Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Piosenka do tego rozdziału polecana przez autorkę:
Your Guardian Angel w wykonaniu The Red Jumpsuit Apparatus
ROZDZIAŁ 8
- Co oglądasz? – spytałam Cynthię, opadając na kanapę tuż obok niej. Na ekranie telewizora mignęła reklama jakiejś sieci barów szybkiej obsługi, ale dźwięk był ściszony.
Moja siostra w odpowiedzi wymamrotała coś niezrozumiałego.
- Po angielsku, Cyn – poprosiłam z rozbawieniem. Na szczęście nigdy nie udzielał mi się jej wiecznie zły humor.
- Nie wiem – mruknęła.
- Oglądasz coś i nawet nie wiesz, co to jest? – odparłam z powątpiewaniem.
- Ja nie oglądam, tylko tata! – warknęła rozwścieczonym tonem. – Nie pozwala mi zmienić kanału! – Szybko podniosła się ze swojego miejsca i pobiegła na górę z prędkością światła. Po chwili usłyszałam trzask zamykanych drzwi jej, i mojego zresztą też, pokoju. Chińska porcelana mamy lekko zadrżała.
- Przysięgam, że jeśli matka mi pozwoli, to zdejmę wasze drzwi z zawiasów – zagroził ojciec, kręcąc głową. Właśnie wrócił z kuchni z miską płatków śniadaniowych.
- Nie powinieneś karać mnie za jej wybuchy złości – przypomniałam mu, ale tylko wzruszył ramionami. Miałam ogromną nadzieję, że mama nie zmieni swojej opinii odnośnie dużego znaczenia prywatności w rozwoju nastolatków.
- Też byłam taka porywcza w jej wieku? – spytałam, kiedy tata zajął zwolnione przez Cynthię miejsce na kanapie.
- Nie. I dzięki za to Bogu, bo inaczej już dawno bym osiwiał – zachichotał i sięgnął po pilota, który leżał tam, gdzie rzuciła go moja siostra w swoim napadzie furii.
- Co oglądasz?
- „Wiadomości" – odpowiedział i wepchnął sobie do ust łyżkę pszennych płatków z miodem.
- Och – mruknęłam. Cóż, to tłumaczyło rozdrażnienie Cynthii. Co prawda uwielbiała programy typu reality show, ale jakieś zwyczajne, realne wydarzenia, o których informowali w „Wiadomościach", w ogóle jej nie interesowały.
- Mówią coś ciekawego?
Tata nie odpowiedział – bo usta miał wypełnione jedzeniem – tylko kiwnął głową w kierunku telewizora. Podgłośniłam dźwięk i skupiłam uwagę na dziwnej blondynce, która wyglądała jak plastikowa zabawka.
- Za chwilę pokażemy państwu materiał Mitcha Bigwella, dotyczący ostatnich poczynań Rębacza z Seattle, a teraz zapraszamy na reklamy. Jestem Cheryl. Właśnie oglądają państwo poranne wydanie „Wiadomości" w stacji WTYZ.
Na twarzy prezenterki pojawił się powierzchowny, przelotny uśmiech. Nie wiedziałam, jak można się uśmiechnąć, nawet fałszywie, po podaniu takich informacji…
Ojciec ponownie wyciszył telewizor.
- Rębacz z Seattle? – Przełknęłam ciężko ślinę, a tata pokiwał głową. Zazwyczaj nie śledziłam uważnie bieżących wydarzeń, ale on najwidoczniej tak.
- W ciągu ostatnich dwóch tygodni w Seattle doszło do trzech brutalnych zabójstw. Policja myśli, że albo jakaś sekta odprawia rytuały, albo po mieście grasuje seryjny morderca, jednak prasa nie może wymyślić żadnego mądrego powodu, dla którego ktoś miałby odprawiać jakiś tam rytuał, więc bardziej skłania się ku tej drugiej możliwości.
- To straszne – powiedziałam, krzywiąc się. Straciłam apetyt w momencie, kiedy prezenterka szeroko się uśmiechnęła.
