Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 3
Wreszcie rozbrzmiał ostatni dzwonek uwalniający nas z więzienia zwanego szkołą. Był piątek, co sprawiało, że zdecydowana większość osób szczególnie cieszyła się z zakończenia lekcji. Dziewięćdziesiąt procent wszystkich uczniów opuściło budynek w dwie minuty. Jeśli Catherine by sobie tego zażyczyła, pewnie obie znalazłybyśmy się w tym tłumie. Na szczęście nie była ona typem osoby, która lubiła wracać do domu sama – za bardzo łaknęła towarzystwa – więc zaczekała, aż zebrałam swoje rzeczy. Zaliczałam się do tych pozostałych dziesięciu procent, czyli do grupy, która nie wybiegała na zewnątrz jak szalona. Nie lubiłam przebywać wśród mnóstwa ludzi, a także wolałam spokojnie przygotować się do drogi do domu.
Ciągle znajdowałam się w stanie, który moja elokwentna przyjaciółka określiła jako „odurzenie Jaredem", więc zbytnio nie zainteresowałam się paroma kartkami z notatkami, które wypadły mi z zeszytu od historii. Na dnie torby czekało ich zapewne rychłe zgniecenie, ale w tym momencie w ogóle mnie to nie obchodziło.
Z opuszczeniem klasy zwlekałam też z powodu możliwości bezwstydnego obserwowania Jareda. Oczywiście robiłam to niezwykle dyskretnie. Przypatrywałam mu się kątem oka, starając się nie wyglądać przy tym na za bardzo zdesperowaną wariatkę. Catherine także zawsze patrzyła na niego ponad moim ramieniem.
Każdego dnia wrzucał swoje książki do torby, przerzucał ją sobie przez ramię i wstawał z krzesła tak szybko, że niemalże się ono przewracało. Zazwyczaj pospiesznie ruszał w stronę drzwi, aby natychmiast wyjść z sali, ale jakimś cudem inni go wyprzedzali. Bez trudu mógł zepchnąć ich na bok i w kilka sekund wyjść na korytarz, ale on tylko wzdychał i czekał przy swoim stoliku na to, aż sala opustoszeje.
Jak tylko wszyscy uczniowie wyszli, na korytarzu pojawiali się trzej przyjaciele Jareda – Jacob Black, Quil Ateara i Embry Call. Zachowywali się bardzo głośno i, ku ogromnemu zirytowaniu pana Pety, wpadali do klasy jak burza. Potem się trochę wygłupiali i w końcu opuszczali szkołę.
Jak zwykle ukradkiem oglądałam to znajome przedstawienie, wolno zbierając swoje rzeczy. Nagle usłyszałam zniecierpliwione westchnienie Catherine, która stała po mojej lewej stronie. Wywróciłam oczami i wreszcie zasunęłam suwak torby, a potem niezwykle ostrożnie założyłam ją sobie na ramię. Catie naśladowała moje ruchy. Dla postronnych obserwatorów wyglądałyśmy pewnie tak, jakbyśmy odprawiały jakiś rytuał.
Przeszłyśmy obok chłopaków – żaden z nich nie dał najmniejszego znaku, że zdaje sobie sprawę z naszej obecności – i wyszłyśmy z sali. Korytarze były już prawie całkowicie opustoszałe, co oznaczało, że nauczyciele również nie mogli doczekać się weekendu.
- No wreszcie! – zawołała głośno Catherine, zbiegając po schodach z prędkością światła. Po chwili zaczęła obracać się na mokrym chodniku ze zwiniętym płaszczem w ręce. To cud, że się nie przewróciła.
Założyłam kaptur i wsunęłam dłonie do kieszeni przeciwdeszczowego płaszcza, pochylając głowę, żeby deszcz nie zmoczył mi twarzy. Nadepnęłam na metalowy próg drzwi wyjściowych i rozległ się cichy pisk. Gdy wyszłam na zewnątrz, deszczowe krople zaatakowały moje dżinsy i skarpetki, powodując gęsią skórkę i oziębienie stóp.
