Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


Piosenka do tego rozdziału polecana przez autorkę:

All Fall Down w wykonaniu One Republic


ROZDZIAŁ 11

- Cynthia – mruknęłam i wzięłam leżącą na moim łóżku poduszkę, a następnie przycisnęłam ją sobie do uszu. – Czy mogłabyś już zamknąć buzię na kłódkę?

Poszła za mną do naszej wspólnej sypialni i rzuciła się na swój tapczan, stojący naprzeciw mojego. Sprężyny pod nią jęknęły w proteście.

- O nie, nie, nie, nie – zachichotała z diabelskim uśmieszkiem. Tak, zachichotała. Najwyraźniej cieszyła się aż za bardzo. – To on dzwonił do ciebie tamtego dnia, prawda? Och, wiedziałam! Po prostu wiedziałam!

- Cyn, błagam – poprosiłam. – To nic takiego...

- To nic takiego – powtórzyła, niemalże piszcząc. Odsunęłam się od niej i głębiej ukryłam twarz w poduszce. – Kim, ty nie możesz mówić poważnie. W całym swoim życiu nigdy nie zainteresowałaś się jakąś osobą – przeciwnej lub tej samej płci – a teraz odwozi cię do domu – przerwała i teatralnie powachlowała się dłonią – gorące ciacho o imieniu Jared. Spodziewasz się, że uwierzę ci, że nic się nie dzieje?

- Tak – powiedziałam bez ogródek. Jeszcze. – Bo to prawda.

- Nie jestem naturalną blondynką, Kim – prychnęła, mierzwiąc swoje włosy, które trzy miesiące wcześniej ufarbowała – ku przerażaniu naszej mamy – na piaskowy kolor. Odwróciłam się do okna, żeby nie musieć patrzeć na jej triumfującą minę. – Więc nie myśl sobie, że nie wiem, że coś się tu święci.

- Święci gdzie? – spytałam słabym głosem. Nawet nie musiałam na nią patrzeć, by wiedzieć, że właśnie wywróciła oczami.

- Och, daj spokój, siostrzyczko! Czy to nie właśnie to powinny robić siostry? Plotkować o chłopakach i sprośnych rzeczach, które można z nimi robić? – podrażniła się ze mną.

- Cyn, mogłabyś już przestać o tym mówić? To naprawdę nie twój interes – warknęłam, mając dość jej irytującej gadaniny.

- Dobra – mruknęła ze złością. Sprężyny jej łóżka znowu jęknęły, więc pewnie wstała. Wyszła z pokoju i głośno trzasnęła za sobą drzwiami. Wazon na oknie lekko zadrżał, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi parapetu. Wiedziałam, że niebawem pożałuję tego, jak ją potraktowałam. Cynthia była królową zemsty i, wcześniej czy później, zapłacę za to, że nie chciałam analizować z nią mojego nieistniejącego związku z Jaredem.

- Kim! – usłyszałam znienacka głośne wołanie. Podskoczyłam jak oparzona, prawie spadając z tapczanu. Szybko otworzyłam oczy i wyjrzałam przez okno. Musiałam zasnąć, bo na dworze było zdecydowanie ciemniej i zaczął padać deszcz. – Kim! – zawołał ktoś ponownie.

- Tak? – odkrzyknęłam.

- Obiad! – odparł donośnie tata, a jego głos potoczył się echem po korytarzu. Jęknęłam i podniosłam się z łóżka, przeczesując palcami włosy, żeby choć trochę je rozczesać.

Starałam się zignorować Cynthię, która rzuciła mi mrożące krew w żyłach spojrzenie, kiedy pokonywałam ostatnie stopnie schodów. Niby patrzyła na magazyn trzymany przez siebie w rękach, jednak ja wiedziałam, że nie spuszczała ze mnie wzroku.

Po chwili wreszcie pokonałam niemożliwie długą drogę do kuchni, idąc jak najbliżej ściany, by być maksymalnie daleko od mojej młodszej siostry. Usiadłyśmy po przeciwnych stronach stołu. Jej ciemne oczy błyszczały groźnie. Nagle wyobraziłam ją sobie w stroju Darth Vadera, wydającą te dziwne, dyszące odgłosy. To zdecydowanie nie było dobre posunięcie, bo parsknęłam śmiechem i musiałam zakamuflować go serwetką.

