Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.

Tłumaczenie za zgodą autorki.


Piosenki do tego rozdziału polecane przez autorkę:

Nara w wykonaniu ES Posthumus

Falling in Love in a Coffeeshop w wykonaniu Landona Pigga


ROZDZIAŁ 25

Strach i miłość

Drzwi się otworzyły i do środka wlała się masa ludzi. Próbowałam rozpoznać poszczególne twarze, lecz nagle świat stał się dziwnie rozmazany i widziałam jedynie pędzącą przed siebie gromadę półnagich mężczyzn. Gdy spływające mi po policzkach łzy dotarły do mojej dolnej wargi, którą przygryzłam aż do krwi, poczułam ostre pieczenie i otarłam twarz wierzchem dłoni.

- Jared? – wychrypiałam, wytężając wzrok. Z każdą chwilą pojawiało się coraz więcej quileuckich chłopaków i znienacka wylądowałam na ścianie, uwięziona w niewielkiej przestrzeni. Wzięłam głęboki oddech, czując ekstremalny napad klaustrofobii.

Kątem oka dostrzegłam Billy'ego, który prowadził Charliego do tylnych drzwi, chociaż ten wyglądał tak, jakby chciał zostać i odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Biorąc pod uwagę jego doświadczenie w egzekwowaniu prawa i radzeniu sobie w krytycznych momentach, nie było to nic zaskakującego, jednak niebawem zarówno on, jak i pan Black zniknęli w ogródku, co oznaczało, że ostatnia osoba, która nie wiedziała, co się naprawdę dzieje, opuściła pokój.

- Ała... – mruknęłam, pocierając tył głowy w miejscu, z którym zderzyła się ona z murem. Usiłując wydostać się z placu boju, ruszyłam wzdłuż ściany. Przy okazji udało mi się uniknąć paru łokci i znacznie większej ilości kołyszących się ramion.

- Jared? – zawołałam ponownie, ale zagłuszyła mnie wiązanka malowniczych przekleństw wykrzyczanych przez kogoś, kogo nie byłam w stanie zobaczyć. Tym razem jednak zdołałam rozpoznać głos nieszczęśnika. Jacob. Zalała mnie fala ulgi, ale po chwili poczułam się jak bałwan w gorącej wodzie. Bardzo szczęśliwy bałwan, mogę dodać.

Otarłam z oczu więcej łez, ale teraz pojawiały się jeszcze obficiej niż wcześniej, bo płakałam z ukojenia. Stanęłam na palcach, starając się zlokalizować Jareda w tej zbieraninie ludzi, którzy znienacka rozpoczęli wielką migrację w stronę salonu. Popłynęłam razem z nimi i przypadkowo uderzyłam o drzwi. Musiałam zatkać uszy, ponieważ wszyscy mówili coraz głośniej, starając się zapewne przekrzyczeć innych, którzy zdawali się mówić jeszcze donośniejszymi głosami.

Nie minęło zbyt wiele czasu, aż po uderzeniu nieświadomego swojego czynu łokcia upadłam na podłogę, co umożliwiło mi pełne zrozumienie zachowania mężczyzn. Poruszali się oni w zwartym szyku, ponieważ kogoś nieśli. Choć wiedziałam już, kim był zraniony, błyskawicznie ogarnęła mnie panika, gdy zobaczyłam jego skręcającą się z bólu, dobrze umięśnioną sylwetkę. Jake wyglądał w zbyt wielkim stopniu jak Jared, bym nieco się uspokoiła. Co więcej, z powodu niedawnej radości, że to nie Jared odniósł jakieś obrażenia, momentalnie poczułam się jak ostatnie zero.

Quil i Brady przenieśli wielki, drewniany stół z jadalni do dużego pokoju i ostrożnie umieścili na nim Jacoba. Wydawało się, że w pewien sposób uszkodzony został każdy cal jego ciała. Nie miał nic na sobie, co tylko potwierdziło moje przypuszczenia, że zaatakowano go wówczas, gdy był w wilczej formie. Kiedy wszyscy przestali się tak gwałtownie przemieszczać, dostrzegłam na nim ciemnofioletowe i czarne sińce, które układały się w pierścień na klatce piersiowej i rękach. Ktoś... nie, coś musiało zacisnąć na Jacobie swoje wstrętne łapska i go... zmiażdżyć. Emily przedarła się przez tłum i przykryła chłopaka niebieskim ręcznikiem w dzikie kwiaty, w ogóle nie pasującym do tej krwawej sceny.

