Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


Piosenka do tego rozdziału polecana przez autorkę:

The Scientist w wykonaniu Coldplay


ROZDZIAŁ 12

Tap... tap... tap. Tap... tap... tap.

Podskoczyłam jak oparzona, przypadkowo zrzucając na podłogę pudełko chusteczek leżące obok mnie. Nieprzenikniona ciemność nocy w połączeniu z zamkniętymi powiekami była nieco dezorientująca. Jedyne źródło światła w pokoju stanowił elektroniczny budzik. Jego ekran, z którego sączyła się niebieskawa poświata, wskazywał dwudziestą drugą trzydzieści trzy.

Z jękiem obróciłam się na drugi bok i podciągnęłam koc pod brodę, próbując ponownie zasnąć. Było mi zimniej niż zazwyczaj, ale to pewnie dlatego, że tata postanowił ograniczyć nasze zużycie energii cieplnej do niezbędnego minimum, by oszczędzić sto osiemdziesiąt dziewięć dolarów rocznie.

Tap... tap... tap. Tap... tap... tap.

Podniosłam się szybko i rozejrzałam dookoła w poszukiwaniu źródła tego irytującego dźwięku. Siedziałam tak przez następne pięć minut, czekając, aż hałas pojawi się ponownie, jednak nic takiego nie miało miejsca. Z racji tego, że powieki same mi się zamykały, postanowiłam dać sobie spokój i z powrotem się położyłam.

Pomimo otaczającego mnie chłodnego powietrza po chwili znowu zanurzyłam się w odmęty sennych marzeń, ale po sekundzie jeszcze raz zostałam z nich gwałtownie wyrwana. Natychmiast usiadłam na łóżku i otworzyłam oczy tak szybko, że nawet słaby blask zegarka wywołał u mnie niekontrolowane mruganie i mrużenie. Jedyne okno w pokoju, które znajdowało się blisko mojego łóżka – Cynthia uznała, że ona marznie szybciej – było szeroko otwarte. Cienkie, wybladłe zasłony, które wisiały tu od momentu naszego wprowadzenia się, poruszały się niespokojnie pod wpływem wiatru wpadającego do środka.

Wymamrotałam pod nosem coś, co bardziej przypominało jakąś dziwaczną wiązkę przypadkowych słów niż normalne, spójne zdanie i postawiłam bose stopy na podłodze, odsuwając koc na bok. Następnie owinęłam go wokół siebie, by doszczętnie nie zmarznąć i ruszyłam w stronę okna. Drewniane deski wydały mi się o wiele zimniejsze niż zwykle. Zadrżałam i otuliłam się szczelniej kocem. Zaczęłam skakać na palcach, by dotykać podłogi jak najmniejszą powierzchnią ciała w jak najkrótszym czasie.

Cynthia.

W tej chwili myślałam tylko o tym, że miałam ochotę ją zabić. Ta dziewczyna była tak samolubna i zapatrzona w siebie. Troszczyła się jedynie o to, jak efektywnie zmusić cały świat do tego, by kręcił się wokół niej. A teraz, dlatego że się na mnie zezłościła, specjalnie otworzyła okno, bym zamarzła na śmierć.

Zerknęłam na jej łóżko i z zaskoczeniem stwierdziłam, że jej tam nie było. Najwidoczniej nadal wolała kanapę w dużym pokoju niż własny tapczan w pokoju, który dzieliła ze mną.

Nagle uderzyłam przednią stroną moich łydek w coś twardego i drewnianego. W miejscu zderzenia poczułam tak silny ból, że się potknęłam i wylądowałam na czymś niezbyt wygodnym.

- Co jest, do jasnej cholery? – syknęłam i natychmiast zacisnęłam usta, by stłumić krzyk i podciągnęłam kolana pod brodę. Przez pośpiech i niepewne balansowanie pomiędzy jawą a snem zupełnie zapomniałam o krześle przy oknie, które tata zamontował dla mnie i Cynthii parę lat temu.

