Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


ROZDZIAŁ 13

W moim domu zakazy porównuje się zazwyczaj do warzyw – tak naprawdę nikt ich nie lubi, ale są zdrowe i smakują całkiem przyzwoicie, jeśli posmaruje się je wystarczająco grubą warstwą masła i przyprawi czosnkową solą. Natomiast szlaban to coś podobnego do ciasta z kandyzowanych owoców – niesmaczne z masłem czy też bez niego lub innych rodzajów słodzików, na dodatek niezawierające żadnych składników odżywczych. Obie te rzeczy łączy jedynie to, że dawane są osobom, które ich nie chcą.

Nigdy wcześniej nie miałam szlabanu. Ani jednego. W wieku ośmiu lat dostałam tylko jakieś zakazy, bo na podwórku pewien dzieciak z sąsiedztwa wepchnął mnie do błota i zniszczyłam markowe, przeznaczone do szkoły ubranie. W naszym domu to Cynthia była tą osobą, która często pakowała się w kłopoty przez swój dziki temperament i ośli upór. Aż do teraz.

Ciche i zdenerwowane słowa mamy sprzed trzech tygodni ciągle brzmiały mi w uszach, tak jakby nadal siedziała na moim łóżku...

- Tym razem naprawdę przekroczyłaś już wszelkie granice, młoda damo.

Tym razem? Zachowywała się tak, jakbym codziennie łamała zasady. Czy rzeczywiście byłam aż tak podobna do Cynthii, żeby mogła mnie z nią pomylić?

Nie odpowiedziałam. Nie potrafiłam. Odniosłam wrażenie, że moje usta zapełniły się jakąś nieznaną substancją, a mózg nagle się wyłączył. Co ja niby miałam jej powiedzieć?

Och, wiesz, mamo, mój kolega, który jest chłopakiem, ale tak właściwie to nie moim, chociaż przez Cynthię wydaje ci się, że nim jest, pojawił się dzisiaj w moim pokoju i zabrał mnie na seans filmowy w domu Sama. Tak, tego samego Sama, z którym zakazałaś mi się widywać. O, i wiesz, jego kolega, Paul, który wcale nie jest taki groźny jaki się wydaje, też tam był. I dziewczyna Sama, która z pewnością została zaatakowana przez jakieś zwierzę, ale i tak jest całkiem ładna, również z nami siedziała.

Oglądaliśmy film o zombie, a potem Jared odstawił mnie do domu. Ot, i cała historia. Jeśli chcesz, to możesz mnie przebadać na obecność narkotyków, chociaż Jared zdecydowanie nie ćpa. Sam chyba też nie, ale za Paula nie ręczę.

Jeśli potrafiłabym wykrztusić z siebie jakieś słowa, to prawdopodobnie powiedziałabym coś takiego... Chociaż nie. Nie zdołałabym tego zrobić, nawet gdybym mogła. Byłam zbyt wielkim tchórzem. Zamiast wysunąć jakieś argumenty na swoją obronę, stałam nieruchomo i jak idiotka gapiłam się na mamę, nie próbując niczego wyjaśniać.

W końcu chyba zdała sobie sprawę z tego, że nie miała do czynienia z Cynthią, która w tej chwili wyrzucałaby z siebie mnóstwo śmiesznych wymówek, bo jedynie westchnęła i wstała z mojego łóżka.

- Jutro rano uzgodnimy z tatą twoją karę.

Nie odpowiedziałam, tylko podeszłam do szafki i wyciągnęłam z niej piżamę.

W następnej chwili mama po raz ostatni przekręciła klucz w zamku owijających mnie, niewidzialnych kajdan.

- Bardzo mnie rozczarowałaś, moja droga.

Kiedy wślizgnęłam się pod kołdrę, łzy ciekły mi ciurkiem po twarzy. Wkrótce, tuż po tym, jak zaczęłam szlochać, usłyszałam znajomy głos, dochodzący od strony okna:

- Kim?

Nie mogłam w to uwierzyć. Nie mogłam uwierzyć, jak on nawet śmiał pokazać swoją twarz po tym, jak wpędził mnie w tarapaty. Nie wiedziałam, skąd wzięło się we mnie tyle złości. Nie byłam wściekła jedynie na Jareda, ale tak ogólnie na cały świat.