- Co cię tak śmieszy? – spytał ojciec, odsuwając krzesło i siadając na nim.

- Nic – zdołałam wykrztusić pomiędzy napadami chichotu. Łatwo zaakceptował takie wytłumaczenie, bo rzucił mi tylko rozbawione spojrzenie i zaczął nakładać sobie porcję fasolki.

Obiad wyjątkowo przebiegał w ciszy. Tata i ja raczej woleliśmy słuchać niż prowadzić rozmowę, więc zazwyczaj posiłkom towarzyszyły głośne wymiany zdań mamy i Cynthii. Dzisiaj jednak mama była wyczerpana ciężkim dniem w pracy, a moja ciągle wściekła siostra milczała jak zaklęta, więc w domu Akalahów panował dziwny spokój.

Nieoczekiwanie Cynthia głośno odkaszlnęła, jakby miała problem z przełknięciem kawałka ziemniaka. Ten z pozoru niewinny dźwięk zabrzmiał wyjątkowo głośno. Mama poklepała ją lekko w plecy. Po chwili doszła do siebie i zaczęła wolno, niemalże z namysłem, przeżuwać kęs, ale dostrzegłam też w jej oczach coś na kształt znaku podjejmowania jakiejś ważnej decyzji.

- Cyn? – powiedziałam, patrząc na nią błagalnie, ale zdawała się tego nie usłyszeć. Albo może znowu mnie ignorowała?

- Kim potajemnie spotyka się z Jaredem Najerą! – wypaliła.

- Nieprawda! – zaprzeczyłam głośno.

- Dobra – przyznała ze złością. – Ale w szkole prawie się nie rozstają, a on odwozi ją do domu – wypaplała.

To ogłoszenie spowodowało, że w kuchni zapanowało milczenie, które ewidentnie oznaczało kompletny szok. Modliłam się w duchu, by już tak pozostało. Teraz to mama wyglądała tak, jakby krztusiła się jedzeniem.

- Co? – wydyszała i otworzyła usta ze zdziwienia.

- Kto? – odezwał się tata.

- Cynthia! – syknęłam, gwałtownie się rumieniąc i spoglądając w dół na mój niedokończony obiad.

Na dłuższą chwilę znowu zapadła cisza, aż w końcu mama spytała:

- Kim, czy to prawda? – Brzmiała tak, jakby miała ogromną nadzieję, że temu zaprzeczę.

- Po części – mruknęłam, czerwieniąc się jeszcze bardziej.

- Kto? – spytał ponownie ojciec.

- Nie sądzisz, kochanie, że ten chłopak jest dla ciebie troszeczkę za stary? – zapytała mama.

- Ma tyle samo lat co ja, mamo.

- Ale przez ostatnie parę miesięcy on... on tak strasznie urósł.

- Po prostu... urósł. Wielka mi rzecz – powiedziałam do mojego talerza.

- Kim, nie sądzę, że on po prostu urósł. Słyszałam, że ostatnio wmieszał się w całkiem podejrzane sprawy.

Otworzyłam szerzej oczy. Ja nic takiego nie słyszałam. Nie to, żebym w ogóle w to uwierzyła.

- Podejrzane sprawy? – powtórzyłam.

- M-hm – mruknęła potwierdzająco mama. – Głównie anaboliczne sterydy i hormony wzrostu.

- Kto ci to powiedział? – spytałam cicho.

- Słucham?

- Kto ci powiedział, że Jared wmieszał się w jakieś podejrzane sprawy?

- Pewne panie, z którymi pracuję – odparła takim tonem, jakby się tłumaczyła.

- Te stare plotkary nie znają nawet części prawdy, jeśli nie podstawi jej się im pod sam nos - poinformowała nas Cynthia. Przysięgam, ta dziewczyna miała chyba rozdwojenie jaźni czy coś takiego. Najpierw na mnie doniosła, a teraz niemal broniła. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem, ale tylko wzruszyła ramionami.

- Mówisz o moich przyjaciółkach – przypomniała jej szorstko mama – więc uważaj na to, jak się wyrażasz, młoda damo, bo inaczej się policzymy.

