Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


Piosenka do tego rozdziału polecana przez autorkę:

Stripped w wykonaniu Shiny Toy Guns


ROZDZIAŁ 21

Na imię mi Kim

- Uprawiałam seks z Brettem – rozległa się z bliżej nieokreślonego miejsca głośna, publiczna deklaracja. Znałam ten głos. Byłam z nim zaznajomiona już od bardzo dawna i wiązałam z tym dobre wspomnienia. Jednak teraz słowa przez niego wypowiedziane wydały się obce i zaskakujące, a także, szczerze mówiąc, niepożądane.

Rozejrzałam się dookoła, by w tłumie uczniów odszukać pewną osobę. Nie nastręczyło mi to żadnych trudności, i to nie dlatego, że była ona jedynym jasnoskórym i jasnowłosym człowiekiem w naszej szkole, tylko po prostu stała tuż przy mnie z balansującą w jej rękach tacką, na której leżał kawałek pizzy pokrytej wiejskim serem.

- Co? – wydusiłam, wpatrując się w Catherine.

- Nie tak naprawdę – westchnęła, wywracając oczami, po czym usiadła na krześle obok. Krześle, które zwykle zajmował Jared. Pewnie nie będzie zadowolony. Usłyszałam chrząknięcie dezaprobaty Embry'ego. Ze wszystkich członków sfory jak na razie jedynie on dotarł na stołówkę, bo jego lekcja angielskiego skończyła się trochę wcześniej. – Pomyślałam sobie, że przykuję twoją uwagę czymś, o czym często teraz myślisz, bo przez ostanie parę dni w ogóle mnie nie słuchałaś.

- Wcale o tym nie myślę – zapewniłam stanowczo, czując, że z powodu tematu moje policzki zaczęły robić się gorące.

- Tak, jasne, wcale o tym nie myślisz – powiedziała z ironią, kiwając głową i wkładając sobie pasemko włosów za ucho. – Przecież wiem, że ty i ten kulturysta robicie to w międzyczasie. To nie żaden sekret czy coś w tym stylu. – Ton jej głosu był bardziej szorstki niż zazwyczaj. Nie wyłapałam w nim zwykłej nutki rozbawienia i powagi. Catie nie żartowała.

- Gadasz pierdoły, Kim – odezwała się po chwili, odrywając kawałek sera od pizzy. Zamrugałam, zaskoczona jej ordynarnym słownictwem. Zawsze mówiła w dosyć nietypowy sposób, ale nie w takim stylu. Zaczęłam się zastanawiać, co się jej stało. – Nie jestem ślepa ani nie jestem idiotką. Widzę, jak Jared na ciebie patrzy.

- Czy nie rozmawiałyśmy już na ten temat? – odparłam znużonym głosem, grzebiąc widelcem w mojej sałatce. Catherine kontynuowała, w ogóle niezażenowana:

- Gapi się na ciebie tak, jakbyś nie miała na sobie żadnych ciuchów. Jak na jakiś posąg Mona Lisy czy coś…

- Mona Lisa to nie posąg – wtrąciłam natychmiast, ignorując fakt, że ona i tak nie zwróci na mnie uwagi, ale poczułam się w obowiązku, by pokazać światu, że przynajmniej jedna z nas miała jakieś pojęcie o sztuce. Jeszcze tego by brakowało, by los się ode mnie odwrócił, gdy wszystko zaczęło mi się układać.

- Tak jakby raz zobaczył cię nagą i nie potrafił wyrzucić tego obrazu ze swojej głowy…

- Cat! – niemal krzyknęłam, łapiąc ją za ramiona i nią potrząsając. – Nie uprawiałam seksu z Jaredem – dodałam. Zniżyłam głos do szeptu, bo zauważyłam, że do stołówki weszli chłopcy ze sfory i właśnie zamierzali napełnić swoje tace ogromną ilością jedzenia, która jakimś cudem mieściła im się w żołądkach.

- Kim, nie obchodzi mnie to, naprawdę. To, co ty i ten twój – wskazała na Jareda, który szedł właśnie w naszym kierunku z Jacobem i Paulem – Burek robicie w wolnym czasie, to nie mój interes.

Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, jak nazwała Jareda, poczułam, że mój żołądek gwałtownie się skurczył. Użyła popularnego imienia dla psa... Czy wiedziała? Serce zaczęło walić mi jak młotem, a krew odpłynęła z twarzy, podczas gdy ona kontynuowała swoją patetyczną przemowę.

- Burek? – powtórzyłam słabym głosem. Catherine zamrugała, wyrwana na moment z kontekstu własnej wypowiedzi.