Tata wziął pilota i zaczął skakać po kanałach, aż w końcu zatrzymał się na lokalnej stacji i znowu podgłośnił dźwięk.
- Funkcjonariusze policji rozważają wiele możliwości i nadal nie wiadomo, u jakich zwierząt zaobserwowano takie dziwne zachowanie – oznajmiła kobieta z burzą brązowych loków na głowie. – Naoczni świadkowie są mniej niż pomocni. Jeden z nich zapewniał, że widział dwa ogromne niedźwiedzie, które znienacka wyszły z lasu i spacerowały sobie po parkingu. Strażnicy leśni badają wszystkie poszlaki i apelują, żeby wycieczkowicze zachowali ostrożność i brali pod uwagę to, że te stworzenia przypadkiem mogą stanąć im na drodze. Komendant posterunku policji w Forks wydał wczoraj orzeczenie, w którym poinformował, że prawdopodobnie te dotychczas niezidentyfikowane zwierzęta nie stanowią dla ludzi większego zagrożenia niż powszechnie znani mieszkańcy lasu, ale trzeba być czujnym. Dla QED, prosto z Forks w stanie Waszyngton, Miranda Caldwell.
- Mordercy i olbrzymie niedźwiedzie na wolności – mruknęłam, z roztargnieniem bawiąc się kosmykiem włosów. – Po prostu cudownie.
Tata zaśmiał się i z powrotem przełączył na „Wiadomości".
- Kim! – Cynthia wybiegła z naszego pokoju jak burza i ponownie trzasnęła drzwiami. Skurczyłam w reakcji na zirytowany wyraz twarzy ojca. Spojrzałam na siostrę błagalnym wzrokiem, starając się przekazać jej niemą prośbę: „Ja chcę drzwi!", ale chyba tego nie dostrzegła.
- Ktoś do ciebie dzwoni – zakomunikowała i cisnęła małym, srebrnym telefonem prosto w moją głowę, ale zdążyłam się uchylić i z hukiem uderzył on w opacie kanapy. – O, i naprawdę powinnaś zmienić sobie dzwonek, bo słuchanie tego niemalże boli.
Tak, to cała Cynthia. Zawsze bardzo chętnie wyrażała opinie na temat życia innych, a także lubiła w nie ingerować. W przyszłości powinna chyba zostać jakimś prezenterem wiadomości ze świata show biznesu.
Podniosłam komórkę, zastanawiając się, kto mógł dzwonić do mnie o ósmej rano w sobotni poranek. Catherine spędzała weekend z rodziną, a to oznaczało, że była odcięta od wszelkiego rodzaju urządzeń komunikacyjnych.
Jej mama i ojczym mieszkali w Górach Olympic. On pracował jako leśniczy w parku narodowym, ona badała niektóre gatunki zagrożonych wyginięciem ptaków. W tamtej okolicy nie było zasięgu, a w ich samotnym domu położonym w odludnym miejscu znajdował się jeden telefon, z którego korzystali tylko w razie nagłych wypadków. Nie mieli także komputera, co oznaczało brak dostępu do Internetu, zatem, przynajmniej na ten weekend, Cat zniknęła z powierzchni Ziemi.
Moja mama była w pracy, ale jakby musiała się z nami skontaktować, to zadzwoniłaby na telefon stacjonarny. Tata siedział obok mnie, a Cynthia prawdopodobnie sprzątała swoją połowę naszego pokoju, więc kto mógłby chcieć ze mną porozmawiać?
Podniosłam klapkę i moje serce zamarło. Dosłownie.
- Kim? – Spojrzałam w górę, całkowicie świadoma, że otworzyłam usta ze zdziwienia. Nie wiedziałam dokładnie, jak wyglądałam, ale na pewno nienormalnie. Tata przyglądał mi się z zaniepokojeniem. – Co się stało?
- Um… Nic – skłamałam szybko, podnosząc się na nogi. – Przepraszam na moment, muszę to odebrać.
