Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Piosenka do tego rozdziału polecana przez autorkę:
Love Story w wykonaniu Taylor Swift
ROZDZIAŁ 22
"Nudny to podstępne słowo
Wtorek, 5 czerwca
Drogi Pamiętniku,
Jared wrócił dopiero późno w nocy. Minęła już dwunasta, ale nie mogłam spać, więc ciągle czuwałam, kiedy przekroczył parapet okna w moim pokoju. Wyglądał na wyczerpanego i wymizerowanego, jakby ktoś wyssał z niego życie i pozostawił jedynie zimną, pustą muszlę. Tylko że i tak promieniowało od niego ciepło. Bo przecież Jared – moja gorąca muszelka – zawsze jest ciepły.
Kiedy wszedł do środka, nie odezwał się ani słowem. Wszystkim, co miał na sobie, była para niechlujnych szortów, których dni świetności minęły wieki temu i które nie rozlatywały się chyba tylko dzięki paru pojedynczym szwom. Praktycznie przebiegł przez pokój i mocno mnie przytulił (zanim się zjawił, siedziałam na brzegu łóżka, czytając książkę o Sokratesie). Potem zamarliśmy tak na chwilę, obejmując się nawzajem, a ja starałam się dobrze zapamiętać uczucie, jakie towarzyszyło mi, gdy jego ciało znajdowało się tak blisko mojego.
W końcu mnie puścił i spytał, dlaczego nie śpię, więc wyjaśniłam, że za bardzo się zamartwiałam, by móc się położyć. On odpowiedział, że też nie mógł zasnąć. Wydawało mi się jednak, że trapiły go problemy inne niż te, z którymi borykałam się ja.
Przez dłuższy czas panowała cisza. Milczący Jared siedział tuż obok, tuląc mnie do swojego torsu. Już miałam wybuchnąć pytaniami na temat tego, co przeczytałam w gazecie, ale coś w jego kurczowym uścisku sprawiało, że się powstrzymałam. Takie zachowanie – jakbym zaraz miała prześlizgnąć mu się między palcami i na zawsze zniknąć – oraz wyraz twarzy – sztywny, pochmurny grymas, tak bardzo upodabniający go do Sama – wyraźnie mówiły, że powinnam trzymać buzię na kłódkę.
Dochodziło wpół do drugiej, gdy usłyszeliśmy skradającego się pod okno wilka. Jared pewnie wyłapał to na długo przede mną, bo westchnął głośno, jakby odczuwał jednocześnie skruchę i zniecierpliwienie. Zwietrzę zawyło, więc chłopak podszedł do okna i wymamrotał coś do niego, używając imienia Embry.
Wkrótce obrócił się w moją stronę z przerażającym wyrazem twarzy – mieszanką strachu i umiarkowanego niepokoju. Poczułam dziwne sensacje w brzuchu, kiedy wracał do miejsca, które zajmowałam. Nagle – zanim zdałam sobie sprawę z tego, co się dzieje – wylądowałam na plecach z unieruchomionymi nad głową rękami, a on mnie całował. Tym razem nie było to słodkie ani romantyczne, ale z obu stron wypełnione napięciem i niewypowiedzianymi na głos lękami. Wiedziałam, że Jared też to wyczuł, bo po tym, jak się od siebie oderwaliśmy, patrzył na mnie bardzo długo, aż w końcu spytał, czy wszystko w porządku. Kiwnęłam tylko głową, nie chcąc dać szansy mojemu niewyparzonemu językowi na zdradzenie prawdy, i kazałam mu już iść. I poszedł.
Teraz jest za piętnaście czwarta, a ja nadal nie mogę zasnąć. Za kilka godzin muszę iść do szkoły, więc chyba powinnam spróbować jeszcze raz. Pozostał tylko jeden dzień do czwartkowych egzaminów końcowych. Ciekawe, czy mama pozwoli mi go opuścić...
