Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 6

Trzy tygodnie, cztery dni, osiem godzin, dwadzieścia trzy minuty, pięćdziesiąt sekund… Trzy tygodnie, cztery dni, osiem godzin, dwadzieścia trzy minuty, pięćdziesiąt pięć sekund… Trzy tygodnie, cztery dni, osiem godzin, dwadzieścia cztery minuty… i tak w kółko.

Westchnęłam cicho i oparłam podbródek na dłoniach. Nieważne, jak bardzo starałam się skupić na wykładzie pana Cochrana na temat budowy żaby, po chwili moje spojrzenie i tak wędrowało z powrotem w kierunku zegara powieszonego w prawym rogu klasy. Trzy tygodnie, cztery dni, osiem godzin, dwadzieścia cztery minuty i dwadzieścia siedem sekund…

Nagle zgnieciony kawałek papieru uderzył mnie w tył głowy. Podskoczyłam delikatnie i dyskretnie się odwróciłam, by zerknąć na Catherine. Odkryłam, że dziewczyna uważnie mi się przyglądała.

- Co? – powiedziałam bezgłośnie, na co ona zacisnęła wargi i wskazała znacząco na moją rękę. Spojrzałam w dół i dopiero teraz zorientowałam się, że stukałam długopisem o ławkę, powodując powstawanie denerwującego dźwięku, który pokrywał się z tykaniem zegara odmierzającego sekundy.

Byłam taka żałosna…

Pochmurny poniedziałkowy poranek ciągnął się w nieskończoność. Kiedy doktor Cochran mówił monotonnym głosem na temat budowy szkieletu płazów, Catherine przeglądała ostatnie wydanie magazynu People, para siedząca w ławce przede mną rzucała sobie zalotne spojrzenia, dziewczyna o imieniu Samantha, która zajmowała stolik w sąsiednim rzędzie, pilnie robiła notatki, a ja liczyłam.

Nieobecność obiektu twojej obsesji może doprowadzić cię do szaleństwa i wywołać następną paranoję.

Trzy tygodnie, cztery dni, osiem godzin, dwadzieścia pięć minut i sześć sekund.

Spojrzałam w dół na swój zeszyt i z lekkim przerażeniem stwierdziłam, że na kartce znajdowały się niedbale nabazgrane szkice przedstawiające zegarki i kalendarze. Chyba musiałam zacząć nad sobą pracować, żeby skończyć z tym całym rysowaniem czegoś całkowicie nieświadomie, bo powoli stawało się to już moim typowym zachowaniem…

W tej chwili myślałam tylko o jednym: o nim, a raczej o tym, że go tutaj nie było. Nie pojawił się przez trzy tygodnie, cztery dni, osiem godzin, dwadzieścia siedem minut i trzydzieści sześć sekund. Nie miałam pojęcia, jak długo jeszcze to zniosę…

Zacisnęłam zęby i zmusiłam się do skupienia uwagi na wykładzie doktora Cochrana.

- Zwłaszcza żaby mają specyficzną strukturę szkieletu…

Po tych słowach automatycznie przestałam go słuchać.

Zaczęłam stukać długopisem z zeszyt, aż złapałam się na tym, że znowu szkicowałam zegar, tylko że tym razem o wyraźnym kształcie serca…

Trzy tygodnie, cztery dni, osiem godzin, dwadzieścia dziewięć mi…

Moje mentalne odliczanie zostało gwałtownie przerwane, gdy znienacka drzwi otworzyły się z głośnym hukiem. Nie tylko ja podskoczyłam z zaskoczenia na krześle. Chyba nawet nauczyciel lekko się wzdrygnął.

Byłam aż tak żałosna, że nie potrafiłam powstrzymać kompromitującej fali nadziei, która zalała mnie, kiedy dostrzegłam fragment rdzawobrązowej skóry i czarnych włosów…

Jednak sekundę później cały ten optymizm runął jak fala tsunami.

Paul, jeden z przyjaciół Jareda, stał teraz w progu klasy. Jego głowa prawie dotykała górnej framugi. Mogłabym przysiąc, że w ciągu ostatnich kilku tygodni urósł co najmniej kilkanaście centymetrów.

- Proszę pana – zwrócił się szorstko i gniewnie do nauczyciela. Zabrzmiało to tak, jakby właśnie znalazł się w ostatnim miejscu, w którym miał ochotę być. – Jared Najera przysłał mnie po swoją zaległą pracę domową.

Doktor Cochran nie wyglądał na zadowolonego, że przerwano mu lekcję, ale, po dłuższej chwili uważnego przyglądania się chłopakowi znacznie większemu od siebie, postanowił dać za wygraną. Szybko pozbierał jakieś kartki i włożył je do teczki, którą następnie wsadził w wyciągniętą dłoń Paula.

