Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
ROZDZIAŁ 20
Gwiazdy i opowieści
- Hej, hej! – krzyknął Jared, spychając na bok kłócących się Paula i Setha. Kiedy Paul wymierzył nam słaby cios pięścią, chłopak odwrócił się, zasłaniając mnie niczym tarcza. – Przesuń się, szczeniaku. Próbujemy dostać się do jedzenia.
Seth prychnął w reakcji na określenie „szczeniak", ale i tak posłuchał polecenia. Bez wątpienia nie chciał zadzierać z Jaredem i Paulem, bo był w końcu najmłodszym członkiem sfory, zarówno pod względem stażu, jak i wieku.
- Zjesz teraz? – spytał Jared. Kiwnęłam głową, więc zwędził z grilla lekko przypieczonego hot doga. Sam, który pełnił obowiązki kucharza i miał jeszcze do upieczenia mnóstwo innych hamburgerów i kiełbasek, mruknął z dezaprobatą. Jared położył ukradzioną parówkę na moim talerzu. Wzięłam do tego bułkę i skierowałam się do następnego stolika. Emily uśmiechnęła się do mnie, gdy brałam wiejski sos i marchewkę.
- Kim! – usłyszałam wołanie Jareda. Odwróciłam się w kierunku, skąd dochodził jego głos i zobaczyłam, że siedział na kłodzie przy ognisku, wskazując mi miejsce obok siebie. Ruszyłam w tamtą stronę i już po chwili znalazłam się w pobliżu ciepła ognia oraz mojego prywatnego źródła energii. Kiedy usiadałam przy nim, natychmiast objął mnie ramieniem, żeby nie oddzielały nas nawet centymetry.
To było bardzo miłe doznanie, siedzieć tak z ludźmi, których mogłam określić mianem rodziny. Członkowie sfory hałaśliwie żartowali i bardzo często kawałek jakiegoś jedzenia lądował na czyjejś głowie, a chwilę później z naprzeciwka nadlatywały albo kolejne bułki, albo marchewki, albo paczki chipsów. Do czasu, aż Emily nie smagnęła dziecinnie zachowujących się chłopaków ścierką po głowach, a Sam nie dał im porządnej reprymendy.
Po zjedzeniu coś około dziesiątego albo dwunastego hot doga – straciłam rachubę przy ósmym – Jared nieoczekiwanie trącił mnie łokciem. Zerknęłam na niego pytająco, na co kiwnął głową w prawą stronę. Prześlizgnęłam się wzrokiem po Paulu i Embrym, aż w końcu dostrzegłam powód, dla którego starał się zwrócić moją uwagę. Pod kilkoma zwisającymi skałami wraz z Jacobem siedziała dziewczyna. Bardzo ładna dziewczyna. Domyśliłam się, że to właśnie o nią wszyscy robili wcześniej tyle hałasu.
Była śmiertelnie blada. Jej skóra sprawiała wrażenie przezroczystej, a drobna budowa ciała jeszcze bardziej potęgowała wrażenie kruchości, jakby w każdej chwili mogła się rozpaść, jeśli ktoś by ją dotknął. Miała gęste, brązowe włosy i duże oczy o tym samym kolorze, w których pojawiały się iskierki więcej-niż-tylko-przyjaźni, gdy spoglądała na Jacoba.
- Kto to? – szepnęłam do Jareda, wiedząc, że inni oprócz dziewczyny prawdopodobnie i tak mnie usłyszą.
- Bella Swan – mruknął niechętnie Jared.
- Jest wpojeniem Jacoba? – zapytałam z ciekawością, zastanawiając się, dlaczego tak ponuro wypowiedział jej nazwisko. Zaśmiał się gorzko.
- Nie. – Nie raczył mi udzielić dokładniejszych informacji.
- Masz zamiar zjeść tego hot doga? – Pytanie Paula wytrąciło mnie z rozmyślań na temat tego, czemu Jared zdawał się tak bardzo nie lubić Belli. Zauważyłam, jak Jacob poklepał się bo brzuchu, a ostatni hot dog piekł się na ogniu.
- Chyba tak – zadecydował w końcu Jake. – Jestem tak pełny, że zaraz pęknę, ale myślę, że jeszcze coś mi się tam zmieści. Chociaż trochę szkoda, że w ogóle nie sprawi mi to przyjemności – westchnął, żeby nadać swojej wypowiedzi trochę dramatyzmu. Jared zaczął się trząść od tłumionego śmiechu, a ja razem z nim. Zachichotałam i oparłam się o jego ramię, a tymczasem furia Paula narastała coraz bardziej, aż w końcu zadygotał, co ewidentnie zwiastowało przemianę. W razie czego przysunęłam się jeszcze bliżej Jareda.