Nie odezwałam się ani słowem i nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, nie licząc pociągnięcia nosem. Wyszłam z łóżka i szybkim krokiem podeszłam do okna. Złapałam górną ramę, starając się ignorować zimne powietrze owiewające moje gołe ręce oraz nogi i szarpnęłam nią do dołu tak mocno, jak tylko potrafiłam. Z ponurym uśmiechem satysfakcji przekręciłam klamkę i z powrotem wróciłam do łóżka. Pomimo że spędziłam tam resztę nocy, to i tak nie zmrużyłam oka.

Mój los został przesądzony następnego ranka: miałam szlaban przez miesiąc, co znaczyło, że nie mogłam oglądać telewizji, czytać książek – z wyjątkiem Biblii – korzystać z komputera, telefonu, słuchać muzyki i miałam cały czas siedzieć w domu, jeśli nie byłam z mamą lub tatą albo w szkole. Musiałam też wykonywać dodatkowe zadania dla mamy, podobnie jak i Cynthia, ale przydzielano mi także wszelkie drobne, dodatkowe prace w domu i ogrodzie.

Przez te tygodnie po „Incydencie", jak nazwała całe zajście moja siostra, za wszelką cenę starałam się unikać Jareda. W domu było to łatwe. W ogóle nie otwierałam okna i ciągle zakrywałam je zasłonami, pomimo protestów Cynthii, która mówiła, że czuje się jak chora na klaustrofobię. Chłopak nie odważył się otwarcie zapukać do wejściowych drzwi, ale pewnego razu pojawił się w ogrodzie, kiedy pracowałam z mamą na tyłach domu.

Właśnie weszła na chwilę do środka po parę butelek wody, wcześniej powiedziawszy mi, żebym nie wsadzała cebulek zbyt głęboko w ziemię, bo inaczej nie wzejdą. Jared wynurzył się z lasu tak nagle, że aż krzyknęłam, co spowodowało, że jak szybko przyszedł, tak szybko sobie poszedł, ale udało mi się dostrzec wyraz jego twarz twarzy.

Miał złączone brwi – coś czułam, że to wcale nie był chwilowe – a pod oczami – w których zauważyłam olbrzymi ból – wyraźne sińce, jakby w ogóle nie spał. Jego twarz wyglądała na zmizerowaną i zmęczoną.

Kilka sekund później z domu wybiegła mama, przypadkowo wylewając wodę prosto na przód swojej bluzki. Wyjaśniłam jej, że pośród drzewami zobaczyłam jakieś duże zwierzę i to właśnie ono mnie wystraszyło, więc postanowiła skończyć na dzisiaj z pracami na dworze.

Unikanie Jareda w szkole okazało się jednak znacznie trudniejszym wyzwaniem.

Catherine przyjęła posadę mojego „obserwatora", gdy znajdowałyśmy się na korytarzu. Po skończonej lekcji wychodziła z klasy przede mną, by upewnić się, że ktoś nie czaił się za szafkami lub nie ukrywał za maszyną z napojami. Potem, jeśli teren był czysty, ona i Brett odprowadzali mnie bezpiecznie do następnej klasy niczym ochroniarze, z wyższością patrząc na każdego pierwszoklasistę, który przyglądał im się z ciekawością.

Na kilku lekcjach, na które uczęszczałam razem z Jaredem, nie odnosiłam zwycięstwa tak łatwo. Przez pierwsze parę dni usiłował zajmować wolne miejsca obok mnie albo machał w moją stronę, wskazując na dwa stojące obok siebie krzesełka, które dla nas znalazł. Zazwyczaj miałam szczęście i udawało mi się siadać gdzie indziej. Zmuszałam też nieznajome osoby, by dzieliły ze mną ławkę. To całe unikanie bardzo dobrze działało na leczenie mojej ogromnej nieśmiałości.

W klasie pana Pety, gdzie mieliśmy przydzielone, niezmienne miejsca, byłam zmuszona siadać obok Jareda w dzień w dzień i ignorować jego smutne spojrzenia oraz tuziny karteczek, które kładł na mojej stronie stolika. Skończyło się na tym, że maksymalnie się od niego odsunęłam i praktycznie siedziałam obok Cat, która zajmowała sąsiednią ławkę.

Jared, zgodnie ze swoją obietnicą, chyba nie miał zamiaru się poddać, wbrew przewidywaniom moim i Catherine, która starała się mnie przekonać, że to tylko kwestia czasu.

