Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


Piosenki do tego rozdziału polecane przez autorkę:

Leave Out All the Rest w wykonaniu Linkin Park

Comatose w wykonaniu Skillet


ROZDZIAŁ 24

Oczekiwanie

Piątek, 15 czerwca

Drogi Pamiętniku,

czekanie jest najgorszą z możliwych form tortur. Nie wiem, czy nie lepiej zniosłabym waterboarding...

Westchnęłam i gwałtownie zamknęłam swój pamiętnik, przypadkowo zacinając się w palec metalową oprawką okładki. Ból był dziwnie odległy i przytłumiony, jakby odczuwające go receptory odłączyły się od reszty układu nerwowego. Dopiero gdy na mojej skórze pojawiły się kropelki krwi, w pełni dotarło do mnie to, co się stało.

- Rujnujesz mi życie! – wrzasnęła Cynthia, wpadając jak burza do naszego pokoju i zatrzaskując za sobą drzwi. Jej strój wyglądał jak żywcem wyjęty z jakiegoś sprośnego filmu dla nastolatków. Miała na sobie przykrótką, drelichową spódniczkę, elastyczne legginsy do połowy łydki i luźny top w prążki. Od razu domyśliłam się, że przed chwilą próbowała zignorować zakaz taty i wyjść z domu, prawdopodobnie po to, by pojechać z przyjaciółmi na zakupy do Seattle.

Spojrzała na mnie i tylko wywróciła oczami.

- No pięknie – jęknęła, zasuwając zawieszone między naszymi łóżkami prześcieradło, ale cienkie płótno wcale nie uniemożliwiło mi widzenia zarysu jej sylwetki.

Po chwili wyciągnęła swoją komórkę i rozpoczęła rozmowę z kimś, kto odebrał po dwóch sygnałach.

- No hej, Meg, to ja. – Pauza. – Nie, nie mogę się wyrwać. – Pauza. – Tak, wiem. I ty mi o tym mówisz? Najpierw mój ojciec okazał się tyranizującym wszystkich dupkiem, a teraz jeszcze moja siostra niczego nie rozumie. – Pauza. – Nie da rady, pilnuje wejścia, już próbowałam. Zamki w tylnych drzwiach też zablokowane, a innego wyjścia nie ma... – Nastąpiła kolejna pauza, podczas której niemalże mogłam usłyszeć, jak w głowie mojej młodszej siostry formuje się plan działania.

- Zadzwonię do ciebie, gdy będę już na zewnątrz – zakomunikowała z zadowoleniem przyjaciółce. – Zaparkuj za rogiem.

Zamrugałam, wyrwana ze swoistego transu, gdy Cynthia wpadła na naszą „ściankę", o mało co nie zrywając jej z sufitu. Idąc, próbowała założyć na stopę lewego buta, jednak nie odnosiła w tej kwestii sukcesu. Sięgnęłam po leżącą na moim nocnym stoliku chusteczkę i starłam spływającą mi po palcu czerwoną strużkę.

Cyn podeszła do okna i spróbowała je otworzyć, ale i to niezbyt jej się udawało.

- Hej, Kim – syknęła. Powoli obróciłam głowę, ciągle nieco oszołomiona. – Pomóż mi z tym.

- Tata zabronił nam wychodzenia na zewnątrz – odparłam automatycznie monotonnym głosem.

- Nie – zaprzeczyła, unosząc wysoko brwi. – Powiedział mi, że nie mogę, cytuję, „przekroczyć progu drzwi", o ile nie chcę być wysłana do Minnesoty. A to przecież nie są drzwi.

Nie skomentowałam tej uwagi.

- W porządku, nie pomagaj. Mogę... – zaczęła, szarpiąc do góry ciężką ramę okna – zrobić to... – ponowne szarpnięcie – sama.

Po chwili rozległ się głęboki jęk i szyba zadrgała. Cynthia wreszcie otworzyła okno.

- Jesteśmy na drugim piętrze – przypomniałam jej, wyglądając posępnie na zewnątrz. Choć całkiem niedawno minęło dopiero południe, niebo było ciemne. Zeszłej nocy okolice La Push nawiedziła dziwaczna śnieżyca i temperatura spadła niemalże poniżej zera.