Poczułam na plecach jego spojrzenie, gdy zaczęłam iść w stronę swojej sypialni. Jeśli przez dłuższy czas nie odebrałabym, włączyłaby się poczta głosowa. Czy tego właśnie chciałam? Nie byłam pewna…
W końcu wzięłam głęboki i położyłam kciuk na zielonym klawiszu, a potem go przycisnęłam.
- Halo? – mruknęłam, niemalże biegnąc. Musiałam dostać się do pokoju, zanim tata zainteresowałby się tym tajemniczym telefonem.
- Kim? Wszystko w porządku? – Głos Jareda był pełen zmartwienia, co sprawiło, że moje policzki stały się gorące, a serce zaczęło bić z o wiele większą mocą.
- Tak – wymamrotałam. – Nic mi nie jest. Poczekasz chwilę?
- Okej – zgodził się i rzeczywiście poczekał cierpliwie, aż znalazłam się w bezpiecznym miejscu. Gorączkowo machnęłam ręką w stronę drzwi, by zakomunikować Cynthii, żeby wyszła. Z ciekawością uniosła brwi. Nic nie powiedziała, ale gdy mnie mijała, westchnęła dramatycznie i zabrała ze swojej szafki nocnej ostatnie wydanie magazynu US Weekly.
- Okej, już mogę rozmawiać – powiedziałam do słuchawki, ale chłopak się nie odezwał. Słyszałam jego oddech, więc na pewno się nie rozłączył. – Jared?
- Och, tak, hej – odparł nieco chaotycznie. Zabrzmiało to tak, jakbym właśnie wyrwała go z jakichś rozmyślań.
- Hej – powtórzyłam z lekkim rozbawieniem. Kiedy znowu nie zareagował, to ja zabrałam głos: - O co chodzi?
- Tak się zastanawiałem, czy nie miałabyś ochoty gdzieś dzisiaj ze mną wyskoczyć? – spytał i w tej chwili przestałam oddychać. – Wiesz, moglibyśmy obejrzeć film, pójść na plażę albo po prostu gdzieś razem pomarznąć, albo zrobić cokolwiek. – Przerwał, pewnie czekając na odpowiedź.
Chciałam z nim wyjść. Bardzo, bardzo tego chciałam, ale z drugiej strony nadal byłam wstrząśnięta jego wczorajszym pojawieniem się w moim domu i nie wiedziałam, czy poradziłabym sobie z kolejnym takim dniem. Wszystkim, czego dzisiaj potrzebowałam, było to, żeby pobyć trochę w samotności i uporządkować wszystkie uczucia oraz emocje. Serce mówiło mi co innego, a rozum podpowiadał co innego, jednak tak długo jak Jareda nie było w zasięgu mojego wzroku, mózg zawsze zwyciężał.
- Jared?
- Tak? – Zabrzmiał na tak pełnego nadziei… Serce mnie zabolało, że właśnie chciałam mu odmówić.
- Nie mogę dzisiaj z tobą wyjść – powiedziałam tak uprzejmie, jak tylko potrafiłam – Chciałabym, naprawdę bardzo bym tego chciała, ale mam już inne plany. Może jutro albo kiedy indziej? – dodałam optymistycznie.
- Jakiego rodzaju plany? – wtrącił. Jeśli jego zainteresowanie by mi tak nie schlebiało, pewnie uznałabym to za niegrzeczne.
- Um… No cóż, wybieram się do takiego miejsca, które bardzo lubię. Wiesz, idzie się ponad pół kilometra w górę klifu… no i potem dociera się do takiego uroczego zakątka… I stamtąd rozciąga się cudowny widok na ocean... – Plotłam trzy po trzy i dobrze o tym wiedziałam.
- Co masz zamiar tam robić? – spytał.
- Malować – wyjaśniłam. – To pomaga mi myśleć.
- Malujesz? – odezwał się, wyraźnie zaintrygowany.
- Niezbyt dobrze – przyznałam – ale to odprężające.
- To może pójdę z tobą? – zasugerował. – O ile, oczywiście, nie idziesz z kimś innym – dodał podejrzliwie.
