Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Piosenka do tego rozdziału polecana przez autorkę:
Love Remains the Same w wykonaniu Gavina Rossdale'a
ROZDZIAŁ 19
Królewska gra, w której każda osoba pilnuje własnego nosa
- Nie wiem, czemu miałabym teraz nawet stwarzać pozory, że boję się swoich rodziców. Przecież są tacy łatwowierni i łatwo ich do wszystkiego przekonać – stwierdziłam, kiedy wsiedliśmy z Jaredem do jego samochodu, po czym przylepiłam do twarzy tandetny uśmiech i zamachałam dłonią do mamy, która stała w oknie, skąd radośnie trzepotała do nas palcami. Właśnie zostaliśmy pożegnani przez moich podekscytowanych rodziców, którzy wydawali się cieszyć tym ogniskiem bardziej niż ja.
- Nie są łatwowierni – odparł Jared, ale nie potrafił powstrzymać ironicznego uśmieszku. – Po prostu mnie lubią.
- Odniosłam wrażenie, że praktycznie wypchnęli nas za drzwi – kontynuowałam. – Wyraźnie bardzo chcą, abym spotykała się z moim wyjątkowo wylewnym przy okazywaniu uczuć chłopakiem i jego niestabilnymi fizycznie kolegami.
- Wcale nie jestem wylewny – zaprzeczył, przyciągając mnie do siebie bliżej i tym samym udowadniając nieszczerość tych słów. Silnik auta głośno ryknął, gdy chłopak przekręcił kluczyk i pospiesznie opuściliśmy podjazd przed moim domem. – Ale czego innego się spodziewałaś? W końcu ich córka spotyka się z członkiem plemiennej rodziny królewskiej.
Odsunęłam się i popatrzyłam na niego z szeroko otwartymi ustami.
- Co?
Samochód zatrzymał się na środku drogi, gdy zaskoczony Jared przypadkiem nacisnął stopą hamulec. Wyraz jego twarzy wskazywał na to, że nie chciał wypowiedzieć ostatniego zdania na głos. A przynajmniej nie takimi słowami. Zaczął się tłumaczyć. Szybko.
- Ja tylko... Uch... Miałem na myśli... że nie nie lubią mnie dlatego, że jestem mną. I nie nie chcą dla ciebie jak najlepiej... ale... Uch...
- Co rozumiesz poprzez wyrażenie „plemienna rodzina królewska"? – powtórzyłam.
- Nic. Wiesz, to po prostu... przejęzyczenie.
- Freudowskie przejęzyczenie? – uściśliłam, zakładając ramiona na piersi.
- Że jakie? – spytał, wyglądając na kompletnie zmieszanego. Pokręciłam głową, zupełnie niezaskoczona. W naszej szkole nie uczyli psychologii. Tylko ja podczas wakacji zrobiłam internetowy kurs.
- Nieważne – westchnęłam. – Ale powiedziałeś „rodzina królewska". Jak królowe i królowie.
- Nie chodziło mi o prawdziwych królów – zaczął powoli Jared, ostrożnie dobierając każde słowo. – Ale mam całkiem wysoką pozycję w plemieniu. Wiesz, z powodu tego całego przemieniania się wilka.
Szybko przeskoczyłam na drugie siedzenie w szoferce i zapięłam pasy, rozważając tę nową informację.
- Kim? – powiedział niepewnie Jared, łapiąc jedną z moich dłoni. – Przepraszam. Nie powinienem nic mówić.
- To dlatego moi rodzice tak bardzo cię lubią – oznajmiłam. Nagle wszystkie elementy układanki ułożyły się w całość. – Nie cieszą się dlatego, że wreszcie znalazłam kogoś, kogo kocham. Chodzi o politykę. Lubią cię, bo jesteś ważny. Bo tak powiedziała im Rada.
- Nie, nie, Kim, to w ogóle nie tak – zapewnił gorąco. – Są szczęśliwi, bo ty jesteś szczęśliwa. Nie ma znaczenia, czy Rada by im coś powiedziała czy nie. I tak byliśmy razem. Jesteśmy swoim przeznaczeniem.