Podsumowując, ten dzień pod wieloma względami nie zaliczał się do najpogodniejszych.

- Nie doceniasz mnie, siostrzyczko – odparła, rzucając mi ponad ramieniem litościwe spojrzenie. Następnie szybkim krokiem podeszła do naszej szafy i otworzyła ją tak gwałtownie, że drzwi uderzyły o ścianę.

- Cynthia! – zawołał z dołu ojciec, brzmiąc na ogromnie zirytowanego. – Jeśli coś zepsujesz, to gwarantuję ci, że to odkupisz!

- NIE ROZMAWIAM Z TOBĄ! – wrzasnęła dziko. Nie odpowiedział.

Chwilę później Cynthia gorączkowo przeszukiwała szafę, co jakiś czas rzucając za siebie jakieś zapomniane przez wszystkich klapki i stertę starych ubrań.

- Aha! – ogłosiła niebawem, po czym w jej dłoniach dostrzegłam plątaninę białych i czerwonych sznurków oraz plastiku. Z zaskoczeniem rozpoznałam naszą drabinę pożarową, którą rodzice dali nam tak „na wszelki wypadek", kiedy przeprowadziliśmy się do naszego pierwszego dwupiętrowego domu.

Z powrotem ruszyła pewnie w stronę okna i bezceremonialnie rozłożyła drabinę, mocując haczykami do parapetu plastikową podkładkę.

Nagle poczułam się tak bardzo rozbudzona, jak jeszcze dzisiaj nie byłam, jakby ktoś znienacka wylał mi na głowę kubeł lodowatej wody. W pełni dotarło do mnie to, co zamierzała zrobić moja siostra, a także przypomniałam sobie prawdziwy powód, dla którego nie powinna wychodzić teraz na dwór.

- To kiepski pomysł, Cyn – powiedziałam szybko, wstając z łóżka i podbiegając do okna. – Przebywanie poza domem jest dzisiaj naprawdę niebezpieczne.

- No nie! Ty też? – zawołała, łapiąc się za głowę.

- Cyn, proszę, po prostu mnie posłuchaj...

- Nie – odparła bez ogródek, niezdarnie kładąc jedną stopę na parapecie, rozpoczynając tym samym swą ryzykowną podróż w dół.

- Cyn! – syknęłam. – Na zewnątrz jest po prostu niebezpiecznie! Nie rozumiesz?

Znajdowała się już w połowie drabiny. Jej twarz, zastygłą w wyrazie skrajnej determinacji, delikatnie oświetlał blask wydobywający się z kuchni, co wyraźnie kontrastowało z panującym na zewnątrz półmrokiem.

Po kilku sekundach dotarła na stały grunt. Przebrnęła przez cienką warstwę śniegu na podwórku i puściła się biegiem wzdłuż ulicy. W oddali, w pobliżu zakrętu, dostrzegłam parę jasnych punkcików, którymi były prawdopodobnie reflektory samochodu.

- Uch! – krzyknęłam w poduszkę, rzuciwszy się z powrotem na łóżko, jednak po krótkiej chwili podniosłam się do pozycji siedzącej i szybko włożyłam parę baletek. Ktoś musiał coś zrobić, a wiadomo, że nie mogłam wysłać rodziców na dwór, gdy parę mil stąd rozgrywała się zagorzała walka na śmierć i życie.

Wstałam, przygotowując się psychicznie na to, co właśnie miałam zrobić, i rozpoczęłam schodzenie po sznurkowej drabinie.

- Głupie młodsze siostry – wymamrotam, kiedy byłam już na ziemi i potupywałam, by zrobiło mi się nieco cieplej. – Cynthia! – Żadnej odpowiedzi. – Głupi śnieg. – Kopnęłam mały kopczyk białego puchu i stęknęłam z bólu, bo uderzyłam palcem w skrywający się pod nim niewielki kamyk. – Głupie kamienie.

Poszłam tą samą ścieżką, którą podążała wcześniej Cynthia, przezywając każdą rzecz, co czyniło mnie bardziej żałosną niż je „głupimi". W końcu nie miałam już czego przeklinać, poza jednym problemem, zajmującym obecnie pierwsze miejsce na mojej liście zmartwień.

