Link do oryginału znajdziecie w moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Piosenki do tego rozdziału polecane przez autorkę:
Bubbly w wykonaniu Colbie Caillat
Chasing the Daylight w wykonaniu Phillipa Larue
EPILOG
Zakończenia i początki
Energicznie przejechałam żelazkiem po ciemnej, fabrycznej tkaninie, słysząc syk pary, której obłoczek skroplił się niebawem na szybie okna. Zadowolona, że na sukience nie znajdowały się już żadne zagniecenia, zdjęłam ją z deski do prasowania i włożyłam na siebie przez głowę. Czarny materiał wydawał się o wiele cięższy niż był w rzeczywistości, jakby zrobione z niego ubranie odzwierciedlało swe niezbyt miłe zastosowanie.
Westchnęłam głęboko i sięgnęłam ręką do suwaka na plecach. Choć całkiem szybko odnalazłam ten mały, zimy kawałek metalu, pozycja ramienia nie pozwalała mi pociągnąć go do góry. Po chwili usłyszałam delikatne pukanie i obróciłam się, by stanąć twarzą do wejścia do pokoju.
- Proszę – zawołałam niezbyt głośno. Drzwi otworzyły się z okropnym skrzypieniem, stanowiącym przykrą kakofonię w panującej dookoła ciszy i w progu ukazała się masywna sylwetka Jareda.
- Gotowa? – mruknął ponuro.
- Prawie – odparłam, nadal walcząc z zamkiem. – Po prostu... – szarpnięcie – nie mogę... - kolejne szarpnięcie – uch... – Odwróciłam się, by zobaczył, w czym problem. – Pomóż – poprosiłam żałośnie.
Najpierw usłyszałam cichy chichot, a potem poczułam na plecach dotyk ciepłych dłoni, które przesunęły suwak na właściwe miejsce. Następnie odwróciłam się i przyjrzałam Jaredowi uważniej niż za pierwszym razem – miał na sobie niedopasowany, czarny garnitur; bladoniebieski krawat, jeszcze niezawiązany, zwisał wzdłuż jego klatki piersiowej.
- To nie jest twoje ubranie, prawda? – spytałam z półuśmiechem, kiedy poprawiłam mu kołnierzyk i zabrałam się za zawiązywanie krawata.
- Sama – przyznał tonem winowajcy, podciągając przydługie mankiety. – Z mojego wyrosłem, jeśli możesz w to uwierzyć.
- Och, mogę – westchnęłam, ociężale opierając się o jego ramię, na którym nie dało się nie zauważyć mocno zarysowanych mięśni, doskonale widocznych nawet przez gruby materiał garnituru.
Wkrótce do pokoju wpadła Cynthia, usiłująca bez zatrzymywania się założyć na stopę drugą czarną szpilkę. Gdy w końcu zatrząsnęła srebrną klamerkę i umocowała but na kostce, wyprostowała się i wygładziła swoją czarną sukienkę, wyglądając na zamyśloną, co w jej przypadku stanowiło pewną niezwykłość.
Od dnia, w którym odbył się pojedynek wampirów i wilkołaków, moja siostra nie była taka sama jak przedtem. Ktoś, kto tak jak ona nie znał całej prawdy i nieustannie tkwił w samym środku tych wszystkich wydarzeń... No cóż, wyglądało na to, że coś się zmieniło, jakby jakiś tkwiący w niej pstryczek został przełączony. Wydawała się po prostu inna.
Strzepnęła z twarzy zabłąkany kosmyk włosów, który uciekł z francuskiego koka na jej szyi
- Gotowi? Bo wszyscy czekają już w samochodzie.
- Tak, zaraz idziemy – odparłam, spoglądając w jej stronę. Skinęła głową i poprawiła fryzurę, wtykając niesforny loczek za ucho, po czym chwyciła leżącą na jej tapczanie torebkę i zniknęła w drzwiach prowadzących na korytarz. Kilka sekund później rozległ się stukot obcasów uderzających o schody.
