Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Piosenka do tego rozdziału polecana przez autorkę:
Broken w wykonaniu Lifehouse
ROZDZIAŁ 23
Strach
"Strach to tyran i despota: potworniejszy niż koło tortur, sprytniejszy niż wąż".
~ Edgar Wallace ~
Strach to śmieszna rzecz. Ma zaledwie sześć liter, ale obciąża je tyle emocji, że równie dobrze mogłoby stanowić określenie narwanego operatora wyrzutni rakietowej. Zabawne jest w nim to, że istnieją jego trzy odmiany, trzy definicje, trzy stopnie nasilenia. I właśnie to w ostatecznym rozrachunku czyni go kompletnie nieśmiesznym.
Pierwszy rodzaj strachu lubię nazywać „trzepoczącym". Polega on na tym, że jest się rozdartym między dwiema rzeczami, zazwyczaj – tak jak w moim przypadku – miłością i odmową. Doświadczyłam go na własnej skórze wtedy, gdy Jared się we mnie wpoił. Wiesz, że czegoś pragniesz, ale tak ogromnie się boisz, że tego nie osiągniesz, że odpuszczasz sobie na starcie. Kiedy natomiast niespodziewanie to otrzymasz, ogarnia cię lęk, że już to zdobyłeś, aż w końcu do akcji wkracza obawa przed straceniem tego. Czasami, a zwłaszcza ostatnio, rozgrywała się zagorzała walka pomiędzy moim id a superego... Jeśli wiecie, co mam na myśli.
Drugi rodzaj strachu określam jako „incydentalny". To ten gryzący, uporczywy terrorysta, czający się w najodleglejszych zakamarkach twojego umysłu i tylko czekający na moment triumfu, by móc zamienić się w pełni wykształcone, okropne straszydło. Suma summarum nie jest taki zły, jeśli potrafimy nad nim zapanować, lecz jeśli choć na krótką chwilę powinie ci się noga i stracisz koncentrację, rozprzestrzeni się w tobie szybciej niż wypowiesz „incydentalny strach". Chyba najczęściej miałam z nim do czynienia parę miesięcy temu podczas nieobecności Jareda w szkole, gdy obawiałam się, że spadł klifu albo coś w tym stylu.
Trzeci i ostatni rodzaj strachu jest najgorszy – nadałam mu przydomek „niezgłębiony". To on sprawia, że oblewa cię zimny pot, twoje serce gwałtownie przyspiesza, w uszach zaczyna huczeć krew i czujesz się tak, jakbyś dopiero co przebiegł maraton, choć nie możesz się poruszyć nawet o cal. Paraliżuje cię fakt, że nie masz już pełnej kontroli nad swoim życiem i nic tego nie zmieni. Panika, lęk i popłoch nieustannie zajmują twoje myśli, podczas gdy ty jesteś pochłaniany przez to, czego najbardziej się boisz. Ten rodzaj strachu dopada cię wówczas, gdy twój chłopak zmienia się tuż przed tobą w mityczną kreaturę i znienacka zaczynasz się czuć nie jak miła, chuda nastolatka, tylko jak miły, soczysty stek.
Dawno zdałam sobie sprawę, że wszystkie rodzaje mojego strachu wiążą się z Jaredem. Nie rozwodziłam się już nad tym, jak moje życie kręciło się wokół niego, a jego wokół mnie. To stało się zwykłym faktem.
Teraz, jeżeli to w ogóle możliwe, odczuwałam wszystkie odmiany lęku naraz. Trzepoczący strach wywoływały zwierzęce spojrzenia, jakie Jared rzucał w moją stronę ponad ramieniem Embry'ego, gdy sfora siedziała ściśnięta w kącie, zajęta opracowywaniem swoich planów. Wytrwale walczyłam z incydentalnym strachem, próbując ukryć obawy odnośnie ich sekretu, uwięzionego w prywatnym więzieniu mojego umysłu. Niezgłębiony strach karmił się niewiedzą i niezrozumieniem, co się tak właściwie działo.
- Kiiiiiiim!