- To kłamstwo i dobrze o tym wiesz – powiedziałam szorstko i ze złością popatrzyłam na okno.
W furgonetce panowała absolutna cisza, kiedy Jared ponownie odpalił silnik i z powrotem ruszyliśmy w stronę domu Sama. Bez słowa siedziałam na swoim miejscu, ale w duchu się gotowałam. Nie mogłam uwierzyć, że moi rodzice byli tacy płytcy. Od zawsze wiedziałam, że bardzo troszczyli się o przyziemne sprawy – przecież Cynthia musiała to po kimś odziedziczyć – ale nie spodziewałam się, że społeczną pozycję stawiają wyżej od mojego szczęścia i pomyślności.
Kątem oka dostrzegłam, że Jared patrzył to na mnie, to na drogę, na mnie, na drogę, ja i droga, ja i droga... Nagle poczułam się okropnie, że tak go potraktowałam. Przecież nie zrobił nic złego. To nie jego wina, że moi rodzice okazali się ludźmi, którzy w swojej wspinaczce po drabinie sukcesu zdeptają nawet własne dziecko, by dostać się na szczyt. Nie miałam powodu, aby się na niego złościć.
- Więc jesteś kimś w rodzaju króla? – spytałam przepraszającym tonem, nadal nie patrząc w jego stronę. Pospiesznie spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem ulgi na ustach.
- Nie tak do końca. Sam będzie królem, dopóki pełni funkcje Alfy. Ja jestem pewnego rodzaju księciem... a tak właściwie jednym z wielu książąt.
- To w takim razie kim ja jestem? – zapytałam ostrożnie, niemalże bojąc się odpowiedzi.
- Księżniczką dworu? – odparł ze śmiechem.
- Nie ma czegoś takiego – zachichotałam – jak księżniczka dworu. A nawet jeśli by było, to nie chciałabym nią być.
- Dlaczego nie? – spytał, brzmiąc na zranionego moją wypowiedzią. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że mnie nie zrozumiał.
- Jared, dama dworu była po prostu służącą i pokojówką księżniczki albo królowej, albo kogoś tam jeszcze. A ja nie chcę być pokojówką.
- Ale księżniczką chcesz być? – naciskał z nadzieją.
- Może – odparłam żartobliwie.
- Ale tylko wtedy, gdy ja będę księciem, tak?
- Jared! – zaprotestowałam. – Musisz dowiedzieć się więcej o powiązaniach w rodzinie królewskiej, jeśli chcesz używać takich metafor. Gdybyś był w tej bajce księciem, to ja byłabym twoją siostrą!
- Och! – zawołał głośno. – W takim razie nieważne. Zapomnijmy o tym. – Zaparkował samochód przed domem Sama, a żwir pod oponami zagruchotał hałaśliwie.
- W porządku – zgodziłam się, obejmując jego dłoń obiema swoimi. – To o czym my to mówiliśmy?
Aby dostać się na plażę, wszyscy zapakowaliśmy się do furgonetki Jareda i Quila. I mówiąc „wszyscy", mam na myśli wszystkich – Sama, Emily, Paula, Embry'ego, Quila, Jareda, mnie i dwie nowe twarze w naszych szeregach, Setha i Leę Clearwaterów – przez co było naprawdę ciasno. Och, no i nie jechał z nami jedynie Jacob Black. Jared powiedział, że chciał zabrać jeszcze przyjaciela (niemal zakrztusił się przy wypowiadaniu słowa „przyjaciel", co spowodowało, że zaczęłam podejrzewać, iż pod tym słowem kryła się „przyjaciółka", i to jeszcze o powalającej urodzie) i dlatego, że dom Blacków znajdował się tuż przy plaży, spotkamy się z nimi na miejscu.