Krew... Wszędzie było tak dużo krwi... I sposób, w jaki ramię Jake'a zwisało nad ziemią, jakby zostało wyrwane ze stawu... I wyszczerbione końce jego obojczyków, wystających ze skóry po zranionej stronie...

Zakrztusiłam się, walcząc z nudnościami. Cofnęłam się, ledwie co utrzymując na nogach. Cały świat zaczął wirować, a moje kończyny zrobiły się ciężkie jak z ołowiu, co znacznie utrudniało poruszanie się.

Oparłam się o ścianę salonu, lecz chłód muru ani trochę nie złagodził panującego w pomieszczeniu gorąca. Ciemność czaiła się w zakamarkach mojego umysłu i pozwoliłam jej wziąć nade mną górę, zabrać mnie w eteryczną nicość...

Pierwszą rzeczą, jaka przywitała mnie z powrotem w realnym świecie, było dziwne wrażenie odczuwania sporadycznych wstrząsów, jakbym nagle zachorowała i było mi okropnie zimno. Tylko że nie było i wiedziałam o tym aż za dobrze. Poza tym, skromnie mówiąc, ostatnimi czasy cieszyłam się niewiarygodnie dobrym zdrowiem. Wkrótce zaczęłam również słyszeć, jak ktoś coś do mnie mówił, ale głos brzmiał tak, jakby wydobywał się ze źle nastrojonego radia, bardziej przypominając bełkot niż normalną mowę.

- Uch – jęknęłam, usiłując się poruszyć. W końcu otworzyłam oczy i zobaczyłam przez co, a raczej przez kogo, się trzęsłam. Nieznajomy mężczyzna pochylał się nade mną, trzymając moje ramiona i szarpiąc nimi od czasu do czasu. Prawdopodobnie starał się robić to delikatnie, lecz zęby i tak z mocą grzechotały mi w ustach.

- Hej – powtarzał, przyglądając mi się ze skupieniem. – Hej, dziewczyno... – Gdy dostrzegł, że się obudziłam, wyglądał na bardzo uspokojonego. – Nic ci nie jest? – spytał, przekrzywiając głowę na bok. Nagle zimna ręka dotknęła moich pleców, pomagając mi podnieść się do pozycji siedzącej.

- Uch... – wymamrotałam, podczas gdy mój słuch powoli wracał do normalności. Niebawem zobaczyłam mężczyznę w pełnej krasie. Był blady i ogromny, z ciemnymi, kręconymi włosami i ciemnozłotymi oczami. Oczywiście nie mógł mieszkać w rezerwacie. – Nie – wykrztusiłam po chwili. – Nic... Nic mi nie jest.

Jeśli najpierw nie zobaczyłabym jego oczu, to po ujrzeniu reszty jego imponująco potężnego ciała bez wątpienia ogromnie bym się przeraziła. Nie oznaczało to jednak, że teraz w ogóle się nie bałam. Bałam się. Ale coś w sposobie, w jaki na mnie patrzył – jak rozbawiony, mały chłopiec – sprawiało, że bałam się trochę mniej. Na jego ramionach dostrzegłam kilka śladów w kształcie półksiężyców, które często drapał, najwidoczniej nie zdając sobie w pełni z tego sprawy. Wyglądały one jak stare blizny lub linie, które ktoś wyrył na nim jakimś niezbyt ostrym narzędziem.

Zachichotał i pomógł mi się podnieść. Nie wiedziałam, co go tak rozbawiło, bo ja nie dostrzegałam w tej sytuacji żadnego humoru.

- Jestem Emmett – przedstawił się, wyciągając ku mnie swoją masywną rękę. Potrząsnęłam nią. Jego skóra okazała się zimna, inna niż chłopaków ze sfory. Inna niż skóra Jareda...

Jared.

- A ty jak masz na imię? – spytał z ciekawością Emmett. Usłyszałam go, lecz nie końca zrozumiałam, ostatecznie całkowicie ignorując jego obecność. Podczas krótkiego stanu nieświadomości zapomniałam o konieczności znalezienia Jareda. Natychmiast ogarnęłam więc wzrokiem pokój w jego poszukiwaniu i zobaczyłam, że wcześniejszy harmider zniknął. Teraz większość członków sfory chodziła w tę i z powrotem, a Sam i jakiś nieznany mi człowiek pochylali się nad Jacobem.

Kiedy dokładniej rozejrzałam się dookoła, zorientowałam się, że w pomieszczeniu przebywały obecnie trzy nowe osoby: blondynka o zapierającej dech w piersiach urodzie, czatująca z zakłopotaniem przy drzwiach, wysoki mężczyzna z lekko pokręconymi włosami, który stał przy stole z Samem, no i Emmett.