To była najtrudniejsza sytuacja w całym moim życiu – dzień w dzień oglądałam osobę, której od dawna pragnęłam i teraz wiedziałam, że ona podziela moje uczucia, tylko że zakazano mi się z nią zadawać. Ale musiałam to robić, żeby z powrotem wkupić się w łaski rodziców i w ogóle zostać w domu, bo po „Incydencie" zagrozili, że jeśli jeszcze raz zrobię coś takiego, to wyślą mnie do szkoły z internatem albo do ciotki Carol, która mieszkała w Minnesocie.

Nie chciałam nigdzie jechać, ponieważ tutaj chociaż z daleka mogłam na niego patrzeć. Przecież robiłam to już od paru lat, więc nie powinnam mieć problemów, by znowu do tego wrócić, prawda? Ale nie wiedziałam, jak długo jeszcze wytrzymam... Zaczęłam się zastanawiać, czy ta sytuacja była dla Jareda tak trudna jak dla mnie, czy czuł tę samą pustkę, która wypełniała moje wnętrze...

- Kim? – zmartwiony głos Catherine wyrwał mnie z rozmyślań, a sekundę później rozległ się ogłuszający pisk hamulców. Cat złapała moje ramię i nie pozwoliła, bym wpadła na brązowe siedzenie z przodu. Zerknęłam na nią, ciągle nieco nieprzytomna.

- Kim, to twój przystanek.

- Och – mruknęłam, wyglądając przez okno. Rzeczywiście, autobus zaparkował niedaleko podjazdu obok mojego domu. – Dzięki.

Gdy się podniosłam i już zamierzałam zacząć iść w stronę wyjścia, ciągnąc za sobą swoją starą, purpurową torbę, Catherine ponownie się odezwała:

- Hej, Kim? – Odwróciłam się, by na nią spojrzeć, a kierowca wydał z siebie zniecierpliwione chrząknięcie. – Prześpij się trochę dzisiaj, dobrze? Wyglądasz jak wrak człowieka.

- Tak, jasne – zapewniłam i z ponurym wyrazem twarzy wyszłam na zewnątrz, trafiając prosto w kałużę i tym samym mocząc sobie buty. W ogóle nie zwróciłam na to uwagi i jak gdyby nigdy nic, w lekkiej mżawce, ruszyłam w stronę domu.

Aaaaauuuuuuu...

Natychmiast się zatrzymałam, tak gwałtownie, że moja torba szarpnęła do przodu, niemalże wyrywając mi rękę ze stawu. Po krótkim rozeznaniu terenu, czyli rozejrzeniu się dookoła, z powrotem zaczęłam iść w kierunku podjazdu.

Aaaaauuuuuuu...

Obróciłam się wokół własnej osi w poszukiwaniu źródła tego smutnego odgłosu. Przywodził on na myśl jakieś zranione zwierzę. Kiedy dźwięk powtórzył się po raz kolejny, zdecydowałam, że nie powinnam go dłużej ignorować. Odwróciłam się i ruszyłam wzdłuż ulicy, z każdym krokiem oddalając się od domu.

Przez moment panowała cisza, podczas której trwania dotarłam na skraj lasu, zastanawiając się, czy wycieczka w gęstwinę drzew to na pewno dobry pomysł. Rozważania nie zajęły mi zbyt dużo czasu, bo chwilę później już potykałam się o wystające z ziemi korzenie i uchylałam przed nisko położonymi gałęziami.

Po krótkim czasie marszu zatrzymałam się, by złapać oddech, jednocześnie nasłuchując nowych jęków biednego zwierzęcia. Czekałam, stojąc nieruchomo, jakieś dwie minuty, po czym uznałam, że to stworzenie albo już umarło, albo poszło wyć do kogoś innego.

Obróciłam sie, by zawrócić, ale znienacka coś we mnie uderzyło. Zanim zorientowałam się, co się w ogóle dzieje, zostałam brutalnie opleciona w talii i pociągnięta w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku, aż uderzyłam w plecami w jedno z drzew.

Coś ciepłego i twardego naciskało na mnie całą powierzchnią ciała, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Nagle zdałam sobie sprawę, że ze strachu zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam i wciągnęłam powietrze do płuc, by krzyknąć – albo raczej przerażająco wrzasnąć – szorstka dłoń zasłoniła moją twarz, łącznie z polem widzenia, więc pomimo prób rozpoznania napastnika, nie udało mi się nic zobaczyć. Wydałam z siebie przytłumione wycie i zaczęłam intensywnie myśleć nad wszystkimi, nawet tymi najbardziej zwariowanymi technikami walki.