Na szczęście chłopcy zachowali się bardzo uprzejmie – lub Sam ich zmusił – pozwalając Emily i mnie usiąść w szoferce. Ja zajęłam miejsce na kolanach Jareda, Emily Sama, Quil zasiadał za kierownicą, a reszta ulokowała się na pace. Kiedy opuściliśmy podjazd, furgonetka jęknęła głośno i mogłabym przysiąc, że usłyszałam zgrzytanie zderzaka o asfalt spowodowane dodatkowym obciążeniem w tylnej części pojazdu. Spodziewałam się, że jazda będzie trochę chwiejna z powodu nierównomiernego rozłożenia masy.
Dostanie się na plażę zajęło nam dwa razy więcej czasu niż zazwyczaj, co oznaczało całe trzy minuty dodatkowej jazdy. Podczas opuszczania wozu wyglądaliśmy zapewne tak, jakbyśmy robili cyrkowy numer, w którym klauni wychodzą po sobie z niemożliwie małego samochodu. Tyle że w naszym przypadku to klauni byli olbrzymami, a samochód zaliczał się do całkowicie normalnych pojazdów.
Pomogłam Emily wypakować na zewnątrz to, co wydawało się tysiącem wypełnionych jedzeniem pojemników Tupperware, po czym obie zaniosłyśmy wszystko na kilka przenośnych stolików ustawionych na plaży. Kilka metrów dalej przygotowano miejsce na ognisko, wokół którego położono drewniane kłody, pocięte na połowy i wygładzone przez wiatr oraz czyjąś sprawną rękę.
- Idź znaleźć Jareda, Kim – powiedziała Emily, kiedy wyłożyłam na blat surowe hot dogi. – Chyba poszli tam po drewno. – Wskazała ręką na niewysokie wzgórze, gdzie plaża płynnie zmieniała się w las.
- Jesteś pewna? – odparłam, zatrzaskując wieko pojemnika z zieloną fasolą. – Chciałabym ci pomóc.
- Kim, jeśli nadal będziesz się tak zachowywać, to pozbawisz mnie mojej pozycji – odpowiedziała z ciepłym uśmiechem. Delikatnie się zarumieniłam i tuż po tym, jak wyciągnęłam parę pudełek z plastikowymi sztućcami, ruszyłam we wskazanym przez nią kierunku.
Nie przeszłam nawet trzech metrów pod baldachimem drzew, kiedy moje stopy oderwały się od podłoża i nagle zaczęłam lecieć. Po obu stronach widziałam jedynie rozmazaną roślinność.
- Jared! – pisnęłam, z całej siły uderzając go w ramiona. Śmiałam się tak bardzo, że miałam trudności z oddychaniem. – Postaw mnie na ziemi! – rozkazałam pomiędzy napadami chichotu.
- Co? Przepraszam, nie słyszę cię! – zażartował, kręcąc się w kółko.
- Jared! Niedobrze mi... – wydyszałam. Zatrzymaliśmy się tak gwałtownie, że mój żołądek nadal poruszał się do przodu, podczas gdy reszta ciała stanęła w miejscu. Kiedy chłopak zdjął mnie ze swoich barków, oboje śmialiśmy się histerycznie. Jego palce łaskotały mój brzuch, przez co chichotałam jeszcze bardziej.
- Chodź – powiedział, gdy całkowicie się uspokoiłam. – Znajdźmy pozostałych.
Nie zajęło nam to wiele czasu, skoro zachowywali się tak głośno, że prawdopodobnie słyszano ich w odległości wielu kilometrów.
- Kto jest gotowy na grę, w której każdy koleś pilnuje własnego nosa? – spytał Quil, gdy dołączyliśmy do grupy. Seth odchrząknął i gestem głowy wskazał na mnie oraz swoją siostrę. – Okej, każda osoba pilnuje własnego nosa – poprawił, marszcząc brwi. Leah skrzywiła się, ale nie widziałam, by kiedykolwiek robiła coś innego, więc uznałam, że jej twarz już tak wygląda, tak samo jak na obliczu Emily widnieją trwałe blizny. Jared kiedyś wspominał, że w jakiś sposób są one spokrewnione.
Rozległ się pomruk aprobaty i odgłosy uderzanych w siebie dłoni.