A ja ciągle nie mogłam odnaleźć Jareda.

Wspięłam się na oparcie krzesła w nadziei, że zobaczę go ponad głowami zebranych. Nie byłam na tyle głupia, żeby wbiec prosto w nich. Moje żebra ciągle pamiętały siłę uderzenia czyjegoś łokcia.

- Jared... – mruknęłam, ledwie zdając sobie sprawę, że wypowiadam to na głos.

- Jared, hm – odparł Emmett. – A to całkiem ciekawe, bo zawsze myślałem, że to imię dla faceta.

- Co? – spytałam, spoglądając na niego z zaskoczeniem. – Nie, nie, ja mam na imię Kim.

- Och – odpowiedział z uśmiechem. – Ten wariant ma trochę więcej sensu.

Zaczęłam mu właśnie wyjaśniać, że ja nie byłam Jaredem, tylko szukałam Jareda, kiedy znienacka przerwał mi drugi z nieznajomych mężczyzn.

- Jacob, nie ruszaj się – nakazał spokojnie, lecz jego głos i tak łatwo przebił się przez pomruki dochodzące z sąsiedniego pokoju. – Sam, zechciałbyś mi trochę pomóc?

- Nie mam pojęcia, czego pan ode mnie oczekuje, doktorze – odparł zirytowany Sam. Moje uszy bombardowało mnóstwo hałasu, co spowodowało nawrót nudności i niebezpieczne zachwianie się na krześle.

- Hej, Kim, może... – Emmett znalazł się przy moim boku, gotowy sprowadzić mnie z powrotem na ziemię. Nagle Jacob wydał z siebie kolejny jęk bólu, kiedy blondyn – lekarz, jak przypuszczałam – trącił delikatnie jego ramię.

- Hej, pijawko! – krzyknął ktoś, kiedy drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że aż wyleciały z nawiasów. – Odwal się, do cholery, od mojej partnerki!

- NIECH TO SZLAG! – zawył Jacob, miotając się na stole, podczas gdy Sam i inni próbowali go unieruchomić. Kolana się pode mną ugięły i wokół talii poczułam uścisk Emmetta, który przejął na siebie mój ciężar i łagodnie postawił mnie na podłodze.

- Powinnaś chyba... – zaczął, ale przerwało mu ostre kłapnięcie zębami.

Nagle ponownie znalazłam się na plecach. Emmett także runął na ziemię, przygnieciony przez Jareda. Obaj patrzyli na siebie groźnie.

- Cofnij sie, szczeniaku – rzucił Emmett, niemalże warcząc – o ile nie chcesz stracić głowy. – Z całej siły odepchnął Jareda i teraz obaj stali naprzeciwko siebie, zataczając kółko. Wyglądali niemalże tak jak wilk i niedźwiedź szykujący się do walki, spięci, pochyleni w agresywnych pozach. Ciche powarkiwania wydobywały się z ich ust.

Było tak, jakby ktoś wyssał z pomieszczenia cały tlen. Wszyscy na nich patrzyli. Nie licząc postękiwań Jacoba, dookoła panowała śmiertelna cisza. Znowu zaczęłam mieć trudności z oddychaniem.

Rozejrzałam się, starając się zrozumieć, co się tutaj działo. Sam i doktor wyglądali na spiętych, ale niezaskoczonych takim obrotem spraw. Blondynka sprawiała wrażenie żądnej mordu, podobnie jak i reszta sfory, chociaż jeszcze niedawno walczyli po tej samej stronie barykady.

Wróciłam myślami do tego, co wywołało awanturę. Emmett złapał mnie i uchronił przed upadkiem z krzesła. Jared w końcu się pojawił, ale tylko po to, by zaatakować osobę, która starała się mi pomóc. „Pijawka", tak ją nazwał. Brzmiało to jak obelga, ale nie była mi ona nieznana. Słyszałam ją już wcześniej...

Wzięłam głęboki oddech niczym jakaś panienka w horrorze, z powrotem podczołgując się pod ścianę. Emmett był wampirem, podobnie jak i blondynka oraz doktor. Doktor, który opiekował się Jacobem.

- Jared! – Głos Sama przekłuł napiętą atmosferę. – Stop. – Jared nie spojrzał w jego kierunku, zamiast tego zaciskając zęby. Wszyscy wstrzymali oddech.

- To rozkaz – kontynuował twardo Sam. Jared wyglądał tak, jakby walczył sam ze sobą. – Idź do swojej partnerki.

Na początku myślałam, że w ogóle nie usłyszał Sama, ale jego postać powoli się wyprostowała i oddaliła od Emmetta, jakby kierowana przez niewidzialne sznurki.

