Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


Piosenka do tego rozdziału polecana przez autorkę:

Your Call w wykonaniu Secondhand Serenade


ROZDZIAŁ 17

Oczy

Byłam przytomna. Dobrze o tym wiedziałam. Czułam się tak, jakbym bardzo długo spała i dryfowałam jeszcze w nicości zwanej nieświadomością. Po chwili jednak fakt, że się obudziłam, zaczął powoli docierać do mojego ciała, a to z kolei spowodowało pojawienie się ogromnego szoku i niepożądanych wspomnień.

Miałam wrażenie, że do uszu włożono mi watę. Słyszałam jedynie niewyraźne odgłosy, które przypominały rozmowę pomiędzy kilkoma osobami, chociaż bardziej przywodziły na myśl stado bzyczących much. Stopniowo dźwięki stawały się coraz wyraźniejsze i głośniejsze, jakby w moim mózgu ktoś podkręcał odpowiednią gałkę. Docierały do mnie strzępki rozmowy:

- ...może powinniśmy zadzwonić po lekarza...

- ...nie ruszaj jej, może mieć jakiś uraz szyi...

- ...co się z nią stało...

- ...wszystko przez ciebie, dupku...

- ...jeśli wasza dwójka panowałaby nad sobą jeszcze przez dwie sekundy...

- ...to nie czas na kłótnie, chłopcy...

Nie byłam tak do końca pewna, gdzie się znajdowałam. W nozdrza uderzyła mnie gryząca woń trawy, a przez zamknięte powieki przeświecały promienie słońca. Głosy kontynuowały swoją kłótnię i chciałam im powiedzieć, by przestały, ale nie mogłam otworzyć ust.

Pamiętałam, co się stało. Pamiętałam, chociaż wydawało mi się, że oglądałam jakiś film. Czułam się tak, jakby te wspomnienia wcale nie należały do mnie, jakbym wcale nie brała udziału w tych wydarzeniach, ale musiałam bardzo się w nie zaangażować, bo moje ręce się trzęsły, a ból głowy prawie rozsadził mi czaszkę.

Czułam się jak jakiś motyl. Motyl, który przed chwilą latał sobie dookoła, przejmował się własnymi sprawami, być może właśnie wrócił ze wspaniałej uczty z pyłkiem i nektarem lub czymś jeszcze ohydniejszym w roli głównej, ale znienacka spotkał na swojej drodze szybę pędzącego samochodu.

Spróbowałam zlokalizować powieki, żeby je podnieść i mimowolnie jęknęłam, bo ból głowy stał się jeszcze bardziej nieznośny.

Nagle zapanowała martwa cisza.

- Kim? – Poczułam na twarzy ciepły, słodki oddech Jareda, a jego głos przepełniało zmartwienie. Zamrugałam i gwałtownie wciągnęłam powietrze do płuc, zaskoczona jego bliskością. – Kim. – Tym razem moje imię było westchnieniem ulgi.

Wróciłam myślami do momentu, w którym wybiegłam z domu i trzech mężczyzn rzuciło mi przerażające spojrzenia. Tym razem oczy Jareda nie sprawiały już wrażenia złowrogich. Na powrót stały się czekoladowe i pełne ciepła. Chociaż to i tak nie mogło zmienić tego, co zobaczyłam wcześniej...

Z okrzykiem przerażania gwałtownie odskoczyłam do tyłu, na co wyraźnie zaskoczony chłopak również się wzdrygnął. Na jego twarz wstąpił wyraz ogromnego szoku.

Znalazłam się na nogach, zanim świadomie zdążyłam podjąć decyzję o wykonaniu ruchu. Z powodu zawrotów głowy podwórko zawirowało mi przed oczami, a moje nogi nagle stały się jak z galarety. Po chwili dostrzegłam Sama, Emily i Paula, którzy stali w pobliżu, spoglądając na mnie ze zdziwieniem. Za wyjątkiem Sama, który ostrożnie patrzył w moją stronę, jakby coś oceniał. Stał nieruchomo, ani na sekundę nie przerywając pomiędzy nami kontaktu wzrokowego.

