Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Piosenka do tego rozdziału polecana przez autorkę:
In Too Far w wykonaniu Acceptance
ROZDZIAŁ 18
Książę wilków, władca much
Powtarzając za panem Petą, chłopcy z La Push „padali jak muchy".
Powtarzając za Jaredem, oni po prostu zmieniali się w... no cóż... wilki.
Coraz więcej nastolatków na kilka tygodni znikało ze szkoły, po czym wracali do niej znacznie zmienieni. Większość nauczycieli oraz administratorzy początkowo byli tym zaniepokojeni, ale wkrótce uznali ten fenomen za całkowicie normalne zjawisko. Nawet pan Peta, sławetny twórca teorii spiskowej, w końcu – z około miesięcznym opóźnieniem – dał sobie spokój z próbami odkrycia powodu, dla którego męska część uczniów na jakiś czas opuszczała lekcje.
Sam powiedział, że członkowie starszyzny rozmawiali z dyrektorem, ten z kolei rozmawiał z administratorami, którzy potem rozmawiali z nauczycielami i chyba ze wszystkim innymi. Zaczęłam podejrzewać, że Rada Plemienia miała o wiele większy wpływ na nasze życie niż przypuszczaliśmy. Jared starał się wytłumaczyć mi to tym, że tylko oni – poza sforą – wiedzieli o zaistniałej sytuacji, więc w ten sposób choć trochę usiłowali ułatwić im życie.
Myślałam, że po prostu lubili być w centrum uwagi, a przy okazji wypełniali swoją powinność, ale kiedy w każdym tygodniu do sfory dołączał nowy chłopak, zrozumiałam, co tak naprawdę robili – zapobiegali powszechnemu chaosowi.
Zaraz po Jaredzie przemienił się Embry Call, który mieszkał zaledwie trzy domy ode mnie i miał uroczego szczeniaka rasy labrador o imieniu Miles. Potem przyszła kolej na Jacoba Blacka, wiecznie roześmianego, beztroskiego chłopaka, z którym chodziłam na lekcje chemii. Następnie zmienił się Quil Ateara, który, według mnie, odznaczał się spośród wszystkich najlepszym poczuciem humoru.
Nie mogłam przebywać w mieszkaniu Sama, jeśli Jared nie znajdował się – i to dosłownie – tuż przy moim boku. Nie to, żebym na niego narzekała, ale w związku z takim zachowaniem pojawiały się drobne problemy, gdy chciałam pójść do łazienki. Najwyraźniej przebywanie wśród bandy chwiejnych emocjonalnie, nastoletnich wilkołaków mogło zaszkodzić mojemu zdrowiu. Dotychczas nie wykupiliśmy jeszcze żadnego ubezpieczenia, ale prawdopodobnie mieliśmy zacząć to rozważać w niedalekiej przyszłości.
A skoro mowa już o niestałości męskiego gatunku, to podczas ostatnich miesięcy miałam nieszczęście być świadkiem spontanicznych przemian. I z dumą mogłam powiedzieć, że zemdlałam tylko dwa razy, nie licząc sytuacji, które wydarzyły się najwcześniej. W pozostałych przypadkach jedynie uginały się pode mną kolana i ktoś zanosił mnie do pokoju, gdzie kładłam się, by odzyskać równowagę. Jednak z upływem czasu coraz łatwiej utrzymać mi się na nogach, chociaż widok najlepszego przyjaciela twojego chłopaka, znienacka eksplodującego w potężnego wilka to niekiedy dla każdej dziewczyny zbyt ciężki orzech do zgryzienia.
Niektórzy pewnie uznaliby mnie za wariatkę, gdyby dowiedzieli się, że z własnej woli przebywałam w towarzystwie legendarnych kreatur albo przynajmniej powiązanych z nimi chłopaków. Wcale niczemu nie przeczę. Pewnie zdałabym też potwierdzający to test z wykorzystaniem kolorów, nawet jeśli ktoś przewiązałby mi oczy opaską.
Ale sfora, podobnie jak i ja, stanowiła pewną część Jareda, więc gdyby za karę za przebywanie z nimi zabrano mi życiodajne światło, to i tak nie przestałabym tego robić. Musiałam to robić. Dla Jareda. Zawsze dla niego.
- Kim? – zatroskany głos Jareda wyrwał mnie z zadumy. Zamrugałam parę razy i rozejrzałam się w poszukiwaniu jego twarzy. Siedział na przeciwnym końcu kanapy, z moimi stopami na swoich kolanach.
- Hę? – spytałam. Mówił coś do mnie? Byłam zbyt zaabsorbowana własnymi myślami, by to zauważyć.