- Kimberlee – powiedział powoli, nie spuszczając wzroku z Emmetta, który również się wyprostował, nie wyglądając na tak zdenerwowanego całą sytuacją, jak mogło by się wydawać, że będzie. Coś czułam, że nie miałby nic przeciwko jakiejś dobrej walce. W międzyczasie podniosłam się z podłogi, ignorując otępienie, które ciągle odczuwałam po omdleniu.

- Jared – wymamrotałam. Jego imię podziałało na mnie jak leczniczy balsam.

Chwycił mój lewy nadgarstek i przyciągnął szorstko do siebie. Ukryłam twarz w jego torsie i jego ręce zacisnęły się wokół mojej talii, trzymując mnie blisko.

Atmosfera w pokoju ciągle była napięta do granic możliwości, kiedy Emmett ruszył w stronę drzwi i objął ramieniem dziewczynę z jasnymi włosami w takim samym opiekuńczym geście, w jakim Jared objął mnie. Na jej twarzy widniał przez chwilę wyraz bezgranicznej miłości, lecz wkrótce znowu ustąpił on miejsca zdegustowaniu i złości.

- Sam – powiedział doktor, przerywając wymianę spojrzeń pomiędzy Jaredem i Emmettem.

Głowa Sama obróciła się i chłopak natychmiast skupił się na doktorze, którego wampirzą tożsamość dopiero co odkryłam.

- Chyba będzie lepiej, jak reszta sfory da nam teraz trochę przestrzeni. Kości Jacoba zaczęły się zrastać w złych pozycjach. Muszę szybko na powrót je połamać i ustawić właściwie.

Sam zamarł, analizując te słowa, po czym po dłuższej chwili odwrócił się do chłopaków.

- Dobra, słyszeliście doktora. Wszyscy na zewnątrz.

Odezwały się głosy sprzeciwu, aż w końcu Sam musiał im powiedzieć, że to rozkaz. Wszyscy skierowaliśmy się więc do drzwi i wyszliśmy na dwór na spotkanie późno popołudniowego powietrza. Śnieg zdążył stopnieć, ukazując błotnistą ziemię, ale słońce odkryło też spore kępy trawy, idealnie nadające się do siedzenia. Na dodatek Emily podała nam parę koców.

I zaczęliśmy czekać.

Niektórzy z członków sfory, wszyscy ubrani tylko w obcięte szorty w różnym stanie wyeksploatowania, skracali sobie czas rozmową, ale większość milczała. Emily nuciła coś pod nosem, jakby chciała zagłuszyć dochodzące z salonu jęki bólu.

Sam został w środku z Carlislem i blondynką o imieniu Rosalie, która także okazała się wampirzycą. Emmett stał przy drzwiach, mając oko na dwa przyjęcia jednocześnie.

Jared i ja siedzieliśmy najdalej od werandy (to on wybrał akurat takie miejsce), w pobliżu Brady'ego i Setha. Quil i Embry spacerowali niecierpliwie wzdłuż trawnika, obaj niewiarygodnie strapieni. Byli najlepszymi przyjaciółmi Jacoba już od piaskownicy, a ich więź dodatkowo zacieśniły te całe wilcze geny, więc teraz martwili się zapewne o wiele bardziej niż inni.

- Kim, skarbie, słyszysz mnie? – zapytał Jared, odgarniając mi z oczu grzywkę. Opierałam się o niego, a on oplatał rękami moją talię. Odkąd wyszliśmy z pokoju, nie pozwolił mi oddalić się od siebie nawet o cal.

- Co? – odparłam, spoglądając na niego. Patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Och, tak. Wszystko w porządku, naprawdę. A ty jak się czujesz?

Po tych słowach ponownie spojrzałam w miejsce, gdzie patrzyłam wcześniej, czyli na okolice drzwi, gdzie stał Emmett, wartownik pomiędzy salonem i podwórkiem.

- Dobrze. Nie zranili mnie i wróciłem, tak jak obiecałem. – W głosie Jareda było coś dziwnego.

Obróciłam głowę i podniosłam się lekko, by pocałować go delikatnie.

- Wiem i nie masz pojęcia, jak bardzo cieszy mnie twój widok.

- To w takim razie dlaczego ciągle gapisz się na tę pijawkę?

- Nie uważam, by lubili, jak ich się tak nazywa – zadumałam się, wciąż spoglądając w kierunku Emmetta.

- Nawet jeśli, to kogo to obchodzi? Oni właśnie tym są, Kim.