- Jak myślisz, czy kiedykolwiek przestanie bać się wychodzić sama na zewnątrz? – zapytałam swobodnie, kiedy Jared otoczył ramieniem moją talię i wolnym krokiem ruszyliśmy za Cyn.
- Pewnie tak – odpowiedział, chociaż wyłapałam w jego głosie niepewność. – Jest elastyczna.
- Tak – westchnęłam, zabierając po drodze parasolkę. – Jasne. Elastyczna.
Padało, lecz nie miałam nic przeciwko temu. Taka aura pasowała do dzisiejszej atmosfery. Lekko zarośnięty cmentarz był opustoszały, nie licząc małej procesji zgromadzonej przy południowej bramie. Cały czas szłam blisko ciepłego ciała Jareda, trzymając dłoń zarówno jego, jak i Cynthii.
Kiedy pokonaliśmy zroszony kroplami deszczu trawnik i dotarliśmy na miejsce, Jared puścił moją rękę i ruszyliśmy w kierunku pogrążonej w żałobie rodziny. Gdy przedzieraliśmy się przez mały tłum, chłopak trzymał nad nami parasolkę.
- Hej, Catie – mruknęłam, mocno oplatając ramionami moją najlepszą przyjaciółkę. Szybko zwróciła się do mnie załzawioną twarzą, na której pojawił się półuśmiech.
- Hej, Kimmy – wychrypiała łamiącym się głosem. – Dzięki, że przyszłaś.
- Nie ma za co – odparłam.
- Jared. – Catherine kiwnęła głową w geście powitania. Uśmiechnął się lekko.
- Hej, Cat. Jak się trzymasz? – spytał, poklepując ją pocieszająco w ramię.
- Chyba dobrze – westchnęła, kładąc głowę na moim barku. – Dzięki, że przyszedłeś. – Przerwała na moment i przetarła twarz wierzchem dłoni, rozmazując makijaż. – I dzięki za przekonanie starszyzny do pozwolenia nam na zorganizowanie pogrzebu w rezerwacie... chociaż nie jesteśmy Quileutami. – Jej głos lekko się załamał. – To dużo dla mnie znaczy. Jedynie tutaj... czuł się jak w domu.
Jared wzruszył ramionami, wyraźnie zakłopotany tymi płynącymi prosto z serca podziękowaniami Catherine.
- To był pomysł Kim. Cieszę się, że mogłem pomóc.
Nagle wśród zebranych zapanowała cisza i zdałam sobie sprawę, że większość osób usiadła na krzesłach. Jeszcze raz pospiesznie uścisnęłam więc Cat i razem z Jaredem zaczęliśmy szukać naszych miejsc. Catherine wraz z rodzicami usiadła na samym przedzie, naprzeciwko księdza – tęgiego mężczyzny około sześćdziesiątki, którego stan szat liturgicznych pozostawiał wiele do życzenia. Spotkaliśmy go już trzy dni wcześniej podczas przygotowań do pogrzebu. Aby móc odprawić nabożeństwo, przyjechał specjalnie z Port Angeles, gdyż w rezerwacie nie było katolickiego kościoła.
Po chwili kapłan cicho odchrząknął i powiedział:
- Zebraliśmy się dziś tu, by uczcić pamięć Riley Seana Millera, syna Leann Grace i Seana Williama Millera oraz brata Catherine Leann Miller...
W trakcie uroczystości rozległ się donośny szloch – to po twarzy Catherine spływały łzy. Jej rodzice, ubrani niezbyt stosownie do okoliczności, wyglądali ponuro i mieli na twarzach kamienne maski. Kiedy zaczęto wkładać trumnę do ziemi, tak bardzo zapragnęłam podbiec do Cat i mocno ją uścisnąć. Po sposobie, w jaki się zachowywała – z roztargnieniem bawiła się końcówkami włosów, a jej ramiona trzęsły się w charakterystyczny sposób – poznałam, że tego potrzebowała. Nie chciałam jednak zakłócać nabożeństwa, więc pozostałam na swoim miejscu.