- Głupie wampiry! – wrzasnęłam z całych sił, zwracając się twarzą ku niebu, z którego znowu zaczął sypać śnieg.

- GŁUPIE WILKOŁAKI! – ryknęłam, praktycznie trzęsąc się z frustracji. Wszystkie sekrety i to całe zamartwianie się sprawiało, że czułam się tak, jakbym traciła kontakt z rzeczywistością. To znaczy, czy normalni ludzie, stojąc na środku ulicy około czternastej trzydzieści, krzyczą coś o mitycznych stworzeniach?

Nagle opadłam z sił i usiadłam po turecku na ziemi, analizując pobieżnie moją sytuację. Mogłam albo nadal iść za Cyn, która zapewne wsiadła już do auta i wraz ze swoimi przyjaciółmi jechała teraz do Seattle, albo wrócić do domu i tarzać się w pościeli, odrobinę bardziej martwiąc się o sforę.

- Boże – usłyszałam znienacka zza pleców. – Nie wiedziałem, że aż tak bardzo nas nienawidzisz.

- Ach! – pisnęłam, omal się nie przewracając, gdy próbowałam jednocześnie podnieść się i oddalić od źródła tajemniczego głosu. Wyprostowałam się i zerknęłam w stronę drzew, pomiędzy którymi dostrzegłam znajomego nastolatka o rdzawobrązowej karnacji, skręcającego się z powodu niekontrolowanego napadu śmiechu. – Jezu, Brady, ogromnie mnie wystraszyłeś! – wydyszałam, usiłując wyrównać przyspieszony oddech. Collin i Brady, dwaj najmłodsi członkowie sfory – nie licząc Setha – zostali oddelegowani przez Sama do całodziennego patrolowania La Push, podczas gdy inni poszli walczyć. Wiedziałam, że było to z mojej strony nieco egoistyczne, ale po cichu marzyłam, żeby Jaredowi również przydzielono takie zadanie i by nie zasilał on szeregów ciężkiej kawalerii.

- Wybacz – przeprosił chłopak, nieco zażenowany. – Ale to samo mogę powiedzieć o tobie. Co ty tu robisz? Jared ci nie powiedział, abyś została dzisiaj w domu?

Zarumieniałam się, zawstydzona. Jared prosił mnie tylko o jedno, a spełnienie jego prośby było raczej bajkowo proste. Jednak gdy w grę wchodzą młodsze siostry, bajkowa prostota znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

- No tak, ale najpierw zacięłam się w palec, potem Cynthia i tata się pokłócili, więc ona zeszła na dół po drabinie pożarowej wyciągniętej z szafy, a ja przecież nie mogłam pozwolić jej iść. To znaczy, wiedząc o tych wszystkich wampirach kręcących się dzisiaj po okolicy? Więc wyszłam za nią i rozglądałam się uważnie dookoła, ale nie mogłam jej znaleźć, no a potem zamiast niej znalazłam ciebie. Albo ty znalazłeś mnie. Albo jakoś tak. – Te wyczerpujące wyjaśnienia zakończyłam głębokim oddechem.

Brady sprawiał wrażenie, jakby usilnie starał się zachować powagę.

- Tylko się ze mnie nie śmiej – ostrzegłam.

- Przecież się nie śmieję – odparł, ewidentnie walcząc z cisnącym mu się na usta uśmiechem. – Po prostu... naprawdę wyszłaś z domu przez okno?

- No tak, przy pomocy...

- Drabiny pożarowej wyciągniętej z szafy. Już wspomniałaś. Ale czy twój pokój nie znajduje się przypadkiem na drugim piętrze?

- Właśnie dlatego potrzebowałam drabiny – odparłam sarkastycznie. Ten młokos zaczynał powoli szarpać moje i tak już mocno nadwyrężone nerwy. – Nie wierzysz mi. – Moje słowa zabarwiła nutka niedowierzania. To nie było pytanie.

- Nie, to nie tak. Ja tylko... No cóż, Jared nigdy mi nie uwierzy, gdy mu o tym opowiem.

Chłopak nie potrafił dłużej nad sobą zapanować i teraz śmiał się cicho, trzęsąc lekko ramionami.

- Och, jaki z ciebie dowcipniś – skwitowałam, odwracając się na pięcie. – Przekaż Jaredowi, żeby do mnie zadzwonił, kiedy już wróci. Będę w swoim domu.

