Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 4

- Czuję się głupio – powtórzyłam co najmniej po raz siedmiomilionowy. Stałyśmy z Catherine w mojej małej sypialni, która wyglądała tak, jakby przed kilkoma minutami nawiedziło ją tornado. Cóż, tak naprawdę to kręciła się po niej tylko moja popisująca się wiedzą na temat mody przyjaciółka. Chciałam usiąść, ale się nie odważyłam na to przez obawy o zniszczenie spódniczki…

- Nieprawda – zapewniła Catherine znużonym głosem. Przez dłuższą chwilę szperała w swojej torebce, po czym wyprostowała się z triumfującą miną i puderniczką w dłoni. Szybko ją otworzyła i parę razy uderzyła pędzelkiem o warstwę różowego proszku, a następnie energicznie pokryła nim sobie oba policzki.

- Cat, spójrz na mnie – zakomunikowałam, obciągając brzeg spódnicy, która według mnie była stanowczo zbyt krótka. Dziewczyna przerwała pudrowanie twarzy i wreszcie zerknęła w moją stronę. – Czuję się g ł u p i o – powiedziałam, starając się dobitnie zaakcentować ostatnie słowo.

Catie wywróciła oczami i przechyliła głowę. W tym momencie przypomniał mi się cocker spaniel o imieniu Merwin, którego miałam w dzieciństwie.

- Zostaw kieckę w spokoju – rozkazała. Posłusznie wykonałam polecenie, ale moje ręce od razu powędrowały w stronę dopasowanej bluzki z dekoltem znacznie większym niż bym sobie tego życzyła. – Wcale nie czujesz się głupio. – Widząc, że chciałam zaprotestować, położyła rękę na biodrze.

- Kim, te ubrania to najbardziej niegłupie rzeczy, jakie widziałam w całym swoim życiu.

- Mamy tylko piętnaście lat – przypomniałam jej. – To niezbyt długie życie.

- Za trzy miesiące skończę szesnaście – powiedziała, zakładając ręce na piersi i starając się wyglądać na trzy miesiące starszą.

- Nie obchodzi mnie to, czy masz piętnaście, czy szesnaście lat – odpowiedziałam, rzucając okiem na zegarek. Była dwudziesta czterdzieści pięć, co oznaczało, że siedziałyśmy tu już od półtorej godziny. Westchnęłam i otworzyłam swoją szafę. – Czuję się kompletnie głupio.

- Kim – zaczęłam ostro Catherine – ile razy mam ci powiedzieć, że nie czujesz się głupio, żebyś w to uwierzyła?

Powoli odwróciłam się w jej stronę, starając się zapanować nad buzującym we mnie gniewem.

- Nie wiesz, co czuję! – prawie wrzasnęłam.

Catherine wyglądała na oszołomioną, ale już po kilku sekundach się otrząsnęła i obróciła do kosmetyczki, którą zabrała ze swojego domu wraz z torbą z paroma rzeczami potrzebnymi do spania.

- Masz rację – zgodziła się, wzruszając ramionami i zaczynając malować sobie oczy. – Może i czujesz się głupio, ale nie wyglądasz głupio.

- Wyglądam jak prostytutka – odparłam, szukając w szafie lepszych ubrań. – Poza tym na dworze jest pięć stopni. Przebieram się.

Catie westchnęła, wreszcie dając za wygraną, jednak po błysku w jej oczach powinnam się domyśleć, że tak łatwo nie odpuści.

Jak tylko włożyłam dopiero co odkrytą parę ciemnych dżinsów, o których istnieniu nie miałam pojęcia, i brązowy, dopasowany sweter, zobaczyłam w lustrze stojącą za mną Catherine. W rękach trzymała coś, co na pierwszy rzut oka wydawało paletą farb wykorzystywanych do malowania ścian, ale w rzeczywistości było zbiorem ogromnej ilości cieni do powiek, podkładów, maskar i różów do policzków. Jej starsza siostra, Jenn, pracowała w filii Clinique w centrum handlowym. Wyglądało na to, że przed przyjściem do mnie Catie dokonała nalotu na ten sklep.