Obaj wydawali się zniecierpliwieni, jakby chcieli, żeby ta sytuacja jak najszybciej się skończyła. I tak się wkrótce stało. Doktor Cochran wrócił do swojego wykładu, a Paul – głupi, szczęśliwy Paul – opuścił klasę i poszedł zobaczyć się z Jaredem. Chyba nigdy nie zazdrościłam nikomu tak bardzo jak jemu w tej chwili.

Reszta lekcji upłynęła całkiem szybko, jeżeli w ogóle było to możliwe. Zanim się zorientowałam, Catherine już podniosła mnie z krzesła, wsadziła w ręce zeszyt, założyła torbę na ramię i wyprowadziła z sali. Byłam tak pochłonięta odmierzaniem czasu, że nie zwracałam uwagi na nic innego. Ocknęłam się dopiero wtedy, gdy Cat mocno uderzyła moją rękę.

- Ała! – zawołałam, odskakując od niej. Przypadkiem wpadłam na jakiegoś jedenastoklasistę, który obdarzył mnie niezbyt uprzejmym spojrzeniem. – Za co to było? – syknęłam do niej.

- Dołujesz mnie – wyjaśniła, kiedy przedzierałyśmy się przez tłum uczniów w kierunku jadłodajni. – A ja nie powinnam być zdołowana, bo w ten piątek mam randkę z Brettem!

- Wybacz – westchnęłam, ale nawet ja nie uwierzyłabym w szczerość tych przeprosin.

Weszłyśmy do zapełnionej stołówki z wyćwiczoną przez lata wprawą i wkrótce zajęłyśmy nasz zwykły stolik przy oknie.

Nie zauważyłam żadnych niepokojących rzeczy, dopóki widelec – z kawałkiem przypieczonego, pomarańczowego ziemniaka – Catherine nie zatrzymał się w połowie drogi do jej ust, chociaż dziewczyna nic nie mówiła. Było to dosyć nietypowe zjawisko.

- Cat? – spytałam z zaskoczeniem.

Moja przyjaciółka nie odpowiedziała, tylko pokręciła głową i patrzyła na coś za mną. Lekko otworzyła usta, a sztuciec nadal trzymała w powietrzu.

Powoli odwróciłam głowę, mając pewność, że Catherine zauważyła ubraniowe faux pas jakiegoś pierwszoklasisty i chciała mi je pokazać, daremnie usiłując sprawić, bym przestała myśleć o pewnej osobie.

O Boże. Jak bardzo się myliłam.

- Cześć – przywitał się Jared, napotykając moje przestraszone spojrzenie. Przełknęłam ślinę, starając się ogarnąć wzrokiem jego górującą nade mną sylwetkę. Kiedy on tak urósł?, spytałam się w duchu.

I skąd on się tutaj wziął?, zaczęła się zastanawiać ta bardziej racjonalna część mojego mózgu. Czy Paul nie przyszedł wcześniej zabrać jego rzeczy? Jeśli sam miał zamiar się tu pojawić, to niby czemu prosiłby kogoś o przysługę?

To wszystko było niezrozumiałe, zwłaszcza dla kogoś, choćby mnie dla przykładu, kto w tej chwili nie potrafił się na niczym skoncentrować.

A czy to ważne, odezwała się ta mniej logiczna mojego umysłu, dlaczego przyszedł? Przecież on tutaj jest, żeby z tobą porozmawiać!

Na tę myśl omal nie spadłam z krzesła. Jared nie tylko podszedł do stolika, przy którym siedziałam, ale coś do mnie powiedział!

Do mnie: szarej myszki Kim, niezdolnej do zapamiętania szyfru do swojej szafki i mającej nienormalnie małe stopy… Poczułam na tyle głowy niedowierzające spojrzenie Catherine.

- Cześć – odpowiedziałam w końcu nieco piskliwym głosem. Z powodu zaschniętego gardła nie byłam w stanie wykrztusić z siebie ani słowa więcej.

- Mam na imię Jared – przedstawił się łagodnie. Sposób, w jaki na mnie patrzył – z o wiele większym zainteresowaniem niż nieznajomy, ale nie tak jak jakiś natręt – sprawił, że cała zmiękłam. Jeżeli bym się teraz podniosła, to z pewnością natychmiast bym się przewróciła.

Jared usiadł na wolnym krzesełku stojącym obok, ale mimo to nadal musiałam mocno zadzierać głowę, żeby zerkać mu w oczy. Chłopak przyglądał mi się wyczekująco i zrozumiałam, że czekał na moją odpowiedź.