- Nigdy nie wyobrażałem sobie, jak przeklinasz – zakomunikował znienacka głęboki głos. – Nie wiedziałem też, że mi się to spodoba.

Z wrażenie prawie spadłam na podłogę, a serce podskoczyło mi do gardła. Teraz biło ono w rytm wypowiadania jednego imienia.

Jared. Jared. Jared.

Zarumieniłam się gorączkowo, ale na szczęście w ciemnościach chłopak nie mógł tego zauważyć.

- Zazwyczaj... nie klnę – wymamrotałam, cały czas dochodząc do siebie w związku z tą niespodziewaną wizytą.

- Zauważyłem – odparł żartobliwie, a oczami wyobraźni zobaczyłam, jak na jego ustach pojawia się zapierający dech w piersiach uśmiech. – Nie jesteś w tym dobra – dodał, a ja ponownie się zaczerwieniłam. Pospiesznie okryłam się też kocem, który spadł ze mnie podczas tego małego wypadku, bo było mi zimno.

- Nic ci nie jest? – spytał z troską.

- Tylko parę złamanych kości, nic poważnego – mruknęłam, zawstydzona tym, że widział mój niezdarny upadek. Usłyszałam, jak szybko wciągnął powietrze do płuc i poczułam nowy powiew wiatru, tym razem jednak dziwnie ciepłego. W nozdrza uderzył mnie intensywny, leśny zapach, a gorące palce zaczęły badać moje nogi. Ucieszyłam się jak głupia, że nie zapomniałam ich dziś ogolić.

W reakcji na niemalże parzący dotyk automatycznie się od niego odsunęłam. Wyczuwając mój dyskomfort, on także cofnął dłonie. Ledwie co widziałam zarys jego ogromnej sylwetki, klęczącej tuż przy krześle.

- Żart – wydyszałam. – To był tylko żart.

- Złamane kości wcale nie są śmieszne – odparł szorstko. Nie mogłam powstrzymać śmiechu w reakcji na ten ton. Jared rzucił mi tylko zirytowane spojrzenie.

- Wybacz – przeprosiłam. – Nie wiedziałam, że złamane kości to dla ciebie aż tak delikatny temat.

- Przeprosiny przyjęte – odpowiedział. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Nie potrafiłam zdecydować, czy była to cisza z rodzaju tych komfortowych, czy też nie.

- Jared? – powiedziałam w końcu.

- Tak? – odparł szeptem, naśladując mój głos.

- Dlaczego tu jesteś?

- Żeby cię uratować – wyjaśnił w taki sposób, jakby to było oczywiste.

- Hę?

- Chodź – wyszeptał, szybko podnosząc się na nogi. Wyglądało to tak, jakby nagle przypomniał sobie, po co tak właściwie tutaj przyszedł. Delikatnie wziął mnie za rękę i pociągnął lekko w górę, abym znalazła się w pozycji stojącej. Oboje staliśmy teraz naprzeciwko okna. Zimno wpadające do środka jeszcze bardziej potęgowało kontrast pomiędzy temperaturą otoczenia a naszych ciał.

- Dobrze się czujesz? – spytałam nieśmiało, mając nadzieję, że nie byłam niegrzeczna ani wścibska.

- Świetnie. A co? – W ciemnościach dostrzegłam biel jego zębów, które ukazał w szerokim uśmiechu.

- Chyba masz gorączkę. Poczekaj, miałam tu gdzieś termometr. – Chciałam się odwrócić i podejść do szafki, ale powstrzymał mnie jego silny chwyt.

- Kim, nic mi nie jest – zapewnił. – Musimy iść. I tak już pewnie jesteśmy spóźnieni.

- Spóźnieni? – powtórzyłam z zaskoczeniem.

- Tak, na film – wyjaśnił, odsuwając zasłony.

- Idziemy na film?