- To zabawa w chowanego – wyjaśnił Jared, widząc mój zdziwiony wyraz twarzy.
- W chowanego? – powtórzyłam sceptycznie, unosząc brwi. – Ostatnio bawiłam się w to, gdy byłam dzieckiem.
- To zabawa w chowanego o podwyższonym stopniu trudności – wtrącił Embry z oburzeniem. – A za tę obrazę to Jared będzie szukał.
Jared natychmiast objął mnie mocniej.
- Ona nie gra sama. W lesie jest zbyt niebezpiecznie – powiedział przez zaciśnięte zęby.
- Jared, daj spokój. Kimmy to duża dziewczynka – zaprotestował Quil. – A na dodatek wszyscy będziemy w pobliżu. Nie stanie się nic złego.
Po paru minutach żarliwego przekonywania Jared wreszcie odpuścił i zostałam wysłana do lasu wraz z pozostałymi chłopakami i Leą, która wyglądała tak, jakby wolała raczej zjeść ropuchę niż uczestniczyć w tej zabawie. W miarę jak oddalaliśmy się od „bazy", chłopcy odłączali się od naszej małej grupy, podążając w różnych kierunkach, aż w końcu szłam tylko z siostrą Setha. Zerknęłam na nią ostrożnie kątem oka i odkryłam, że ona także na mnie patrzyła.
- Wiesz, że przegrasz? – odezwała się opryskliwie. Wzdrygnęłam się w reakcji na jej ostry ton. – Potrafi cię wyczuć. – Nie wiedziałam, jak zareagować na tę uwagę, ale dziewczyna i tak nie dała mi szansy, bo od razu dodała: - Trzymaj się blisko strumienia. Niczego nie dotykaj i ciągle się ruszaj. Wtedy może będziesz miała jakieś szanse.
Pokiwałam głową w geście podziękowania, wciąż za bardzo się jej bojąc, by coś powiedzieć, po czym Leah zniknęła w ciemnej ścianie lasu.
Błądziłam samotnie pomiędzy drzewami tak długo, że wydawało mi się, iż minęła już wieczność. Zgodnie z radą siostry Setha starałam się nie dotykać pni ani wystających gałęzi. Mogłabym przysiąc, że parę razy usłyszałam skrzypienie ściółki pod czyimiś stopami lub poczułam podmuch wiatru, jakby ktoś przebiegał tuż obok, ale nie udało mi się nikogo dostrzec.
Słońce coraz bardziej zniżało się ku horyzontowi, podczas gdy ja coraz bardziej zagłębiałam się w las. Wydawało mi się, że kręciłam się w kółko – wszystkie drzewa wyglądały tak samo, a narastająca ciemność wcale nie pomagała mi w orientacji.
Idąc brzegiem rzeki, potknęłam się i poleciałam w kierunku wody, ale na szczęście zanim do niej wpadałam, udało mi się złapać paru korzeni. Niestety moje stopy – na które dzięki Bogu włożyłam wodoodporne, wysokie buty – częściowo zanurzyły się w zimnym jak lód nurcie, przez co dolna część nogawek moich spodni stała się mokra. Kiedy wydostałam się z tej śmiertelnej pułapki, trzęsąc się niekontrolowanie, postanowiłam zawrócić, w ogóle nie przejmując się potencjalną przegraną.
Nagle w oddali rozległo się wilcze wycie. Ze strachu żołądek podszedł mi do gardła i stanęłam w połowie kroku, drżąc w przeciwdeszczowych, różowo-pomarańczowych butach Cynthii.
- Jared? – zawołałam cicho, co w rzeczywistości oznaczało, że ledwie co otworzyłam usta. Nie dostałam żadnej odpowiedzi, za to usłyszałam odgłos stąpania łap po opadłych liściach, co niemalże przyprawiło mnie o zawał serca. Nie wiedziałam, dlaczego się tak bałam – to było kompletnie irracjonalne. Członkowie sfory stawali się coraz lepsi w kontrolowaniu swoich przemian, dzięki czemu Jared niekiedy zostawiał mnie samą w ich towarzystwie.