- Pytałem, czy wszystko w porządku – powtórzył, przez sekundę wyglądając na nieco bardziej niż strapionego. Dłuższą chwilę zajęło mi zastanawianie się nad tym, dlaczego tak się zachowywał, aż w końcu wszystko sobie przypomniałam. Na podwórku za domem miał miejsce nieprzyjemny incydent z Paulem i Embrym w rolach głównych, którzy o coś tam się pokłócili. Bójka na pięści dość szybko przeistoczyła w psią walkę. Nie zemdlałam, ale obrazek dwóch wilków z obnażonymi zębami, warczących na siebie przeraźliwie w tumanie kurzu prawie przyprawił mnie o zawał serca.
- O, tak, nic mi nie jest – zapewniłam. – A dlaczego pytasz?
- Wyglądasz tak, jakbyś za chwilę miała zwymiotować – wyjaśnił bez ogródek, przyglądając mi się uważnie. Zmarszczyłam nos.
- Piękne dzięki – odparłam z sarkazmem. Z twarzy Jareda stopniowo znikały zmarszczki zmartwienia, gdy zdawał sobie sprawę z tego, co tak właściwie powiedział. Już chyba miał zacząć przepraszać – a zrobiłby to na pewno bardzo wylewnie – kiedy przez tylne drzwi do środka wpadło kilku chłopaków. Jacob wesoło uderzył Quila, śmiejąc sie donośnie z jakiegoś żartu, który właśnie powiedział. Ten drugi nieoczekiwanie potknął się o coś i wpadł na kanapę, prawie mnie zgniatając. Jared podniósł się i wskoczył pomiędzy nas w mniej niż sekundę.
- Uważaj – warknął.
- Hej, stary, rozchmurz się – zaśmiał się Quil, z udawaną czułością kładąc mu dłoń na ramieniu. Jared wywrócił oczami, nie potrafiąc długo gniewać się na swojego głupkowatego przyjaciela. – Kimmy wcale nie jest taka delikatna, na jaką wygląda, prawda, Kimmy?
- Nie nazywaj mnie tak – odpowiedziałam znużonym głosem, kładąc sobie rękę na twarzy. – Nie tak mam na imię.
- Kimmy – naigrywał się, opadając na fotel stojący w pobliżu sofy.
- Muchołap – odgryzłam się wesoło, uśmiechając się do samej siebie. W pokoju rozległy się głośne okrzyki „Uuu!" oraz gwizdy. Oczami wyobraźni zobaczyłam zdegustowany wyraz twarzy Quila, bo nie mógł inaczej zareagować na wspomnienie tego incydentu.
Pewnego dnia, parę tygodni temu, Jared przyszedł do mnie po swoim patrolu i kiedy ledwo przekroczył próg drzwi, od razu wybuchnął niekontrolowanym śmiechem. Okazało się, że biegał po lesie z Quilem i Jacobem. Quil trochę ich wyprzedził, nie zwracając na nic uwagi, a gdy odwrócił się, by zobaczyć, co z nimi, olbrzymia mucha wpadła mu prosto do ust. Według Jareda próby wyplucia owada zajęły mu „cholernie" dużą ilość czasu, a w końcu skończyło się na tym, że musiał tego insekta połknąć.
- Nie mogę uwierzyć, że jej o tym powiedziałeś. Zdrajca – wymamrotał Quil, przenosząc wzrok na Jareda, który z powodu śmiechu miał olbrzymie problemy z ustaniem na nogach.
- Nie powinieneś z nią zadzierać – wykrztusił, łapiąc się za bok. – Jest niebezpieczna, kiedy się zezłości.
- Chyba lubię ją o stokroć bardziej, kiedy jest cały czas nieśmiała i ciągle mdleje – mruknął Quil pośród ryków śmiechu.
Nagle Sam pojawił się w pokoju, zapewne po to, by przeprowadzić dochodzenie w sprawie źródła hałasu. Za nim przyszła Emily, trzymając go za rękę. Była lekko zarumieniona i rozczochrana. Miałam dziwne przeczucie, że ona i Sam robili w kuchni coś więcej niż tylko pieczenie muffinek.
- Co się tutaj dzieje? – spytał Sam, spoglądając na każdego po kolei.