- Tak, ale nie do kina, tylko do domu Sama. – Na dźwięk tego imienia odruchowo się spięłam. Jared musiał to zauważyć, bo natychmiast powiedział:

- Twoi rodzice cię przed nim ostrzegali, prawda? – Brzmiał na złego. Pokiwałam niepewnie głową, uporczywie wpatrując się w kwiatki na tapicerce fotela. – Oni nic nie wiedzą... Nikt nie wie.

Dreszcz strachu przebiegł mi po plecach w reakcji na ten ponury komentarz.

- Nie czujesz się ze mną bezpieczna – dodał stanowczo. To nie było pytanie.

- To nie tak... Po prostu... nie powinnam przebywać w pobliżu ciebie – wyjąkałam, starając się jakoś mu to wytłumaczyć. – Tę zasadę właściwie już łamię, ale... moja mama naprawdę nie lubi Sama.

- Czy ona go w ogóle zna? – zapytał, brzmiąc teraz bardziej na rozczarowanego niż zdenerwowanego.

- Nie, ale słyszała pewne plotki – mruknęłam, niepewna, co powiedzieć.

- Ona się myli. Tak jak wszyscy zresztą.

- Chce mnie po prostu chronić. – Nie wiedziałam, dlaczego broniłam mamę, skoro postawiła mi to niesprawiedliwe ultimatum.

- Wierzysz, że będziesz ze mną bezpieczna?

Chciałabym powiedzieć, że miałam co do tego pewne wątpliwości. Jakaś normalna, racjonalnie myśląca osoba pewnie by tak zrobiła, ale ja nie. Nie było we mnie żadnej cząstki, która nie wierzyłaby, że Jared potrafi ochronić mnie przed każdym niebezpieczeństwem.

- Wierzę.

- To dobrze – powiedział i podniósł nasze złączone dłonie, żeby pocałować wierzchnią stronę mojej, co spowodowało, że zalała mnie fala jakiegoś dziwnego uczucia. Musiałam szybko się opanować, żeby zachować pionową pozycję. – Więc chodźmy.

Chłopak postawił jedną stopę na parapecie, puścił moją rękę i znienacka zniknął mi z pola widzenia.

Zatkałam usta dłonią, by stłumić wrzask.

- Jared? – syknęłam, wychylając się przez okno.

Usłyszałam jego chichot dochodzący gdzieś spode mnie, prawdopodobnie z ziemi... Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że znajdowałam się na pierwszym piętrze.

- Jared? – powtórzyłam.

- Skacz, Kim – powiedział wesołym tonem.

- Słucham? – zażądałam wyjaśnień, czując, jak ugięły się pode mną kolana.

- Nie pozwolę, by stało ci się coś złego, pamiętasz?

- Racja – potwierdziłam drżącym głosem. – Ale co z tobą? Przecież mogę cię... zgnieść.

Tym razem chłopak roześmiał się donośniej.

- Kim, na pewno mnie nie zgnieciesz. – Chyba starał się dodać mi otuchy, ale efekt popsuł kolejny napad wesołości, którego dostał przy końcu zdania.

- Jesteś pewien?

- Czy ty mnie widziałaś?

Musiałam przyznać, że miał nade mną pewną przewagę. Był o ponad stopę wyższy i ważył pewnie z jakieś trzydzieści kilogramów więcej niż ja.

- No dalej, bo inaczej zaczną oglądać film bez nas – nalegał niecierpliwie.

- A kto? – spytałam, chcąc zyskać na czasie, ale Jared oczywiście to wyłapał.

- Nie graj na zwłokę. Przyrzekam, że nie pozwolę ci upaść na ziemię... ani mnie zgnieść – dodał z nutką rozbawienia, której nie potrafił ukryć.

