Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


Piosenki do tego rozdziału polecane przez autorkę:

With You w wykonaniu Chrisa Browna

Hysteria w wykonaniu Muse


ROZDZIAŁ 16

Dobry, zły i brzydki

- Kimberlee! – usłyszałam dochodzące z parteru wołanie mamy. Ton jej głosu wskazywał na to, że miała super wyśmienity humor. – Jared przyszedł! – Teraz także ja byłam w super wyśmienitym humorze. Zabawne, jak to działało.

Wcisnęłam swój pamiętnik pod poduszkę i zeskoczyłam z łóżka. Po powierzchownym spojrzeniu na moje odbicie w lustrze w podskokach zbiegłam po schodach i wpadłam prosto na Cynthię, która jak zwykle była w ponurym nastroju. Ta dziewczyna chyba wiecznie przechodziła przez okres napięcia przedmiesiączkowego, bo zawsze miała zły humor. Nie przypominałam sobie, bym kiedykolwiek zachowywała się tak humorzasto jak ona. Pamiętałam tylko, że zawsze byłam niezdarna. Niemożliwie niezdarna.

A co to ma do rzeczy?, zauważyłam w duchu, wchodząc do kuchni. Jared, zagadywany właśnie przez moją mamę o swoje zdolności kulinarne, ożywił się natychmiast po tym, jak przekroczyłam próg. Utkwił we mnie płomienne spojrzenie, przez co od razu się zarumieniłam i musiałam wesprzeć się na szafce, by nie upaść prosto na twarz.

- Cześć – mruknął, wyciągając rękę w moją stronę. Kiedy wplotłam swoje palce pomiędzy jego, przyciągnął mnie do siebie. Zachowywał się tak, jakby nasza poranna kłótnia w ogóle nie miała miejsca.

- Gotujesz sobie sam? – Najwyraźniej moja mama wyczuła jakąś zmianę w panującej w pomieszczeniu atmosferze, więc uznała za konieczność przywrócenia jej do poprzedniego stanu. Odniosłam dziwne wrażenie, że nie przestawała mówić od momentu, w którym Jared wszedł do kuchni.

- Uch... – wymamrotał w odpowiedzi. Był tak zajęty patrzeniem na mnie, że pewnie nie dosłyszał pytania.

- Um, Emily go karmi – oznajmiłam, w porę wyrwawszy się z odrętwienia. Mama rzuciła mi zdziwione spojrzenie.

- A Emily to...?

- Dziewczyna Sama – wyjaśnił Jared, który najwidoczniej również udało się ozdrowieć ze stanu otępienia. – Jest niesamowitą kucharką.

- Och – odparła, odwracając się, by zamieszać sos w garnku na kuchence. Wyraźnie nie czuła się jeszcze zbyt komfortowo, rozmawiając o Samie. Pewnie gdyby to on do nas przyszedł, nie zapytałaby go o jego preferencje kulinarne.

- Mamo, wezmę tylko swoją torebkę i pójdziemy z Jaredem do jego domu, dobrze? – spytałam niepewnie.

- Och – powtórzyła. – No dobrze. To w takim razie zobaczymy się później. Jestem dzisiaj do wieczora w szpitalu, więc na pewno nie wrócę wcześnie.

- W porządku. Powiedziałaś już Cyn?

- A myślisz że dlaczego jest teraz w tak podłym nastroju? Chciała jechać ze swoimi przyjaciółkami do sklepu, ale zapomniała mi oznajmić, że zatrudniła mnie jako kierowcę. – Obie niemalże równocześnie wywróciłyśmy oczami, a Jared się zaśmiał. Mama zerknęła na zegarek i szerzej otworzyła oczy.

- Och, muszę się już zbierać. Przemieszasz dla mnie sos, skarbie? A przed wyjściem zdejmij go z ognia, dobrze? Kocham cię.

Szybko pocałowała mnie w czoło i zabrała z wieszaka swój roboczy strój, a następnie ruszyła w stronę wyjścia.

- Bawcie się dobrze, dzieciaki! – zawołała jeszcze przez ramię, zanim drzwi wróciły się na swoje miejsce.

Chcąc uchronić się przed ponownym zatonięciem w oczach Jareda, odwróciłam się i pobiegłam w stronę schodów.

- Wrócę za minutę – poinformowałam go, przeskakując po dwa stopnie naraz. Pospiesznie wyminęłam złą Cynthię, która wyszła z łazienki i szła wzdłuż korytarza. Ona naprawdę potrzebowała jakiegoś stabilizatora humoru czy czegoś w tym stylu.

Kiedy weszłam do swojego pokoju, nucąc sobie pod nosem, rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu torebki.

- W jakim jest kolorze?