Po umiarkowanie żywiołowym kazaniu księdza i zakopaniu trumny, nastąpił koniec pogrzebu i jego nieliczni uczestnicy zaczęli się rozchodzić. Po raz kolejny przytuliłam Catherine, usiłując choć trochę ją pocieszyć, po czym wszyscy pożegnaliśmy się z jej rodzicami i ruszyliśmy w stronę samochodu. W połowie drogi zatrzymała nas pani Clearwater, która poprosiła mamę i tatę o kilkuminutową rozmowę, zatem zeszli z nią ze ścieżki i stanęli pod jakimiś drzewami, służącymi im za schronienie przed deszczem. Kiedy czekaliśmy na nich z Jaredem po środku cmentarza pod dużym, czarnym parasolem cmentarza, dołączyli do nas Seth i Leah.
- Wiecie co? – odezwał się Seth. – Podobno nasz pierwszy szeryf jest tutaj pochowany. O, w tamtym miejscu. – Wskazał ręką na skraj cmentarza, gdzie zaczynał się gęsty las. Na jego twarzy nie widniał nawet cień zainteresowania tym faktem, a zamiast tego rzucił Jaredowi znaczące spojrzenie.
- Um... To fajnie? – odpowiedziałam, spoglądając to na jednego, to na drugiego z chłopaków.
- Wszystko w porządku, stary? – spytał Jared, który najwyraźniej również nie zrozumiał sensu podania tej informacji przez przyjaciela. Leah westchnęła głośno i przewróciła oczami.
- Może pójdziesz zobaczyć jego grób, co, Kim? – zaproponował łagodnie Seth, unosząc brwi.
- Co? A niby po co? – odparłam, teraz już kompletnie zmieszana. – Pada... i jest zimno.
Leah znowu westchnęła teatralnie, więc odwróciłam się do niej ze złością.
- Po prostu wykrztuś to z siebie, Leah. Masz jakiś problem? – Nie tylko ja zdziwiłam się moim nagłym wybuchem. Na twarzach Jareda i Setha pojawiło się ogromne zdumienie, a na twarzy Leah – wyraz furii. Na moją natomiast wstąpił rumieniec zażenowania.
- Wypad stąd, bo chcemy pogadać o sprawach sfory. – To bezceremonialne stwierdzenie przebiło mnie niczym tępe ostrze, o wiele chłodniejsze od lodowatych kropel deszczu.
- Okej – bąknęłam głupio, pewna, że moje policzki stały się jeszcze czerwieńsze niż wcześniej, o ile w ogóle było to możliwe. Odwróciłam się, ale zanim zdążyłam zrobić krok do przodu, Jared złapał mnie za ramię.
- Hej! – zawołał surowo, przeszywając wzrokiem Leę. Ona również patrzyła na niego z zawziętością. Nie była tak wysoka jak on, ani tak umięśniona, jednak zdawało się, że nie powstrzymałoby jej to od wszczęcia bójki. – Nie mów tak do niej!
- No cóż, Seth próbował jej to zakomunikować w uprzejmy sposób – odparła, krzyżując ramiona na piersi – ale najwyraźniej nie jest zbyt bystra.
- Leah! – oburzył się Seth dokładnie w tym samym momencie, w którym Jared pochylił się w jej kierunku. Natychmiast stanęłam pomiędzy nimi i naparłam na jego klatkę piersiową z tak dużą ilością siły, jaką tylko potrafiłam z siebie wykrzesać. Natychmiast zareagował na mój dotyk – rozluźnił się i przyciągnął mnie do siebie w obronnym geście.
- Wszystko w porządku – mruknęłam w jego tors. – Musicie sobie porozmawiać. Rozumiem. Ja po prostu... poczekam tam na ciebie, gdy skończycie. – Machnęłam ręką w stronę pobliskiego lasu.
- Jesteś pewna? – spytał cicho. Kiwnęłam głową i odsunęłam się. Jared podał mi parasolkę i zaczęłam przedzierać się przez nieco przydługą trawę.