Jęk Claire sprawił, że zarówno ja, jak i Quil spojrzeliśmy z zaniepokojeniem na siedzącego na moich kolanach brzdąca. Sam trzepnął chłopaka w ramię i wszyscy wrócili do strategicznych planów, jakie wymyślali przy stoliku do kawy w salonie domu jego i Emily.
- O co chodzi, niedźwiadku? – spytałam łagodnie, robiąc dłonią kółka na jej plecach. Odwróciła się i spojrzała na mnie swoimi wielkimi, brązowymi oczami tak błagalnie, jak tylko potrafi dwulatka.
- O nie – powiedziałam automatycznie. - Na dzisiaj koniec z Barney'em. Obejrzałaś już wszystkie ze swoich sześciu kaset. I to dwa razy.
- Nie, nie, nie – odparła Claire i wydęła usta, a w jej oczach pojawiły się łzy. Zacisnęłam zęby. Nie będzie mną manipulował ktoś, kto nawet nie potrafi jeszcze poprawnie mówić.
Pokręciłam głową.
- Ploooooo-sę! – zawołała, obejmując moją twarz swoimi małymi dłońmi. Przez ostatnie dwa tygodnie nauczyła się wydłużać odpowiednie sylaby wyrazów, które znała i których często używała. Emily twierdziła, że to tylko pewien etap w nauce mówienia, ale ja miałam inne zdanie. Wiedziałam, że ta spryciara wynajdowała coraz to nowe i bardziej kreatywne metody, by dostawać od sfory i rodziny to, czego właśnie chciała. Praktycznie wszyscy byli już na skinienie jej malutkiej rączki.
- Claire, pamiętasz taką zasadę, kiedy ciocia Kim mówi „nie"? – zapytała Emily, wychylając się zza mojego ramienia. Dziewczynka nieco się nadęła i pokiwała głową.
- Nie i koniec! – powiedziała zdecydowanym tonem, patrząc na Emily i celując w nią pulchnym paluszkiem. Miałam nadzieję, że sposób, w jaki to pokazała, nie naśladował mojego zachowania.
- Racja, nie i koniec – potwierdziła Emily i zabrała ją z moich kolan. – A teraz chodźmy po ciasteczko i nauczmy się nowej zasady. Ta będzie się nazywała: „tylko pół godziny Barney'a dziennie".
- Nie! – usłyszałam żałosny lament Claire, kiedy obie skierowały się do kuchni. – Nie i koniec!
Starając się oderwać od słuchania przytłumionych szeptów dochodzących z rogu pokoju, włączyłam telewizor, by obejrzeć wiadomości. Szybko zmieniałam kanały, aż natrafiłam na taki, w którym spiker ogłosił, że teraz przeniesiemy się do studia, gdzie Shannon zda nam sprawozdanie z wcześniejszej konferencji prasowej na temat Rębacza z Seattle. Przejrzałam jeszcze kilka innych stacji – każda gorsza od poprzedniej. Można było odnieść wrażenie, że wszyscy informowali jedynie o tym, co działo się ostatnio w Seattle, choć tak naprawdę nikt nie znał prawdy. Równie dobrze meteorolodzy z Florydy mogliby ostrzegać przed burzami w sezonie huraganów.
W końcu wyłączyłam odbiornik i sięgnęłam po gazetę, którą czytałam już kilka razy. Było to specjalne wydanie „National Geographic", skupiające się na ochronie zagrożonych gatunków wilków z północy. Najwyraźniej dawno temu ktoś dokonał niefortunnego zakupu i jakimś sposobem wylądował on w saloniku Emily i Sama.
- Kim?
Natychmiast obróciłam głowę. Jared stał tuż obok, trzymając w ręku mój płaszcz. Podniosłam się z sofy i ruszyliśmy w stronę wyjścia, żegnając się po drodze z innymi.
- Zobaczymy się później – obiecała Emily z wymuszonym uśmiechem na ustach, wcześniej obdarowawszy mnie talerzem ciastek dla mojej rodziny.
- Przyjdziemy po ciebie rano! – zawołał jeszcze Sam, zanim drzwi się za nami zatrzasnęły. Jared kiwnął tylko głową, ciągle idąc w kierunku furgonetki, którą dzielił z resztą sfory.