- Tak, Burek. Łazi za tobą jak jakiś szczeniak. Trzeba umieć wyłapywać metafory, dzieciaku – zażartowała, brzmiąc na znużoną.

- Witam, szanowne panie – przywitał się Jacob, zajmując miejsce naprzeciwko mojego. W odpowiedzi kiwnęłam głową z roztargnieniem, ale Cat w ogóle nie zwróciła na niego uwagi, nieustannie trajkocząc. Zauważyłam, że Paul patrzył na nas ze złością, w ciszy przeżuwając smażone udko kurczaka.

- W każdym razie, jak mówiłam, kompletnie nie obchodzi mnie to, z kim się pieprzysz, kiedy twoich rodziców nie ma w domu, dopóki się zabezpieczasz. Chcę tylko wiedzieć, co się z tobą stało.

- Co? – odparłam z zaskoczeniem. – Nic się ze mną nie stało. O czym ty mówisz?

- Cholera, dziewczyno, co ten chłopak z tobą zrobił? – zapytała łagodnie, zdając się nie mówić do nikogo konkretnego, a zwłaszcza nie do mnie. – Nie widzisz nawet tego, co sama sobie robisz.

Jared rzucił zirytowane spojrzenie na tył jej głowy i przysunął sobie krzesełko stojące przy sąsiednim stoliku, a następnie usiadł po mojej drugiej stronie, obejmując mnie w talii. Catherine cała zesztywniała i dyskretnie się od nas odsunęła.

- Jaki masz problem, Cat? – spytałam gniewnie, po czym zacisnęłam mocno szczękę, żeby trzymać język za zębami i nie palnąć czegoś jeszcze. Przyglądałam jej się przez dłuższą chwilę, aż wreszcie w wyrazie niedowierzania uniosła brwi.

- Jaki ja mam problem? – powtórzyła. Kiwnęłam głową. – No cóż, Kimmy, sądzę, że najpierw powinnaś zadać to pytanie samej sobie, a dopiero potem mnie. Oczywiście, jeśli nie jesteś zbyt zajęta sprawami swojego nowego gangu, by nie poświęcić trochę na czasu na analizę tego, kim się stałaś...

- Hej – wtrącił Jared, w obronnym geście ściskając mnie mocniej. – Odwal się od niej, Catherine.

Nie wyglądała na zranioną ani wytrąconą z równowagi jego słowami. Znacząco pokiwała głową, obrzucając mnie jeszcze jednym przenikliwym spojrzeniem, po czym szybko wstała i zabrała ze stolika swoją tacę.

- Musisz wybrać, Kim – oznajmiła stanowczo, dwukrotnie patrząc to na mnie, to na chłopców ze sfory, ze smutkiem kręcąc przy tym głową.

- Więc to tak? Stawiasz mi ultimatum? – warknęłam. – Oni albo ty?

- Ty to powiedziałaś – odparła tajemniczo, patrząc mi w oczy po raz pierwszy, odkąd do mnie podeszła. Pod jej własnymi dostrzegłam ciemne sińce, jakby tej nocy w ogóle nie spała, a jej zazwyczaj porządne włosy, obecnie związane w niedbałego kucyka, wydawały się jakby pozbawione blasku. Po chwili znowu zerknęła gdzie indziej.

- Muszę iść – poinformowała nas nagle i dopiero teraz dostrzegłam, że trzymała się tak, jakby dźwigała na swoich barkach olbrzymi, niewidzialny ciężar.

- W porządku. Zobaczymy się później – pożegnałam się, modląc się w duchu, żeby jeszcze raz na mnie popatrzyła, abym w niemy sposób mogła przekazać jej, że nie chciałam powiedzieć tego, co padło dziś z moich ust.

- Tak, może – stwierdziła i odwróciła się, niemalże wpadając na Bretta, który stał za jej plecami. Pewnie przyszedł, kiedy się kłóciliśmy.

- Catherine, musimy porozmawiać – powiedział przyciszonym głosem, łapiąc jej rękę. Zerknęła na mnie ponad ramieniem, gdy Brett prowadził ją w stronę korytarza. Kiedy oboje zniknęli za rogiem, usłyszałam jego rozgorączkowany głos:

- Cat, dlaczego ludzie gadają, że ze sobą spaliśmy? Przecież nawet nie zgodziłaś się jeszcze zostać moją dziewczyną...

Odwróciłam się i wtopiłam w swoje krzesło, po raz pierwszy od bardzo dawna znowu pragnąc stać się niewidzialna i mając ogromną nadzieję, że chłopcy nie będą chcieli ciągnąć dalej tego tematu. Gdy zauważyłam, że żaden z nich nie patrzył w moją stronę, pomyślałam, że szczęście się jednak do mnie uśmiechnęło. Podążyłam za ich wzrokiem, aż wreszcie dostrzegłam, co tak nagle zwróciło ich uwagę.