Ciepła dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku, efektywnie cofając mnie o te kilka kroków, jakie udało mi się zrobić.

- Hej, poczekaj sekundę, Kim.

Odwróciłam się powoli, przybierając tak irytujący i zły wyraz twarzy, na jaki tylko było mnie stać.

- Co?

- Chodź – powiedział i zaczął ciągnąć mnie w kierunku przeciwnym do tego, w jaki musiałam się udać, by dotrzeć do domu. Chłopak zdawał się w ogóle nie zwracać uwagi na mój opór, ale to akurat nie stanowiło żadnej nowości.

- Gdzie my idziemy? – spytałam, drepcząc za nim posłusznie.

- Do Sama i Emily – wyjaśnił. Teraz ton jego głosu stał się dziwnie bezbarwny, a cały jego niedawny humor zdawał się wyparować.

- Ale ja muszę wracać do domu. Nie powinnam przebywać na zewnątrz.

- Będziesz bezpieczniejsza w ich domu.

- Tylko że mój tata o tym nie wie.

- Za to Jared wie. I zabije mnie, jeśli się dowie, że nie umieściłem cię w możliwie najbezpieczniejszym miejscu.

- Bardziej boisz się Jareda niż mojego taty? – spytałam z powątpiewaniem.

- Zdecydowanie tak – odpowiedział, odwracając się i obdarzając mnie nerwowym uśmiechem. – A teraz chodź.

W ekspresowym tempie doszliśmy na miejsce. Brady poprowadził mnie przez podjazd i wprowadził do środka szybciej niż zajmuje wypowiedzenie: „śpieszący się wilkołak".

- Halo? Kto tam? Sam, to ty? – dobiegł nas z kuchni znękany głos Emily.

- Nie, przykro mi, Em. To tylko ja i Kim – odpowiedział chłopak, zasmucony tym, że nie miał dla niej żadnych lepszych wieści.

Emily wyszła na korytarz, wycierając ręce o niebieski fartuch, obwiązany wokół jej talii. Po raz pierwszy wyczułam w tym domu okropny odór, który wskazywał na to, że spalił się tutaj prawdopodobnie niejeden ananas lub coś podobnego.

- Och, Kim! Jak miło cię widzieć, kochana – przywitała się kobieta i popatrzyła na nas z troską. – Nie spodziewałam się ciebie, ale to dobrze, że wpadłaś. We dwie zawsze raźniej i czas szybciej przemija, prawda? – Brzmiała tak, jakby nie wierzyła we własne słowa.

- Chyba tak – mruknęłam, patrząc w podłogę.

- Okej, to w takim razie ja wracam na patrol – oznajmił spokojnie Brady, kierując się do drzwi.

- Bądź ostrożny – poprosiła Emily.

- Nie martw się, Em – pocieszył ją z fałszywym uśmiechem na ustach. – Potrafimy o siebie zadbać.

I już go nie było.

- Emily? – zabrzmiał znienacka głęboki baryton Billy'ego Blacka. – Kto to?

Podskoczyłam ze zdumienia, bo nie wiedziałam, że w domu przebywa ktoś jeszcze.

- To tylko Kim, panowie! – zawołała nieco pewniej Emily. – Billy i Charlie są tutaj – wyjaśniła mi. Po chwili skupienia rzeczywiście wyłapałam dwa męskie głosy i przytłumione odgłosy telewizora dochodzące z salonu.

- Charlie? – powtórzyłam ze zdziwieniem, nie skojarzywszy tego imienia. Mężczyzna prawdopodobnie nie mieszkał w rezerwacie.

- Ojciec Belli Swan – odparła spokojnie Em. Kiwnęłam głową, niezbyt zdumiona. Jeśli byłabym na miejscu tej dziewczyny i wiedziała, że na tyłach mojego domu rozegra się pojedynek wampirów i wilkołaków, to również wysłałabym swojego tatę w najbezpieczniejsze miejsce, jakie znam. – Oglądają mecz, dopóki chłopcy nie wrócą. A ty, jeśli chcesz, możesz pomóc mi w kuchni – zaproponowała, podając mi inny niebieski fartuch, po czym obie weszłyśmy do pomieszczenia, które można było określić jako coś podobnego do strefy działań wojennych.