- Kim, musisz się uspokoić – powiedział w końcu zadziwiająco łagodnym tonem. – Jak się czujesz?

- Nic mi nie jest – wychrypiałam przez suche gardło. Przełykanie nie pomogło, tylko sprawiło, że mocno zakasłałam. Mężczyzna zaczął rozważnie i powoli ku mnie iść.

- Może wrócimy do środka i porozmawiamy? – zaproponował, kładąc mi dłoń na ramieniu. Nieoczekiwanie rozległ się donośny odgłos i pomiędzy Samem a mną pojawił się Jared. Jedną ręką napierał na klatkę piersiową mężczyzny, odpychając go, a drugą umiejscowił w dolnej części moich pleców.

- Nie dotykaj jej – warknął gniewnie.

- Jared! – odparł ze zirytowaniem Sam. ale nie patrzył na niego, tylko na mnie. Jared zdawał się nie zauważać tego, co robił, dopóki nie wyrwałam się z jego uścisku. Odruchowo wyciągnął ramię, szukając mnie na ślepo i odwrócił się.

- Nie, nie, nie, nie, nie, nie... – mówiłam ciągle, jakbym była zepsutą płytą. Nieświadomie zaczęłam iść do tyłu chwiejnym krokiem, przez co parę razy nieomal się przewróciłam. Nie wiedziałam, że weszłam do lasu do czasu, aż uderzyłam głową w chropowatą korę jednego z drzew.

W pewnym momencie odwróciłam się i pobiegłam prosto w mroczny gąszcz, ignorując dochodzące zza mnie okrzyki i ból w gołych – opuszczając dom, zapomniałam założyć butów – stopach, kiedy wbijały się w nie gałązki i kamienie. Nie byłam pewna, ile czasu gnałam co sił w nogach, ale gdy się zatrzymałam, już prawie ściemniało i z wyczerpania nie mogłam złapać oddechu. Nigdy nie zaliczałam się od wyjątkowo sprawnych fizycznie osób.

Po chwili opadłam na stosik sosnowych igieł, cała drżąc, podciągnęłam kolana pod brodę i oplotłam je rękami. W mojej głowie ciągle panował kompletny chaos. Wcześniejsze sceny migały mi przez oczami, jakby ktoś przewijał je w odtwarzaczu video: do przodu, do tyłu, potem znowu do przodu, tyle że szybciej, a następnie ponownie do tyłu, ale wolniej.

Nadal nie potrafiłam znaleźć żadnej logiki w tym, co się stało. W tym, jak zareagowałam, również, więc może świat po prostu postanowił mi zaserwować dzisiaj niecodzienną porcję absurdu.

Nie zdawałam sobie sprawy, że zasnęłam, dopóki nie obudziło mnie dziwne uczucie i jeszcze dziwniejszy hałas. Uczuciem było niemożliwe gorąco, jakbym spędziła cały dzień na słońcu, zanim parząca kula z powrotem schowała sie za horyzontem, natomiast hałasem – odgłosy donośnego stukotu, jakby ktoś pocierał kamień o tarkę do sera.

Rozpoznanie źródła tych niecodziennych efektów dźwiękowych nie zajęło mi zbyt wiele czasu.

Jared.

Był niemalże dosłownie owinięty wokół mnie, z rękami przytrzymującymi moje ciało przy jego torsie i z nogami położonymi pod moimi. Głośno chrapał mi prosto w ucho.

Wydałam z siebie przytłumiony okrzyk strachu i spróbowałam się od niego uwolnić. Obudził się i podskoczył jak oparzony, instynktownie przytulając mnie jeszcze mocniej. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia, które wywołało mój strach. Nie dostrzegł, że chciałam, by mnie puścił, dopóki nie zerknął w dół.

Natychmiast rozluźnił uścisk i odsunął ręce, po czym położył mi dłoń na ramieniu, żebym nie wstawała i sam się podniósł. Wykonał parę kroków i usiadł pod rosnącym naprzeciwko drzewem.

- Już dobrze – westchnął. – Zostanę tutaj tak długo, jak zechcesz.