Mały Seth Clearwater przemierzał pospiesznie stołówkę, wyraźnie czując się w otoczeniu licealistów znacznie pewniej niż powinien, zapewne ze względu na wilcze zdolności. Zazwyczaj bardzo rzadko widywaliśmy go w szkole, ponieważ miał zaledwie trzynaście lat i ciągle chodził do młodszej klasy. Ale dzisiaj był tutaj, wyglądając na szczególnie podekscytowanego, gdy wymijał parę dzieciaków wałęsających się bez celu po niewielkiej stołówce.

Dotarcie do naszego stolika nie zajęło mu zbyt wiele czasu, ale napięcie powodowało, że jego ruchy wydawały się wyjątkowo powolne. Embry wskazał mu ręką miejsce zwolnione przez Catherine, ale Seth niecierpliwie pokręcił głową.

- Sam musi się z nami zobaczyć – powiedział cichym i stanowczym głosem. – Pojawiły się pewne komplikacje... – Przerwał i rozejrzał się dookoła, na ułamki sekundy zatrzymując wzrok na mnie, po czym kontynuował: - Na wschodniej granicy rezerwatu wyłapał ten sam zapach, z którym Jacob miał do czynienia w domu tej miłośniczki pijawek.

Zanim zdążyłam tak do końca zrozumieć, o czym ten mały, chudy chłopak mówił, wszyscy natychmiast się podnieśli.

- Kim, musimy iść – wyszeptał mi do ucha Jared, brzmiąc jednocześnie na skupionego i ekstatycznie szczęśliwego. Pokiwałam bezsensownie głową, kompletnie oniemiała. – Dzisiaj Emily odbierze cię ze szkoły. Nie chcę, byś jechała autobusem. Będzie z nią Brady, więc wam obu nic się nie stanie. Po prostu jedź do domu i nie ruszaj się stamtąd, dopóki po ciebie nie przyjdę, dobrze? – Mówił tak szybko, że ledwie za nim nadążałam. – Kim? – ponaglił mnie.

- Okej – wymamrotałam, a on musnął ustami mój policzek, po czym wraz z chłopakami ukradkiem wyszedł ze stołówki tylnymi drzwiami i biegiem ruszył w stronę drzew. Po drodze dołączyli do nich dwaj inni zmiennokształtni, którzy nadbiegli od strony budynku gimnazjum. Przypuszczałam, że to Colin i Brady, najnowsi członkowie sfory.

Z powodu cienkiej warstwy mgły nie widziałam dokładnie brzegu lasu, ale byłam prawie pewna, że w pewnej chwili dostrzegłam tam ciemny cień czekającego na nich olbrzymiego wilka.

Przez resztę dnia wszystko wydawało mi się jedynie pozbawionym sensu, rozmazanym obrazem. Za bardzo się martwiłam, żeby wysilać się na lekcjach, a kiedy pan Peta poprosił mnie o podanie odpowiedzi na pytanie, którego nie usłyszałam, nawet się nie zawstydziłam.

Po skończonych zajęciach przyjechała po mnie Emily, z Bradym siedzącym na tylnym siedzeniu. To była bardzo cicha jazda do domu, nie licząc nerwowego stukania palców chłopaka o plastikowe obicie drzwi małego samochodu.

Ze zdziwieniem stwierdziłam, że ostatecznie nie zaparkowaliśmy pod domem Uleyów, ale pod moim własnym.

- Czy nie miałyśmy dzisiaj zrobić razem obiadu dla chłopaków? – przypomniałam jej zaskoczona. W zeszłym tygodniu zaproponowała, bym pomogła jej w przygotowywaniu oficjalnego obiadu powitalnego „Witajcie w rodzinie" dla Collina i Brady'ego. Po szkole miałam iść do domu Sama, gdzie obie ugotowałybyśmy wystarczającą ilość porcji dla naszej małej armii. Najwyraźniej coś się zmieniło, tylko że ja o tym nie wiedziałam.

- Och, tak mi przykro, Kim – przeprosiła szczerze przepełnionym lękiem i zmęczonym głosem. – Wyleciało mi to z głowy. Może zrobimy go innym razem?

- Jasne, nie ma problemu – mruknęłam. Nie wspomniałam, jak przez cały tydzień czekałam na ten dzień, zamierzając podstępem wyciągnąć od niej informacje o tym, co działo się teraz w sforze, bo nikt inny nie chciał mi nic powiedzieć. Nie odezwałam się ani słowem.