Biorąc głęboki oddech, który miał dodać mi odwagi, jednak tylko spotęgował i tak już olbrzymi strach, stanęłam na fotelu i obiema rękami złapałam parapet, żeby nie stracić równowagi. Następnie wychyliłam się przez okno, próbując nie myśleć o tym, w jakiej odległości znajdował się stały grunt. W tej chwili zaczęłam żałować, że kilka lat temu z powodu strasznej burzy tata ściął rosnące tu drzewo. Zdecydowanie łatwiej byłoby mi zejść po grubych gałęziach niż tak po prostu sobie skoczyć.

- Gotowy? – spytałam, z trudem oddychając. W moich żyłach głośno pulsowała adrenalina.

- Jak najbardziej – potwierdził Jared. W słabym świetle księżyca bardzo niewyraźnie widziałam jego postać stojącą na ziemi, ale zauważyłam, że wyciągnął ręce, w każdej chwili gotów mnie złapać.

Zamknęłam oczy, wstrzymałam oddech i... skoczyłam. Mój żołądek został na parapecie, podczas gdy reszta ciała znalazła się w powietrzu. Spadanie było jednocześnie niemożliwie długie i bardzo krótkie.

Gdy w końcu wylądowałam w ramionach Jareda, wydałam z siebie ciche westchnienie ulgi. Chłopak lekko ugiął kolana, by zamortyzować nasze zderzenie i mocno mnie do siebie przytulił.

- Jesteś cała? – zapytał, przyglądając mi się uważnie w poszukiwaniu potencjalnych zranień.

- Tak. A ty?

- Bezpieczny i niezgnieciony – zapewnił, a ja się zarumieniłam. Gdy ostrożnie postawił mnie na ziemi, tylko nieznacznie się zachwiałam, więc wszystko było w porządku. Po chwili złapał moją rękę i pociągnął przez podwórko w stronę pustego samochodu zaparkowanego po drugiej stronie ulicy.

- Pospieszmy się, to może zdążymy jeszcze na napisy z czołówki – powiedział. Nigdy nie widziałam go tak podekscytowanego. Otworzył mi drzwi od strony pasażera i wślizgnęłam się do środka. Zanim zdążałam skończyć zapinać pasy, on już siedział na miejscu kierowcy.

Jazda zajęła nam około trzech minut, bo Jared prowadził auto z oszałamiającą prędkością. W końcu zaparkowaliśmy przed jakimś domem. Nie paliły się w nim żadne światła, nie licząc małej lampy przy ganku.

Jared wyszedł już z samochodu, zanim do końca zahamował. Szybko złapał mnie za rękę i niemalże wywlókł na zewnątrz, a po chwili szliśmy w kierunku budynku. Chłopak nacisnął klamkę i od razu otworzył drzwi, nie zawracając sobie głowy pukaniem, co wcale mnie nie ucieszyło, bo miałam nadzieję, że dostanę chociaż te parę sekund na psychiczne przygotowanie się przed spotkaniem z okrytym niesławą Samem Uleyem.

- Jesteśmy! – zawołał Jared, niemalże śpiewająco. Zerknęłam na niego z zaskoczeniem, jednak on nie patrzył na mnie, tylko wpatrywał się w niebieskawą poświatę widoczną w drugim pokoju. – No nie, nie mogę uwierzyć, że zaczęliście bez nas! – dodał z wyrzutem. Nie potrafiłam stwierdzić, czy mówił serio, czy po prostu sobie żartował. Poprowadził mnie wzdłuż ciemnego korytarza w kierunku tajemniczego światła i dopiero w pewnej chwili zdałam sobie sprawę, że pochodziło z ekranu telewizora.

Wpadliśmy do pokoju z gracją nosorożców poruszających się po cienkim lodzie. Cóż, przynajmniej Jared wydawał się nosorożcem, a ja odgrywałam rolę małej fretki, którą ciągnął za sobą. Przystosowanie się do mroku panującego w pomieszczeniu zajęło moim oczom dłuższą chwilę, aż w końcu udało mi się skupić na niebieskim ekranie. Wkrótce zdałam sobie sprawę, że obok miejsca, w którym staliśmy, siedziały dwie osoby.