Krzyknęłam i odskoczyłam do tyłu, przez co zderzyłam się z biurkiem. Stojąca na nim lampa najpierw się zachwiała, a potem zaczęła lecieć w kierunku podłogi. Ponownie pisnęłam i cofnęłam się o krok, ale tym razem uderzyłam o łóżko. Całkowicie nieświadomie zamknęłam oczy, ale gdy je otworzyłam, zobaczyłam Jareda, który siedział wygodnie na moim obrotowym krześle, a w lewej ręce trzymał lampkę.

- Jak to...? Zresztą nieważne. – Pokręciłam głową, starając się opanować. Torebka, skoncentruj się na torebce, powtarzałam nieustannie w myślach, usiłując zignorować obecność Jareda w moim pokoju. W moim pokoju.

Podczas gdy ja przeszukiwałam szafę i miejsce pod łóżkiem, Jared postawił lampę z powrotem na biurku i rozejrzał się dookoła z ciekawością. Po chwili wstał i znowu usiadł, tyle że teraz na moim łóżku. Na moim łóżku.

Chyba zaczęłam się hiperwentylować...

- Kim? – Chłopak natychmiast się podniósł i znalazł tuż przy mnie. – Co się dzieje? Kim, oddychaj! – Wzięłam parę krótkich wdechów przez nos i wypuściłam powietrze ustami. Już nie pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego.

- Nic mi nie jest – powiedziałam po paru minutach ciszy przerywanej jedynie dźwiękami mojego dyszenia. Przez cały czas Jared wyglądał na zmartwionego.

- Na pewno? – spytał, patrząc na mnie tak, jakby spodziewał się, że zaraz zemdleję. Pokiwałam głową.

- Tak. Dość często mi się to zdarza – powiedziałam, starając pomniejszyć wagę całej sytuacji.

- Naprawdę? – odparł z zaskoczeniem.

- Tak, lekarze powiedzieli, że to jakieś lekkie ataki wazowagalne. Czy jakoś tak...

- To zabawne – skomentował.

- Ja wcale tak nie uważam.

- To znaczy... zawsze myślałem, że jesteś w pewien sposób krucha, ale nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jesteś aż tak delikatna.

Prychnęłam z niedowierzaniem.

- Może dlatego, że nie jestem – zaprzeczyłam szybko, podnosząc wieko mojego kosza na pranie i przyglądając się badawczo jego zawartości. – Aha, tutaj się schowałaś – powiedziałam i wyciągnęłam ze środka moją torebkę.

- Gotowy, by... – Zdanie uwięzło mi w gardle, gdy się obróciłam.

Jared stał obok łóżka, z poduszką w jednej ręce i z małą książką w drugiej. Nie, nie z książką, dostrzegłam po chwili. Z zeszytem. Z moim zeszytem. Z moim pamiętnikiem...

- Jared! – zawołałam, wyrywając małą książkę z jego dłoni. Chłopak odskoczył do tyłu, jakbym go ogromnie wystraszyła.

Kiedy odsunęłam kołdrę i wsunęłam pamiętnik głęboko, głęboko pomiędzy materac a podkładkę ze sprężynami, poczułam, jak moje policzki zrobiły się gorące.

Spróbowałam się zastanowić, co Jared mógł tam zobaczyć. Och, nie wiem, może jakieś półtora miliona stron, na których bazgrałam w kółko coś w stylu: „Kocham Jareda Najerę... Pewnego dnia wyjdę za Jareda Najerę... Och, gdyby tylko Jared Najera mnie zauważył, to moje życie znowu byłoby wspaniałe...".

- Nie powinieneś tego oglądać – wymamrotałam, gapiąc się na własne ręce.

Zanim zorientowałam się, co się dzieje, leżałam na plecach na łóżku, z Jaredem nad sobą. Chłopak napierał swoimi gorącymi wargami na moje, a jego ręce były jednocześnie wszędzie. Gdy westchnęłam prosto w jego usta, przejechał koniuszkiem języka po mojej wardze, sprawiając, że cała się zagotowałam...

Ponownie zrobiło mi się gorąco, ale tym razem nie z powodu zażenowania.

- Kim – szepnął, zaczynając całować moją szyję – Najera – dodał znienacka. Zamarłam, ale on chyba tego zauważył. – Ładnie brzmi – mruknął i odsunął się nieco, by spojrzeć mi w oczy. Z jego twarzy emanowało takie ekstatyczne szczęście, że nie mogłam nic poradzić na to, iż po chwili sama zaczęłam się tak czuć.

Wiedziałam już, którą stronę zobaczył.