Kiedy miałam dziesięć lat, mama uparła się, żebym wraz z Cynthią chodziła na lekcje taekwondo, bo w lokalnej szkółce była promocja i w cenie jednego karnetu dostawało się drugi, a moja siostra bardzo chciała tam chodzić. Wytrzymałam całe dwa tygodnie, aż do czasu, kiedy Cyn rozwaliła mi wargę podczas pozorowanej walki, która miała być tylko niewinnym ćwiczeniem.
Starałam się nad sobą zapanować, przygotowując się do szybkiego uniesienia kolana. Perfekcyjne uderzenie w pachwinę powinno dać mi przynajmniej jakieś dwadzieścia sekund na ucieczkę. Miałam tylko nadzieję, że tyle wystarczy.

- Kim – usłyszałam nieoczekiwanie znajomy głos i ręka znikła. Szczęka opadła mi dosłownie na parę centymetrów, kiedy ujrzałam płomienną twarz Jareda, który teraz objął dłońmi moją. W jego oczach dostrzegłam coś dziwnego – jakieś uczucie, którego nie potrafiłam zidentyfikować. Coś na kształt ogromnej potrzeby, tyle że bardziej ekstremalnej...

Byłam kompletnie nieprzygotowana na to, że w tej chwili jego wargi uderzą w moje. Instynktownie przestraszyłam się tych nieznajomych, niepokojących doznań, więc usiłowałam się od niego odsunąć, ale Jared przesunął jedną rękę na tył mojej szyi, praktycznie nas sklejając.

Wargi chłopaka wydały mi się i delikatne, i niezwykle gwałtowne, jakby za wszelką cenę chciały wydobyć ze mnie jakąś reakcję. Gorączkowo napierałam dłońmi na jego tors, starając się od niego odsunąć i wyrwać z tego mocnego uścisku. Mój umysł stał się nagle dziwnie skołowany i pojawiało się w nim tysiące różnych myśli naraz.

Pewna część mnie podpowiadała, żebym też go pocałowała, bo przecież tego chciałam, prawda? Jednak inna przypominała, że właśnie łamałam zasady, które zapewniały mi pozostanie w domu i brak konieczności przeniesienia się do Minnesoty. W mojej głowie rozgrywała się pewnego rodzaju wojna i nie byłam w stanie nic z tym zrobić.

- Jared? – udało mi się wykrztusić, chociaż bardziej zabrzmiało to jak: „Jhmd".

- Mm? – mruknął niewyraźnie w odpowiedzi, nadal się ode mnie nie odrywając. W końcu jakoś się udało mi się od niego odsunąć, ale ciągle ciasno obejmował moją talię, więc nie miałam zbyt wiele przestrzeni. Kiedy spojrzałam w górę, próbując nie zwracać uwagi na jego bliską obecność, uderzyłam się w głowę o szorstką korę.

- Zwabiłeś mnie do lasu? – powiedziałam, mając nadzieję, że wyglądam na urażoną i złą, ale pulsująca we mnie adrenalina sprawiła, że mój głos stał się drżący i niepozorny. Nie brzmiałam na tak silną i pewną siebie, jak bym sobie tego życzyła.

Chyba nie zrozumiał, o co mi chodziło albo po prostu był zbyt zajęty rejestrowaniem faktu, że przylegałam do jego klatki piersiowej, bo nie odpowiedział od razu. Wyraźny ogień pożądania widoczny w jego oczach spowodował, że zmiękły mi kolana, ale na szczęście Jared mnie przytrzymywał, więc nie upadłam.

- Nie mogłem znieść ani jednej sekundy więcej bycia bez ciebie – wyznał, wyglądając jednocześnie na zadowolonego i dręczonego wyrzutami sumienia. – Musiałem cię zobaczyć i przytulić, i... – Przerwał, przenosząc wzrok na moje wargi.

Tym razem, gdy przyciągnął mnie siebie i jego ciepłe, delikatne usta zderzyły się z moimi tak, jak to zapewne tylko on potrafił robić, już mu się nie opierałam. Postanowiłam, że, bez względu zagrożenie zesłaniem do Minnesoty, nie ma sensu walczyć z najwspanialszą rzeczą, jaka mi się w życiu przytrafiła.

U mnie w domu mieć szlaban to jak na siłę być karmionym ciastem z arszenikiem i mieć świadomość, że może cię to zabić. Ale wybór bycia z Jaredem to jak powrót z bliskiego spotkania ze śmiercią, po którym nic już nie wydaje się takie same.

Ale ty żyjesz i on żyje. I wiesz, że tylko to się liczy.