- Wiem – odparłam. – Po prostu... On nie wygląda... Nie wiem... On po prostu nie wygląda na... złego.

Nagle Jared zaczął okropnie kaszleć, jakby się czymś zadławił.

- Że co?

- No, przecież Carlisle pomaga Jacobowi, prawda? I byliście przecież w tej samej drużynie jakąś godzinę temu. I Emmett pomógł mi, gdy zemdlałam. Po prostu nie rozumiem, dlaczego wy się tak bardzo nienawidzicie. Mnie wydają się całkiem mili. Za wyjątkiem Rosalie, ale wątpię, czy ona jest miła dla kogokolwiek.

- Zbyt często przebywałaś z Jacobem – warknął Jared. – To potwory, Kim. Piją krew, na litość boską! – Zerknął na Emmetta ponad moim ramieniem i warknął cicho.

- Przestań! – syknęłam, uderzając go w ramię. – Co cię napadło?

Westchnął i oparł podbródek o czubek mojej głowy.

– Przepraszam, ja tylko... To wszystko moja wina, naprawdę. Powinienem pojawić się wcześniej, zanim... no wiesz. Ja po prostu nie lubię, gdy taki ktoś kręci się wokół ciebie... i trzyma cię... W ogóle mi się to nie podoba.

- On mnie nie trzymał, Jared. On mnie łapał, żebym nie rozbiła sobie głowy. – Wyrwałam się z jego uścisku i spojrzałam mu w twarz. Złapał mnie za ręce i zacisnął usta w cienką linię. – Jesteś zazdrosny? – spytałam, zszokowana.

- Nie – zaprzeczył szybko twardym głosem. – Ale jesteś moją partnerką. Nikt oprócz mnie nie powinien cię trzymać ani łapać.

Odsunęłam od niego dłonie.

- Okej, po pierwsze, jesteś zazdrosny i zaprzeczanie temu niczego nie zmieni. Po drugie, wściekasz się, bo to wampir, czy po prostu inny chłopak? A po trzecie, nie życzę sobie, byś nazywał mnie swoją partnerką. Piękne dzięki, ale następnym razem wystarczy po prostu termin „dziewczyna".

- Ale dlaczego? Przecież jesteś moją partnerką, więc niby czemu miałbym cię tak nie nazywać?

- Ponieważ to nie ja jestem wilkiem – warknęłam, czując przypływ niespodziewanej złości. – Ty nim jesteś.

Poderwałam się gniewnie na nogi, mając pełną świadomość, że wszyscy wbili wzrok w moje plecy, i zaczęłam oddalać się od Jareda, słysząc, że podążał za mną.

- Nie dotykaj mnie, Jaredzie Najero – ostrzegłam. Chłopak zatrzymał się i Seth spytał, czy coś nie tak, ale zanim zabrzmiała odpowiedź, już znalazłam się na werandzie, więc jej nie usłyszałam.

- Cześć – powiedziałam szybko, nie dając sobie szansy na stchórzenie i wycofanie się.

Emmett odwrócił ku mnie się z nadludzką prędkością. Z tego, co wiedziałam o wampirach, można było wywnioskować, że pewnie słyszał całą moją kłótnię z Jaredem.

- Hej – odparł, zakładając ręce na swojej szerokiej piersi. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy z tego, jaki jest duży. Przywodził na myśl pniak średniej wielkości sekwoi.

- Dziękuję – wymamrotałam nieśmiało. – No wiesz... Za to złapanie mnie.

- Nie ma za co – zapewnił z nieco głupkowatym uśmiechem.

- Więc... – zaczęłam, udając, że zerkam do wnętrza domu ponad jego ramieniem, chociaż, prawdę mówiąc, i tak nie byłam w stanie niczego zobaczyć. – Jak mają się sprawy?

- Ciesz się, że nie masz super słuchu – odparł. Wzdrygnęłam się w reakcji na obraz, jaki właśnie pojawił się w mojej głowie. – Och, wybacz – przeprosił szybko. – To znaczy, chyba wszystko idzie dobrze. Carlisle jest lekarzem, nie ja.

Pokonałam pospieszne schodki, potykając się o ostatni i prawie upadając na deski. Na szczęście zanim wbiłam sobie twarz mnóstwo drzazg, udało mi się złapać poręczy.

- Wiesz, co? Strasznie przypominasz mi dziewczynę mojego brata – zauważył Emmett.

- Bellę? – zapytałam z ciekawością, podskakując, by usiąść na barierce. O mało co nie zleciałam przy tym na ziemię, ale na szczęście Emmett złapał mnie za ramię.

