Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 5

Wstrzymałam oddech, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu mojej przyjaciółki.

- Catherine! – krzyknęłam. Ryzykując uszkodzenie kręgów szyjnych, zaczęłam szybko kręcić głową w tę i z powrotem, żeby ustalić, gdzie zniknęła Catie.

Już miałam rzucić się w stronę miejsca – gdziekolwiek by to nie było – w którym jeszcze przed chwilą stała, ale z mroku wyłoniła się ogromna ręka, która zacisnęła się na moim ramieniu.

- Nie bądź lemingiem, proszę – powiedział przyjaciel Jareda, robiąc krok do przodu, tak że znalazł się w połowie drogi pomiędzy mną a ciemną przestrzenią, w której zniknęła Cat. W tym momencie chmury odsłoniły księżyc i jego blask oświetlił nasze sylwetki. Chłopak odciągnął mnie parę kroków dalej od niezidentyfikowanego miejsca przed nami.

Teraz mogłam zobaczyć całą postać Jareda. Miał na ustach półuśmieszek i przyglądał się z ciekawością swojemu towarzyszowi. Bawił się też rąbkiem swojej białej koszulki. Za każdym razem, gdy nieco ją podnosił, zaczynałam czuć się maksymalnie niezręcznie…

Drugi chłopak – nawet w księżycowym świetle nie potrafiłam go rozpoznać; przyjaciele Jareda wyglądali niemalże identycznie, co było dosyć zagadkowe – trzymał na barku coś, co sprawiało wrażenie przenośnej lodówki. To właśnie on powstrzymał mnie przed pobiegnięciem do mrocznego miejsca, gdzie zniknęła Catherine.

Musiałam przyznać, że trochę się rozczarowałam, bo miałam nadzieję, że był to Jared…

Skup się, Kim!

Spojrzałam w dół i dostrzegłam, że tuż przede mną ścieżkę zastępował skalisty grunt, a potem nieprzenikniony mrok. Podeszłam bliżej krawędzi, by zobaczyć dno tego rowu. Zauważyłam, że przyjaciel Jareda znowu chciał złapać moją rękę, ale uniosłam ją szybko do góry, by nie mógł tego zrobić.

- Catie! – zawołałam, używając zdrobnienia, którego absolutnie nienawidziła. Mój głos odbił się echem od głazów, ale poza tym panowała cisza. – Catherine Leann Miller! Natychmiast mi odpowiedz!

- Ała… – usłyszałam znienacka jęk mojej przyjaciółki dochodzący gdzieś z dołu.

- Cat? – powiedziałam z ulgą.

- Kim? Kim, zapomniałam o tej piekielnej półce skalnej i chyba skręciłam kostkę. To boli, Kim… Ała!

- Okej, Cat, trzymaj się – odparłam. – Zaraz po ciebie zejdę…

- O nie, nie zejdziesz – wtrącił towarzysz Jareda. – Ja to zrobię, a ty zostań tu z Jaredem.

Nie protestowałam. Było mi to całkowicie na rękę.

- Jake – odezwał się Jared swoim głębokim, niskim głosem. – Lodówka.

Drugi chłopak, najwidoczniej Jacob Black, odwrócił się i w jednej ręce wyciągnął przed siebie urządzenie. Jared pospiesznie je wziął i włożył sobie na bark tak lekko, jakby nie sprawiało mu to najmniejszego wysiłku.

Wyglądając bardziej jak górska koza niż człowiek, Jacob zeskoczył ze skalnej półki. Nie usłyszałam nawet, jak jego stopu uderzyły w dno, a już po chwili był z powrotem, trzymając na rękach Catherine. Widziałam wyraźnie tylko tors chłopaka, bo reszta jego ciała skrywała się w mroku. To była naprawdę duża dziura.

- Powinniśmy zabrać cię do lekarza – powiedział Jake. – Twoja noga może wymagać prześwietlenia…

- Nie! – zawołała Cat zaalarmowanym tonem. – Nie, naprawdę, wszystko w porządku.