- O fuj... – Zdegustowany głos Cynthii niczym igła przebił mój balon radości. Jared jęknął i przekręcił się na plecy, lądując obok mnie i ciężko oddychając. – Jezu... Następnym razem ostrzeżcie mnie, jeśli będziecie chcieli się lizać w moim pokoju. – Złapała jakiś magazyn, który leżał na jej stoliku nocnym i z powrotem ruszyła w stronę drzwi. – Pamiętajcie: bez gumki nie ma zabawy – dodała, uśmiechając się do nas złośliwie ponad ramieniem. Czasami naprawdę nienawidziłam tego, że miałam młodszą siostrę.

Moje policzki po raz kolejny lekko się zaróżowiły. Szybko usiadłam i obciągnęłam swoją podwiniętą do góry bluzkę. Jared również się podniósł i popatrzył na mnie. Uśmiechał się szeroko, a w jego oczach ciągle płonęły znajome iskierki.

- Chyba powinniśmy już iść – zaproponowałam drżącym głosem, po czym wzięłam torebkę i chwiejnym krokiem skierowałam się do wyjścia. Jared natychmiast znalazł się u mojego boku, a jego ręka na moim biodrze. Kiedy schodziliśmy na dół, złączyłam wargi w wąską linię, by powstrzymać nieodpartą chęć jego ponownego pocałowania.

- O nie! – krzyknęłam, gdy poczułam nieprzyjemny zapach. Zapach spalonych pomidorów... – Sos! – Wyrwałam się z objęć Jareda i od razu poleciałam do kuchni. Pospiesznie złapałam łyżkę i gwałtownie przemieszałam nią zawartość rondla, mając nadzieję – nie, modląc się o to – że nie zrujnowałam całkowicie obiadu.

- Ała! – wrzasnęłam, odruchowo puszczając metalową łyżkę. Wpadła ona do zlewu, brudząc go czerwonym sosem. – Ała! Ała! Ała! Ał! – zawyłam, machając moją poparzoną dłonią. Najszybciej jak mogłam wsadziłam ją pod kran i odkręciłam wodę.

- Kim? – zawołał Jared, wbiegając do pomieszczenia. – Coś nie tak? Co się stało?

- Nic – wydusiłam przez zaciśnięte zęby. – Nic mi nie jest, naprawdę...

Chłopak najpierw spojrzał na garnek z bulgoczącym sosem i ze zniecierpliwionym westchnieniem wyłączył gaz, a następnie rzucił mi podejrzliwe spojrzenie.

- Poparzyłaś się – stwierdził po chwili oskarżycielskim tonem, brzmiąc tak, jakby chciał udusić łyżkę za jej podły występek.

- To moja wina. Nie powinnam dotykać łyżki przed sprawdzeniem, czy nie jest gorąca. Nic mi nie jest – powtórzyłam, krzywiąc się lekko, gdy zacisnęłam dłoń w pięść, by ukryć ranę.

- Pokaż mi to – poprosił.

- Nie, nic mi nie jest...

- Kim – powiedział surowo. Nagle poczułam się trochę tak jak nieposłuszne dziecko.

- To nic takiego, naprawdę, wszystko w porządku – westchnęłam, kiedy Jared wyciągnął moją rękę spod strumienia wody i delikatnie rozczapierzył palce, po czym gwałtownie wciągnął powietrze do płuc.

- Taka delikatna – mruczał bez przerwy pod nosem, wyciskając na oparzenie zbyt dużo maści aloesowej, a potem je bandażując. Natomiast ja powtarzałam nieustannie: „Nic mi nie jest", aż w końcu chłopak praktycznie zaniósł mnie do swojej furgonetki i usadził na miejscu.

Przez całą drogę do domu Sama obejmował mnie ramieniem i trzymał za rękę, ale palce jego drugiej dłoni niespokojnie uderzały o kierownicę, a on sam ciągle rozglądał się nerwowo dookoła, nie skupiając się na niczym dłużej niż przez kilka sekund.

- Wszystko w porządku? – spytałam ostrożnie.

- Tak, jak najbardziej – zapewnił spiętym głosem.

W ciszy dojechaliśmy na miejsce, w ciszy pokonaliśmy prowadzącą do wejścia ścieżkę i w ciszy przeszliśmy przez korytarz do salonu, gdzie siedzieli Sam, Paul i Emily. W ciemności.

- Jared – odezwał się Sam spokojnym głosem.

- Sam – odparł Jared szorstko. – Paul.

- Ty dupku – syknął Paul, gwałtownie wstając. Co dziwne, patrzył na mnie, a nie na niego. Jakbym ukradła ze świata całe szczęście i przez to on sam czuł się niezadowolony, jakby to była moja wina, że bez przerwy chodził zły...

- Jaki masz do cholery problem? – powiedział natarczywie Jared, chowając mnie za swoimi plecami w obronnym geście.

- A jak myślisz, śmieciu? – żachnął się Paul. Wyraźnie się teraz trząsł, jakby dostał napadu jakiejś choroby. – Ona jest moim problemem.