- Co się tutaj stało? – zapytałam ostrożnie, zerkając na mnóstwo brytfanek z lepką, gęstą substancją w środku. Jedna z nich wyglądała tak, jakby zawierała coś, co było muffinkami po kilkusetletniej sesji w nagrzanym do maksimum piekarniku.

- Bez niego jestem taka skołowana – przyznała Emily drżącym głosem. Natychmiast zorientowałam się, że miała na myśli Sama.

- Witaj w klubie – wymamrotałam, opierając podbródek na dłoniach. – Chyba to całe wpojenie działa w obie strony.

- Po prostu nie potrafię dobrze dobrać tych składników – mruknęła do siebie. Wstałam i przeszedłszy przez kuchnię, zerknęłam przez jej ramię na przepis.

- Może zapomniałaś o wanilii... albo o brązowym cukrze... albo o jajkach – zasugerowałam. Kobieta roześmiała się nerwowo i położyła dłoń na swoim czole.

- Chciałabym tylko, aby po powrocie czekała na nich brytfanka smacznych muffinek – westchnęła.

- Pozwól mi sobie pomóc – poprosiłam, biorąc do ręki książkę kucharską. – Ale najpierw posprzątajmy to pobojowisko. – Wskazałam głową na otaczający nas bałagan. – Bo obawiam się, że w innym razie wasza kuchnia zamieni się wkrótce w wysypisko toksycznych odpadów.

Emily zgodziła się ze mną ze śmiechem, po czym poszła po mopa i parę zapasowych ścierek.

Doprowadzenie kuchni do stanu używalności zajęło nam około godzinę. Następne dwie spędziłyśmy na przygotowywaniu i pieczeniu muffinek, skupiając się tylko i wyłącznie na przepisie. Z uwagą mieszałyśmy ze sobą ściśle określone ilości poszczególnych składników i badałyśmy świeżość jajek przed wbiciem ich do miski. W ostatniej chwili zdecydowałyśmy się nawet dodać do ciasta dwa czekoladowe płatki i trochę jagód. Ogólnie rzecz biorąc, gotowanie okazało się bardzo zajmującym procesem. Jednak obie przyznałybyśmy zapewne, że w głębi serca myślałyśmy przede wszystkim o ukochanych osobach, które przebywały teraz w jakiejś bliżej nieokreślonej części waszyngtońskich lasów, walcząc o życie swoje i nasze.

Oblizywałyśmy właśnie trzepaczki kuchennego robota, kiedy nieoczekiwanie zabrzmiał dzwonek mojego telefonu, który zostawiłam w kieszeni kurtki. Wzdrygnęłam się i niemalże rzuciłam do drzwi, by jak najszybciej dotrzeć do szafy na płaszcze. Przewróciłam w niej wszystko do góry nogami, aż w końcu dopadłam tego małego, srebrnego diabełka.

- Halo? – powiedziałam do aparatu, ściskając go obiema dłońmi i ciężko oddychając. Nie zawracałam sobie głowy sprawdzeniem imienia dzwoniącego, przekonana, że okaże się nim ten, na kogo telefon tak niecierpliwie czekałam.

- Hej, Kim, to ja.

- Catherine?

- No... tak – potwierdziła takim tonem, jakby miała co do tego jakieś wątpliwości.

- Och... Cześć. Co tam u ciebie?

- Całkiem nieźle. Jestem tylko trochę zmęczona. Hej, czy przypadkiem nie pomyliłam godziny naszego spotkania? Myślałam, że umówiłyśmy się na drugą, ale wiesz, jaka jestem kiepska w zapamiętywaniu liczb i innych tego typu rzeczy... – przerwała z lekkim zawahaniem, czekając na moją odpowiedź.

O psiakrew! Kompletnie zapomniałam o planach, jakie miałyśmy z Catherine.

- Cat? – odezwałam się nieśmiało.

- Tak? – Brzmiała na delikatnie rozczarowaną, jakby po tonie mojego głosu domyśliła się, co za chwilę powiem.

- Tak bardzo mi przykro...

- Zapomniałaś, prawda? – zarzuciła mi hardo.