Za moimi plecami rozległo się zazdrosne warknięcie Jareda, ale zignorowałam je. Emmett prawdopodobnie też je usłyszał, jednak postąpił tak samo jak ja.

- No tak – zaśmiał się. – Skąd wiesz?

- No cóż, oni są jedyną parą bez ślubu, tak? A powiedziałeś „dziewczyna" – wyjaśniłam.

Chłopak uniósł brew.

- No tak, są. Ale pytanie brzmiało: skąd ty o tym wiesz?

Zarumieniłam się, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że zabrzmiałam jak jakiś natrętny podglądacz.

- Od Jacoba – przyznałam głupio. – Po tym, jak Jared mi oznajmił, że będziecie razem walczyć, i to tylko z powodu tej jednej dziewczyny, chciałam dowiedzieć się czegoś więcej. A że Jared mało wiedział albo po prostu nie chciał mi niczego zdradzić, to poszłam do Jake'a.

- Nie wiem, czy mam być zły, czy zaszczycony, że wilki o nas plotkują – zachichotał.

- No cóż, nie ufają wam – powiedziałam z grymasem.

- I nie powinni. My też im nie ufamy. Jesteśmy naturalnym wrogami – powiedział, po czym uśmiechnął się szeroko. – Ale to nie dotyczy Belli i ciebie. I innych partnerek wilków chyba też nie.

Wciągnęłam powietrze, nieco urażona jego terminologią.

- Wolę tytuł „wpojenia" – poinformowałam go.

- Jasne, przepraszam – zreflektował się, szczerząc się znacząco.

- A co masz myśli, mówiąc, że to nas nie dotyczy?

- Hm, pomyślmy. Obie jesteście zakochane w wyraźnie zbyt nadopiekuńczych, nadludzkich stworzeniach – zerknął ponad moim ramieniem na Jareda, który bez wątpienia śledził uważnie naszą rozmowę – i nie boicie się przekraczać linii wroga, żeby zdobyć nowych przyjaciół. A tak poza tym to obie znajdujecie się w nieustannym niebezpieczeństwie, przebywając w towarzystwie wampirów i wilkołaków. No i macie jakąś dziwną potrzebę częstego mdlenia – zażartował, a jego oczach zatańczyły wesołe iskierki.

Jęknęłam, momentalnie się rumieniąc.

- To naprawdę nie dzieje się zbyt często... już.

Emmett wybuchnął śmiechem i pochylił się, by potargać mi włosy. Także się zaśmiałam, odsuwając się od niego i usiłując doprowadzić do porządku. Po chwili zamilkł i znowu spojrzał na teren za moimi plecami, po czym westchnął.

- Chyba powinnaś już wrócić do swojego part... to znaczy, chłopaka, bo obawiam się, że w innym razie gotów jest wywołać jakąś inną bijatykę. Nie to, żebym miał coś przeciwko, ale Carlisle i Sam raczej nie byliby z tego powodu zbyt szczęśliwi.

Też westchnęłam i ześlizgnęłam się z barierki.

- Chyba masz rację – przyznałam. – No cóż, miło mi się z tobą rozmawiało – powiedziałam nieśmiało.

- Mi z tobą też – oparł z uśmiechem psotnika na ustach. – Przytuliłbym cię na pożegnanie, ale twój chłopak chybaby mnie udusił. Chociaż... może jednak to zrobię – zażartował.

- Nie szukaj znowu guza – skarciłam go delikatnie, zbiegając z werandy, zanim zdążył zmienić zdanie. Idąc z powrotem do miejsca, gdzie siedział Jared, nie próbowałam wyglądać na nieszczęśliwą ani pogrążoną w rozmyślaniach, za to on z zadumą wpatrywał się w ścianę lasu. Chyba nie sądził, że uwierzę, iż nie miał mnie na oku przez cały czas rozmowy z Emmettem.

Usiadłam obok niego i jego ramię automatycznie zacisnęło się wokół mojej talii. Panującą ciszę zakłócało jedynie okropne nucenie Emily.

- Przepraszam, Kim – powiedział w końcu. – Przesadziłem.

- W porządku, wybaczam ci – powiedziałam, kładąc głowę na jego ramieniu. – Też przesadziłem. Po prostu... gdy wszyscy wrócili... a ciebie nie mogłam znaleźć... po prostu zaczęłam myśleć, że złamałeś obietnicę. – Głos mi się załamał, a z oczu zaczęły płynąć łzy.

- Och, Kim... – westchnął Jared. Ból w tych słowach był nie do zniesienia, więc położyłam mu dłoń na ustach.