- Tylko nie odchodź za daleko, Kim! – zawołał jeszcze za mną. Lekceważąco machnęłam ręką ponad ramieniem. Stanowczo za bardzo się martwił.
Przechadzałam się wzdłuż krawędzi lasu, odczytując nazwiska na grobach, które mijałam i myśląc o ludziach spoczywających w ziemi pod moimi stopami. Mieli swoje życie, rodzinę, przyjaciół... a pewnego dnia po prostu odeszli. Może wiedzieli, że zbliża się ich czas. Może zginęli w wypadku. Może byli zbyt młodzi, by umrzeć. Szczególny ból w moim sercu wywoływał widok malutkich nagrobków oznaczających miejsca, gdzie chowano dopiero co narodzone lub nieco starsze dzieci. Rozpoznawszy parę znajomych nazwisk, poczułam w kącikach oczu palące łzy, a kiedy napotkałam grób Harry'ego Clearwatera, popłynęły one z całą mocą. Ziemia przed kamienną tablicą nadal była spulchniona, co przypominało o tym, jak niedawno tutaj spoczął. Uklęknęłam przed nią i przesunęłam palce po świeżym napisie.
Nie znałam zbyt dobrze ojca Lei i Setha. Kiedy umarł, spotykałam się z Jaredem zaledwie od paru miesięcy, ale miałam okazję porozmawiać z nim parę razy podczas spotkań sfory (był członkiem starszyzny). Wiedział, jak przyrządzić najlepszą smażoną rybę, jaką kiedykolwiek jadłam, był zabawny i uroczy. Zdecydowanie to właśnie po nim Seth odziedziczył swe pogodne usposobienie. Obaj byli do siebie tacy podobni... Nic dziwnego, że śmierć ojca wywarła na chłopaku tak ogromny wpływ.
Dopiero teraz dotarło do mnie, że Clearwaterowie przybyli na cmentarz po raz pierwszy od pogrzebu Harry'ego. Z pewnością było to dla nich trudne, lecz żadne zdawało się tego nie okazywać. Poza tym zarówno Leah, jak i Seth, całkiem dobrze potrafili ukrywać swoje uczucia, jeśli tego chcieli, a pani Clearwater nie widziałam dziś zbyt długo.
Nie zdawałam sobie w pełni sprawy, że płaczę, dopóki nie zaczęłam połykać własnych łez. Umieściłam głowę między kolanami i wzięłam parę głębokich wdechów, usiłując przywrócić sobie coś na pozór spokoju. Pozbieranie się zajęło mi parę minut i niebawem byłam już w stanie wstać i iść dalej. Deszcz powoli zanikał, aż w końcu nie zostało po nim śladu, nie licząc delikatnej mżawki, więc złożyłam parasolkę i włożyłam ją pod ramię.
Nieoczekiwanie włosy na karku stanęły mi dęba i obróciłam się dookoła, przeszukując wzrokiem otoczenie i szczególną uwagę poświęcając czarnej jak atrament, mrocznej ścianie lasu. W pewnym momencie usłyszałam świszczący odgłos towarzyszący silnemu podmuchowi powietrza i tuż obok mnie przemknęło coś bladego i rozmazanego.
Zamrugałam, nie do końca pewna, czy rzeczywiście coś zobaczyłam. W końcu ciągle miałam w oczach łzy. Potem moich uszu dobiegły kolejne tajemnicze dźwięki – jakby ktoś kogoś tarmosił i coś w rodzaju chichotu.
Znałam ten chichot.
- Emmett? – powiedziałam cicho, czując się nieco głupio, mówiąc do powietrza.
- Widzisz? – odezwał się ktoś w ponurym mroku. – Mówiłem ci, że przyjdzie.
- Emmett? – powtórzyłam, teraz już pewna, że to jego głos. Ufałam mu, lecz ani trochę nie spodobała mi się perspektywa śledzącego mnie w ciemności wampira. – Gdzie jesteś?
- Boi się ciebie – stwierdził inny głos, prawie karcąco. Nie rozpoznałam go i choć brzmiał gładko, a wręcz aksamitnie. wywoływał na moich plecach ciarki, podobnie zresztą jak głos Emmetta.