- Dzięki – powiedziałam zachrypniętym głosem. Przez następne kilka minut panowała niezręczna cisza. Cały czas się trzęsłam, lecz teraz nie tylko z przerażenia, ale też z zimna – zaczęło mżyć. Kilkakrotnie zauważyłam, że Jared wyciągał ręce w moim kierunku i chciał do mnie podejść, ale za każdym razem zastygał w bezruchu, wyglądając na bledszego niż wcześniej.

- Kim – odezwał się w końcu – musimy porozmawiać.

- Nie – odpowiedziałam z paniką. – Wcale nie musimy.

- Kim, nie możesz tak tego zostawić – odparł. – Ignorowanie nic nie pomoże. To nie odejdzie.

Pokręciłam głową na znak, że się z nim nie zgadzam.

- Spójrz, wiem, że jesteś dobra w spychaniu na bok złych rzeczy, aby nie musieć się z nimi zmierzać, ale w tym przypadku nie możesz tak postąpić.

Moje oczy gwałtownie się powiększyły i popatrzyłam na niego ze złością.

- Kto ci to powiedział?

- Twoja mama – przyznał z lekkim zawstydzeniem. Znowu pokręciłam głową, unikając jego spojrzenia. Przez długi czas nikt nic nie mówił. Czułam na sobie jego wzrok, ale udało mi się na niego nie zerknąć.

- Kim, muszę ci wyjaśnić... muszę ci wyjaśnić, co się stało, co zobaczyłaś... – Gdy nadal milczałam, kontynuował: - My, to znaczy Quileuci, mamy duży sekret, o którym nie wie większość członków plemienia. Widzisz, niektórzy, na przykład ja, Paul i Sam... no cóż, możemy w pewien sposób... – przerwał i odetchnął głęboko, wypuszczając z płuc całą ich zawartość, a następnie potarł twarz dłońmi, mrucząc niewyraźnie pod nosem:

- Nie chciałem, byś dowiedziała się o tym w taki sposób. Nie chciałem cię przestraszyć. To po prostu... Nie chciałem, żebyś się bała.

Zamrugałam parę razy, starając się wydobyć z tych wszystkich bezsensownych słów to, co tak naprawdę starał się mi powiedzieć.

- Nie rozumiem – odezwałam się głupio.

- Wiem – odparł szorstko, przeczesując palcami swoje krótkie, czarne włosy. – Dobra, wyłożę teraz karty na stół i pozwolę potoczyć się kościom tam, gdzie będą chciały – dodał nagle. Zabrzmiało to tak, jakby mówił bardziej do siebie niż do mnie. Kiedy popatrzyłam na niego, nawet nie rzucił okiem w moją stronę. Spoglądał w górę, na sufit utworzony z koron drzew i ciemne niebo, które prześwitywało pomiędzy gałęziami. Zaczęłam się zastanawiać, do kogo tak właściwie mówił.

- Kim. Ja, Paul i Sam. Mamy coś w naszej krwi. Coś, co było w niej już od czasu, kiedy nasi prapradziadkowie jedynie podejrzewali występowanie tego u ich pradziadków. – Zamilknął i wziął długi, głęboki oddech. – I to... ten zmutowany chromosom, czy jak tam sobie to nazwiesz, zmienia nas, kiedy osiągniemy odpowiedni wiek. Widzisz, gdy to się zaczyna, jednego dnia czujesz się dobrze, następnego już nie. Stopniowo ci się pogarsza, jakbyś zachorował na grypę. A kolejną rzeczą, jakiej się dowiadujesz, jest to, że... Budzisz się pewnego dnia... i nie jesteś już dłużej człowiekiem. – Pokręcił głową, jakby dobrał nieodpowiednie słowa. – To znaczy, jesteś człowiekiem, wewnętrznie. Ale zewnętrznie... no cóż... jesteś wilkiem.

Podczas gdy wypowiadał ostatnie słowa, chciałam przełknąć ślinę i się nią zachłysnęłam.

- Słucham? – wykrztusiłam, gapiąc się na niego z szeroko otwartymi ustami.