Środa, 6 czerwca
Drogi Pamiętniku,
tego dnia nie widziałam się zbyt długo z Jaredem. Ze szkoły wypuścili nas po połowie wszystkich zajęć, abyśmy mieli więcej czasu na naukę przed czwartkowymi i piątkowymi egzaminami. Muszę przyznać, że tak właściwie to nie zasiadłam do książek. Bo niby jak mam przejmować się jakimś kumulatywnym testem z historii pana Pety, kiedy wredne, spragnione krwi potwory biegają na wolności i to praktycznie w moim ogródku?
W każdym razie, zamiast się uczyć, poszłam odwiedzić Emily, gdzie oczekując na powrót patrolujących okolicę chłopców, spędziłam trochę czasu na zabawie z Claire, niezwykle uroczym wpojeniem Quila.
Tuż po siódmej członkowie sfory niczym burza wpadli do małego domku, zdając się być pogrążonym w czymś, co wyglądało na poważną, wieloosobową sprzeczkę. Jedynie Quil natychmiast do mnie podbiegł i niemalże wyrwał z rąk biedną, małą Claire.
Po chwili odszukałam wzrokiem Jareda. Znajdował się dokładnie w samym centrum awantury, wymieniając z Embrym poirytowane spojrzenia. Obaj wykrzykiwali słowa takie jak „impreza", „pijawki" i „głupi", od czasu do czasu dorzucając do nich imię Jacoba. Trudno było usłyszeć coś więcej w tym okropnym hałasie, jaki robili, ale razem z Emily szybko wydedukowałyśmy, że Jacob został zaproszony na przyjęcie z okazji ukończenia szkoły organizowane przez Bellę Swan i ma się ono odbyć w...
Och, Pamiętniku, zapomniałam Ci o czymś wspomnieć! Jakiś czas temu, po ognisku, podczas którego opowiadano legendy, udało mi się wydusić z Jareda pewien skąpy fakt na temat Belli – spotyka się ona z jednym z tych wampirów, przez które chłopcy z rezerwatu stali się wilkołakami. Gdy się o tym dowiedziałam, o mało co nie dostałam zawału... Ale mniejsza z tym.
Jak już mówiłam, przyjęcie z okazji ukończenia szkoły organizowane przez Bellę Swan ma się odbyć w krypcie... to znaczy, w domu wampirów. Jacob chce tam iść (od początku podejrzewałam, że czuł do tej dziewczyny „coś więcej"), ale Sam z kolei nie chce o tym słyszeć. Wcale go za to nie potępiam. Nigdy nie pozwoliłabym Jaredowi iść do domu pełnego wampirów.
Nie miałam okazji dłużej z nim porozmawiać. Później wpadł na moment do mojego domu, gdy siedziałyśmy z Cynthią w kuchni i piłyśmy herbatę. Zostawił mi na poduszce uroczy liścik, w którym napisał, że mnie kocha i zobaczymy się tak szybko, jak tylko będzie to możliwe, ale w ciągu kilku najbliższych dni czeka go dużo pracy. Nie zdradził, gdzie będzie ani co to za praca. Ale to nic, bo ja już wiem.
Czwartek, 7 czerwca
Drogi Pamiętniku,
nienawidzę czwartków! Egzaminy były okropne, a na dodatek przez calutki dzień nie widziałam Jareda. Mój humor zmienia się jak w kalejdoskopie i odkąd wróciłam do domu, niemalże doprowadziłam tatę do białej gorączki. Chyba tkwiący we mnie kawałeczek Cynthii wreszcie się uzewnętrznił.
W tej chwili powinnam się uczyć do jutrzejszego testu z biologii... siedząc przy oknie... z troską wertując wzrokiem otoczenie... mając nadzieję i modląc się, że mignie mi przed oczami wilk albo półnagi mężczyzna... Tak, ta sytuacja zapisana na papierze wydaje się nieco śmieszna.