- Dobra, chłopaki, to nie jest śmieszne – oznajmiłam niezdecydowanie. – Przyjemność z konwersacji czerpie się tylko wtedy, gdy rozmówcy nie są niewidzialni. – To zdanie zdawało się ich rozbawić, bo chichot rozbrzmiał po raz kolejny i z lasu wyszedł Emmett.
- Cześć, Kimmy! – przywitał mnie radośnie. Wyglądał tak, jakby przez jakiś czas biegał w deszczu.
- Nie nazywaj mnie tak – odpowiedziałam automatycznie, po czym zarumieniłam się, zawstydzona. Ledwie co poznałam gościa, a już mu rozkazywałam. Emmett sprawiał wrażenie lekko urażonego, ale nie przeprosiłam.
Z ciemnych, kręconych włosów chłopaka wystawała mała gałązka, która znalazła się tam prawdopodobnie na skutek ukrywania się w lesie. Uśmiechnęłam się, rozbawiona jego niewiedzą na temat własnego wyglądu.
- Um, masz tu coś... – Wskazałam dłonią na swoją głowę, by pokazać, o co mi chodzi. – O, tutaj...
- Co? – Emmett wyglądał na zdezorientowanego.
- Masz liście we włosach, Emmett – odezwał się ponownie nieznajomy głos. Podskoczyłam, przestraszona, niemalże potykając się o zapomniany grób, częściowo skryty pod bujną roślinnością.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć – usłyszałam znowu ten sam głos, lecz tym razem wydobył się z osoby, która opuszczała właśnie ciemny gąszcz. Moim oczom ukazał się wysoki, blady chłopak, podobny w tych kwestiach do Emmetta, ale zdecydowanie mniej umięśniony. Jego włosy miały kolor rdzawobrązowy, a oczy ten sam koci odcień złota co tęczówki Emmetta, Carlisle'a i wrednej blondynki. Nie trzeba było posiadać wyjątkowo genialnego umysłu, by zorientować się, że był wampirem.
- Witaj, Kim – powiedział łagodnie, posuwając się ostrożnie do przodu. – Nazywam się...
- Edward? – zgadłam nieco piskliwym głosem. Kiwnął głową, wyglądając na zaintrygowanego, i przechylił głowę na bok. Spróbowałam sobie przypomnieć tę garstkę informacji, jaką wyciągnęłam od Jake'a na temat wampirów i ich specjalnych mocy. Emmett nie miał żadnej za wyjątkiem siły, ale mogłabym przysiąc, że Edward potrafił coś nadzwyczajnego, jak jakiś jasnowidz lub coś w tym stylu... Może Jacob mówił o kimś innym, ale przypuszczałam, że to właśnie o Edwardzie słyszałam, że nie był po prostu starym wampirem... Na pewno miał jakąś moc albo coś...
- Zgadza się – powiedział Edward z lekkim uśmiechem. Moje serce raptownie przyspieszyło i poczułam, jak krew napływa mi do twarzy, czyniąc ją zapewne uroczo szkarłatną. Emmett spoglądał to na mnie, to na Edwarda, kompletnie zagubiony w sytuacji, ale Edward tylko się do mnie uśmiechnął. W tym momencie uderzyło we mnie okropnie żenujące uczucie.
O Boże... On czytał w myślach.
Odruchowo cofnęłam się o parę kroków, usiłując stworzyć pomiędzy nami jakąś mentalną przestrzeń.
- Więc... – zaczęłam, usiłując przenieść całą swoją uwagę na Emmetta. – Co tutaj robicie?
Emmett nagle zmarkotniał.
- Przyszyliśmy na pogrzeb – wyjaśnił, patrząc w ziemię.
- Och – odparłam, nie mogąc wymyślić niczego sensowniejszego. – Ale czy wy przypadkiem nie macie zakazu wchodzenia na teren Quileutów?
- Postanowienia paktu na powrót wchodzą w życie dopiero wieczorem – odezwał się Edward, stojąc w cieniu.