- Jaredzie Michaelu Najera – zabrzmiał kobiecy głos od strony kanapy – porwałeś ją?

Spojrzałam na niego z takim wyrazem twarzy jak ona, chociaż nie mogłam stwierdzić tego ze stuprocentową pewnością, bo kobieta ciągle skrywała się w ciemności.

- Kogo porwałeś? – syknęłam cicho do Jareda, mając nadzieję, że tylko on mnie usłyszy, jednak moje nadzieje okazały się płonne, bo w pokoju rozległ się donośmy śmiech trójki ludzi, przez co natychmiast się zarumieniłam.

- Ona myśli, że porwałem ciebie – wyjaśnił. Nagle poczułam się kompletnie głupio i spuściłam wzrok, wpatrując się w swoje buty. Wiedziałam, że wszyscy na mnie patrzyli, więc jak najszybciej musiałam wymyślić coś, co odwróciłoby ich uwagę od mojej osoby.

- Kazał mi wyskoczyć przez okno – wypaliłam. Podziałało, bo już się na mnie nie gapili.

- Jared! – Tym razem skarcił go męski głos.

- Kim – jęknął Jared, mocniej ściskając moją dłoń.

- Okno, Jared? Sam się prosisz o kłopoty? – Ktoś na kanapie wziął głęboki, uspokajający oddech.

- Złapałem ją – powiedział na swoje usprawiedliwienie, wzruszając ramionami. Zanim padły następne oskarżenia i obronne argumenty, drzwi otworzyły się gwałtownie i pojawiła się w nich czyjaś potężna sylwetka. Przybycie gościa, którego efektowne wejście dodatkowo polepszyły odgłosy szalejącej na zewnątrz burzy, pochłonęło uwagę wszystkich.

- Paul, jeśli jeszcze raz zepsujesz moje tylne drzwi, to przysięgam, że cię skrzywdzę – zagroziła kobieta.

Chłopak prychnął, ale zamknął drzwi o wiele delikatniej, tak, że szyba tylko lekko zadrżała. Ktoś siedzący na kanapie wyłączył telewizor i zapalił lampę, która rozjaśniła pokój, co sprawiło, że widziałam wszystko o wiele lepiej.

Na sofie przed nami siedziała przytulona do siebie para. Nie znałam mężczyzny, ale wyglądał niemalże tak jak Paul i Jared – te same krótkie włosy, ciemna karnacja i imponujące mięśnie – więc domyślałam się już, kim był.

Samem Uleyem.

Po chwili i tak się przedstawił, wyraźnie nieświadomy swojej reputacji. Zdjął ramię z dziewczyny, wstał i wyciągnął dłoń w moją stronę. Ostrożnie ją złapałam i postarałam się ukryć szok, który wywołała u mnie jego niemalże parząca – podobnie jak i u Jareda – skóra.

- Witaj, Kim – powiedział szorstkim, ale całkiem miłym głosem. – Nazywam się Sam Uley, a to moja dziewczyna, Emily Young – dodał, wskazując na kobietę siedzącą na kanapie. Kiedy wstała, natychmiast znowu ją objął i przyciągnął do siebie. Jego ramię zdawało się działać całkowicie automatycznie. Emily najwidoczniej była do tego przyzwyczajona, bo tylko się do mnie uśmiechnęła.

Gdy odwróciła się, by spojrzeć na Sama, pierwszy raz pokazała mi swój prawy profil. Ten widok znacznie mnie zaskoczył. Trzy żywoczerwone linie biegły wzdłuż jej – w ostatecznym rozrachunku ślicznej – twarzy, zahaczając o kącik oka i ust, co powodowało, że wyglądała tak, jakby cały czas się krzywiła. Na szczęście wcześniej, w domu weteranów wojennych, gdzie przebywał mój dziadek, napatrzyłam się już wystarczająco na wszelkie obrażenia, więc zamiast rozwodzić się nad tymi ranami, skupiłam się na jej ładnych, migdałowych oczach. Nieustannie się uśmiechała, więc nieśmiało zrobiłam to samo.