Do mojej siostry wpadła jej przyjaciółka, Mandi. Kiedy to piszę, to one leżą na łóżku Cyn, wertując jeden z tych plotkarskich magazynów. Mandi wydaje się miła, ale z racji tego, że Cynthia zmienia przyjaciółki niemal tak szybko, jak wyjada cukierki Sno-Caps, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że już się więcej nie zobaczymy. Nic nie mogę poradzić na to, że chciałabym, żeby to ona zamiast Cynthii była moją młodszą siostrą. Wydaje się o wiele mniej zgryźliwa i nie tak całkowicie zadufana w sobie. Z tego, co zdążyłam zaobserwować, wnioskuję, że jedyną jej irytującą cechą jest to, że lubi dużo mówić o swoim chłopaku, Matthew.
Może zapytam rodziców, czy nie dałoby się wymienić Cynthii na kogoś innego, nawet za drobną dopłatą...
Dobra, teraz naprawdę biorę się za naukę.
Piątek, 8 czerwca
Drogi Pamiętniku,
test z biologii nie był aż taki zły, jaki myślałam, że będzie. Dzisiaj znowu nie widziałam Jareda i naprawdę zaczynam się martwić. Poszłam po szkole do domu Emily i Sama, ale nikogo tam nie zastałam. Nadeszły wakacje i nieco żałuję, że nie muszę się już uczyć ani stresować pracami domowymi, bo pozwalało mi to choć na chwilę oderwać się od ponurych rozmyślań. A jeśli wcześniej sądziłam, że siedząc w domu i nie robiąc nic poza użalaniem się nad sobą, wiodłam beznadziejne życie, to grubo się myliłam. Teraz jest jeszcze gorzej. Siedzę w domu, użalam się nad sobą i się martwię.
Od tego czekania i zamartwiania się chyba zwariuję...
Dzwoniła Catherine. Ona przeprosiła mnie, a ja ją. W przyszły piątek zamierzamy urządzić sobie babską noc, tak jak za dawnych czasów. Spytałam, czy nie ma ochoty do mnie wpaść – może obecność drugiego człowieka złagodziłaby nieco mój ogromny lęk – ale nie mogła, bo przygotowują się z rodzicami do weekendowego wypadu na camping i wrócą dopiero we wtorek.
Och, no dobrze. To z ich strony naprawdę odważny wyczyn.
Sobota, 9 czerwca
Drogi Pamiętniku,
nadal żadnych wieści od Jareda. Jak tylko skończę to pisać, idę do Sama i Emily. Mam nadzieję, że tata będzie na tyle zaabsorbowany wiadomościami o piątej, że uda mi się niepostrzeżenie wymknąć z domu. Zamierzam zażądać pewnych wyjaśnień. I nie odejdę, póki ich nie uzyskam.
Jest wpół do szóstej. Wróciłam. Bez żadnych wyjaśnień. Jestem żałosna. A Sam straszny. Zwłaszcza gdy jest zmęczony i głodny.
Niedziela, 10 czerwca
Drogi Pamiętniku,
ciągle zero Jareda. Zamiast niego mam przy sobie Cynthię (nie wyszła nigdzie z przyjaciółmi, bo tata jej zabronił), która dzielnie dotrzymuje mi towarzystwa. Szczęściara ze mnie.
Poniedziałek, 11 czerwca
Drogi Pamiętniku,
to naprawdę zabawne, jak czasem życie potrafi być przewrotne. W zeszłym roku o tej porze martwiłam się egzaminami końcowymi i przeglądałam uważnie rocznik, mając nadzieję, że odnajdę w sobie tyle odwagi, by poprosić Jareda o wpis. Tego roku natomiast martwię się wampirami w Seattle i nagłym zniknięciem swojego chłopaka.
Kiedy moje życie stało się aż tak skomplikowane?