- Och, okej. – Spojrzałam na swoje stopy, nie wiedząc, co powiedzieć i wkrótce pomiędzy naszą trójką zapadło kłopotliwe milczenie. Zaczęłam się powierzchownie zastanawiać, co robili Seth, Jared i Leah oraz czy już skończyli rozmowę.
- Czy Jared wie, że tu jesteś? – spytał znienacka Edward. Czy też raczej wtrącił się do moich myśli.
- A czy Bella wie, gdzie ty jesteś? – odgryzłam się impulsywnie. Nie lubiłam tej całej nadopiekuńczości, które towarzyszyło chyba wszystkim nadludzkim istotom, i wampirom, i wilkołakom. Edward uśmiechnął się, sprawiając wrażenie rozbawionego.
- Nie, pewnie nie. Ale ja mogę się obronić.
- A ja nie? – odparowałam, zadziornie zakładając ręce na biodra. Wiedziałam, że zachowuję się głupio. On był przecież wampirem, na litość boską. A wampiry zabijają ludzi.
- Masz rację – odpowiedział na moje myśli. – Jesteśmy wampirami. I zabijamy ludzi. Stanowimy dla was niebezpieczeństwo. I nie możesz się przed nami obronić.
- Ale jesteście chyba dobrymi wampirami, prawda? – przypomniałam, unosząc brwi.
- Ale on takim nie był – odparł cicho Edward, kiwając głową w stronę cmentarza. – Jeśli spotkałabyś go w lesie o zmierzchu, nie miałabyś żadnych szans.
Do moich oczu znowu napłynęły łzy, jak przypomniałam sobie, co Jared powiedział mi w nocy po bitwie, a czego Catherine i jej rodzina nigdy nie mogli sie dowiedzieć. Że Riley, ich jedyny syn, został zmieniony w spragnioną krwi maszynę do zabijania. Że był odpowiedzialny za niektóre morderstwa w Seattle i próbował zabić niewinną dziewczyną. Że, by go powstrzymać, Emmett i jego rodzina musieli zabić jego. Zabić albo zrobić to coś, co robi się, by pozbyć się wampira.
Trumna na pogrzebie była zamknięta. Jako jedna z niewielu osób wiedziałam, że była również pusta. Kiedy spytałam Jareda, co się stało z ciałem Rileya, zasmucił się i odmówił mówienia na ten temat.
- Był dobrą osobą – mruknęłam cicho, uświadamiając sobie, że znowu płaczę. Ktoś podsunął mi pod nos chusteczkę, a gdy spojrzałam w górę, zobaczyłam Emmetta patrzącego na mnie ze współczuciem. – W dzieciństwie bawiliśmy się we trójkę, to znaczy ja, Cat i Riley, w zdobywanie flagi. Tylko ja się z nimi bawiłam. Nikt inny nie chciał, bo nie byli stąd. A potem, kiedy Riley wyjechał... To było dla Catie takie trudne... Jej rodziców nigdy nie było w domu, ciągle pracowali. Już wtedy stracili syna... – Przerwałam i wzięłam drżący oddech. – Nigdy nie pomyślałabym, że stracą go dwa razy, że to będzie takie ciężkie... i tak bardzo bolesne...
Przymknęłam powieki, a Emmett zamknął mnie w czymś, co można było określić jedynie jako niedźwiedzi uścisk. Trzymał mnie mocno, dopóki nie przestałam płakać. Potem rozejrzałam się dookoła i zauważyłam, że Edward zniknął.
- Gdzie on poszedł? – spytałam.
- Znaleźć Bellę – odpowiedział chłopak, a na jego twarzy ponownie zagościł uśmiech. – Nie może przebywać zbyt długo z daleka od niej, bo zaczyna mieć objawy podobne do tych na odwyku czy coś podobnego.
Zaśmiałam się.
