Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Piosenka do tego rozdziału polecana przez autorkę:
Vindicated w wykonaniu Dashboard Confessional
ROZDZIAŁ 9
W więzieniu należącym Kim Akalah doszło do masowej ucieczki, za którą odpowiedzialność ponosiła Catherine, bo to właśnie ona dała skazańcom klucze. Trzech dobrze znanych przestępców – wątpliwość, opamiętanie i niewiara – bezkarnie przebywały na wolności. W mojej głowie.
- Ja tylko mówię, Kim – kontynuowała swój monolog Cat. – Musisz przyznać, że to nieco dziwne.
Przez całą drogę do szkoły i na doradczych zajęciach starałam się ją ignorować, niestety bezowocnie. Teraz minęła już połowa pierwszej lekcji, a ona ciągle mówiła.
- E-hę – mruknęłam z lekkim znudzeniem, ale moja przyjaciółka zdawała się tego nie zauważyć.
- Och, weź się w garść, Kim! – powiedziała, może nieco za głośno, bo para siedząca przed nami spojrzała na nią i wywróciła oczami, jednak dla Cat, niestety, nie było to nic nadzwyczajnego.
Nie wiedziałam, dlaczego ciągle próbowała przeciągnąć mnie na swoją stronę. Tak właściwie to od momentu, w którym poruszyła ten temat, nie powiedziałam niczego ważnego. Chciałam zachować całkowity obiektywizm i ani razu nie wyraziłam na głos żadnej opinii, jednak ona zapewne musiała uznać to za znak, że się z nią nie zgadzałam.
Miałam ogromną nadzieję, że dziewczyna niebawem przejdzie do innego tematu. Byłam nawet gotowa wysłuchać wykładu o ostatnich odcinkach jej ulubionego, romantyczno – realistycznego programu telewizyjnego z nutką dramatyzmu, opowiadającego o życiu w żeńskim akademiku w Idaho.
- Po pierwsze, facet nigdy wcześniej nie zwrócił na ciebie uwagi. Podkochujesz się w nim, i to tak na poważnie, od czasu, kiedy wylądowaliście w tej samej klasie, a on do tej pory nawet nie znał twojego imienia.
- No i co z tego? – wypaliłam znienacka. Nie wiedziałam, skąd wzięła się we mnie ta nagła złość na Catherine. Musiałam zacząć się kontrolować, by nie zrobić czegoś głupiego. – Ja też nie znam imion wielu osób chodzących do tej szkoły.
- Kim. – Cat spojrzała na mnie kątem oka. – W tym liceum jest osiemdziesięciu siedmiu uczniów. Lepsze byłoby pytanie, jakim cudem Jared aż do teraz nie wiedział, jak się nazywasz.
- Ja wcale o nic nie pytam – mruknęłam. – Ty to robisz.
- Bo się o ciebie martwię, kochana – oznajmiła przesadnie troskliwym tonem. Nazywała mnie „kochaną" tylko wtedy, gdy mi współczuła. A ja wcale nie potrzebowałam litości. Gdy jej to powiedziałam, pokręciła głową w geście niezgody.
- Jesteś taka naiwna, Kim. Nie potrafisz dostrzec czegoś, co dzieje się tuż przed twoim nosem.
Spojrzałam na nią pytająco.
- A co się niby dzieje tuż przed moim nosem? – powiedziałam z naciskiem, ale szeptem, bo potrafiłam zapanować nad swoim głosem. Prawie zawsze mówiłam cicho, więc nie było to znowu takie trudne.
- Nie widzisz nic nadzwyczajnego w tym, że jeszcze nie tak dawno Jared całkowicie cię ignorował, potem nie chodził do szkoły przez trzy tygodnie, a następnego dnia po powrocie wydzwania do ciebie i mimo braku twojego pozwolenia idzie z tobą tam, gdzie zazwyczaj malujesz? To klasyczny syndrom sztokholmski – pod wpływem jakich traumatycznych wydarzeń człowiek uczepia się kogoś, kto wcześniej nie miał dla niego żadnego znaczenia – skomentowała głosem terapeutki. Kiedy tak mówiła, bardzo przypominała swoją mamę.
- Nie sądzę, że jest tak, jak to przedstawiłaś – sprzeciwiłam się jej, ale mnie zignorowała.