- Pozwól mi skończyć – poprosiłam, po czym wzięłam głęboki, urywany oddech. – A potem, kiedy wreszcie się pojawiłeś, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłeś, było zaatakowanie osoby, która mi pomagała... No i to mnie zasmuciło. – Nagle opuściła mnie moja zwykła nieśmiałość.

Po chwili spojrzałam na swoje ręce, bo nieoczekiwanie stały się przyjemnie ciepłe. Zapewne dlatego, że Jared objął je swoimi.

- Chciałam cię po prostu przytulić, wiedzieć, że jesteś bezpieczny, że wreszcie naprawdę będziesz tutaj... ze mną – wymamrotałam. – A kiedy nie byłeś, zamiast tego atakując Emmetta, naprawdę się wściekłam. Chciałam po prostu, byś mnie przytulił i sprawił, żebym znowu poczuła się bezpieczna. Mogę na to liczyć?

Jared nie odpowiedział, ale kiedy na niego spojrzałam, dostrzegłam w jego oczach łzy.

- Nie powinnaś nawet pytać – mruknął, biorąc mnie w swoje ramiona. Umieścił moją głowę pod swoim podbródkiem i oplótł mnie rękami, przytulając mocno do siebie. Zamknęłam oczy, napawając się tym cudownym uczuciem bezpieczeństwa, jakie towarzyszyło mi, gdy znajdowałam się w jego ciepłym uścisku. To właśnie tego chciałam: spędzić wieczność w ramionach tego, kogo kochałam, z daleka od niebezpieczeństw, które mogłyby zniszczyć nasze szczęście.

Tylko że nie mogliśmy spędzić tak wieczności. Najwyraźniej nie mogliśmy spędzić tak nawet pięciu minut, ponieważ trzy minuty później na werandzie pojawił się Sam oraz doktor Cullen. Wszyscy podnieśliśmy się i lekarz powiedział:

- Nastawiłem Jacobowi kości i z tego, co zdążyłem zauważyć, wszystko goi się jak należy. Z waszymi zdolnościami szybkiej regeneracji powinien wrócić do zdrowia w ciągu najwyżej trzech dni.

- Dziękujemy, doktorze Cullen – odezwał się odważnie Seth. Inni poszli za jego przykładem, jednak nie dziękowali tak wylewnie jak on.

- A teraz – powiedział mężczyzna, odwróciwszy się do Sama – muszę wrócić do swojej rodziny, aby załatwić nasze sprawy i przygotować się do wizyty starych przyjaciół. – Sposób, w jaki wypowiedział ostatnie słowo wskazywał, że miał na myśli zupełnie coś innego.

Sam skinął głową i po raz kolejny podziękował Carlisle'owi, a następnie odprowadził go do drzwi. Emmett, ku konsternacji sfory, pomachał z zapałem w moim kierunku, drugą ręką łapiąc dłoń Rosalie i oboje także ruszyli w stronę frontowego wejścia.

W końcu, po pożegnaniu się z ledwie co przytomnym Jacobem i złożeniu mu gorących życzeń powrotu do zdrowia, członkowie sfory szybko się rozeszli, kierując się do swoich domów w towarzystwie tych, których kochali. Oczywistym było, że pragnęli tylko przespać całą nadchodzącą noc, aby ich ciała i umysły mogły wreszcie zaznać zasłużonego odpoczynku. Nikt nie chciał teraz rozmawiać o tym, co się wydarzyło bądź też planować tego, co dopiero zamierzał zrobić.

Jared i ja jak zwykle wylądowaliśmy w moim domu. Opowiedziałam tacie niezwykle wyczerpującą historię, jak to Jacob uległ poważnemu wypadkowi motocyklowemu (tak brzmiała oficjalna wersja), więc natychmiast pobiegłam dowiedzieć się, jak się miewa, co stanowiło powód, dla którego opuściłam dom bez niczyjej wiedzy i zgody. Zaakceptował to kłamstwo znacznie szybciej niż przypuszczałam, pewnie dlatego, że przerwałam mu głośne pouczanie Cyn w kuchni. Najwyraźniej Collin przyłapał ją i jej znajomych na paleniu w lesie przy klifach i przyprowadził do domu. Przy naszym następnym spotkaniu musiałam mu podziękować. Choć nie lubiłam swojej młodszej siostry, nadal ją kochałam i nie chciałam, by zjadły ją jakieś szalone, spragnione krwi wampiry.

Powiedziałam tacie, że jestem wyczerpana, co w sumie było prawdą, i położę się wcześniej spać. Pokiwał głową i poinformował mnie, że przez pewien czas Cynthia będzie spać na materacu w sypialni jego i mamy, żeby już więcej nie zdołała się wymknąć. Musiałam włożyć wiele wysiłku w zachowanie kamiennego oblicza, gdy obserwowałam, jak wyraz twarzy Cyn zmienia się z aroganckiej obojętności w skrajne przerażenie.