Ale coś kazało mi ukryć się za drzewem i schować twarz w dłoniach. W pewnym momencie wilk znowu zawył, tyle że tym razem w bliższej odległości. Niechcący wydałam z siebie pisk przerażenia, kiedy nieoczekiwanie moich uszu dobiegło ciche warknięcie. Każdy cień stał się dla mnie wrogiem, a każdy jęk wiatru – odgłosem zwiastującym jego przybycie.
Byłam bliska płaczliwej histerii, kiedy przypomniałam sobie, że mogę uciekać. Chociaż moja reakcja „walcz lub wiej" nigdy nie okazała się zbyt pomocna...
Nie zrobiłam trzech kroków, aż znienacka coś ciepłego, ale nieznajomego pociągnęło mnie do tyłu i zakryło usta dłonią.
- Szsz... Nie ruszaj się – usłyszałam w uchu szorstki głos Embry'ego. Natychmiast spełniłam polecenie. Odsunął rękę i wskazał na miejsce przed nami. Parę chwil później pomiędzy drzewami dostrzegłam fragmenty szarych i czarnych futer. Szybko się przemieszczały, ale ostatni nieoczekiwanie się zatrzymał. Po chwili rozpoznałam kształt zwykłego wilka, który w charakterystyczny sposób uniósł głowę i zawył.
- Są w żałobie – odezwał się Embry. – Stracili szczenię w porannej walce z niedźwiedziem. – Jego głos był tak przepełniony smutkiem i bólem, że mi samej zachciało się płakać nad stratą watahy. Co najmniej pięćdziesiąt wilków przecięło naszą ścieżkę. W sposobie ich chodzenia i w wydawanych odgłosach dostrzegłam teraz przygnębienie. Embry pokazał mi przywódczynię stada, szarą wilczycę, która nieustannie szła z nosem tuż przy ziemi. Dodał też, że ona ciągle nie może uwierzyć w to, co się stało i szuka swojego szczeniaka.
Siedzieliśmy cicho, dopóki nie minęło nas ostatnie zwierzę, które śpiewało do nieba żałosną pieśń. Nie rozumiałam, dlaczego Embry po prostu się nie przemienił i nie przepędził tej watahy, lecz on zdawał się usłyszeć moje nieme pytanie, bo powiedział:
- Staramy się zostawić zwykłe zwierzęta w spokoju. I tak wystarczająco spieprzyliśmy już matkę naturę. – Tuż po tym, jak wyłapałam w jego głosie nutkę wyrzutów sumienia, zdałam sobie sprawę, że żaden z nich nie wybrał swojego przeznaczenia. Siłą zaciągnięto ich w nieznane, a na dodatek nie mieli szans z tym walczyć. Poczułam się jeszcze gorzej z powodu tego, że tak naskoczyłam na Jareda z powodu tych komentarzy o rodzinie królewskiej.
- Gotowa na powrót? – spytał Embry po kilku minutach podniosłej ciszy.
- Jasne – potwierdziłam. Chłopak uśmiechnął się złośliwie, uruchamiając swoje głupkowate poczucie humoru.
- To dobrze – odparł, obejmując mnie w talii i umieszczając sobie na ramieniu. – W takim razie idziemy. – Westchnęłam, by dać wyraz swojej irytacji, ale nie walczyłam z nim. On był ciepły, a moje nogi zmęczone.
Kiedy las się przerzedził, zrobiło się nieco jaśniej i jeśli dobrze sie przyjrzałam, mogłam nawet zobaczyć światło księżyca. Nie minęły dwie minuty, aż znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni, skąd wszyscy wyruszyliśmy, więc nie odeszłam tak daleko, jak myślałam.
- Znalazłem panią Najera! – zawołał Embry, kiedy usłyszeliśmy głośne śmiechy pozostałych. Zarumieniłam się z zawstydzenia. Próbował być tylko zabawny czy... wiedział o moim – jeszcze do niedawna – sekretnym, obsesyjnym zauroczeniu Jaredem? Czułam się zbyt zażenowana, by go o to spytać.
