Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


Piosenka do tego rozdziału polecana przez autorkę:

Bleeding Love w wykonaniu Leony Lewis


ROZDZIAŁ 7

Nie minęło dużo czasu, aż znalazłam się w szkolnym autobusie, jadąc do domu. Mały diabełek z purpurowymi włosami i zielonymi paznokciami, zazwyczaj siedzący gdzieś w najdalszych zakamarkach mojego umysłu, wyszedł teraz na zewnątrz. Miał on wiele, wiele imion, w zależności od zaistniałej sytuacji. W tym przypadku był on jednocześnie czymś przerażającym i niepokojącym – wątpliwością.

Może tylko wyobraziłam sobie, że Jared wydawał się mną zainteresowany? Może próbował jedynie odbyć uprzejmą rozmowę? Może mnie z kimś pomylił? Może wziął lekarstwa, które chwilowo pomieszały mu w głowie? Może po prostu wyimaginowałam sobie całe to zajście w stołówce i było ono jedynie tworem mojej wymykającej się spod kontroli fantazji? To miało jakiś sens, bo Catherine w ogóle o tym nie wspomniała, ani w czasie trwania lunchu, ani podczas reszty lekcji, nie licząc paru wymownych spojrzeń, które parę razy rzuciła w moją stronę.

Może. Może. Może

Wkrótce autobus zatrzymał się przy moim domu, więc wstałam i ruszyłam w kierunku wyjścia. Darowałam sobie pożegnanie z Catherine i Brettem, którzy siedzieli obok, bo wydawali się niezwykle pochłonięci swoją rozmową.

Pokonałam ostatnie schodki i postawiłam stopy na mokrym chodniku. Nogawki spodni miałam całkowicie przemoczone, kurtka przeciwdeszczowa wcale nie zapewniała mi ciepła i właśnie zmierzałam do pustego domu, w którym aż do osiemnastej czekało mnie samotne rozważanie moich problemów. Zdecydowanie nie byłam w dobrym humorze.

Kiedy dotarłam do drzwi, stanęłam na palcach i przesunęłam palcami po górnej części futryny, gdzie trzymaliśmy zapasowy klucz. Niestety nic nie znalazłam. Spróbowałam ponownie, ale i tym razem moja ręka niczego nie napotkała. Gdzie był klucz? Jęknęłam i uderzyłam głową w drzwi. Zrobiłam to nieco mocniej niż zamierzałam, więc lekko się od nich odbiłam. Jeżeli Cynthia nie odłożyła klucza na miejsce, to miałam zamiar ją zabić. Szarpnęłam za klamkę, ale nic tym nie zdziałałam. Sfrustrowana, wymierzyłam drzwiom cios pięścią.

- Głupie, głupie, głupie… - mruczałam cicho, ciągle miarowo w nie waląc.

- Nic ci nie jest?

Wrzasnęłam i odskoczyłam od miejsca, z którego dochodził głos, a przy okazji efektownie wpadłam na wejście i uderzyłam twarzą w twarde drewno…

- Ała! Ała! Ała! - jęczałam, trzymając się za nos. Z powodu łez, które napłynęły mi do oczu, nie potrafiłam powiedzieć, kto mnie wystraszył. Widziałam tylko rozmazany obraz.

- Kim? Kim?!

Nawet gdybym oślepła, to i tak byłabym w stanie rozpoznać ten głos...

Jedną ręką ocierając łzy, a drugą nadal ściskając swój biedny nos, spojrzałam w górę i zobaczyłam Jareda, który przyglądał mi się z wyraźną paniką.

- Och! – zawołał, gdy zobaczył moją twarz i z głośnym świstem wciągnął powietrze do płuc. – Tak bardzo mi przykro! – Zaskoczyło mnie to, że wyglądał tak, jakby czuł znacznie większy ból niż ja.

- Wszystko w porządku – usiłowałam powiedzieć, ale bardziej zabrzmiało to jak: „Wmszmkowpmorzodku".

- Nie chciałem cię przestraszyć – zapewnił przepraszającym tonem.

- Jest okej – zdołałam oznajmić. Po moim przytłumionym głosie – ciągle trzymałam się za nos - ktoś mógłby przypuszczać, że właśnie przechodziłam ciężką grypę.

- O Jezu – wydyszał znienacka Jared. – Ty krwawisz.

Zerknęłam na moją rękę i dostrzegłam, że po dłoni i nadgarstku rzeczywiście ściekała czerwona ciecz.

