nie było potrzebne - zaśmiał się Potter.
- Potrzebne czy nie, ważne, że jest. Nie wiadomo kiedy będzie kolejna okazja, aby się zabawić.
Zaczęli jeść. W ruch poszło kilka butelek. Gdy Potter i Silvestro byli trochę wstawieni, starszy rzekł:
- Opowiedz mi o twoim rodzeństwie.
- Cassie jest o rok młodsza ode mnie. Bardzo kocha zwierzęta i lgnie do nich, jak ćma do światła. Poza tym ma miłą osobowość i jest zawsze chętna do pomocy. To taka szara myszka. Raczej nie udziela się towarzysko. Chociaż z drugiej strony, jak się wścieknie to biada temu, kto jej się narazi - Connor ze skrzywieniem przypomniał sobie bolesnego liścia od siostry. - Potrafi być wtedy naprawdę przerażająca. Natomiast Harry wydaje się być miłym gościem, ale jak dla mnie jest zbyt, hmmm, poukładany. Zero alkoholu, zero lgnięcia do dziewczyn, zero wypadów na miasto. Musi też nabrać trochę pewności siebie. Zawsze robi wszystko pod dyktando Dumbledore'a i nie próbuje postawić na swoim. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo przecież chłopak musi się zabawić i zakosztować życia. W tym roku zamierzam się za niego wziąć. Sprawić, żeby wyrwał się z tej klatki, do której wcisnął go Dumbledore.
- Chodzicie razem do szkoły?
- Nie - Connor potrząsnął głową. - Ja mieszkam w Tytanie, Cassie we Włoszech. W tym roku jednak będę w Hogwarcie jako ochrona, ale czy będzie tam również Cassie? Nie wiem.
- Masz jakąś dziewczynę?
- Co ty mnie tak wypytujesz, hmm? - odpowiedział pytaniem Connor.
- Z ciekawości - zaśmiał się mężczyzna. - Nie chcesz to nie odpowiadaj.
- Powiedzmy, że mój tryb życia nie za bardzo sprzyja trwałym związkom - westchnął Connor. - Jako przywódca Cieni, często wyruszam na niebezpieczne misje, w dodatku teraz, gdy śmierciożercy coraz częściej zaczynają atakować. A ja jakoś nie potrzebuję u swego boku przesiąkniętej słodyczą lizuski, która będzie załamywać ręce ilekroć zniknę na dłużej niż dwie godziny. Miałem kilka, hmm, przygód, ale to nie było nic poważnego.
- A gdybyś znalazł kogoś w kim byś się zakochał, to co wtedy? Zmieniłbyś dla niej swój tryb życia?
- Nie wiem - wzruszył ramionami Connor. - Teraz mógłbym powiedzieć, że tak, ale gdyby doszło do takiej sytuacji mógłbym zachować się inaczej. Jak się zakocham, to wtedy będę się zastanawiał.
Connor westchnął, a w jego umyśle, nie wiedzieć skąd wytworzyła się wizja dziewczyny o fiołkowych oczach, którą spotkał na Pokątnej. Silvestro widząc reakcję chłopaka, uśmiechnął się złośliwie.
- Chyba jednak ktoś jest - bardziej stwierdził niż zapytał.
- To nic ważnego. - odpowiedział Connor wzruszając ramionami. - Bez szans na powodzenie.
- Dlaczego?
- Bo ma chłopaka.
- Chłopaka można się pozbyć na wiele różnych sposobów.
- Co masz na myśli?
- Możesz rzucić na niego Imperiusa i kazać mu się od niej odczepić, możesz go zabić, a ciało ukryć tak, że nikt go nie znajdzie, możesz też wrobić go w zdradę.
Connor popatrzył na mężczyznę i popukał się w czoło.
- Naćpałeś się czy co? Nie jestem taki. Koleś nic mi nie zrobił, więc nie mam powodów, by go krzywdzić. Ostatecznie to nie jego wina, że wybrała jego. Jeśli jest z nim szczęśliwa, to czemu niby miałbym to niszczyć? Żeby zabrać ją dla siebie? Co prawda mam skłonności egoistyczne, ale nie aż takie.
- No to kicha - powiedział Silvestro, napełniając kieliszek chłopaka.
- Wielka - dorzucił Connor. - Gdybyś widział te oczy. Mógłbym godzinami się w nie wpatrywać.
- Takie romantyczne słowa jakoś do ciebie nie pasują - rzucił z przekąsem Silvestro.
- Ale to prawda - powiedział Potter. - Jest piękna.
- A gdybyście byli razem i ktoś w jakiś sposób, by ją skrzywdził, to co byś zrobił?
- Zależy.
- To znaczy?
- Od tego, co by ten ktoś zrobił.
- Pobił ją, dajmy na to.
- Wtedy ja pobiłbym jego. I to z dwa razy większą brutalnością niż on.