Próbowaliśmy przekonać mojego ojca, żeby pozwolił mi spać u Sama i Emily, ale odmówił. Uparcie trzymał się swojej zasady nieopuszczania mieszkania w ten weekend, chociaż jednocześnie zasugerował, że następna sobota będzie znacznie odpowiedniejsza na nocowanie poza domem. Tylko że wtedy, oczywiście, będzie już po starciu złych wampirów z dobrymi wampirami i wilkołakami. Czasem się zastanawiałam, czy tata wiedział więcej niż to okazywał. Albo może posiadał dziwacznie wyczuloną intuicję.
Jared spędzał więc tę noc w moim domu. Sam złagodził nieco swoje zwykłe, surowe zasady dotyczące nocowania u wpojeń, zapewne ze względu na niebezpieczeństwo, na jakie się mieli jutro wystawić. Ta świadomość przyprawiała mnie o ból brzucha.
Na szczęście Cynthia od zawsze spała bardzo mocno. Urodziła się z chorobą, która uniemożliwia kościom prawidłowe wchłanianie wapnia, przez co stają się one słabe i gąbczaste. Lekarstwa, które brała przed pójściem do łóżka – dwie pigułki w kolorze niebieskim i zielonym – działały również jak środki nasenne, więc co noc spała nieprzerywanie przez osiem godzin, nie przesuwając się nawet o cal.
Uznawanie dolegliwości siostry za pomyślne zrządzenie losu może wydawać się nieco egoistyczne, ale miałam już za sobą wystarczająco dużo nocy, podczas których musiałam znosić jej chrapanie i mówienie przez sen. I to bez możliwości obudzenia jej i kazania się zamknąć. Teraz traktowałam to jako nagrodę za moje poświęcenie.
Szczęście uśmiechnęło się do nas również dwa tygodnie temu, kiedy Cyn strasznie się na mnie wściekła i namówiła tatę, by oddzielił jej część pokoju od mojego prowizoryczną „ścianką". Wkrótce stare, przebarwione prześcieradło, spoczywające dotychczas w szafie na pościel, zawisło pomiędzy naszymi łóżkami, efektownie dzieląc pomieszczenie na pół. Takie rozwiązanie dało nam obu nieco prywatności, jednak nie potrafiło zagłuszyć chrapania Cynthii, które przypominało odgłosy młota pneumatycznego.
- Możesz przestać? – poprosiłam spiętym głosem Jareda, patrząc, jak spaceruje w kółko pomiędzy moją komodą, regałem i szafą. – Wiem, że Cynthia śpi jak zabita i w ogóle, ale nie nadstawiajmy naszego szczęścia na zbędny szwank. – Szarpnęłam znacząco głową w stronę części pokoju mojej siostry.
- Wybacz – przeprosił, siadając na krawędzi łóżka. – Trochę się denerwuję.
- O tak, też się będę denerwować... – zaczęłam, ale zaraz przerwałam. – Właściwie to już się denerwuję, chociaż to nie ja muszę iść walczyć z gromadą złych zombie. – Próbowałam umniejszyć wagę sytuacji poprzez żart, ale zabrzmiał on bardziej jak żałosne skomlenie.
- Ale ja nie denerwuję się w taki zwykły sposób – sprostował, rytmicznie uderzając stopą w dywan. - Czuję się bardziej podekscytowany... Chyba.
- Podekscytowany?
- O tak – potwierdził niebezpiecznie głośno. Pospiesznie go uciszyłam i rzuciłam zaniepokojone spojrzenie w stronę miejsca, gdzie za prześcieradłem majaczyła sylwetka śpiącej Cyn. – To znaczy, popatrz: ciągle się przemieniamy, patrolujemy i ćwiczymy, jakbyśmy na cos czekali, ale nie do końca wiedzieli na co. A teraz nie dość, że znamy przeciwnika, to jeszcze dokładnie wiemy, kiedy i gdzie się z nim zetkniemy.
- Mówisz o tym tak, jakbyś myślał o dacie zabawy w przedszkolu – odparłam zgorzkniałym tonem, na co Jared zachichotał i objął mnie ramieniem, przyciskając mocno do siebie.