- Kim się na mnie wyżywa – poskarżył się Quil, na co mężczyzna uniósł brwi i popatrzył na mnie oceniająco. Wzdrygnęłam się wewnętrznie w reakcji na to spojrzenie. Nic nie mogłam na to poradzić. Sam miał w sobie coś takiego, co powodowało, że w jego towarzystwie nigdy nie czułam się w pełni swobodnie. Nie wiedziałam, czy były to tylko moje uprzedzenia czy fakt, że – jak powiedział mi Jared – pełnił funkcję alfy i chcąc, nie chcąc, zawsze nad wszystkim panował.
- To dobrze – oznajmił z nutką humoru w swoim kamiennym głosie, z powrotem przenosząc wzrok na Quila. – Od czasu do czasu ktoś musi mnie w tym wyręczyć.
Jared przesunął się w moją stronę, a w jego oczach pojawił się błysk zawiści. Wywróciłam oczami w reakcji na tę jego chroniczną zazdrość.
- Sam się tym zajmij – warknął, obejmując mnie w talii i przenosząc na swoje kolana.
- A skoro o tym już mowa – odezwała się Emily ciągle stojąca przy Samie – spytaliście już rodziców Kim, czy może iść na ognisko?
„A skoro o tym już mowa"? Co zazdrość Jareda i dziwne insynuacje Sama miały wspólnego z moimi ekstremalnie opiekuńczymi rodzicami? Wydedukowałam, że nic. Najwidoczniej Emily nie była mistrzynią dowcipnych dygresji.
- Ognisko? – powtórzyłam, odwracając głowę w stronę Jareda i starając się przybrać oszołomiony wyraz twarzy.
- Ups... – odparł, patrząc mi prosto w oczy z poczuciem winy.
- Jared! – skarciła go Emily. – Masz pamięć jak mucha.
Quil poruszył się niespokojnie w swoim fotelu.
- Czy moglibyśmy nie rozmawiać o muchach? – poprosił, brzmiąc na bardzo obrzydzonego.
Jared podniósł mnie i wyszliśmy na korytarz, podczas gdy pozostali w pokoju dostali kolejnego napadu wesołości w związku z przygodą biednego Quila. Niemalże poczułam się winna, że wyciągnęłam tę sprawę na światło dzienne. Niemalże, bo nienawidziłam zdrobnienia Kimmy bardziej niż czegokolwiek innego, a to spowodowało, że od razu pozbyłam się jakichkolwiek wyrzutów sumienia.
- Gdzie idziemy? – spytałam, gdy Jared podał mi moją kurtkę. Założyłam na siebie dość ciężki materiał i poprawiłam kaptur.
- Zapytać twoich rodziców o ognisko – wyjaśnił, obejmując mnie w talii, gdy wyszliśmy na zewnątrz.
- Nie zamierzasz najpierw zapytać mnie? – odparłam z lekkim zdenerwowaniem, bo nadal nie wiedziałam, o co chodziło z tym całym ogniskiem, o którym wszyscy mówili.
- Nie – zaprzeczył z szerokim uśmiechem, otwierając mi drzwi. Odwróciłam się, by spojrzeć na niego pytająco, ale pochylił się i szybko pocałował mnie w ustach. – I tak nie masz wyboru.
- A czy kiedykolwiek go mam? – mruknęłam, wspinając się do furgonetki, którą Jared dzielił z Quilem. Byłam nieskończenie wdzięczna Jacobowi, że wreszcie zakończył pracę nad tym samochodem, który składał już od kilku lat, bo to oznaczało, że to auto użytkowały tylko dwie osoby, a nie trzy, jak jeszcze do niedawna.
- Zawsze masz wybór, Kim – powiedział Jared, raptownie poważniejąc. Siedział teraz za kierownicą i wpatrywał się we mnie intensywnie. Jęknęłam i zapięłam pasy, po czym obróciłam się, by na niego spojrzeć. Objęłam jego twarz obiema dłońmi, by upewnić się, że patrzył mi prosto w oczy.
- Wybrałam ciebie, głuptasie – westchnęłam, po części zmartwiona, że zaczynałam sypać takimi frazesami. – Zawsze wybiorę ciebie.
Uśmiechnął się tak szeroko, że pomyślałam, iż jego twarz zaraz po prostu się złamie. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował delikatnie w usta, zwlekając z oddaleniem się trochę dłużej, niż zrobiłby to, gdybyśmy byli w towarzystwie innych.
W końcu powoli się od niego odsunęłam z rumieńcem na twarzy i ciężko oddychając. Przez parę sekund patrzył na mnie z uśmiechem szaleńca, przesuwając swój rozpalony kciuk wzdłuż mojego obojczyka.
Wywróciłam oczami i postukałam palcami w szybę.
- Dobra, panie wilku – zażartowałam. – Po prostu już jedźmy.