- Oko za oko - kiwnął głową Silvestro.
- Dokładnie.
- Wracając do twojego brata, jak myślisz, dlaczego jest tak bardzo posłuszny Dumbledore'owi?
- Pewnie dlatego, że od lat z nim przebywa. Albus Dumbledore jest wielkim czarodziejem, nie przeczę. Nie przeczę również temu, że stoi po stronie dobra. Ale czasem mam wrażenie, że nie zawaha się manipulować ludźmi, byle tylko osiągnąć swój cel. Być może to właśnie robi z Harry'm. Jak już mówiłem w tym roku zamierzam nieco rozluźnić pęta, którymi związał go pan Albus.
- Czy twój brat przeżył może jakąś traumę?
- Rok temu, gdy odrodził się Voldemort zmarł mu przyjaciel. A dlaczego pytasz?
- Słyszałem, że najłatwiej manipulować ludźmi, wykorzystując ciemność w ich sercach - odpowiedział Silvestro. - A gdy tej ciemności nie ma, trzeba ją w człowieku stworzyć. Może to właśnie robi Dumbledore?
- Być może coś w tym jest - wzruszył ramionami Connor. - Jednak nie sądzę, żeby Dumbledore posunął się do czegoś takiego. Moim zdaniem Harry potrzebuję po prostu solidnego kopniaka w tyłek, aby przestał go słuchać.
Rozmawiali jeszcze dobre parę godzin. Gdy rozeszli się do łóżek było grubo po północy. Connor czując, jak obraz coraz bardziej mu wiruje, runął na łóżko i twardo zasnął.
Obudził się następnego dnia z okropnym bólem głowy. Z niemrawą miną zwlókł się z łóżka i skierował do kuchni. Silvestro siedział w fotelu, czytając jakąś książkę i popijał kawę. Na widok Pottera uśmiechnął się, a gdy zobaczył jego wyraz twarzy, zachichotał pod nosem. Connor usiadł przy stole, łapiąc się oburącz za głowę. Silvestro głośno kaszlnął, zapewne by zrobić mu na złość, a ból głowy Connora wzmógł się. W końcu mężczyzna podszedł do niego i wyciągnął dłoń, na której spoczywała mała, zielona pigułka. Connor wziął ją i poczuł jak wszelkie objawy kaca ustępują w mgnieniu oka. Po skończonym śniadaniu zaczął zbierać się do odejścia. Trochę szkoda było mu opuścić to miejsce. Polubił Silvestra, mimo jego szaleńczych zamiarów zniszczenia świata. Najwyraźniej Potter także zjednał sobie sympatię mężczyzny, bo ten patrzył z wyraźnym żalem, jak szykuje się do odejścia. Gdy chłopak był już gotów, nadszedł czas na pożegnanie.
- Dziękuję za wszystko. Być może jeszcze się spotkamy.
- Myślę, że tak - odparł Silvestro, klepiąc Connora po ramieniu.
- Bywaj - Connor odwrócił się z zamiarem odejścia.
- Na pewno nie namówię cię, byś jednak został i mi pomógł?
Connor przymknął oczy. Wiedział, po prostu wiedział, że mężczyzna znowu poruszy ten temat. Odwrócił się i spojrzał prosto w brązowe tęczówki Silvestra.
- Jestem ci wdzięczny za uratowanie mi życia i rehabilitację. Dlatego nie powiem nic aurorom ani Zakonowi o tym, co tu knujesz. Ale nie przyłączę się do ciebie.
Chciał odejść, ale znów powstrzymał go głos Silvestra.
- Poczekaj!
Mężczyzna wstał i zaczął przeszukiwać jedną z szuflad małego biurka. Po chwili wyciągnął z niego małą, brązową książeczkę ze srebrnym wężem na okładce.
- Zanim odejdziesz, chciałbym ci to dać - wręczył Connorowi prezent.
- Co to? - zapytał Potter, obracając książeczkę.
- Pamiętnik Salazara Slytherina. Mówiłem ci, że nie byłem jedyny, który wpadł na pomysł zmiany tego świata, prawda? Jeśli możesz, przeczytaj go w wolnym czasie.
Connor skinął głową i schował dziennik do kieszeni. Potem jeszcze raz pożegnał Silvestra i wyszedł z chaty. Mężczyzna natomiast nadal stał w drzwiach i patrzył na oddalającą się sylwetkę chłopaka. Z jego twarzy zniknął uśmiech, a zastąpiła go maska bez żadnych emocji. Patrząc na plecy Connora, który zaczynał znikać w lesie, rzekł cichym głosem:
- Jeszcze tu wrócisz, młody Potterze. Prędzej czy później i tobie świat zabierze wszystko, na czym ci zależy. A wtedy - przymknął oczy. - Wtedy przekonasz się, że miałem rację.
Po tych słowach zamknął drzwi chatki i wrócił do przerwanej lektury.