W reakcji na tę groźbę bez pokrycia Cynthia tylko wywróciła oczami. Mama wcale nie wydawała się tym zaskoczona i od razu z powrotem skupiła uwagę na mnie.

- Nie wspominając już o znacznie starszym chłopaku, z którym Jared się zadaje – Samie Uleyu. – Kiedy wypowiadała to nazwisko, prawie się wzdrygnęła. Z tym człowiekiem miałam do czynienia tylko raz, gdy wyprowadził Jareda ze stołówki podczas naszej pierwszej rozmowy. Musiałam przyznać, że nie wywarł na mnie korzystnego wrażenia, ale po sposobie, w jaki Jared o nim mówił – jakby był jakimś super bohaterem lub kimś podobnym – wyrobiłam sobie na jego temat całkiem niezłą opinię. Nie zamierzałam jednak tłumaczyć tego mamie.

- A co Sam ma z tym wspólnego? – powiedziałam ostro. Mama spojrzała na mnie, zaskoczona moim tonem.

- Beth Simmons była kiedyś najlepszą przyjaciółką nieszczęsnej pani Uley i doskonale pamięta, że to samo, co teraz dzieje się z Jaredem, działo się też z Samem. Wplątał się w jakieś podejrzane sprawy, zaczął brać sterydy i znikać na całe noce, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kim. Przestał się również widywać ze wszystkimi swoimi przyjaciółmi. A jakby jeszcze tego było mało, odrzucił możliwość studiowania na uniwersytecie, żeby zostać w La Push i ożenić się z tą biedną dziewczyną z rezerwatu Makah, którą w zeszłym roku zaatakował niedźwiedź. Jeżeli to wszystko nie oznacza jakichś kłopotów, to ja już nie wiem, co o tym myśleć.

- Czy ty go kiedykolwiek spotkałaś, mamo? – spytałam szorstkim tonem, co nie zdarzało się zbyt często. Mama nadal mi się przyglądała, kompletnie zdziwiona moją nagłą śmiałością.

- Jestem dobrą znawczynią charakterów, kochanie. Nie musiałam go spotkać, by zorientować się, jaki w rzeczywistości jest. Na dodatek Sarah Miller pewnego dnia widziała go w towarzystwie Sama i innego chłopca, Paula, jak wszyscy kręcili się po lesie w samych szortach, a na dworze była temperatura poniżej zera! Powiedziała mi też, że ten cały Paul ma niezły charakterek.

Już miałam odpowiedzieć, ale wyprzedził mnie tata.

- Czy ktoś wreszcie raczy mi wyjaśnić, do cholery, o jakiego Jareda chodzi?

- To taki tutejszy chłopak, skarbie – poinformowała go mama łagodnym głosem. – Z marginesu społecznego. Z pewnością nie chcę, by nasza córka się z nim zabawiała.

Zachłysnęłam się wodą, którą zaczęłam pić dla uspokojenia nerwów. Zabawiała się? Czy ona mówiła poważnie?

- Zgadzam się – stwierdził stanowczo ojciec.

Nawet go nie znacie!, krzyczałam w duchu.

Obiema dłońmi złapałam blat stołu, starając się nie zemdleć. Co oni do mnie mówili? Czy właśnie zakazali mi spotykać się z Jaredem? Tak właściwie to jeszcze nie spotkałam się z nim w innym miejscu niż szkoła, nie licząc dnia, w którym poszedł ze mną na klif Osprey.

Moje obawy potwierdziły następne słowa mamy.

- Nie chcemy, żebyś widywała sie z tym chłopakiem, Kim – rozkazała. Słowo „chłopakiem" wypowiedziała tak, jakby był to eufemizm określający jakiegoś narkomana lub nałogowego alkoholika. Spowodowało to, że miałam ochotę coś uderzyć. – Dobrze? – dodała, chyba tylko po to, bym miała wrażenie, że wszystko zależy ode mnie.

Chciałam na nich nakrzyczeć. Chciałam wziąć jeden z talerzy z porcelanowej zastawy mamy i zniszczyć go gołymi rękami. Chciałam stanąć na stole i wrzasnąć z całych sił: „Ja go kocham! Już za późno, nie powstrzymacie mnie! Ja go kocham!".