- To przynajmniej potrzebujesz lodu czy czegoś tam – stwierdził. – Pewnie dość mocno się uderzyłaś.

- Zanurzę stopy w oceanie – zaproponowała Catie, obdarzając Jacoba uśmiechem.

Chłopak wzruszył ramionami, najwidoczniej postanawiając dłużej się z nią nie kłócić. Mądra decyzja, przyjacielu.

- Okej, ale nie wejdziesz do wody sama. Ktoś musi ci towarzyszyć.

- W porządku – zgodziła się w końcu, spoglądając na mnie ponad ramieniem Jacoba. Mrugnęła i uśmiechnęła się zalotnie. Wywróciłam oczami. Cała Catherine…

Jake zaczął iść i po chwili zniknął w ciemnościach. Zrobiłam dwa niepewne kroki, wyciągając szyję, by zobaczyć, gdzie kończyła się skała. Zachwiałam się lekko, prawie upadając na tyłek, kiedy nagle ponownie pojawił się Jacob.

- Nie pozwól naszemu lemingowi skręcić sobie kostki – powiedział do Jareda. – Już jedna taka nam wystarczy.

Jared pokiwał głową i prześlizgnął się obok mnie. Nasze ramiona lekko się zetknęły. Zadrżałam.

Chłopak niemalże bezszelestnie zaskoczył na dół, a następnie, balansując lodówką na barku, wyciągnął rękę w moim kierunku. Cała się trzęsłam, gdy złapałam jego dłoń, która okazała się nadzwyczaj ciepła, a wręcz gorąca. Czyżby miał gorączkę?

Chciałam powiedzieć, że sama zeskoczę, ale zanim zdążyłam to zrobić, Jared opuścił mnie na dół, nie puszczając do momentu, aż moje stopy dotknęły podłoża, po czym szybko się odsunął. Pochyliłam głowę, bo moje policzki pokryły się wściekle czerwonymi rumieńcami rozczarowania i zażenowania.

Puścił mnie przodem, więc szłam za Jacobem i Catherine, a on sam podążał za mną. Po paru minutach marszu dotarliśmy do miejsca, gdzie drzewa rosły znacznie rzadziej. Poczuliśmy także zimne, świeże powietrze znad oceanu.

- Cat? – usłyszałam zmartwiony, ale też zazdrosny głos Bretta wyraźnie wyróżniający się spośród szumu rozmów. Chłopak biegł w naszym kierunku. – Co się stało? Nic ci nie jest?

Catherine machnęła nonszalancko ręką, jakby to, że właśnie trzymał ją jakiś facet, którego ledwie znała, było najnormalniejszą rzeczą na świecie. Jacob postawił ją na ziemi z wyraźną ulgą. Wcale mu się nie dziwiłam. Moja przyjaciółka może i nie była zbyt duża, ale noszenie kogokolwiek tyle czasu zmęczyłoby każdego.

Brett objął Catie w talii i oboje zaczęli iść – dziewczyna lekko utykała – w kierunku ogniska, a ja ruszyłam za nimi. Ogień rozpalono trochę dalej. Otaczały go pnie drzew służących zapewne za prowizoryczne ławki. Cała nasza trójka usiadła obok siebie. Spojrzałam do tyłu, żeby odszukać wzrokiem Jareda, ale on i jego przyjaciel ponownie zniknęli w ciemnościach.

Cztery razy próbowałam zrobić sobie hot doga – tak żeby kompletnie go nie zwęglić i nie uczynić całkowicie nie do rozpoznania – kiedy nagle coś zaczęło się dziać. Najpierw usłyszałam jakieś dziwne dźwięki, jakby komuś znienacka podwyższył się głos o parę decybeli. Potem kłótnia przerodziła się w coś, co mogłam określić tylko jako dziką awanturę z eksplozją różnych odgłosów.