Wiesz, co nie jest skomplikowane? Słowa. Słowa nie są skomplikowane. Są proste, klarowne, nie próbują cię oszukać ani od ciebie uciec. Za wyjątkiem słowa „nudny". „Nudny" to podstępne słowo. Źle brzmi. Tak właściwie to brzmi nawet okrutnie. Ale „nudny" to raczej słowo łagodne. Sprawdziłam to. Dwa razy. Jego definicja – za słownikiem Webster – to: „bez wyróżnika, czegoś interesującego bądź pobudzającego; mdły".
Ze słowami znacznie łatwiej się pogodzić niż z ludźmi (za wyjątkiem tego wcześniej wymienionego). Czasem się zastanawiam...
- Kim?
Mogłabym przysiąc, że serce przestało mi bić na co najmniej sześć sekund. Czas zdawał się nie płynąć, gdy podnosiłam się z łóżka, a pamiętnik ześlizgnął się z moich kolan i uderzył w podłogę. Potknęłam się w pośpiechu, ale zdążyłam wrócić do pionowej pozycji, zanim ośmieliłam się zerknąć w stronę okna.
To, co zobaczyłam, zaparło mi dech w piersiach. Nie od razu dostrzegłam ogromne zmęczenie emanujące z jego twarzy i sposobu, w jaki siedział, ponieważ skupiłam się na błyskach widocznych w jego oczach, gdy na mnie patrzył.
- O mój świecie kochany... – wydyszałam, biegnąc w kierunku okna. – Jared! – dodałam, wpadając w jego otwarte szeroko ramiona. Przycisnął mnie mocno do siebie, niemalże pozbawiając tchu.
- Kim, Kim, Kim... – powtarzał szeptem, całując czubek mojej głowy.
- Już dobrze, jestem tutaj – wymamrotałam w jego szeroki tors, mając nadzieję... nie, modląc się o to, by znaleźć słowa, które w jakiś sposób przyniosłyby mu ulgę. Te zdawały się działać, bo po chwili wziął moją twarz w swoje ogromne dłonie i pocałował mnie z takim uczuciem, które graniczyło z przemocą.
Nasze usta poruszały się tak naturalnie, jakby robiły to przez lata, jakby były dla siebie stworzone. Rozpalona ręka Jareda powędrowała w dół moich pleców, zatrzymując się przy rąbku niebieskiej koszulki, która służyła mi za piżamę.
Nagle znaleźliśmy się na podłodze i mimowolnie oplotłam nogami jego talię. Po chwili podniósł mnie i przeniósł przez pokój, ani na sekundę nie przestając całować. Wplotłam palce w jego włosy, podczas gdy on musnął wargami linię mojej szczęki i umieścił je na szyi.
W pewnym momencie lekko ugryzł mnie nieco ponad obojczykiem, po czym zatuszował ślad swoim językiem. Westchnęłam głęboko i z powrotem przyciągnęłam jego twarz do mojej. Padliśmy na łóżko i sprężyny głośno jęknęły, ale w ogóle się tym nie przejęłam.
Ciepło Jareda zdawało się mnie pochłaniać, dogłębnie przenikając każdy cal mojego ciała aż do szpiku kości. Czułam na sobie każdą linię jego ciała, każdy ucisk... Pasowaliśmy do siebie idealnie, jak dwa puzzle, jak yin i yang – niezdolni do życia osobno, ale razem stanowiący doskonałe ucieleśnienie piękna i miłości, jedna dusza w dwóch ciałach.
Właśnie w tym momencie wszystkie moje lęki i obawy nagromadzone podczas ostatnich kilku tygodni rozpłynęły się w powietrzu. Teraz istnieliśmy tylko my – Jared i ja. Nie liczyło się nic poza pocałunkami i czułością oraz miłością promieniującą z każdego otarcia naszych ust i elektryzujących muśnięć palców.
- Kocham cię – wyszeptał Jared, swoim gorącym językiem dotykając moich warg.
Tu i teraz na całym świecie istnieliśmy tylko my i nasza miłość. Wiedziałam, że przewyższa ona wszystko, co Bóg, karma albo ktokolwiek inny był nam w stanie zaoferować.