- Miło cię poznać, Kim – odezwała się, wyginając wargi w kolejnym uśmiechu. Pokiwałam tylko głową, pozwalając mojej wrodzonej małomówności wziąć nade mną górę.

W międzyczasie Paul krążył po salonie, szukając odpowiedniego miejsca do siedzenia. Był cały mokry i brudny, a krople deszczu skapywały z jego włosów i nogawek szortów. Nie miał na sobie koszulki.

- Przypuszczam, że już znasz Paula – zasugerował Sam. Kiwnęłam głową, unikając kontaktu z tym niezbyt przyjaznym osobnikiem.

- Biegałeś? – spytał Jared, unosząc brwi w reakcji na niechlujny wygląd przyjaciela. Paul chrząknął potwierdzająco, rzucając w moją stronę nieco wrogie spojrzenie i z rozmachem usiadł na fotelu stojącym obok kanapy.

- Paul! – zganiła go Emily, wyrywając się z uścisku Sama i szybko podchodząc do Paula, który właśnie ułożył się w pozycji półleżącej, a następnie złapała go za ucho i pociągnęła w górę. Nawet ja się skrzywiłam, kiedy chłopak szybko wstał, skowycząc. – Lepiej włóż na siebie jakieś suche ubrania, zanim choćby pomyślisz o siadaniu na moich fotelach.

Paul wyszarpnął ucho z chwytu dziewczyny i ciężkim krokiem podążył w kierunku tylnej strony domu. Znienacka rozległ się potężny odgłos łamania czegoś, tak silny, że aż zadrżały ściany. Emily wywróciła oczami i wróciła na miejsce obok Sama. Złapała jego rękę i wyglądała tak, jakby nic się nie stało.

- To co? Oglądamy? – spytała, wskazując na telewizor. Sam podniósł ze stolika do kawy jakieś pudełko z płytą DVD, które rzucił Jaredowi znajdującemu się przy odtwarzaczu. Chłopak złapał je bez patrzenia, z której strony nadleciało.

- Możecie z Jaredem zająć tę dwuosobową sofę – powiedziała Emily, pokazując mi jasnobrązową kanapę stojącą pomiędzy fotelem a drugim tapczanem. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i usiadłam jak najbliżej oparcia, podciągając kolana pod brodę. Film załadował się dość szybko i Sam przewinął napisy.

Po chwili wrócił Paul, ubrany już w suche spodnie, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem. Opadł na fotel, powodując, że sprężyny głośno jęknęły.

Oglądaliśmy ekranizację o nazwie „Resident Evil: Zagłada", która stanowiła trzecią część jakiejś serii, więc nie miałam zielonego pojęcia, o co w niej chodziło. Na dodatek byłam chyba najbardziej strachliwą osobą na świecie, a seanse tego typu filmów niekorzystnie odbijały się na moim zdrowiu, więc nic dziwnego, że nie skupiałam się zbytnio na tym, co się działo na ekranie.

Gdy Jared zajął miejsce obok mnie, nasze ramiona ledwie się stykały. Z każdym naszym ruchem przez moje ciało przechodziła dziwna iskra, ale kiedy na opuszczonej stacji benzynowej zombie po raz pierwszy wyskoczył z szafy, nie wytrzymałam i z przytłumionych wrzaskiem schowałam głowę w kolanach. Po chwili poczułam na sobie ciepłe ramię Jareda.

Kiedy następnym razem odważyłam się spojrzeć na telewizor, trafiłam akurat na fragment, w którym żywy trup pożerał jakiegoś biednego człowieka. Chciałam ponownie ukryć twarz, ale Jared ułożył swoją rękę tak, że zamiast na kolana, natrafiłam właśnie na nią. Musiałam przyznać, że było to o wiele przyjemniejsze, zwłaszcza że tak już pozostało.