Zaintrygowana, rozejrzałam się dookoła, po czym podążyłam wzrokiem w miejsce, na które gapili się inni. Dwóch chłopaków okładało się bezmyślnie pięściami jakieś parędziesiąt metrów dalej. Na początku stali, ale potem obaj przewrócili się na piasek. Z przerażeniem stwierdziłam, że przypominało mi to brutalną walkę dwóch psów, które zagryzały się wzajemnie na śmierć…

Nie trzeba było być geniuszem – zwłaszcza dla dziewczyny z nienormalną obsesją – żeby zorientować się, kto uczestniczył w tej bójce. Dostrzegłam białą koszulkę, brązowe spodenki, krótkie, czarne włosy, skórę, której rdzawobrązowy odcień był typowy tylko dla jednej osoby…

Moje serce dosłownie przestało bić. Typowy dla Jareda.

Drugiego chłopaka nie rozpoznałam.

Absolutnie nie miałam pojęcia, co spowodowało, że zaczęłam biec w kierunku bijatyki, mocno pochylona, potykając się o każdy kamyk w moich klapkach. Ale zrobiłam to, pędząc tak szybko jak potrafiłam, zapomniawszy o spalonym hot dogu i przyjemnym cieple ogniska. Chciałam natychmiast przerwać tę walkę…

Dopóki nie zderzyłam się ze ścianą. Wysoką, solidną i gorącą ścianą, która niespodziewanie się poruszyła, podczas gdy ja, kompletnie obolała, nadal trwałam w bezruchu…

Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że wcale nie zderzyłam się z murem, bo przecież wcześniej go w tym miejscu nie było. Uderzyłam w mężczyznę, wielkiego mężczyznę, który w tej chwili szedł bardzo szybko w kierunku bijących się chłopaków, z determinacją wypisaną na swojej twarzy. Spróbowałam dotrzymać mu kroku, ale kompletnie mi się to nie udało. Podszedł do nich szybciej niż ja.

Nie zatrzymał się, by zebrać myśli czy zastanowić się, jak nad nimi zapanować, czy zrobić cokolwiek, tylko przedarł się przez masę ludzi, którzy otoczyli walczących. Ze względną łatwością złapał ich obu za kołnierzyki i wyprowadził z tłumu.

Jared dyszał, kołysząc swoim prawym ramieniem, zaś drugi chłopak, którego mgliście kojarzyłam ze szkoły, w ogóle nie wydawał się zmęczony, bo oddychał całkiem miarowo.

Nie wiedziałam, co powiedział im ten olbrzymi facet, ale niespodziewanie jeden z nich – z szybkością, jakiej bym się po nim nie spodziewała – rzucił się w kierunku drzew, gnając tam ile sił w nogach. Z każdym krokiem zdawał się coraz bardziej trząść. Po chwili zniknął w ciemnej ścianie lasu.

Teraz tajemniczy mężczyzna rozmawiał dyskretnie z Jaredem. Mówił jednak tak cicho, że nie miałam najmniejszych szans usłyszeć żadnego słowa, chociaż stałam w kręgu całkiem blisko nich. Mogłam jedynie stwierdzić, że Jared okropnie się trząsł, jakby dostał hipotermii czy czegoś podobnego. Nagle, podobnie jak jego kolega, pobiegł w kierunku drzew z prędkością błyskawicy. Ten ogromny facet deptał mu po piętach.

I, ot tak, wszystko się skończyło.

Duża grupa osób, którzy mimowolnie byli świadkami tego wydarzenia, raptownie umilkła. Wszyscy rozglądali się dookoła, zszokowani, jednak po kilku minutach ludzie w sporych grupkach stopniowo zaczęli wracać do swoich wcześniejszych zajęć. Jedynie ja nadal stałam tam, gdzie Jared i inny chłopak się bili. Wpatrywałam się w miejsce, w którym cała trójka zniknęła pomiędzy drzewami, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu.

Gdzieś w ciemnościach zawył wilk…