- Ten zmutowany chromosom, Kim – przypomniał. – On sprawia, że czasem zmieniam się w wilka. Kiedy jestem zdenerwowany, smutny... – Przerwał. – I kiedy indziej też. Właśnie to zobaczyłaś – Sam i Paul przybrali swoje wilcze formy.

- Nie bądź głupi, Jared – powiedziałam monotonnym głosem. – Nie ma czegoś takiego jak ludzie zmieniający się w wilka.

- Kim, widziałaś to – nalegał, wyglądając tak, jakby nie wierzył, że mu nie wierzyłam. Ja natomiast nie mogłam uwierzyć, że on wierzył sam sobie.

- Nieprawda – zaprzeczyłam, kręcąc głową. – Nie widziałam.

- Nie wierzysz mi? – spytał jednocześnie zranionym i wyzywającym tonem. Ponownie pokręciłam głową, bo moje wargi za bardzo się trzęsły, bym potrafiła coś powiedzieć.

- W takim razie nie pozostawiasz mi wyboru – stwierdził, wstając i wycierając ręce o szorty. Szczęka mi opadła, gdy rozpiął i rzucił na bok swoją koszulę oraz odłożył buty, a moja dłoń powędrowała do oczu, gdy zaczął zdejmować spodnie.

- Jared! – pisnęłam. – Co ty wyprawiasz?

- Pokazuję ci prawdę – odparł oczywistym tonem.

Ostrożnie podniosłam powieki, nadal trzymając rękę w ten sposób, że zakrywała sylwetkę Jareda od pasa w dół, ale i tak zarumieniłam się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

- Spójrz mi w oczy – rozkazał. Spełniłam polecenie, natychmiast zatapiając się w ich bezkresnej głębi. – I nie przestawaj – dodał szeptem. Posłusznie skinęłam głową.

Po chwili zaczął się trząść, najpierw trochę, potem coraz mocniej i mocniej, aż do czasu, gdy kontury jego postaci się rozmazały i musiałam zmrużyć oczy, by nadal być skupioną na jego twarzy.

W końcu, dokładnie na moich oczach, niemożliwe stało się rzeczywistością. Jared dosłownie eksplodował – skórę zastąpiło futro, ciało wydłużyło się z trzaskiem. Nasz wzrokowy kontakt został przerwany, gdy z jego dwóch nóg zrobiły się cztery łapy, a twarz zamieniła się w psi pysk.

Z przerażaniem cofnęłam się o krok i oparłam o drzewo, ale, chcąc dotrzymać swojej obietnicy, szybko odnalazłam jego oczy. Znajdowały się teraz znacznie wyżej, były znacznie większe i, jeśli w ogóle to możliwe, o wiele głębsze.

Jednak nadal były to te same oczy.

- O... mój... Boże... – wydyszałam. – Jared... ty jesteś... wilkiem – stwierdziłam oczywistość, na co zwierzę parsknęło przerywanym śmiechem, wyszczerzając kły i niemalże w komiczny sposób wysunęło język. Mogłabym się nawet zaśmiać, gdyby nie jego... potężna postura. Wilk zrobił kilka sprężystych kroków w moją stronę, ale kiedy odskoczyłam do tyłu, od razu się zatrzymał. Prawda, wierzyłam mu, ale to wcale nie czyniło go mniej przerażającym. Cofnął się i ponownie spojrzał mi w oczy. Dostrzegłam w nich tyle emocji, że w myślach prawie usłyszałam, jak każe mi się uspokoić.

Obserwowałam, jak znieruchomiał, a potem szybko... przetransformował się w ludzkiego Jareda, tego, którego znałam i kochałam. Ciągle utrzymywaliśmy wzrokowy kontakt, nawet wtedy, kiedy wkładał szorty. Nie zawracał sobie głowy koszulą ani butami, tylko natychmiast ruszył w moją stronę z poważnym wyrazem twarzy.

- Teraz mi wierzysz? – spytał ze śmiechem. Byłam w stanie jedynie pokiwać słabo głową. Zajął miejsce obok i raptownie zamarł, jakby zdał sobie sprawę ze swojego błędu. – Mogę tutaj usiąść? – spytał. Znowu skinęłam głową. – Błagam, powiedz coś – poprosił, pochylając się w mojej stronę.