- Kim zasługuje na to, by dowiedzieć się prawdy – odparł stanowczo Jared, na co Paul warknął. Dosłownie. Warknął.

- Na zewnątrz. – Sam wypowiedział te słowa z lekką nutką złości, chociaż zabrzmiały one jak prezydencki nakaz.

- Co masz na myśli, mówiąc, że ona „zasługuje na to, by dowiedzieć się prawdy"? – krzyknął Paul, otwierając tylne drzwi tak gwałtownie, że wyrwał je z zawiasów i z głośnym hukiem uderzyły one w werandę. Sam i Jared natychmiast za nim pobiegli.

- Kim! – zawołała Emily, gdy poszłam w ich ślady. Paul miał okropny temperament i nie chciałam, by Jared ucierpiał przez coś, co to niby zrobiłam.

Gdy znalazłam się na dworze, dostrzegłam, że Jared i Paul stali tuż przy skraju lasu, głośno na siebie wrzeszcząc. Sam znajdował się pomiędzy chłopakami, trzymając dłonie na ich ramionach i starając się ich uspokoić. Pospiesznie pokonałam schodki i pobiegłam we właściwym kierunku, stąpając bosymi stopami po wilgotnej trawie, bo zapomniałam założyć butów.

- Hej, hej, hej, co się tutaj dzieje? – zażądałam wyjaśnień, starając się naśladować spokojny głos, jakiego mój tata używał przy kłótniach mamy i Cynthii.

- Kim. – Napotkałam spojrzenie Jareda i z przerażeniem cofnęłam się o krok. Zamiast zwykłego wyrazu silnej miłości zobaczyłam w jego oczach zimno, srogość i gniew. Przerażały mnie. On mnie przerażał.

- Tylko na nią spójrz! – krzyknął Paul. – Czy chcemy drugiej Emily? Czy naprawdę jest nam to potrzebne? I tak dzieciaki przemieniają się teraz na prawo i lewo! Nie potrzebujemy dodatkowych problemów!

- Ona nie jest problemem! – ryknął Jared, z powrotem obracając głowę w stronę Paula. Ten rzucił się na niego z pięściami, jednak gdy go uderzył, to już nie poruszał rękami. Tak właściwie to w ogóle nie był człowiekiem. Nie miał pięści. Zamrugałam, bo nagle obraz nieco się rozmazał. A może to Paul się rozmazał...?

Na początku pomyślałam, że to niedźwiedź. To było tak duże, że mogło nim być. Miało zęby jak niedźwiedź. I futro jak niedźwiedź. Zdecydowałam więc, że to niedźwiedź. Do czasu, aż to stworzenie na mnie spojrzało.

Wszystko było w nim niedźwiedzie, z wyjątkiem twarzy... albo raczej pyska. Pyska... z wymalowanym na nim złem.

Potwór. To słowo nawet w myślach brzmiało śmiesznie. Ogromny potwór, który kiedyś zamieszkiwał moją szafę...

Gdy tak stałam, gapiąc się na potężnego wilka, który najprawdopodobniej zjadł całego Paula, nagle... pojawił się drugi wilk. A pomiędzy nimi stał Jared, który właśnie rozpinał swoją koszulę. Nieoczekiwanie z mojego gardła wydobył się dziwny dźwięk podobny do pisku, co przykuło uwagę jego i tych dwóch... rzeczy stojących sobie po środku ogródka.
W mojej głowie pojawiły się dwie różne opcje: walcz lub wiej. Wydawało się, że od podjęcia szybkiej decyzji zależało moje życie. W innych sytuacjach mogłam jeszcze wrzasnąć lub coś uderzyć...

Mój mózg nie okazał się zbyt pomocny, a reszta ciała także odmówiła współpracy. Miałam wrażenie, że właśnie zostałam od niego odłączona. Nie mogłam nic kontrolować, chociaż nadal wszystkiego doświadczałam.

Szeroko otworzyłam usta. Wiedziałam to, bo przez nierówny oddech zaschło mi w gardle, ale i tak nie potrafiłam nabrać wystarczającej ilości powietrza. Moje ramiona dziwnie zwiotczały, ale kolana się zablokowały, więc ciągle stałam chwiejnie na nogach. Chyba lekko się trzęsłam. Albo po prostu to moje oczy szybko się poruszały? Nie byłam pewna...

Z każdą sekundą czułam się lżejsza, jakby ktoś stopniowo wypompowywał mnie z ciała. Przypominało to trochę latanie. Niebolesne, ale jednocześnie nie za bardzo przyjemne... Znowu nie potrafiłam się zdecydować.

Pewna część mojego mózgu zarejestrowała jeszcze zamazaną sylwetkę, która pędziła w moim kierunku, wołając coś, czego nie potrafiłam zrozumieć...

A potem zapanowała ciemność.