- Najprawdopodobniej zdiagnozowano u niego jakąś nieuleczalną chorobę – kontynuowała – więc pomyślał sobie, dlaczego, do jasnej anielki, miałby sobie po raz ostatni nie poflirtować z dziewczyną, która siedzi z nim w ławce na historii? Zakładam, że to guz mózgu albo coś takiego. – Pokiwała głową, zgadzając się sama ze sobą.
- Jared nie ma guza mózgu – syknęłam natarczywie. Osoba z sąsiedniej ławki rzuciła w naszą stronę zaciekawione, a zarazem zszokowane spojrzenie. Najwidoczniej odezwałam się trochę za głośno, ale na szczęście po chwili zabrzmiał dzwonek, co uniemożliwiło mi dalszą sprzeczkę z Cat i niepokojenie pozostałych uczniów.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i wstała, a następnie zaczęła niedbale pakować papiery do swojej torby.
- Proszę cię tylko, Kim, żebyś to sobie porządnie przemyślała. Zastanów się obiektywnie, zepchnij na chwilę tę szczeniacką miłość. Nabierz do tego dystansu i zadecyduj, czy aby na pewno chcesz się w to pakować.
Podniosłam się ze złością z krzesełka. Nawet nie otworzyłam torby, tylko złapałam zeszyt i książki w ręce, po czym odwróciłam się na pięcie i szybko wyszłam z klasy. Byłam zbyt zajęta denerwowaniem się na moją potencjalnie najlepszą przyjaciółkę i jej głupie insynuacje, żeby zauważyć, że ktoś mi towarzyszył. Przynajmniej do czasu, aż się odezwał.
- Kim? – To cud, że usłyszałam jego cichy, zachrypnięty szept w okropnym hałasie panującym na korytarzu. – Kim, dobrze się czujesz? Coś nie tak?
Podskoczyłam z zaskoczenia i przypadkiem wpadłam na jakiegoś wyglądającego na nerwowego, młodszego ucznia. Przewrócił się na ziemię i zapewne poszłabym w jego ślady, gdyby Jared nie złapał mojego ramienia. Trzymał je dotąd, dopóki nie stanęłam pewnie na własnych nogach. Kiedy mnie puścił, ręka lekko zabolała i w miejscu, którego dotykała jego dłoń, poczułam palące ciepło.
Odwróciłam się do swojej ofiary, w pełnej gotowości, by pomóc jej pozbierać rzeczy, które przeze mnie rozsypały się pewnie na podłodze, ale chłopaka już nie było.
- Nic ci nie jest? – zapytał Jared, kiedy opuściliśmy skrajnie przepełniony korytarz. Kiwnęłam tylko głowa, zbyt zajęta swoimi rozmyślaniami, by wysilać się na przeprowadzenie normalnej rozmowy. Musiał dostrzec mój nastrój, bo resztę drogi do klasy historycznej pokonaliśmy w ciszy. Jednak kiedy dotarliśmy pod właściwe drzwi, nie potrafiłam się już dłużej powstrzymywać.
- Masz guza mózgu? – wypaliłam, spoglądając na niego, by dokładnie przeanalizować jego reakcję. Bardzo się zdziwiłam, gdy po chwili wybuchnął śmiechem. Bardzo głośnym śmiechem, który spowodował, że paru nauczycieli opuszczających pokój nauczycielski zerknęło na nas kątem oka.
- Że co? – zdołał wykrztusić.
- Nieważne – mruknęłam, niewiarygodnie zażenowana. Pochyliłam głowę, żeby długie, ciemne włosy zasłoniły moje szkarłatne policzki przed jego przenikliwym spojrzeniem.
Zniknij. Zniknij. Zniknij...
Nieustannie powtarzałam w myślach tę mantrę, odwracając się kierunku klasy, ale odniosłam dziwne wrażenie, że tym razem, pomimo szesnastu lat doświadczenia, to wcale nie działa.
- Nie, zaczekaj, Kim – zaprotestował Jared, łapiąc mnie za rękę. Miał takie duże dłonie, że jego palce bez najmniejszych problemów oplotły mój nadgarstek i jeszcze się złączyły. Stojąc tak obok niego, nagle poczułam się strasznie wątła. W reakcji na tak bliski kontakt moje serce na chwilę stanęło, a potem zaczęło bić ze znacznie większą mocą.