- Chyba wiem, o co ci chodzi – wyznałam. Chłodny uścisk Emmetta przypomniał mi, jak długo to ja pozostawałam z daleka od Jareda. Ciekawe, czy jeszcze rozmawiali i czy Leah wydrze się na mnie, jeśli już wrócę. Nie musiałam jednak rozmyślać na ten temat zbyt długo, bo wkrótce rozległ się okrzyk:
- Kim!
Odwróciłam wzrok od Emmetta i zobaczyłam Jareda stąpającego ciężko po zboczu wzgórza. Zręcznie wymijał po drodze ukryte w trawie groby i wyglądał tak, jakby usilnie starał się kontrolować swoją złość.
Uśmiechnęłam się przepraszająco do Emmetta i stanęłam u boku Jareda. Jego ramię owinęło się wokół mojej talii, przyciągając mnie mocno do niego, przez co wkrótce uderzyła mnie gwałtowna fala gorąca. Spojrzałam mu w twarz, starając się sprawiać wrażenie stanowczej.
- Bądź miły – nakazałam krótko. Niemalże widziałam, jak mięśnie jego szczęki się napięły, co oznaczało, że bardzo ciężko pracował nad utrzymaniem temperamentu na wodzy.
- Cześć, Jared – przywitał się Emmett, machając dłonią. U niego chyba też dostrzegłam lekkie napięcie mięśni, ale równie dobrze mogłaby to być spowodowane niezbyt dobrą widocznością.
- Cześć, pijawko – odpowiedział gburowato Jared.
- Jared! – zawołałam zszokowana. Westchnął.
- Emmett – wykrztusił przez zaciśnięte zęby. No cóż, pomyślałam, zawsze to jakiś początek. Przynamniej teraz obaj zwracają się do siebie po imieniu.
- Wiesz – zaczął Emmett – nie gadaliśmy jeszcze po bitwie, przez te obrażenia Jacoba i w ogóle, ale chciałem powiedzieć, że tworzycie niezły szyk na polu walki.
Po tych słowach cała się spięłam. Wcale nie podobał mi się tor, na jaki zbaczała ta rozmowa. Emmett chyba za bardzo się starał.
- Tak? – odparł Jared, rozchmurzając się nieco w reakcji na komplement.
- Zdecydowanie. Może kiedyś zorganizujemy sobie jeszcze taki podobny pojedynek wampirów z wilkołakami, wiesz, żeby dopracować technikę, co?
Spojrzałam na Emmetta, ale tylko koślawo się uśmiechał. Spojrzałam na Jareda, ale ten z kolei wyglądał na zamyślonego. No nie. Nie mogłam uwierzyć, że w ogóle rozważał taką propozycję. Przecież nie było nawet mowy, by do czegoś takiego doszło.
- Nie. Nie ma mowy, że to się zdarzy – zadecydowałam twardym tonem. – Nawet o tym nie myśl. – Jared nie odpowiedział. – Dobrze, chodźmy. – Trąciłam jego ramię i usiłowałam popchnąć go do tyłu, zmuszając tym samym do ponownego wspięcia się na pagórek. – Czas do domu. – Jared pozwolił mi się poprowadzić przez zarośniętą ścieżkę. Na początku szedł tyłem, ale potem się odwrócił. – Czas, by lubiący pakować się w kłopoty wampir wrócił do swojej trumny, a my do naszej rodziny –kontynuowałam normalnym tonem, chociaż wiedziałam, że obaj dobrze mnie słyszeli. – Jesteśmy na pogrzebie, pamiętacie?
Dotarliśmy do szczytu wzgórza i zatrzymaliśmy się. Uczestnicy pogrzebu już prawie się rozeszli. Widziałam moich rodziców spacerujących z Sue Clearwater, której dwójka dzieci kłóciła się cicho przy krypcie. Cynthia stała z Catherine blisko samochodu, który miał zabrać Millerów z powrotem do domu. Westchnęłam cicho, gotowa na powrót do domu i spędzenie reszty tego spokojnego dnia na wspomnieniach, lecz zostałam gwałtownie wyrwana ze swojej zadumy.