- Musisz mnie zrozumieć, Catie. Tyle miałam ostatnio na głowie. Naprawdę nie chciałam zapomnieć i nie masz pojęcia, jak podle się z tym czuję.

- Dobra, wybaczam ci. To nadal chcesz się spotkać w parku czy mam po ciebie przyjechać? Rodzice dali mi wczoraj fundusze na gaz, więc nie ma żadnego problemu.

- No cóż... Widzisz... Jest taka sprawa, że... Tak właściwie to nie jestem... No cóż, nie jestem teraz w swoim domu – wydusiłam w końcu. Emily przyglądała mi się uważnie, śledząc moje reakcje. Chciała się upewnić, że nie powiem niczego, czego mówić nie powinnam.

- To w takim razie gdzie jesteś? – spytała Cat. Prawdopodobnie było to tylko niewinne pytanie, ale napięcie tego dnia wzięło nade mną górę, bo odpowiedziałam opryskliwie:

- Nie twój interes.

- Słucham?

- Widzisz, Catherine, nie możemy się dzisiaj spotkać, okej? Nagle wypadło mi coś innego.

- Chodzi o niego, prawda? – odparła zgryźliwie, jakby ten zaimek mógł wywołać chorobę, o ile nie wymówi się go z odpowiednio dużą ilością jadu.

- Catherine, przykro mi, ale musisz mnie zrozumieć. To naprawdę ważne. Sprawa życia i śmierci, tak właściwie. – Stojąca obok Emily cała się spięła. – Muszę zostać tam, gdzie teraz jestem i nie mogę nigdzie iść. Nie dzisiaj. Może umówimy się kiedy indziej?

- Nie wierzę ci – stwierdziła.

- Przecież powiedziałam, że mi przykro! – broniłam się.

- Jak mogłaś mnie zdradzić w taki sposób, Kim? Byłaś moją przyjaciółką, moją ostatnią nadzieją! Ufałam ci! – krzyczała w słuchawkę. W jakiś sposób wiedziałam, że choć wywrzaskiwała te słowa z taką zawziętością, to mimo wszystko wcale tak nie myślała. – Jak mogłaś mi to zrobić...?

Jej zwykły głos powoli się załamywał i po pewnym czasie zaczęły przerywać go pojedyncze szlochy.

- Cat – powiedziałam cicho, pragnąc ją jakoś pocieszyć. – Catie, coś nie tak? Co się dzieje? – Nastąpiła długa pauza i obawiałam się, że się rozłączyła, ale w końcu się odezwała.

- Chodzi o mojego brata – wymamrotała, łkając lekko.

- Riley'a? – spytałam z zaskoczeniem. Catherine rzadko wspominała o swoim starszym bracie, który uciekł do miasta razem ze swoją kapelą, gdy skończył siedemnaście lat. Razem z kolegami planowali wielką karierę, ale kiedy im się nie powiodło, wszyscy wrócili do domu, do Forks albo La Push. Wszyscy z wyjątkiem Riley'a. Z tego, co wiedzieli Millerowie, chłopak mieszkał w jakimś zapuszczonym mieszkaniu, w dzień pracując na dwa etaty, a w nocy pisząc piosenki. Był raczej tematem tabu i nigdy zbyt wiele o nim nie słyszałam.

- Tak – westchnęła, pociągając nosem. – Nie mieliśmy od niego żadnych wieści od czterech miesięcy. Zazwyczaj dzwoni co parę tygodni albo coś koło tego, by sprawdzić, co u nas i opowiedzieć o nowej piosence, która ma go wynieść na szczyt. Ale ostatnio... po prostu zniknął. Jego telefon nie odpowiada, a on sam przestał odpisywać na listy i maile.

- Och, Catie, to straszne. Tak mi przykro...

- W zeszły weekend moi rodzice pojechali do jego mieszkania. Nie było go tam, Kim. Ani żadnych jego rzeczy. Miejsce było puste, a zarządca budynku powiedział, że Riley zniknął w połowie nocy z jakąś dziewczyną ubraną jak dziwka. Nikt go potem nie widział, Kim, i boję się, że straciliśmy go na zawsze.