- Boję się o ciebie – wyszeptałam w jego klatkę piersiową. – O was wszystkich.
- Nie masz powodu, by sie bać – zapewnił łagodnie. – Nawet my sie nie boimy.
- Wy, chłopaki, jesteście uzależnieni od adrenaliny. Zrobicie wszystko, by zdobyć działkę - podrażniłam sie z nim. Zaśmiał się, wywołując w moim brzuchu dziwne sensacje. – A jeśli któryś z was zostanie ranny?
- Wtedy po raz kolejny zobaczysz, jak szybko zdrowiejemy – przypomniał, bez wątpienia mając na myśli te wszystkie sytuacje, kiedy Paul odnosił dość poważne obrażenia w starciach z innymi członkami sfory, a już po chwili był w pełni wyleczony.
- A jeśli cos pójdzie nie tak z waszym planem? A jeśli przewyższą was liczebnie i dobre wampiry nie pojawią się na czas? A jeśli dobre wampiry przejdą na stronę tych złych? A jeśli...?
Wypowiedzenie ostatniego pytania udaremnił mi niespodziewany atak ust Jareda na moje wargi. Początkowo próbowałam się od niego odsunąć i zbesztać go za próbę uciszenia mnie, ale szybko wylądowałam na plecach, przyciskana do łóżka ciężarem jego ciała. Nie upłynęło zbyt wiele czasu, zanim całkowicie zatraciłam się w delektowaniu odczuwania gorących pocałunków na ustach i elektryzujących ruchów palców na nagim brzuchu, gdzie kończyła się moja koszulka na ramiączkach.
Jakimś cudownym sposobem całowanie Jareda sprawiało, że nabierałam śmiesznie pozytywnego nastawienia do świata.
- Za bardzo się martwisz – szepnął, kiedy się ode mnie odsunął i położył na poduszce. – To niezdrowe.
- Szukasz guza pośród obnażonych kłów i nienasyconych gardeł spragnionych 0 Rh minus – odparłam ze śmiertelnie poważną miną. – To tez niezdrowe.
- Żadnych kłów – westchnął, zamykając oczy i przyciągając mnie do siebie, przez co leżałam teraz na wznak na jego torsie. Przez kilka minut nie odezwaliśmy się ani słowem. Nasze oddechy powoli się wyrównały, tyle że na jeden oddech Jareda przypadały dwa moje. Gdy przepowiadana burza ustąpiła miejsca śnieżycy, wcześniejszy deszcz zmienił się w białe płatki, a słupek rtęci w termometrze gwałtownie opadł. Bardzo cieszyłam się z tego, że Sam odpuścił dziś chłopcom patrolowanie, aby mogli odpocząć przed jutrzejszą bitwą. Nikt nie zasłużył na przebywanie na dworze w taką pogodę.
- Jared? – spytałam niepewnie.
- Mmm?
- Obiecaj mi... – zaczęłam, przełykając ślinę i powstrzymując się od wybuchnięcia płaczem tak usilnie, że rozbolało mnie od tego gardło. – Obiecaj mi, że wrócisz.
- Kim – odparł Jared głosem przepełnionym miłością i obrócił się, aby spojrzeć mi w twarz. – Kocham cię. I wrócę. przecież wiesz...
- Obiecaj – nalegałam.
- Obiecuję, że wrócę. Wrócę do ciebie.
Kiedy obudziłam się następnego ranka, Jareda już nie było. Prawie świtało i zdawało mi się, że słyszę dochodzące z oddali ochrypłe wycie wilków. Przycisnęłam pięści do oczu i z powrotem opadłam na poduszkę, łkając w agonii.
Teraz odkryłam jeszcze czwarty rodzaj strachu – „heroiczny". Strach, że ci, których kochasz, poszli walczyć o twoje bezpieczeństwo, ryzykując swoje życie dla ciebie i jakiejś dziewczyny, która przyciąga kochające krew monstra jak mała morska wydra z ranką po zacięciu papierem. Strach, że mogą już nie wrócić albo odnieść ciężkie rany.
Strach, że wszystkim, co możesz zrobić, jest czekanie.