- Przepraszam – powiedział. – Nie powinienem tak zareagować. – Cały czas starał się powstrzymać uśmiech, który cisnął mu się na usta, a ja nie mogłam oderwać wzroku od jego warg, które dziwnie się trzęsły. – Nie – odezwał się w końcu. – Nie mam... – Przerwał na moment i dostrzegłam, że znowu powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem. – Nie mam guza mózgu – zapewnił.
- To co? Raka? – zgadywałam, tylko trochę zdając sobie sprawę z tego, jak nietaktownie się zachowywałam. Jared ponownie pokręcił głową. Już się nie śmiał, tylko patrzył na mnie pytająco.
- Kim, dlaczego w ogóle o to pytasz? Ktoś ci coś powiedział?
Nasze spojrzenia się spotkały i poczułam, że moje nogi zmiękły. Aby nie upaść, musiałam oprzeć się o szafki stojące za mną.
- Nie dzieje się z tobą nic złego, tak? – odezwałam się w końcu, mając nadzieję, że to prawda. To pytanie zadawałam także sama sobie. – Jesteś zupełnie zdrowy?
Chłopak nie odpowiedział od razu, a jego twarz niespodziewanie spoważniała.
- Nie – zaprzeczył po chwili tak cicho, że ledwie go usłyszałam. – Nie jestem całkiem zdrowy.
- Umierasz? – spytałam, starając się brzmieć pocieszająco na wypadek, jeśli miałabym rację.
- Wszyscy umierają, Kim – zażartował i na jego ustach pojawił się lekki uśmiech, jednak nie objął on oczu, więc tym dowcipem chłopak prawdopodobnie chciał tylko odwrócić moją uwagę od właściwego tematu.
- Wiesz, co mam na myśli – mruknęłam, zakładając ramiona na piersi.
- Nie, nie umieram – westchnął. – A przynajmniej nie bardziej niż inni.
- W takim razie dlaczego? – zapytałam, chociaż wcale nie chciałam tego zrobić. Musiałam przyznać – z przeogromną niechęcią – że Catherine najpewniej miała racja, jak to zwykle bywało w tego typu przypadkach. Tę dziewczynę charakteryzowała także, oprócz tendencji do bezmyślnego gadulstwa, niezwykła spostrzegawczość.
- Co dlaczego? – odparł, chociaż odniosłam wrażenie, że dobrze wiedział, o co mi chodziło.
- Dlaczego ze mną rozmawiasz? – Z pewnością nie było to poprawnie sformułowane pytanie, ale całkiem dobrze oddawało moje intencje.
- Nie chcesz, żebym z tobą rozmawiał? – spytał ze zdziwieniem.
Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech.
- Proszę o prostą odpowiedź, Jared. – Uwielbiałam i jednocześnie nienawidziłam tego dreszczu, który przebiegał mi po plecach, gdy wypowiadałam jego imię. – Dlaczego? Dlaczego teraz? Dlaczego ja?
Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że nadal trzymał moje ramię. Gdy zastanawiał się nad odpowiedzią, złapał moje obie dłonie w swoją jedną. Ten gest nie wydał mi się szczególnie znaczący, ale chłopak miał chyba inne zdanie. To spowodowało, że zaczęłam wierzyć w to, że tutaj działo się znacznie więcej niż sądziłam...
Przez dłuższą chwilę patrzył na nasze złączone dłonie. Kiedy z powrotem przeniósł spojrzenie na mnie, zdziwiłam się ogromną mądrością i dojrzałością, które dostrzegłam w jego zazwyczaj pogodnych oczach.
- Wreszcie otworzyłem oczy – powiedział w końcu, po części radośnie, a po części smutno, jeżeli to w ogóle było możliwe. Niezwykle delikatnie ścisnął moje dłonie. Nie poczułabym tego, jeśli nie wiedziałabym, że się dotykaliśmy. Płynny ogień jak strzała pognał wzdłuż moich ramion i dotarł do serca, które ponownie zabiło o wiele szybciej niż zwykle.
- A kiedy już to zrobiłem, już nigdy nie mogę ich zamknąć.