- Cat, jestem pewna, że po prostu pojechał do Hollywood sprzedać swoją muzykę albo coś w tym stylu, wiesz? I niedługo wróci, na pewno. – Ostatnim zdaniem starałam się pocieszyć zarówno ją, jak i siebie.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz – mruknęła, brzmiąc tak, jakby nadzieja rzeczywiście była jedyną rzeczą, która podtrzymywała ją w tej sytuacji na duchu. – Ale tym razem mam złe przeczucia. To znaczy, już wcześniej znikał, ale nigdy nie na aż tak długo. I zawsze miał przy sobie komórkę, nawet jeśli nie odbierał naszych telefonów.

Nie wiedziałam, co powiedzieć, żeby jednocześnie być szczerą i sprawić, by moja przyjaciółka poczuła się trochę lepiej, więc po prostu słuchałam jej lęków, wtrącając tu i ówdzie odpowiednie słowa otuchy. W końcu musiała już kończyć. Jej rodzice mieli zamiar pojechać do Seattle, by złożyć zawiadomienie do biura osób zaginionych i chcieli, aby ona również z nimi pojechała. Najwyraźniej postanowili teraz jak najrzadziej rozstawać się ze swoimi dziećmi, zwłaszcza że jedno z nich przepadło jak kamień w wodę.

Resztę dnia Emily i ja spędziłyśmy na pieczeniu kolejnych sześciu brytfanek muffinek, sprzątaniu i oglądaniu meczu razem z Billym i Charliem. Chwytałyśmy się wszystkiego, byleby tylko nie myśleć o tym, co się właśnie działo z tymi, których tak bardzo kochałyśmy.

O osiemnastej trzydzieści siedem usłyszałam jakieś hałasy. Na początku dochodziły ze znacznej odległości i nie potrafiłam ustalić ich źródła, więc uznałam, że to zapewne ciężarówka, na której trasie znalazło się La Push. Ale gdy te dziwne odgłosy stawały się stopniowo coraz wyraźniejsze, moja teoria upadła. Emily i ja rozpoznałyśmy je chyba w tym samym momencie, bo odruchowo złapałyśmy się za ręce.

- Czy to... ? – Kobieta urwała, nie mając śmiałości wypowiedzieć na głos swoich nadziei.

- Chyba tak… – odparłam.

Powoli podniosłyśmy się z kanapy, poruszając się tak, jakby nasze ciała były zrobione z ciężkiej żelatyny.

Niewyraźne dźwięki przemieniły się w wycie. Głośne, wszechogarniające wycie, które raniło mój umysł i wywoływało w nim kompletny chaos.

- Co, do diabła...? – mruknął Charlie, budząc się z telewizyjno-sportowego otępienia. – Czy to wycie? W rezerwacie są wilki, Billy?

Billy rzucił w naszą stronę porozumiewawcze spojrzenie, ale my już ruszyłyśmy w stronę drzwi. Charlie deptał nam po piętach, chociaż widziałam, że pan Black próbował tak manewrować swoim wózkiem, by wjechać prosto na niego i zyskać na czasie.

Wycie nagle się urwało i zastąpiło je mnóstwo przekleństw. Niektórych z nich nigdy wcześniej nie słyszałam. Nie rozpoznałam głosu tego, kto je wykrzykiwał, ale nie dało się nie wyłapać w nim bólu.

Tylko jedna myśl pobrzmiewała w mojej głowie, gdy biegłam przez salon za Emily, kierując się w stronę frontowych drzwi. Trzy słowa wryły się w mój mózg, jakby ktoś wypalił je tam rozżarzonym do czerwoności żelazem. Nie poruszałam się wystarczająco szybko i lekko się zataczałam.

Nie, nie, nie... To nie mogło się stać, powtarzałam nieustanie w duchu, gdy Emily szybko odblokowywała zamki. Ktoś został ranny i wiedziałam, że być może za chwilę będę musiała się zmierzyć ze swoimi najgorszymi koszmarami, które stały się rzeczywistością.

Nie zdawałam sobie sprawy, że wypowiadam na głos swoje modlitwy, dopóki ciepłe łzy nie spłynęły po policzkach.

Błagam, prosiłam. Błagam, nie pozwól, żeby to był on. Ktokolwiek inny, tylko nie on. Jedynie o to Cię proszę.

Tylko nie Jared.