Oczywiście nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy, tylko cicho przeprosiłam i odeszłam od stołu, a następnie pobiegłam do swojego pokoju, gdzie zaczęłam wypłakiwać sobie oczy.

Po dwóch godzinach potopu słonych łez nieszczęścia i ignorowania wołania mamy oraz Cynthii, żebym otworzyła drzwi i wyszła na korytarz, pozbierałam się na tyle, by zadzwonić do Jareda i odwołać nasze plany.

- Halo? Kim? – usłyszałam w słuchawce jego śmiesznie podekscytowany głos. Wyraźnie bardzo się cieszył, że zadzwoniłam do niego w piątkowy wieczór.

- Cześć – odpowiedziałam drżącym głosem.

- Kim, co się stało? – powiedział szybko, tym razem brzmiąc na spiętego i poważnego. W reakcji na jego troskę łzy ponownie napłynęły mi do oczu i zaczęłam szlochać, przez co nie mogłam się odezwać. To chyba jeszcze bardziej go zaniepokoiło. – Kim? Nic ci nie jest? Gdzie jesteś? Dobrze się czujesz?

- Nie, nie, Jared, spokojnie, nic mi nie jest – udało mi się wykrztusić, ale jego mruknięcie oznaczało chyba, że mi nie uwierzył. – Dzwonię tylko po to, by powiedzieć ci, że jutro nie mogę nigdzie z tobą iść.

- Co? Dlaczego? Kim, co się stało? – Starałam się zignorować dreszcz, który przebiegł mi po plecach, gdy wypowiedział moje imię w ten szczególny sposób. Jeśli miałam znowu się rozpłakać, to nie wiedziałam, czy byłabym w stanie przestać.

- Ja po prostu... – walczyłam ze słowami – ja po prostu nie mogę się z tobą widywać – wyrzuciłam z siebie tak szybko, jak tylko potrafiłam, mając nadzieję, że wypowiedzenie tych słów będzie jak szybkie zdjęcie plastra – poboli przez parę sekund, ale potem przestanie.

- Ale... – zaczął tak smutno, że łzy ponownie napłynęły mi do oczu, ale natychmiast przerwał. – Twoi rodzice? – dodał po chwili. Pokiwałam tylko głową. Chociaż nie mógł tego zobaczyć, to ciszę uznał za odpowiedź twierdzącą. – W porządku, rozumiem – oznajmił. Nawet ja, pomimo że miałam ogromne problemy z rozszyfrowywaniem ludzi, usłyszałam w jego głosie kłamstwo.

- To dobrze – szepnęłam, biorąc do ręki chusteczkę i przykładając ją sobie do oczu. – Na razie, Jared.

- Na razie, Kim.

Czekałam na charakterystyczny odgłos zerwania połączenia, ale nic takiego nie nastąpiło.

- Kim? – odezwał się po kilkunastu sekundach triumfującym głosem psotnika. Zdziwiła mnie ta jego nagła zmiana nastroju, ale byłam zbyt nieszczęśliwa, by się nad tym teraz zastanawiać.

- Tak?

- Nie daję sobie z tobą spokoju, rozumiesz? Obiecuję. Po prostu wiedz, że nigdy nie dam sobie z tobą spokoju.

Nie czekał na moją reakcję, tylko od razu odłożył słuchawkę i komputerowy głos oznajmił mi, że mam się rozłączyć i spróbować ponownie.

Nacisnęłam przycisk kończący rozmowę i rzuciłam telefon na podłogę. Ukrywszy twarz w poduszce, przysunęłam do siebie pudełko chusteczek i zaczęłam przygotowywać się do długiej, bezsennej nocy.

Usłyszałam odgłos charakterystycznych kroków Cynthii dochodzący z korytarza. Prawdopodobnie właśnie schodziła na dół, by położyć się spać na kanapie w salonie. Mogła się ze mną kłócić lub nie, ale nie miałam zamiaru wpuścić jej do naszego pokoju lub nawet się do niej odezwać. Bez żadnych skrupułów zgasiła najpiękniejsze światełko, które nieoczekiwanie zapaliło się w moim aż do bólu zwyczajnym życiu. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek zdołam jej to wybaczyć.