Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 2

Nigdy ani trochę nie lubiłam historii. Te wszystkie nazwy, daty, wydarzenia zawsze mi się plątały i mieszały, a wręcz dostawałam od nich bólu głowy. Czy ktoś tak naprawdę przejmował się zwariowaną grupą Francuzów, którzy odcinali sobie nawzajem głowy? Cóż, najwyraźniej system nauczania w La Push tak.

Kiedy mój nudny aż do bólu nauczyciel, pan Peta, nieustannie mówił o takich a takich królach, którzy poślubiali księżne z takich a takich krajów tylko po to, aby zagarnąć nowe terytoria, a potem jeszcze z tego powodu ojcowie tych panien, bogacze, arystokraci lub imperatorzy, wszczynali wojnę, która oznaczała grupę pijanych szlachciców i tysiące tragicznych zgonów niewinnych chłopów, ja po prostu, ściśle mówiąc, przestawałam słuchać.

Na swoją obronę miałam to, że skupiałam się na czymś innym, co prawda nie na tym, na czym powinnam, ale zawsze. W tej chwili zamiast o wykładzie z historii myślałam raczej o klasie biologicznej.

Nienawidziłam historii! Owszem, lubiłam lekcję historii, głównie z powodu osób, z którymi na nią chodziłam, a zwłaszcza jednej, ale do przedmiotu samego w sobie nie potrafiłam się przekonać.

Krzesło obok mnie skrzypnęło cicho o podłogę. Catherine pochyliła się w moją stronę nad przejściem pomiędzy stolikami. Na nienaturalnie bladej twarzy dziewczyny widniał diabelski uśmieszek, a jej niebieskie oczy dziwnie błyszczały.

- Skupiłabyś się wreszcie na lekcji, zamiast o nim myśleć – syknęła mi prosto do ucha. Podskoczyłam lekko z zaskoczenia, chociaż wiedziałam, że dziewczyna się do mnie odezwie.

- Od kiedy to potrafisz stwierdzić, o kim myślę? – odparłam cicho, wywracając oczami. Catherine przyłożyła dłoń do ust, aby zagłuszyć swój wysoki chichot. Doskonale wiedziała, że jej przypuszczenia były słuszne. Rozejrzałam się ukradkiem po sali, by upewnić się, że nikt nie podsłuchiwał tej naszej krótkiej wymiany zdań.

Nie zdziwiłam się zbytnio, gdy odkryłam, że żaden uczeń się tym nie zainteresował. Co więcej, w klasie prawdopodobnie odbywało się coś około tuzina podobnych rozmów. Najwyraźniej nie byłam jedyną osobą, której kompletnie nie interesowały średniowieczne rozterki miłosne.

Gdybym naprawdę chciała stać się świadkiem jakiejś opery mydlanej, to po powrocie do domu po prostu włączyłabym telewizor. Przynajmniej wtedy mogłabym też swobodnie się z nich pośmiać. Jeśli w tej chwili zaczęłabym okazywać ogromne rozbawienie wykładem pana Pety, to w najlepszym wypadku zawiesiliby mnie w prawach ucznia, ale jeszcze wcześniej pewnie umarłabym ze wstydu.

- Musisz znaleźć sobie jakieś hobby, Kim – zasugerowała cicho Catherine swoim matczynym głosem. – To całe… - machnęła gwałtownie ręką i jej krzesło znowu skrzypnęło o podłogę, więc rzuciła na nie zirytowane spojrzenie i z powrotem przeniosła wzrok na mnie – tęsknienie nie jest zdrowe.

Matka mojej najlepszej przyjaciółki pracowała jako terapeutka i chyba wydawało jej się, że to uprawniało ją do zachowywania się właśnie w taki sposób jak teraz.

- Dziękuję za radę, pani doktor Phil – szepnęłam z ironią. – A tak dla twojej wiadomości: ja wcale za nikim nie tęsknię.

Dziewczyna uniosła brew niemalże tak wysoko, że dotknęła nią miejsca, w którym zaczynały się jej włosy. Chciałam zrobić podobnie, ale gdy próbowałam, z wysiłku ugryzłam się w język tak mocno, że poczułam trochę krwi. Nieważne, jak usilnie się starałam – nie potrafiłam unieść tylko jednej brwi. Tym razem do zamaskowania śmiechu Catherine musiała użyć książki.

Skrzyżowałam ramiona na piersi i zacisnęłam usta, starając się wyglądać groźnie, jednak nie potrwało to długo. Dziewczyna ponownie pochyliła się nad przestrzenią dzielącą nasze ławki i znacząco postukała palcem wskazującym w mój zeszyt. Spojrzałam w dół, żeby dowiedzieć się, czego chciała i szczęka mi opadła…

Na jednej z kartek przeznaczonych na robienie notatek o fascynującym życiu takiego a takiego króla widniało coś, czego z całą pewnością nie nazwałabym notatką, a przynajmniej nie na temat lekcji historii.

Na samej górze strony wypisałam, a raczej nabazgrałam parę faktów, ale tuż pod nimi dostrzegłam swoje pełne nazwisko, kilkakrotnie zapisane charakterem pisma, w którym niewątpliwie rozpoznałam własny. Cóż, tak właściwie to dostrzegłam połowę mojego pełnego nazwiska. Druga część należała do kogoś innego. Kogoś, kto w tej chwili siedział niespełna pół metra ode mnie. Oboje zajmowaliśmy miejsca przy stole służącym nam za szkolną ławkę, bo dyrekcja nie miała aż tylu pieniędzy, by pozwolić sobie na zakup zwyczajnych stolików.

Kim Najera. Kim Najera. Kim Najera. Kim Najera.