Przedarłam się przez nieustannie przybierającą na sile ulewę i niezdarnie weszłam do domu, głośno zatrzaskując za sobą drzwi. Ściągnęłam buty i odwiesiłam płaszcz, a następnie wyżęłam włosy, ustawiając głowę tak, by woda skapywała do małego, specjalnie przygotowanego do takich sytuacji wiaderka.

Byłam w połowie schodów, ściskając swoją mokrą torbę i zastanawiając się, w jaki sposób dać sobie radę z dzisiejszym humorem Cynthii, kiedy nieoczekiwanie ktoś zawołał moje imię.

- Kim?

Zaniepokojony głos taty zaprowadził mnie do kuchni. Po drodze odłożyłam przemoczoną na kaloryfer.

- O co chodzi? – zapytałam, przeczesując palcami moje poplątane, mokre włosy.

- Nie masz żadnych planów na nadchodzący weekend, prawda? – odparł, nie odrywając wzroku od trzymanej przez siebie gazety.

- Nie – potwierdziłam. – A dlaczego pytasz?

- A tak, bez powodu – odpowiedział z roztargnieniem, odkładając gazetę na stół i podnosząc się z krzesła z westchnieniem wyczerpania. – Chciałabym po prostu przez jakiś czas mieć ciebie i Cyn w domu.

- Okej – powiedziałam niepewnie, obserwując, jak opuścił kuchnię i przeszedł do salonu, gdzie usiadł na stojącym w rogu pomieszczenia fotelu. A więc to dlatego Cynthia puszczała na cały regulator płytę zespołu Fall Out Boy.

Właśnie wlewałam do szklanki jabłkowy sok, który udało mi się znaleźć w lodówce, gdy nagłówek gazety przykuł moją uwagę. Odstawiłam naczynie i karton na bok, po czym sięgnęłam po wilgotny, poplamiony papier.

RĘBACZ Z SEATTLE ZNOWU UDERZA: ZNALEZIONO SIEDEM NOWYCH OFIAR

Gazeta wyleciała z moich rąk, jakbym została porażona prądem, a żółć podeszła mi do gardła. Wszystko nagle stało się jasne: dlaczego ojciec chciał mieć nas przez pewien czas w domu, dlaczego Jared tak bardzo troszczył się o to, bym bezpiecznie wróciła do domu, dlaczego Sam zmuszał chłopaków do ciągłego patrolowania okolicy, aż padną z wyczerpania i dlaczego Emily zapomniała o tym, że tego wieczoru miałam pomóc jej przy gotowaniu.

Wróciłam myślami do momentu sprzed paru miesięcy, kiedy to po raz pierwszy usłyszałam o Rębaczu z Seattle. Oglądałam z tatą „Wiadomości" oraz lokalne wieści z Forks, w których ostrzegali przed wałęsającymi się po okolicy niedźwiedziami. Jared powiedział mi później, że to sforę powszechnie uznawano za te „niedźwiedzie" i więcej nie zaprzątałam sobie tym głowy.

Ale ostatnio ponownie zaczęły do nas dochodzić niepokojące wiadomości z Seattle. Sfora stawała się w związku z tym coraz bardziej nerwowa. Kiedy pytałam, o co chodzi, zawsze zmieniali temat, a zawsze łatwiej zapomnieć o tym, co cię bezpośrednio nie dotyczy. Albo przynajmniej o tym, co cię mało obchodzi.

Nie trzeba było wykazać się jakimiś szczególnymi umiejętnościami dedukcji, żeby zorientować się, co się tutaj działo. Z tego, co wiedziałam, dwa rodzaje mitycznych stworów istniały naprawdę. A z tego, co zaobserwowałam wynikało, że wilkołaki były tymi dobrymi. To z kolei zostawiało tylko jedno opcję, tylko jedno wytłumaczenie.

Po Seattle grasowały wampiry.

Ten wniosek spowodował, że bańka mojej spokojnej egzystencji pękła niczym przypadkowo zrzucona ze stolika szklana kula ze sztucznym śniegiem.
Znacie ten typ dziewczyny, która robi same dobre rzeczy, ale i tak ciągle zastanawia się, dlaczego jej życie jest do bani? Cóż, to właśnie ja. Jeżeli przydarzy mi się coś dobrego, to zza rogu zaraz wyskakuje coś złego. Karma. To mała, śmieszna rzecz, która zapewnia w świecie równowagę między dobrem a złem. Kiedy moje życie zaczęło zmierzać ku lepszemu, powinnam się domyślić, że nadejdzie taki czas, że coś złego wyleci prosto na mnie jak hiszpański, rozjuszony byk.

A ja po prostu staram się być dobrą osobą.

Na imię mi Kim.