- Nie, nie idę – zapewniłam, zaskoczona tonem jego głosu. – Będę całkiem sama.
- Sama? – powtórzył z niedowierzaniem. – A jeśli ci się coś stanie?
- Raczej nie – powiedziałam, wzruszając ramionami, ale on rzecz jasna nie mógł tego zobaczyć. – Przecież jesteśmy w La Push. Nasze statystki kryminalne nie istnieją.
Chłopak mruknął coś cicho i nic nie zrozumiałam, ale kiedy wreszcie się odezwał, w jego głosie wyraźnie usłyszałam, że mój żart tylko go zdenerwował.
- Nie powinnaś sama przebywać w lesie, Kim. To niebezpieczne – oznajmił całkowicie poważnie, więc nie zaserwowałam mu kolejnego dowcipu o zerowym poziomie przestępczości w najbliższej okolicy. Zaczął ciężej oddychać, jakby próbował się uspokoić.
- Pójdę z tobą, by upewnić się, że nic cię nie zje – zakomunikował po chwili, a kiedy zaczęłam protestować, dodał: - Nawet nie będziesz wiedziała, że ci towarzyszę. Zdziwisz się, jak bardzo potrafię być cichy.
- Nie! – wypaliłam, zanim mój mózg mógł rozważyć te słowa i nie pozwolić, abym je wypowiedziała.
- Co? – spytał Jared z zaskoczeniem.
- Nie możesz ze mną iść – powiedziałam. – Muszę być sama.
- Kim… - zaczął.
- Chwila – przerwałam mu, bo nagle coś mi się przypomniało. Skarciłam się w duchu, że nie dostrzegłam tego wcześniej. – Skąd masz mój numer telefonu?
Wyobraziłam sobie, że na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech psotnika.
- Zdobyłem go wczoraj, kiedy poszedłem do kuchni po lód. Komórka wypadła z twojej torby i nie mogłem się powstrzymać. – Przerwał, jakby oceniał moją reakcję. Biorąc pod uwagę fakt, że rozmawialiśmy przez telefon, na pewno nie było to łatwe zadanie.
- Grzebałeś w mojej komórce? – spytałam sceptycznie, starając się brzmieć na skrajnie oburzoną, ale chyba mi to nie wyszło.
- Przez chwilę – usprawiedliwił się. – Tylko spisałem sobie twój numer i wpisałem ci mój. To wszystko. – Przerwał na moment. – Przepraszam. – Wydawał się szczerze tego żałować i poczułam się trochę winna, że pozwoliłam mu sądzić, iż mnie to zasmuciło, kiedy w rzeczywistości byłam zachwycona.
- Myślę, że mogę ci wybaczyć – powiedziałam w końcu.
- Dzięki – westchnął z ogromną ulgą, jakbym właśnie ocaliła go przed jakimś śmiertelnym niebezpieczeństwem lub czymś w tym stylu. – To spotykamy się na miejscu czy w twoim domu?
- Nie, Jared. Powiedziałam nie, a to znaczy, że nie możesz ze mną iść – powiedziałam, podkreślając słowo nie. Czyżby na linii były jakieś zakłócenia, że Jared mnie wcześniej nie usłyszał?
- Okej, w takim razie czekaj w domu – zadecydował. – Niedługo po ciebie przyjdę.
- Nie, Jared, nie… - Nagle usłyszałam dźwięk oznajmujący zakończenie połączenia, a potem komputerowy głos: „Jeżeli chcesz wykonać połączenie, rozłącz się i spróbuj ponownie". Westchnęłam i rzuciłam telefon na łóżko za sobą. Może jeśli wyjdę z domu wystarczająco szybko, to nie będzie wiedział, gdzie mnie szukać i da sobie spokój?
Zaśmiał się z samej siebie i z tego, jak irracjonalnie to wszystko wyglądało. Od niepamiętnych czasów łaknęłam uwagi Jareda, a teraz praktycznie go unikałam, bo wreszcie się mną zainteresował. To wszystko było totalnie pomieszane.