- Hm… Myślę, że chyba najlepszy będzie… - zaczęła, spoglądając na białą kartkę papieru pokrytą różnymi odcieniami rozmaitych kolorów, najpierw przykładając ją do mojego policzka, a później do oka. – Hm… Karmel będzie dobry… albo może mokka na podkład… O, a co powiesz na elektryzującą zieleń na powieki? – Cały czas kręciłam głową, ale ona najpewniej w ogóle tego nie zauważyła. – O Boże, uroczy liliowy też by był świetny, ale wiesz co? Olśnisz wszystkich dyniową pomarańczą…

Dyniową pomarańczą?

Nie trzeba wspominać, że nasza droga na plażę przebiegła całkiem spokojnie. Przez cały czas starałam się ignorować Catherine, która włączyła płytę Fall Out Boy i ze wszystkich sił w płucach wtórowała wokaliście. Dotarłyśmy na miejsce w rekordowym czasie, chociaż zawrotna prędkość wywołała u mnie mdłości. Nie wiedziałam, czy ona to zauważyła, czy nie. Jej stopa położona na pedale gazu podrygiwała w rytm muzyki, co sprawiło, że jazda była nieco… chwiejna.

Pomimo tego, że wszędzie panowała ciemność, bo Wspólnota Zarządzania La Push zlikwidowała lampy w pobliżu plaży – sztuczne światło miały zły wpływ na życie podmorskich stworzeń: myliły je one z księżycem i częściej lądowały na drodze niż w wodzie – bez problemów zorientowałyśmy się, gdzie odbywała się impreza. Dudniące basy i odgłosy paplaniny zaprowadziły nas na znajomą, zacienioną ścieżkę przy pluskającej wodzie.

- Jak myślisz, jak daleko jeszcze? – zapytała Catherine po około pięciu minutach spaceru.

- Nie wiem – odpowiedziałam, bezskutecznie wytężając wzrok we wszechobecnym mroku. – Ale pewnie jesteśmy już blisko nich. Nie sądzę, żeby plaża znajdowała się bardzo daleko.

Wiatr znad morza przyniósł ze sobą odgłosy muzyki i rozmów ze znacznie większej odległości niż mogło się wydawać. Po upływie kilku minut nadal szłyśmy. Przemierzałyśmy tę ścieżkę już niezliczoną ilość razy, jednak nigdy po ciemku. W mroku wszystko przedstawiało się inaczej. Manipulował on ludzkimi zmysłami, a także zmieniał poczucie upływu czasu.

Nagle coś głośno za nami chrupnęło. Podskoczyłam jak oparzona i stłumiłam krzyk. Cat złapała mnie za rękę w śmiertelnie mocnym uścisku i obie zaczęłyśmy iść szybciej. Przez pewien czas słyszałyśmy tylko nasze oddechy i odgłosy pospiesznych kroków, jednak odnosiłam dziwne wrażenie, że nie były to dźwięki wydawane tylko przez nas…

- Hej – odezwał się ktoś znienacka.

Wrzasnęłam.

Z ciemności wyłoniły się dwie postacie, ale natychmiast z powrotem cofnęły się pomiędzy drzewa, prawdopodobnie bojąc się wydanego przeze mnie przenikliwego dźwięku.

Catherine położyła swoją dłoń na moich ustach,

- Zamknij się – usłyszałam w uchu jej syk. – To tylko chłopaki, nie niedźwiedzie czy coś w tym stylu,

Wzięłam krótki, szarpany oddech. Dwóch ludzi ponownie wynurzyło się z lasu, tym razem o wiele ostrożniej. Nie wiedziałam, jak tacy potężni goście mogli skradać się za nami niemalże bezszelestnie.

- Przepraszam – mruknęłam, starając się zapanować nad szaleńczym biciem serca. – Po prostu mnie… zaskoczyliście.

Jeden z nich zaśmiał się donośnie i natychmiast go rozpoznałam.

Jared.

Moje serce znowu zaczęło bić dwa razy szybciej.

- Idziecie na imprezę? – zapytał ten drugi i podszedł bliżej, więc wreszcie zobaczyłam jego twarz. Okazało się, że to Jacob Black… a może Quil Ateara? Trudno było to stwierdzić przy tak słabym oświetleniu. Nie miałam żadnych wątpliwości jedynie co do Jareda, który stał teraz parę kroków za swoim towarzyszem parę, trzymając pod pachą coś, co wyglądało na kilka koców.

- Tak, idziemy tam, ale w ciemności zajęło to znacznie więcej czasu i… ach!

Znienacka usłyszałam krzyk Catherine, a potem jej palce ześlizgnęły się z mojej ręki... i dziewczyna zniknęła w ciemnościach.