- O, racja – mruknęłam głupio. Chłopak rozglądał się teraz dookoła, jakby spodziewał się, że ktoś niespodziewanie wyłoni się z lasu. Zastanawiałam się, czy miał na myśli tego faceta, który niemalże wywlókł go ze stołówki…

- Masz klucz? – spytał szybko, z powrotem odwracając się w moją stronę. Nagle zorientowałam się, że stanął tak, iż prawie przyciskał mnie do drzwi.

Pokręciłam głową, ale natychmiast tego pożałowałam, bo z nosa popłynęła mi następna porcja krwi. To zdawało się jeszcze bardziej zdenerwować Jareda i chłopak cały się spiął.

- Coś nie tak? – spytałam niewyraźnie.

- Krwawienie na dworze jest niebezpieczne – mruknął tak cicho, że ledwie go usłyszałam, ale ta odpowiedź i tak nie miała najmniejszego sensu.

Spróbowałam rzucić mu zagadkowe spojrzenie, ale tylko się skrzywiłam. Musiałam wyglądać jak jakaś potwór rodem z horroru, bo na twarzy chłopaka także pojawił się grymas.

- Że co? – zapytałam, kompletnie zmieszana.

Jared zamrugał, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że usłyszałam jego wcześniejszą wypowiedź.

- No wiesz, infekcje. – W reakcji na moje nieprzytomne spojrzenie dodał: - Zarazki.

Och... Pokiwałam głową, by zasygnalizować, że wreszcie go zrozumiałam, po czym wzięłam krótki, szarpany oddech. Jeśli poruszanie się miało jedynie powodować większy wyciek krwi z mojego nosa, musiałam natychmiast przestać to robić.

Przez kilka sekund wyraz twarzy Jareda wskazywał na to, że chłopak intensywnie się nad czymś zastanawiał.

- Trzymaj – powiedział nagle i zanim zdążyłam się zorientować, o co mu chodziło, podciągnął swoją koszulkę i ściągnął ją przez głowę. Nie mogłam powstrzymać głębokiego westchnienia, które wywołało u mnie to nieoczekiwane działanie, a zarazem widok, który miałam w tej chwili przed wciąż załzawionymi oczami. Na szczęście chłopak musiał wziąć to dziwne zachowanie i nieprzytomny wzrok, skierowany prosto na jego wspaniałą sylwetkę, za kolejne objawy bólu, bo ponownie mnie przeprosił. Szybko złożył niedbale podkoszulek i wyciągnął go przed siebie.

Gdy się nie poruszyłam, Jared złapał moją rękę, którą trzymałam nos i podłożył pod nią swoją koszulkę, więc teraz krwawiłam w nią. Odchyliłam głowę do tyłu, przyciskając do twarzy delikatną bawełnę. Jeśli byłabym w stanie poczuć coś więcej poza rdzawym zapachem własnej krwi, na pewno wyczułabym jakąś przyjemną woń...

Ciągle słyszałam odgłos szczękania zamka. Zaczęłam się zastanawiać, czy to Jared próbował otworzyć drzwi. Nie byłam tego pewna, bo ciągle widziałam jak przez mgłę. Po chwili znienacka zapanowała cisza, a drzwi się otworzyły, cicho skrzypiąc. Kompletnie mnie to zaskoczyło. Czyżby chłopak znalazł klucz? A może był drobnym złodziejaszkiem, który potrafił otworzyć dom przy pomocy spinki do włosów?

Jared położył jedną ze swoich rozgrzanych dłoni na dolnej części moich pleców, a drugą złapał mnie za łokieć, po czym oboje weszliśmy do środka. Po skórze, która jednocześnie paliła i mroziła, przeszły mi ciarki.

- Gdzie kuchnia? – spytał.

- Na końcu korytarza – odpowiedziałam przytłumionym przez koszulkę głosem.

Poszliśmy tam i chłopak posadził mnie na stojącym przy stole krześle.

- Patrz w sufit i staraj się nie ruszać – rozkazał takim tonem, jakby dobrze wiedział, o czym mówił i odszedł. Przez głowę przeszło mi pytanie, czy miał do czynienia z wieloma krwawiącymi nosami, ale i tak wypełniłam jego polecenie.

Wrócił minutę później i zastąpił swoją koszulkę kostkami lodu owiniętymi w czystą ścierkę. Wzdrygnęłam się z zimna i chłopak natychmiast odsunął kompres.

- Przepraszam – powiedział. Znowu. Dlaczego on ciągle przepraszał? Przecież to nie była jego wina, że wpadłam w drzwi.