- Um… A ja Kim – odparłam, brzmiąc tak, jakbym właśnie przebiegła maraton.

- Jesteś tutaj nowa? – spytał, z zaintrygowaniem unosząc jedną brew.

- Nie – zaprzeczyłam cicho. Poczułam, że ręce, które trzymałam pod stołem, zaczęły mi się trząść. – Jesteśmy w tej samej klasie od trzech lat.

- Och – mruknął i zmarszczył brwi, jakby ta informacja w jakiś sposób go zaniepokoiła.

- Ale dopiero w tym roku usiedliśmy w tej samej ławce. Raz nawet mi pomogłeś – zaznaczyłam, może nieco zbyt entuzjastycznie. Odpowiedział mi półuśmiechem, który bezmyślnie odwzajemniłam.

- Och! – Brzmiał na szczerze zaskoczonego. – To ty?

- We własnej osobie – potwierdziłam, próbując ukryć rozczarowanie w moim głosie.

Jared przechylił głowę na bok, przypatrując mi się intensywnie. Dostałam przez to gęsiej skórki.

- Wyglądasz tak jakoś… inaczej – powiedział w końcu. – Ładniej.

Zarumieniłam się gorączkowo i spojrzałam na moją zwiędniętą sałatkę. Nie musiałam nawet rzucać okiem na Catherine, żeby wiedzieć, że jej szczęka prawdopodobnie właśnie odłączyła się od reszty ciała. Nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć, a po zerknięciu na Jareda zorientowałam się, że on miał podobny problem.

Nagle dotarło do mnie to, że chłopak wyglądał na tak samo zestresowanego jak ja. Co to oznaczało…? Albo może to wszystko działo się tylko w mojej wyobraźni? Może podświadomość pomagała mi tworzyć obrazy na podstawie tego, o czym od niepamiętnych czasów marzyłam na jawie i w snach? Może widziałam tylko to, w co chciałam wierzyć?

Przez dłuższy moment panowała cisza, aż Jared znienacka wypalił:

- Jaki jest twój ulubiony kolor?

Podskoczyłam, zaskoczona jego nagłym pytaniem.

- Um… Czerwony – odpowiedziałam, chociaż bardziej zabrzmiało to jak pytanie.

- Super – powiedział z szerokim uśmiechem. – Mój też.

- Tutaj jesteś! – zagrzmiał ktoś za naszymi plecami. Obróciłam się i zobaczyłam stojącego obok Catherine ogromnego mężczyznę. Moja przyjaciółka wyglądała przy nim jak karlica. Jeśli nie miałby on krytycznego i gniewnego wyrazu twarzy, wyglądałoby to całkiem komicznie. Jednak z powodu tego, że sprawiał wrażenie, jakby tkwił w nim morderca, to wcale śmieszne nie było. Wcale.

Zdawało mi się, że nigdy wcześniej go tu nie widziałam. Na pewno nie pracował tu jako nauczyciel ani praktykant, ani nawet dozorca. Wyglądał na zbyt starego, by chodzić do liceum lub w ogóle przebywać na terenie szkoły.

- Idziemy, Jared – powiedział, a raczej wydał komendę, która niewątpliwe brzmiała tak, jakby skierowano ją do jakiegoś przestępcy. Zachowywał się jak oficer policji, który wzywał swoich podwładnych.

Spojrzałam na Jareda, który ciągle się na mnie gapił. Niespodziewanie ten ogromny facet zaklął cicho. Jego oczy się rozszerzyły i patrzył to na mnie, to na siedzącego obok chłopaka. Zaczęłam się zastanawiać, czy zrobiłam coś złego, czy może to Jared mu podpadł. Wynikało to z tego, w jaki sposób mężczyzna go traktował.

- Jared – warknął nieznajomy. – Powiedziałem: idziemy.

Jared nie zareagował, ale gdy facet okrążył stolik i złapał go za ramię, wstał bez oporu. Nie odrywając ode mnie wzorku, przeszedł przez stołówkę i zniknął za drzwiami w strugach deszczu razem z tym dziwnym człowiekiem.

Catherine i ja gapiłyśmy się na siebie, zbyt zdziwione, żeby coś powiedzieć.

Zadałam sobie w duchu pytanie, kim był ten facet – ojcem Jareda, jego bratem czy może wujkiem lub kuzynem z innego stanu? – ale odczuwałam tak ogromną radość, że nie głowiłam się nad tym długo.

To stało się oficjalne. Nie podkochiwałam się już potajemnie w chłopaku, który siedział ze mną w ławce. O nie.

Teraz byłam beznadziejnie i po uszy zakochana w Jaredzie Najerze.