- Spokojnie, Paul – zaśmiał się Jacob. – Tylko żartowałem. Masz. – Po tych słowach ot tak rzucił hot dogiem, który przeleciał ponad ogniskiem. Paul złapał go z charakterystyczną zręcznością, a w następnej sekundzie włożył sobie do ust.
Kiedy zarówno ognisko, jak i płomienne nastroje powoli się wypalały i nastawał spokój, poczułam na twarzy czyjeś nieznajome spojrzenie, lecz po zerknięciu przed siebie, w miejsce, gdzie siedzieli Bella i Jake, stwierdziłam, że dziewczyna zajmowała się patrzeniem w niebo. Sprawiała wrażenie, jakby z ramieniem Jacoba oplecionym wokół niej czuła się znakomicie.
Oczywiście był też ktoś inny, kto nigdy nie spuszczał mnie z oka. Ale to akurat nie stanowiło żadnej nowości.
Jared zmiął oba nasze talerze i wrzucił je do ognia. Oglądając ich spalanie z cudownym pokazem iskier i zielononiebieskich płomieni, oparłam się wygodnie o jego klatkę piersiową. Znajdowaliśmy się teraz na piasku (Embry przypadkiem zniszczył naszą część kłody, gdy próbował zrobić sobie własną pochodnię). Siedziałam pomiędzy nogami Jareda, z jego rękami na sobie, które chroniły mnie przed zimnem, kiedy ognisko stało się znacznie mniejsze. Robiłam się coraz bardziej śpiąca i w pewnym momencie mimowolnie zamknęłam oczy.
Poczułam na szyi gorący oddech Jareda oraz jego pocałunek na skroni. Zarumieniłam się, gdy przesunął opuszkami palców wzdłuż moich ramion, zostawiając na nich niewidzialne, ogniste ślady. Delikatny szum kilku osobistych rozmów wraz z trzaskami ogniska i cichymi odgłosami uderzających o brzeg fal pomogły mi zagłębić się w nieświadomość...
Wkrótce, tkwiąc w rozkosznym stanie pomiędzy jawą a snem, usłyszałam czuły głos Jareda.
- Kim, skarbie, musisz się obudzić. Chcesz posłuchać opowieści, prawda? – spytał łagodnie, po czym podniósł mnie lekko do pionu, trzymając pewnie w swoim uścisku. Odwróciłam się w kierunku trzech członków plemienia, Starego Quila, Sue Clearwater i Billy'ego Blacka. Zauważyłam też, że Emily wyciągnęła z torebki mały notatnik.
- Quileuci byli niewielkim plemieniem na początku swego istnienia – zaczął pan Black dostojnym głosem – i takim też pozostali. Udało nam się przetrwać dlatego, że od niepamiętnych czasów w naszych żyłach płynie magia. Nie zawsze była to magia zmiennokształtności – ta przyszła później. Wszystko zaczęło się od wojowników-duchów...
Wydawało mi się, że opowiadanie legend ciągnęło się przez godziny. Niektóre ich fragmenty znałam już wcześniej, z dzieciństwa, ale nigdy wcześniej nie słyszałam aż tak rozbudowanej wersji. Nie zdawałam sobie sprawy, że pan Black przestał mówić aż do chwili, gdy Quil nie wymamrotał czegoś o tym, że noszenie brzemienia jest świetne czy coś w tym rodzaju. Zamrugałam, myśląc, że czar historii prysł niemalże tak szybko, jak coś spada z wysokiej góry.
Podskoczyłam zaskoczona, kiedy Quil znienacka raptownie cofnął się do tyłu. Rzucił w stronę Embry'ego zdenerwowane spojrzenie, a po chwili usłyszałam uderzenie małego kamyka o jego ramię...
- Chodź, Kim – mruknął Jared, stawiając mnie na nogi. Zachwiałam się niebezpiecznie, więc natychmiast przejął cały mój ciężar na siebie, obejmując mnie mocno w talii. Ponownie zamrugałam, tym razem zdezorientowana. Najwyraźniej znowu zasnęłam. – Czas odstawić cię do domu, śpiochu.
Wszyscy pakowali się, by opuścić plażę. Gdy członkowie sfory i ich rodziny zaczęli iść w kierunku drogi para za parą, zapanował mały rozgardiasz. W drodze do samochodu ponownie odpłynęłam i obudziłam się dopiero wtedy, kiedy czyjeś zimne ręce pomagały mi pokonywać schody.