Wyciągnęłam swoją torbę i włożyłam do niej blok do szkicowania wraz z paroma ołówkami. Nie zamykając szafki, wzięłam z niej inne przybory do rysowania i rozsypałam je na łóżku. Przeszukałam wszystkie kolorowe opakowania i zapakowałam tylko to, czego potrzebowałam.
Głowa Cynthii pojawiła się w drzwiach tak nagle, że prawie wyskoczyłam z własnej skóry. Na widok jej zaciekawionego wyrazu twarzy wywróciłam oczami i wróciłam do wkładania przyborów do torby.
- Jak ma na imię? – spytała. Jej głos wręcz emanował ciekawością.
- Kto? – odparłam, grając idiotkę.
- Dobra, Kim. Nie jestem głupia – oznajmiła, choć według mnie to wcale nie było takie pewne. – Wiem, że sekundę temu rozmawiałaś z jakimś chłopakiem.
Wzruszyłam ramionami, starając się zbagatelizować całą sprawę. Nie mogłam się inaczej z tego wybronić. Kłamanie nie działało.
- No i? – powiedziałam, powtarzając ulubione powiedzonko Cynthii. Teraz to ona wywróciła oczami i zrobiła balonik z różowej gumy, którą właśnie żuła, a potem go zniszczyła i rozległo się ciche pyknięcie.
- W porządku, nic nie mów. – Odwróciła się i dostrzegłam w jej oczach dziwny błysk. – Ale możesz być pewna, że wkrótce dowiem się, o kogo chodzi – ostrzegła. Wiedziałam, że nie żartowała, ale w tej chwili nie miałam czasu się tym martwić. Jared prawdopodobnie nie mieszkał daleko – w La Push wszystkie obiekty nie znajdowały się więcej niż pięć, sześć kilometrów od siebie – więc musiałam się spieszyć.
- Idę do parku – zawołałam przez ramię do taty, gdy zmierzałam w kierunku wyjścia. Jego ciche mruknięcie oznaczało, że mnie usłyszał, ale był tak pochłonięty jakimś programem telewizyjnym, że nie potrafił się odezwać.
Wyciągnęłam z kieszeni kluczyki i wsadziłam je do zamka mojego samochodu – starego żuka z lat siedemdziesiątych, bardzo nieprzewidywalnego i rządzącego się własnymi prawami. W tej chwili na przykład grał na zwłokę i nie chciał pozwolić mi otworzyć drzwi.
Znienacka usłyszałam za sobą czyjeś kroki. Gwałtownie wciągnęłam powietrze do płuc, szykując się do krzyknięcia, ale ciepła dłoń, którą ktoś zasłonił moje usta, mi to uniemożliwiła.
- Hej, spokojnie. To ja – uspokoił mnie głos Jareda, ale i tak byłam przerażona. Do mojego bijącego jak szalone serca nie dotarło jeszcze, że nie zostałam uprowadzona. Odwróciłam się, by spojrzeć na chłopaka, ale żeby coś powiedzieć, musiałam natychmiast przestać na niego patrzeć.
- Przecież mówiłam, że nie możesz ze mną iść – przypomniałam mu. Wzruszył ramionami i wsadził ręce do kieszeni, a następnie spojrzał w górę na grubą warstwę chmur i przyglądał się im z udawanym zainteresowaniem.
- Nie idę z tobą – odparł. – Akurat tak się złożyło, że wybieramy się w to samo miejsce.
- I co to niby za miejsce? – spytałam, zakładając ramiona na piersi. Jeśli Jared przyglądałby mi się tak przez kolejną minutę, to chyba bym się rozpłynęła…
- Klif w Osprey – odpowiedział spokojnie.
Zamurowało mnie.
- Skąd to wiesz? – odezwałam się po chwili z niedowierzaniem.
- Każdy, kto wjeżdża do parku, musi się wpisać na pewną listę, więc strażnicy leśni dobrze wiedzą, których miejsc unikają zwykli turyści – wyjaśnił.