Kiedy weszłam do mojego pokoju, Jared już tam na mnie czekał. Szybko poszłam więc do łazienki, umyłam zęby i przebrałam się w piżamę, po czym położyłam się obok niego na łóżku. Obróciłam się tak, aby moje plecy opierały się o jego tors, a on mnie przytulił. Pasowaliśmy do siebie idealnie.

Jared robił dłonią kółka na moim brzuchu, podczas gdy ja wodziłam palcami po liniach mięśni jego ramienia. Panował błogi spokój i odczuwałam zadowolenie. Wkrótce jednak Jared przerwał milczenie.

- Kim? – spytał, rozpaloną dłonią odgarniając mi włosy z twarzy.

- Tak? – odszepnęłam, wdychając jego leśny zapach. Nie odzywał się przez dłuższy czas, więc pomyślałam, że zapomniał, co chciał powiedzieć.

- Wyjdziesz za mnie? – usłyszałam w końcu.

Westchnęłam spokojnie. Spodziewałam się tego, choć nie zmieniło to faktu, że poślubienie Jareda lub nawet jego pytanie dotyczące tej sprawy powodowało gwałtowne przyspieszenie rytmu bicia mojego serca. Zwlekałam trochę, zanim zareagowałam, pomimo że odpowiedź układałam już od kilku tygodni.

- Kiedy skończymy szkołę i będziemy mieli osiemnaście lat – powiedziałam powoli – i kiedy ten cały wampirzy nonsens trochę się uspokoi, i kiedy spytasz mojego tatę... – zamilkłam, obracając się, by spojrzeć mu w twarz – wtedy możesz mnie spytać. I wtedy też ci odpowiem.

- Dobra, nigdzie mi się nie spieszy – odparł, całując miejsce, gdzie stykały się moja szyja i obojczyk. Zadrżałam. – Ale zgodzisz się, prawda?

- Chyba musisz poczekać, aby się o tym przekonać – zażartowałam, trącając jego nos.

- Nie dostanę żadnej wskazówki? – spytał, udając urażonego. Jego ciemne oczy przeszywały moje i byłam pewna, że w tej chwili widział każdy kawałeczek mojej duszy.

- Nie – potwierdziłam.

Zarzuciłam mu ramiona na szyję i przysunęłam się bliżej, żeby móc go pocałować.

Niewinny pocałunek szybko zmienił się w znacznie bardziej gorący i namiętny. Jared przewrócił nas tak, że teraz to on znajdował się na górze, uważając, żeby nie zmiażdżyć mnie ciężarem własnego ciała. Nasze usta poruszały się synchronicznie, jakby przewidywały swoje ruchy, a Jared jęknął cicho, kiedy moje ręce powędrowały na jego klatkę piersiową, badając wyraźne mięśnie.

Rozpalone dłonie chłopaka podniosły krawędź mojej koszulki na ramiączkach, więc miałam teraz odkryty brzuch. Odsunął się na krótką chwilę, po czym złożył gorący pocałunek tuż nad moim pępkiem i wrócił do szyi.

- Żadnych wskazówek? – spytał.

Gdy przybliżył się do mnie jeszcze bardziej, naciskając swoim rozpalonym do czerwoności ciałem na moje, zaczęłam drżeć.

Płonęłam w środku, a ciepło Jareda tylko podsycało ten płomień, czyniąc go jeszcze gwałtowniejszym, bardziej wszechogarniającym.

Odsunęłam się, by zaczerpnąć powietrza.

- Nie – zdołałam wykrztusić z szerokim uśmiechem na zaczerwienionej twarzy. – Żadnych wskazówek.

Jego usta znowu zaatakowały moje i westchnęłam w reakcji na ich delikatne ciepło.

- I tak myślę, że mogę być dobrej myśli – zażartował, całując linię ciągnącą się od moich warg do miejsca, gdzie znajdowała się krawędź mojej koszulki.

- Czyżby? – zapytałam, starając się sprawiać wrażenie niezdecydowanej, ale i tak zabrzmiałam tak, jakbym przebiegła pół trasy maratonu bez kropli wody.

- O tak – zachichotał i ponownie mnie pocałował. Po raz kolejny zarzuciłam mu ręce na szyję, pragnąc poczuć na sobie każdy cal jego ciała.

I w tej chwili pozwoliłam, aby gwałtowny płomień całkowicie mnie pochłonął.