- Kim, kochanie, uważaj na stopnie – zagruchała z lekkim zaniepokojeniem moja mama. – No, powolutku. Jedna nóżka, druga nóżka, jedna...
- Mamo – jęknęłam. – Umiem chodzić – dodałam, ale nie odepchnęłam jej rąk, które w końcu doprowadziły mnie do sypialni.
- Dobrze się bawiłaś? – spytała, gdy padłam na łóżko. Pokiwałam głową i westchnęłam ze spokojem. - Jared życzył ci dobrej nocy i prosił, by ci przekazać, że przyjdzie do ciebie jutro rano – kontynuowała, odsuwając kołdrę, bym mogła się pod nią wślizgnąć. Pocałowała mnie w czoło i ruszyła w stronę drzwi, przy okazji pociągając za sznurek, który wyłączył lampkę. – Och – odezwała się jeszcze, jakby nagle coś sobie przypomniała. – Powiedział też, że cię kocha.
- Mamo – mruknęłam, otwierając jedno oko. Stała teraz w drzwiach, wyglądając na tak uradowaną, że to mogło być niezdrowe. – Idź sobie.
- M-hm, oczywiście, skarbie – odparła i zniknęła w korytarzu, zamykając za sobą drzwi.
Nie licząc odgłosów wydawanych przez świerszcze na podwórku i okazjonalnych zawodzeń wiatru, w sypialni panowała cisza. Westchnęłam w poduszkę i przewróciłam się na bok, szykując się do miłej, długiej nocy snu.
- Twoja mama czasem sprawia, że mam ochotę pękać ze śmiechu – oznajmił Jared, znienacka obejmując mnie swoimi ciepłymi ramionami.
- To wspaniale – szepnęłam, odwracając się ku niemu. – Cieszę się, że jest ktoś, kogo rozbawia – dodałam, potężnie przy tym ziewając.
- Przepraszam, nie chciałem cię obudzić – wymruczał. Jego oddech owionął moją szyję. Zadrżałam. – Wracaj do spania.
- Okej – wymamrotałam, opierając głowę o jego ramię, a on delikatnie pogładził mnie po plecach. Kiedy ponownie był ze mną, nic nie mogłam poradzić na to, że wróciłam myślami do historii, które usłyszałam - do legend o Quileutach.
- Jared? – spytałam niepewnie.
- Tak? – Poczułam na twarzy jego spojrzenie, ale nie otworzyłam oczu.
- Ci Zimni Ludzie... – wydukałam, nie wiedząc, jak zacząć.
- Tak, co z nimi? – Brzmiał na zaniepokojonego wzmianką na ten temat i wyraźnie cały się spiął.
- Oni są... wampirami, tak? – To określenie zabrzmiało niezwykle śmiesznie.
- Tak – przyznał takim tonem, jakby to pojedyncze słowo z wielką trudnością wydobyło się z jego ust.
- I oni istnieją naprawdę?
- Tak.
- Och, okej... – mruknęłam głupio.
- Co? – odparł z niedowierzaniem. – I to wszystko?
- Wilkołaki są prawdziwe, tak? To chyba przyjęcie do wiadomości istnienia wampirów nie jest aż takie trudne, prawda? – stwierdziłam, ponownie wzdychając w poduszkę.
- Jesteś zmęczona... i bredzisz – odparł Jared, czule dotykając nosem mojej szyi.
- Może – zgodziłam się – ale tylko dlatego, że ktoś nie pozwala mi zasnąć.
- Wybacz – przeprosił po raz kolejny. – Idź spać. Obiecuję, że nie będę ci już przeszkadzał.
- Lepiej dotrzymaj tej obietnicy... – powiedziałam cicho, zanurzając się w odmętach snu.
Gdzieś w głębi duszy wiedziałam, że myśl o wilkołakach i wampirach niebawem powróci zapolować na mnie w prawdziwym świecie i to w całkiem bliskiej przyszłości. Jednak śpiąc smacznie w ramionach mojej bratniej duszy – wilkołaka, który wprowadził mnie do swojego świata i zarazem ponownie złożył w całość – nie zdawałam sobie sprawy z wynikających z tego konsekwencji. Nie przypuszczałam, że ta rzeczywistość, którą tak łatwo przyjęłam do wiadomości, stanie się najważniejszą częścią moich najmroczniejszych koszmarów na jawie.