- Chodź, Kim! – pisnęła Catherine, podchodząc bliżej i łapiąc moją rękę. Niemal mnie ciągnęła, skacząc jak mała dziewczynka, a blond włosy z czerwonymi pasemkami sięgające do podbródka przykleiły się jej do policzków. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który cisnął mi się na usta z powodu takiego dziecinnego zachowania.
Wlokłam się za nią, starając się nie wyglądać zbyt śmiesznie, ale szło mi to nędznie. Po niedługim czasie dotarłyśmy na przystanek autobusowy, gdzie czekała nas konfrontacja z nieprzebranymi rzeszami uczniów rozmawiających o bezsensownych sprawach.
- Wow, nie mogę uwierzyć, że wreszcie nadszedł piątek. Ten tydzień wlókł się w nieskończoność, prawda? – zaszczebiotała mi głośno do ucha Catie, kiedy znalazłyśmy wolne, pojedyncze miejsce na wilgotnej ławce. Jakoś obie się na nim zmieściłyśmy, ale prawdopodobnie przeszkadzałyśmy innym. Po chwili osoba siedząca obok – chyba Malcolm Keller – odwrócił się i na nas zerknął. Wzdrygnęłam się w duchu, odwracając wzrok.
Chciałam wstać, żeby dać mu więcej swobody, ale ręka Catherine zacisnęła się mocno na moim ramieniu. Dziewczyna spostrzegła, że chłopak gapił się ze złością w naszą stronę i sama posłała mu niezbyt miłe spojrzenie.
- Byłbyś łaskaw zabrać swoje cztery litery z ławki, Keller? – warknęła do niego groźnie, po czym z powrotem obróciła się do mnie z promiennym uśmiechem i kontynuowała swoją wypowiedź, jakby w ogóle jej nie przerywała: – Wiesz, myślałam, że ten monolog Pety będzie się ciągnął przez godziny, a słowo daję, jeśli musiałabym oglądać jeszcze jedno drzewo genealogiczne jakiegoś zmarłego gościa, to bym chyba zwymiotowała…
Ponownie przestałam słuchać Catherine, kiedy zza rogu wyłoniły się duże, żółte autobusy, które po chwili piskliwie zahamowały na przystanku. Kilka minut zajęło nam wyplątanie się z tłumu uczniów i znalezienie drogi do właściwego pojazdu. Wreszcie bez problemów zajęłyśmy miejsca w jego tylniej części, głównie dzięki Catie obdarzającej groźnym spojrzeniem wszystkich pierwszoroczniaków, którzy odważyli się rzucić okiem na nasze fotele.
- Witam, drogie panie – znajomy głos przerwał górnolotną mowę mojej przyjaciółki na temat niehumanitarnych sekcji zwłok świń. Wywróciłam oczami i spojrzałam na krajobraz za oknem. Nie znajdowało sie tam do oglądania zbyt wiele rzeczy poza deszczem, deszczem i jeszcze raz deszczem, ale to i tak było lepsze od patrzenia na Catherine. Nie musiałam nawet na nią zerkać, by wiedzieć, że właśnie robiła coś w rodzaju ludzkiego odpowiednika czyszczenia piórek u ptaków.
- Cześć, Brett – zaświergotała. Jęknęłam, w duchu oczywiście. Czy mój głos też brzmiał tak śmiesznie, gdy rozmawiałam z Jaredem? Nie sądzę. Cóż, być może dlatego, że nigdy nie zamieniłam z nim ani słowa…
Autobus szarpnął i ruszył z parkingu, po czym wjechał na główną drogę prowadzącą do osiedla mieszkaniowego w La Push.
- Cześć, Cat. Co słychać, Kim?
Odwróciłam się od okna i uśmiechnęłam do Bretta. Wcale nie był taki zły, a nawet wydawał się całkiem miły. Jeśli kiedykolwiek zacząłby spotykać się z Catie, na pewno kibicowałabym ich związkowi.
- Nic ciekawego. A co u ciebie? – spytałam uprzejmie.