- Co chciałbyś, żebym ci powiedziała?

- Że nie uciekniesz ode mnie. – Nie spodziewałam się po nim takim bezpośredniości.

- Nie ucieknę od ciebie – odparłam. – A przynajmniej nie wtedy, kiedy jesteś w takiej postaci – uściśliłam, wskazując na niego ręką.

- Jakoś to przeżyję – odpowiedział, rysując palcem koła na moim odsłoniętym kolanie. Po raz kolejny zapanowała cisza, ale tym razem nie była już niezręczna.

- Nie chcesz się dowiedzieć, dlaczego ci powiedziałem? – spytał nagle, patrząc na mnie pytająco.

Wzruszyłam ramionami.

- Chyba ja nie jestem wilkiem, prawda? – zażartowałam. Adrenalina sprawiła, że czułam się trochę oszołomiona. Śmiertelnie poważne spojrzenie Jareda kompletnie zbiło mnie z tropu. Zszokowana szeroko otworzyłam oczy.

- Nie – odpowiedział, uśmiechając się szeroko. – Tylko żartowałem. – Uderzyłam go w ramię, ale moja pięść napotkała coś, co przypominało raczej stal niż normalną skórę.

- Dobra, to w takim razie dlaczego? – zachęciłam go.

Jared znienacka złapał mnie za dłoń i spojrzał prosto w oczy.

- To ma dużo wspólnego z całą tą... wilczą sprawą – wyjaśnił. – Nazywa się to wpojeniem. Jest ono jednocześnie skomplikowanie... i nieskomplikowanie.

- To w ogóle nie jest zagmatwane – wtrąciłam sarkastycznie, na co chłopak uniósł brwi. – Przepraszam, kontynuuj – zreflektowałam się. Wziął kolejny głęboki oddech. Pomyślałam, że jeśli nadal miał zamiar to robić, to niedługo zacznie się hiperwentylować.

- No cóż, wpojenie... polega na tym, że znajdujemy dla siebie idealną partnerkę. Drugą połowę, jeżeli wolisz takie określenie. Przez to, że musimy nieustannie pracować w... sforze, wpojenie wszystko ułatwia. Nie trzeba przeszukiwać całego świata w poszukiwaniu właściwej osoby. Wiemy, gdy ją znajdziemy.

- Wow – mruknęłam, zerkając na nasze złączone dłonie. – To musi być dosyć głęboka więź.

- O tak, bardzo głęboka. – Gdy podniosłam wzrok, zobaczyłam, że chłopak patrzył na mnie w taki sposób, przez który zawsze dostawałam zawrotów głowy, a w moim brzuchu wszystko przewracało się do góry nogami. Jakby był zarazem głodny, zdesperowany i zadowolony.

- Co to znaczy? – zapytałam, przełykając ślinę i mając problemy z oddychaniem. – W języku normalnych ludzi – uściśliłam. Następne wyjaśnienia z wykorzystaniem wilczego toku myślenia wcale nie pomogłyby mi niczego zrozumieć.

Jared uśmiechnął się i delikatnie potarł kciukiem moją dolną wargę.

- To znaczy... – Pochylił się do przodu, łącząc nasze usta i kładąc swoje gorące ręce w miejscu, gdzie kończyła się moja koszulka. Gdy ponownie się odezwał, nasze wargi poruszały się w synchronizacji: - Że cię kocham.

Po tych słowach odsunął się, czekając na to, jak zareaguję. Zarumieniłam się gorączkowo i popatrzyłam na ziemię. Jared złapał mój podbródek, zmuszając mnie, bym na niego spojrzała.

- Nic nie musisz mówić – zapewnił szybko, prawdopodobnie myląc moje zażenowanie z niezdecydowaniem. – To poważna sprawa, wiem. Zaczekam, aż będziesz gotowa.

- Jared – westchnęłam, biorąc jego twarz w dłonie. Pociągnęłam go do dołu, by nasze usta zetknęły się ponownie na krótki moment, po czym zerknęłam na niego nieśmiało przez rzęsy.

- Tak? – odparł, rysując palcami koła na moich plecach.

- Ja też cię kocham.