Zasnęłam gdzieś pomiędzy zamykaniem oczu w momentach, w których tłumy zombie atakowały mojego ulubionego bohatera a napawaniem się przyjemnym ciepłem Jareda. Kiedy się obudziłam, dostrzegłam na ekranie napisy końcowe. Zamroczona podniosłam głowę i z zaskoczeniem odkryłam, że nadal byłam przytulona do Jareda.

Przez półotwarte powieki zobaczyłam, jak Paul się podniósł, ziewnął i przeciągnął, po czym skierował się w stronę tylnych drzwi, wymruczawszy ciche: „Na razie".

- Chyba powinieneś zabrać ją już do domu, Jared – powiedziała Emily, brzmiąc na wyczerpaną. – Już prawie wpół do drugiej. – Poczułam, jak Jared pokiwał nade mną głową.

- Kim? – spytał.

- Mm? – odparłam, usiłując nie zamykać oczu.

- Mogę cię wziąć na ręce?

- Mm-hmm – westchnęłam, wdychając jego leśny zapach. Byłam zbyt zmęczona, by odczuwać zażenowanie lub zdawać sobie sprawę z tego, co się tak właściwie działo. Musiałam ponownie zasnąć, bo nagle wynosił mnie już z samochodu. Udało mi się podnieść powieki i ze zdziwieniem stwierdziłam, że znajdowaliśmy się w ogródku przed moim domem.

- Gdzie jest klucz? – spytał Jared, stawiając mnie na ziemi. Niebezpiecznie się zachwiałam, więc szybko objął moją talię i utrzymał na nogach.

- Żółw – mruknęłam. – Pod żółwiem. – Musiał zrozumieć, co miałam na myśli i podnieść kamienną figurkę żółwia znajdującą się parę kroków dalej, bo następnym dźwiękiem, który usłyszałam, był chrzęst metalu.

- Jesteś pewna, że to właściwy klucz? – spytał, poruszając klamką w dół i w górę. – Bo nie działa.

- Nie – westchnęłam, nagle sobie coś przypominając. – Tata zmienił zamki, bo przecież ostatnie zepsułeś.

Nie odpowiedział, tylko mocniej potrząsnął klamką, sprawiając, że całe drzwi zadygotały.

- Tylko tego też nie zepsuj – wymamrotałam, zataczając się lekko. Jared zaśmiał się cicho i zaczął mnie gdzieś prowadzić. – Dokąd idziemy? – spytałam przytłumionym przez ziewnięcie głosem.

- Do twojego pokoju – odpowiedział takim tonem, jakby to było to oczywiste. Gdy szliśmy przez wilgotny trawnik, przypadkowo wdepnęłam stopą w szczególnie błotniste miejsce, co bardzo mnie rozśmieszyło.

Oparłam się o niego, z powrotem zamykając oczy. Nagle zaszumiało mi w uszach, a następnie zalało mnie ciepłe powietrze.

- Kim, obudź się – usłyszałam znienacka cichy i spięty głos Jareda. Gwałtownie podniosłam powieki i podniosłam głowę, a przy okazji uderzyłam się o parapet.

Rozejrzałam się uważnie dookoła i dotarło do mnie to, że siedziałam w niewygodnej pozycji w fotelu przy oknie. W pokoju panował mrok, który zakłócało jedynie światło lampki stojącej na nocnym stoliku Cynthii. Po chwili dostrzegłam znajomą sylwetkę osoby, która siedziała sztywno na moim łóżku z rękami położonymi na kolanach.

- Kimberlee Qahlo Akalah.

Cichy, przerażająco brzmiący głos mojej mamy spowodował, że cofnęłam się do okna. Szybko spojrzałam za siebie, ale Jareda już nie było. Cieszyłam się, że przynajmniej jemu udało się wyjść z tej sytuacji bez szwanku, jednak z drugiej strony ja potrzebowałam cudu, żeby ujść z tego pomieszczenia z życiem.

- Coś ty najlepszego zrobiła?