- No cóż, tak właściwie…
Uśmiechnęłam się szeroko do Catherine, w ogóle niezaskoczona odpowiedzią Bretta. Po nim zazwyczaj można się było spodziewać jakiegoś „tak właściwie". Zawsze coś robił, z kimś się spotykał, gdzieś wychodził. Przypuszczałam nawet, że wcale nie sypiał, tylko kręcił się po okolicy w poszukiwaniu jakichś ciekawych rzeczy.
- …dziś wieczorem organizujemy imprezę na plaży numer dwa. Wy też powinnyście przyjść. Wkręciły się też niektóre dzieciaki z college'u, które traktują to jako rodzaj zakończenia wiosennej przerwy. Wracają na uczelnie w poniedziałek i przed odjazdem chcieliby poznać jakieś miejscowe osoby. Zdecydowanie powinnyście przyjść.
Zanim Brett skończył mówić, Catherine już kiwała aprobująco głową, natomiast ja starałam się powstrzymać przed nieaprobującym kręceniem głową, żeby nie zachować się niegrzecznie.
- Wow, brzmi świetnie – powiedziała Catie. Nagle autobus gwałtownie się zatrzymał i moja przyjaciółka musiała położyć ręce na siedzeniu przed sobą, aby nie wpaść na nie twarzą.
- No nie wiem – szepnęłam do niej. – Dziś wieczorem mam do zrobienia parę rzeczy.
Catherine prychnęła, rzecz jasna odgadując moje kłamstwo. Prawdopodobnie nie uwierzyłabym też sama sobie. Cóż, pewnie moim marnym kłamaniem nie ocaliłabym nawet własnego życia.
- Kim, powinnaś spotykać się z innymi ludźmi, a zwłaszcza z chłopakami, więc pójdziemy na tę imprezę i będziemy się świetnie bawić.
- Catherine, to głupie! Dobrze wiesz, że nie lubię chodzić na jakiekolwiek imprezy!
- Kim, Kim, Kim, ty moja towarzysko trudna gąsieniczko. Pójdziemy tam i już. Pewnego dnia mi za to podziękujesz.
- Nie sądzę. I nigdzie nie idę.
- Tak, idziesz.
- Nie, nie idę.
Cat zmarszczyła nos, co oznaczało, że nie miała już żadnych argumentów, a to z kolei zapowiadało, że albo się podda, albo weźmie sprawy we własne ręce. Powinnam się domyśleć, że wybierze tę drugą alternatywę.
- Nie martw się. Przyjdziemy – zakomunikowała Brettowi, który przysłuchiwał się naszej przyciszonej rozmowie z wyraźnie widocznym zainteresowaniem w swoich ciemnych, brązowych oczach.
Odsunęłam się od niej jak najdalej i przez następne parę mil jazdy wpatrywałam się w krajobraz za oknem. Kiedy dojechaliśmy wreszcie do mojego domu, upewniłam się, że żadne z nich na mnie nie patrzyło, a potem wzięłam swoją torbę i ruszyłam w stronę wyjścia.
- Będę u ciebie o siódmej! – zawołała za mną Catherine, gdy mijałam grupkę wyjątkowo głośnych siódmoklasistów. – I nie waż się zakładać własnych ciuchów, bo i tak cię przebiorę. Do zobaczenia!
Zignorowałam ją, udając, że nic nie usłyszałam. Przygryzałam wargę, kiwając głową do pana Smitha, kierowcy autobusu, i zeszłam po schodkach na podjazd przed domem. Zanim weszłam do środka, w mojej głowie pojawiło się już mnóstwo najgorszych scenariuszy związanych z dzisiejszym wieczorem…
Dlaczego Catherine nie potrafiła zrozumieć, że nie lubiłam towarzystwa dużej liczby osób? Byłyśmy jak olej i woda, Tom i Jerry, Inigo Montoya i Sześciopalczasty… To ona była motylem, nie ja. A to spotkanie na plaży na pewno nie miało zakończyć się dobrze. Czułam to.
Przecież nie byłam pięknym motylem, tylko zakamuflowaną gąsienicą.