- Mogę? – odezwał się po chwili, wyciągając ku mnie ręce. Pokiwałam głową, praktycznie cała się trzęsąc. Lekko przymknęłam powieki, mając nadzieję, że nie odniosłam zbyt poważnych obrażeń. Zaskoczyła mnie niezwykła delikatność masywnych, rozgrzanych palców chłopaka. Na początku dotknął nimi mojego nosa, potem policzków, a na koniec zatrzymał się na podbródku, po czym przechylił mi głowę najpierw w lewą, a następnie w prawą stronę.

- Zero złamań – oznajmił Jared. Jego głos był nieco przytłumiony, prawdopodobnie dlatego, że w moich uszach zaczęła gwałtownie pulsować krew, która automatycznie uniemożliwiała wyraźne słyszenie. Chłopak nie odsunął jeszcze ode mnie swoich ciepłych dłoni…

Bach!

Znienacka kostki lodu zawinięte w ścierkę ześlizgnęły się ze stołu i z głośnym hukiem upadły na podłogę. Podskoczyłam kilkanaście centymetrów w górę, a Jared natychmiast cofnął ręce, jakby nagle moja twarz go poparzyła. Szybko się schylił i podniósł kompres, po czym mi go podał. Przyłożyłam sobie zimny okład do twarzy, mając nadzieję, że chłód chociaż trochę załagodzi rumieńce, które wstąpiły na moje policzki.

Przez dłuższy moment panowała cisza.

- Kim? – odezwał się w końcu.

- Tak? – odpowiedziałam, brzmiąc jeszcze gorzej z powodu grubej ścierki przyłożonej do twarzy.

Niespodziewanie usłyszałam dziwne brzęczenie. Ponownie podskoczyłam na krześle i skrzywiłam się z bólu, bo gwałtownie szarpnęłam bolącym nosem. Jared jęknął i wyjął z kieszeni mały telefon komórkowy. Niedbale podniósł klapkę i nie zawracał sobie głowy powitaniem osoby dzwoniącej, tylko od razu powiedział:

- Tak, tak. Dobra, już idę. – Rozłączył się i z powrotem przeniósł wzrok na mnie. Poczułam, że znowu zaczynam się rozpływać… – Muszę iść – zakomunikował. Po tonie jego głosu można było przypuszczać, że odczuwał smutek podobny do tego, który w tej chwili zalewał mnie samą.

- Jasne – powiedziałam po chwili.

- Więc… zobaczymy się w szkole, tak?

- Jasne – powtórzyłam. – Na razie.

- Spróbuj nie wpadać zbyt często w drzwi, dobrze? – zawołał z korytarza żartobliwym tonem.

Zanim zdążyłam wymyślić jakąś dowcipną ripostę, usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Myślałam tylko o tym, że to bardzo stare drzwi i trzeba je niedługo wymienić…

Jedną ręką przyciskając lód do twarzy, drugą zgarnęłam swoje rzeczy i odwróciłam się, by wyjść z kuchni, jednak moją uwagę przykuł srebrny błysk znajomego telefonu leżącego na szafce. Nie pamiętałam chwili, w której wyciągałam go ze swojej torby. A może zapomniałam wziąć komórki do szkoły? Wzruszyłam ramionami i złapałam ją w dwa wolne palce, a potem udałam się w kierunku schodów.

Ostrożnie wspinałam się po stopniach, wciąż trzymając w pogotowiu koszulkę Jareda, jeśli mój nos zdecydowałby się znowu zacząć krwawić. Ta bardziej racjonalna część mnie powinna się teraz zastanawiać, co ten chłopak robił w moim domu i, co ważniejsze, skąd w ogóle wiedział, gdzie mieszkałam, ale niestety zepchnęłam tę myśl w najodleglejsze zakamarki umysłu. Znajdowały się tam lochy, które właśnie zyskały nowego więźnia – potworka z purpurowymi włosami i zielonymi paznokciami, mogącego poszczycić się niezwykle bogatą kartoteką przestępcy. Postanowiłam, że nie będzie on sprawiał mi już kłopotów.

Siedziałam w swoim pokoju i uśmiechałam się praktycznie do niczego, gdy nagle usłyszałam zgrzyt otwieranych drzwi i odgłosy trzech par stóp. Moja mama i młodsza siostra, Cynthia, jak zwykle się kłóciły, a tata pełnił zapewne rolę cichego obserwatora ich sporu.

- Kim? – zawołał ojciec z salonu. Wzdrygnęłam się, wytrącona z własnych rozmyślań. Jego głos wskazywał na to, że był czymś zdumiony.

- Tak? – odkrzyknęłam niepewnie, ciągle brzmiąc tak, jakby ktoś wypchał mi usta watą.

- Czy wiesz może, dlaczego zamek w drzwiach frontowych jest wyłamany?