Tak jak Jared Najera… Litera „n" była jakoś dziwnie ozdobna…

Pewnie, że dziwnie, powiedziałam sobie w duchu. Przecież w moim nazwisku nie ma takiej litery!

Wokół tego nieprawdziwego podpisu dostrzegłam także mnóstwo chaotycznie rozmieszczonych serduszek i gwiazdek, co tylko wprawiło mnie w jeszcze większe zakłopotanie. Popatrzyłam na swoją dłoń i długopis, który w niej trzymałam. Czy naprawdę napisałam i narysowałam to wszystko bez świadomości, że to robiłam? Ta ewentualność wydawała się nieco przerażająca…

Zerknęłam na bardzo zadowoloną z siebie Catherine, która właśnie rzucała mi jedno ze swoich spojrzeń typu: „A nie mówiłam?". Pochyliłam głowę, pozwalając, aby pojedyncze kosmyki włosów przy grzywce przysłoniły moją twarz. Zaczęłam żałować, że zrobiłam sobie dzisiaj koński ogon.

Po chwili, z zarumienionymi policzkami rzecz jasna, wyrwałam z zeszytu tę kompromitującą kartkę i zgniotłam ją tak, że stała się ledwie widocznym zwitkiem. Cała operacja okazała się znacznie głośniejsza niż przypuszczałam, bo parę osób spojrzało w moją stronę z zaciekawieniem.

- Jakiś problem, panno Akalah? – spytał pan Peta z lekką irytacją w głosie, odkładając notatki dotyczące wykładu i mierząc mnie surowym wzrokiem zza swoich okularów połówek.

Poczułam na sobie intensywne spojrzenia wszystkich uczniów, którzy czekali na to, jak zareaguję. O ile w ogóle było to możliwe, zaczerwieniłam się jeszcze bardziej. Nawet naturalnie ciemna karnacja nie mogła ukryć faktu, że do moich policzków napłynęła ogromna ilość krwi.

- N-nie, p-proszę pana – wyjąkałam, chowając rękę ze zmiętą kartką pod stołem. Kątem oka zauważyłam, że Catherine mi się przyglądała. Wyglądała jednocześnie na rozbawioną i skruszoną. W tej chwilki zapragnęłam ją udusić… Nigdy wcześniej nie miałam skłonności do tak łatwego popadania w gniew.

- To w takim razie może powiesz klasie, jaki obszar stał się przyczyną konfliktu, o którym opowiedziałem parę minut temu? – zapytał nauczyciel, przyglądając mi się z wyraźnym zniecierpliwieniem. Nagle pomyślałam sobie, że pewnie chciał tylko poobserwować, jak wiercę się z powodu mojej niewiedzy, a potem przyznaję do porażki.

Przyczyna… konflikt… obszar? Nie miałam najbladszego pojęcia, o czym on przed chwilą mówił. Do jasnej anielki, nie znałam nawet imion króla i imperatora, którzy prowadzili tę wojnę, a pan Peta oczekiwał, że wymyślę nazwę obszaru?!

- Uch… - zaczęłam niepewnie, mając nadzieję, że pewna część mojego mózgu skupiała na lekcji tyle uwagi, by udało mi się podać chociaż w połowie poprawną odpowiedź. Połowa mózgu – połowa odpowiedzi. Chyba nie życzyłam sobie zbyt wiele, prawda?

Zanim palnęłam pierwszą nazwę kraju, która wpadła mi do głowy – Niemcy – na blacie przede mną pojawił się kawałek papieru podłożony przez rdzawobrązową rękę. Nie musiałam nawet spoglądać w bok, by zorientować się, kto właśnie mi pomógł.

Na małej karteczce niezwykle niewyraźnym charakterem pisma było napisane moje wybawienie.

- Um… Alzacja i Lotaryngia. – Bardziej zabrzmiało to jak pytanie, ale pan Peta chyba tego nie zauważył, bo tylko kiwnął głową i powrócił do wykładu, ponownie zapełniając tablicę swoim idealnie czytelnym pismem.

Osunęłam się z powrotem na krzesło. Ulga rozeszła się po moim ciele niczym strumień wody. Bardzo cieszyłam się, że nie wypowiedziałam na głos tej nazwy, która jako pierwsza mignęła mi w umyśle.

Bez odwracania głowy kątem oka zerknęłam na Jareda. Patrzył przed siebie w lekceważący sposób z rękami założonymi na piersi. Jeśli nie widziałabym, że to on podsunął mi papierek, nigdy nie pomyślałabym, że to zrobił.

Serce mi zadygotało i wróciło do normalnego rytmu, ale po chwili, gdy dotarło do mnie to, co się tak właściwie stało, zaczęło bić z trzykrotnie większą mocą. Musiałam maksymalnie skupić się na tablicy, by powstrzymać motylki w moim brzuchu od superaktywnego latania…

Chciałam podziękować Jaredowi, ale nie wiedziałam, czy byłoby to odpowiednie. Chłopak na nowo zdawał się w ogóle mnie nie dostrzegać. W końcu zdecydowałam, że najlepiej postąpię, jeśli udam, że nic się nie stało. Perspektywa ponownego zwrócenia na siebie uwagi bardzo mi się nie podobała. Nie mogłam jednak powstrzymać uśmiechu, który czaił się w kącikach moich ust, kiedy pomyślałam sobie, co Jared zrobił.

Ból w dłoni przypomniał, że ściskałam papierek z podpowiedzią tak mocno, że paznokcie wbiły mi się w skórę. Rozluźniłam palce i wsunęłam karteczkę do kieszeni przeciwdeszczowego płaszcza. Będę musiała ją później spalić, aby zniszczyć potencjalny dowód ściągania.

Albo może lepiej włożę ją do swojego pamiętnika…