Śmiechy wszystkich brzmiały mi w uszach, ale wzrok skupiłam tylko na jednej osobie – stojącym parę metrów dalej Jaredzie. W ciemnościach wyglądało to tak, jakby Paul i Quil go przytrzymywali. W końcu udało mu się im wyrwać i zaczął szybko biec w moim kierunku. Embry postawił mnie na ziemi, ale nie przebywałam na niej długo.
Jared od razu przytulił mnie do siebie tak mocno, że miałam problemy z oddychaniem.
- Ach, i nasza zakochana parka znowu razem – naigrywał się Quil, przyglądając się, jak Seth i Brady trenowali zapasy na pokrytym trawą obszarze.
- Myślałem, że cię straciłem – szepnął Jared w moje włosy. – Gdzie byłaś?
- Nie wiem. Zgubiłam się – przyznałam z zażenowaniem.
- Nie mogłem wyłapać twojego zapachu. Doszedłem do rzeki i na tym się skończyło. Pomyślałem, że się utopiłaś... – Brzmiał na tak przestraszonego, że poczułam się winna z powodu tego, że nie z własnej winy wpadałam do wody.
- Nic mi nie jest. Spokojnie.
W końcu Jared się rozluźnił i postawił mnie z powrotem na ziemi, jednak nadal obejmował moją talię, nie pozwalając mi się oddalić.
- Dobra, drogie panie! – zawołał Sam. – Jedzenie jest gotowe i przybył Jacob!
Rozległ się chór entuzjastycznych okrzyków i wszyscy w popłochu rzucili się na plażę.
Kiedy Jared i ja szliśmy w kierunku oceanu w normalnym, ludzkim tempie, przypomniały mi się słowa Embry'ego.
- Dlaczego Embry nazwał mnie „panią Najera"? – spytałam cicho. Jeżeli nie miałby tak dobrego słuchu, to pewnie by nawet tego nie usłyszał. Gdy przez długi czas nie odpowiadał, pomyślałam, że może jednak naprawdę mnie nie dosłyszał.
- Pamiętasz, jak mówiłem ci, że gdy przybieramy naszą wilczą formę, to możemy czytać sobie w myślach? – odezwał się w końcu.
- Tak, tylko co... – zaczęłam, ale natychmiast przerwałam. Wszystko stało się jasne. – O... mój... Boże. Jared!
- Usłyszeli, jak o tym myślałem. Przepraszam...
- To prywatna sprawa! – załkałam. – Nawet ty nie powinieneś oglądać tego zeszytu!
- Wiem – jęknął, przeczesując palcami włosy. – I przepraszam. To był wypadek. Sam myślał o Emily, a to spowodowało, że ja pomyślałem o tobie, a wtedy właśnie od ciebie wyszedłem i... i... nic nie mogłem na to poradzić. Nie chciałem. Tak bardzo mi przykro, Kim...
Ukryłam twarz w jego ramieniu i starałam się nie myśleć o tym, że gromada dojrzewających chłopaków wiedziała o moim niegdyś dziwacznym, obsesyjnym zauroczeniu Jaredem.
- Chcesz wrócić do domu? – zapytał cicho.
- Nie. Po prostu tam chodźmy – westchnęłam. – Nie chcę wyjść na jakiegoś odrażającego natręta albo tchórza.
- Jeśli ktoś tu jest odrażającym natrętem, to na pewno ja – powiedział Jared, przypominając mi o tych wszystkich sytuacjach, kiedy znalazłam go w moim samochodzie, gdy skończyłam pracę opiekunki do dziecka albo kiedy weszłam do swojego pokoju i go tam zastałam.
- Nie uważam, że to odrażające – odparłam, dotykając nosem jego ramienia. – To nawet całkiem urocze.
- Dobre i to – odpowiedział ponuro, całując mnie w czoło. – Jezu, ty zamarzasz. Pospieszmy się, bo trzeba cię szybko usadzić przy ognisku.