- Natręt – mruknęłam, ciesząc się na tę myśl bardziej niż powinnam. Jared zdawał się w ogóle nie przejmować, że go tak nazwałam. Pokręciłam głową i z powrotem podeszłam do samochodu.
- Nie zmieniłam zdania – zakomunikowałam. – Nadal nie możesz ze mną iść, nawet jeśli wiesz, dokąd się wybieram.
- Dlaczego tak bardzo nie chcesz, żebym był w pobliżu? – spytał nieoczekiwanie.
Zdziwiłam się, że w jego głosie wyłapałam aż taki ból.
- To nie tak, że nie chcę, abyś był w pobliżu. – Jejku, czy mogłam to powiedzieć jeszcze bardziej melodramatycznie? – Po prostu… kiedy idę na klif w Osprey, robię to z pewnego powodu, a twoja obecność będzie mi tylko przeszkadzać.
- A jaki to powód? – nalegał.
- Potrzeba samotności.
- Nawet nie będziesz wiedziała, że tam jestem – obiecał, zabierając mi kluczyki i wkładając je do zamka. Drzwi natychmiast się otworzyły i chłopak przytrzymał je, bym mogła wejść do środka. Kiedy tylko usiadłam za kierownicą, Jared niemalże natychmiast wślizgnął się na miejsce pasażera.
- Wiesz, że wyłamałeś zamek w naszych drzwiach frontowych? – poinformowałam go, odpalając silnik. Zauważyłam, że musiał się trochę pochylać, by zmieścić się w ciasnej szoferce.
- I tak nadawały się do wymiany – powiedział. – Drewno zaczęło gnić. Przy silniejszym wietrze same zleciałyby z zawiasów.
Nie drążyłam już tematu. Wyjechaliśmy na główną drogę i ruszyliśmy w stronę parku.
***
Jared miał rację – potrafił być niewiarygodnie cichy. Tak cichy, że gdyby nie siedział w moim polu widzenia, mogłabym prawie zapomnieć o jego obecności. Prawie, bo tak naprawdę nigdy nie potrafiłabym przestać o nim myśleć, gdy znajdował się w pobliżu. Czułam się tak, jakbym miała jakiś szósty zmysł, który powodował, że na mojej skórze pojawiały się dreszcze, a serce zaczynało bić znacznie szybciej, gdy ten chłopak przebywał w odległości mniejszej niż sto metrów ode mnie.
Westchnęłam i przesunęłam się tak, że teraz siedziałam naprzeciwko niego. Spojrzał z ciekawością moją stronę i pytająco uniósł brwi, ale nie zareagowałam.
Skończyłam już szkic przedstawiający jedną z gór widocznych w oddali i ciemne fale, rozbijające się o skały pod nami, a teraz zaczynałam nowy rysunek.
- Nie ruszaj się – rozkazałam Jaredowi, przymykając jedno oko i nanosząc na papier pierwsze kreski.
- Dlaczego? – spytał ze zdumieniem. – Myślałem, że rysujesz góry.
- Bo tak jest – odparłam. – Ale to, że ciągle się przemieszczasz, wcale mi nie pomaga.
Skinął głową w przepraszającym geście, z lekkim uśmiechem na ustach, po czym całkowicie znieruchomiał. Patrzył teraz na ocean, a jego głowa była delikatnie zwrócona w lewą stronę.
W ogóle nie liczyło się to, gdzie się w tej chwili znajdowaliśmy. Mogliśmy być w jakiejś przypadkowej restauracji przy autostradzie albo w muzeum, albo w biurze, albo w domu. Otoczenie nie miało najmniejszego znaczenia. W tym przypadku obchodziło mnie tylko jedno.
Kiedy przesuwałam rysikiem ołówka po kartce, pracując nad światłocieniem, w głowie planowałam sobie rozmieszczenie kolorów. Brunatny dla pni, szary dla nieba, ciemnozielony dla koron drzew… brązowy dla przenikliwych, ciemnych oczu…
Nikomu bym się do tego nie przyznała, ale tak naprawdę nie rysowałam gór...