- Pakt zaczyna obowiązywać przy zachodzie słońca, pijawko! – zawołał przez ramię Jared. Zerknęłam za siebie i zobaczyłam, że Emmett nadal stał na krawędzi wzgórza. Cienie drzew niemal kompletnie zakrywały jego sylwetkę.
- Nie martw się! – odkrzyknął Emmett. – Mam ze sobą moje rubinowe trzewiczki*! Już lecę do domu!
Zaśmiałam się cicho, a Jared mruczał coś pod nosem, aż dołączyliśmy do stojących przy aucie rodziców.
Żadne z nas nie było w nastroju do rozmów podczas drogi do domu, więc tata włączył radio. Z głośników popłynął znany z zapowiedzi filmów głos jakiegoś faceta, który prezentował właśnie wiadomości dnia. Automatycznie nadstawiłam uszu, kiedy padła nazwa „Seattle"…
- A teraz, w wiadomościach lokalnych z Seattle: tamtejszy szef policji, Mark Johnson, wydał dzisiaj oświadczenie, iż okryty niesławą Rębacz z Seattle prawdopodobnie zaprzestał swej działalności. W ciągu minionych trzech tygodni nie doszło do żadnych morderstw i aresztowano trzech potencjalnych podejrzanych, którzy mogli dopuścić się tych makabrycznych zbrodni. Lokalni urzędnicy są niemal pewni, iż Rębacz postanowił się ukryć w związku z nagłośnieniem całej sprawy. Jednakże policja nadal nalega, by zachowywać wszelkie środki ostrożności, zwłaszcza pomiędzy osiemnastą a ósmą rano. Teraz przeniesiemy się do Janice, która przybliży nam sytuację na drogach. Jak to wygląda, Janice?
Janice zaczęła swą relację od tego, co już wiedzieliśmy: że znowu pada.
Przestałam słuchać radia i odwróciwszy wzrok od okna, zobaczyłam, że Jared patrzył na mnie znacząco, sprawiając wrażenie niezmiernie zadowolonego z siebie. Nie zajęło mi zbyt dużo czasu zorientowanie się, dlaczego: sfora uznawała walkę z nowonarodzonymi za dowód, iż jest zwartą grupą, w pełni sprawną i zdolną do obrony rezerwatu. Poza tym zwycięstwo podniosło poczucie własnej wartości wszystkich jej członków.
Kiedy dojechaliśmy do domu, rozbrzmiał dzwonek telefonu Cynthii. Szybko wyciszyła popową melodię z mocnym bitem i otworzywszy klapkę, pospiesznie odczytała otrzymaną wiadomość, a potem spojrzała na mamę.
- Michelle zaprasza mnie i parę dziewczyn na noc do swojego domu. Mogę iść? – Sposób, w jaki zadała to pytanie, sugerował, że myślała, iż nikomu nigdy nie przyszłoby do głowy się na to zgodzić.
- Oczywiście, kochanie. – Oczy mamy jakby się zapaliły. Była oczywiście bardzo zaskoczona i nawet nieco szczęśliwa, że Cynthia wreszcie chce gdzieś wyjść, bo nie robiła tego już od jakiegoś czasu.
- Możemy ją podrzucić – odezwał się znienacka Jared. – I tak miałem zamiar zabrać Kim na spacer po plaży, a dom przyjaciółki Cynthii nie może być daleko.
- I nie jest – dodała Cynthia, z nadzieją przenosząc wzrok z mamy na tatę.
- Okej, w takim razie w porządku – wydał zezwolenie ojciec. Nasza trójka wygramoliła się więc z samochodu i skierowała do furgonetki Jareda.
- Tylko zapnijcie pasy! – zawołał jeszcze tata, kiedy zawarczał silnik. Cynthia i ja pomachałyśmy mu na pożegnanie.
Wysadziliśmy Cyn przy domu jej przyjaciółki, a dwie minuty później dotarliśmy na plażę numer dwa.
Przez parę pierwszych minut panowała błoga cisza. Jared wplótł swoje palce w moje. Raz po raz dosięgały nas nieco chłodne podmuchy wiatru, ale za każdym razem, gdy zadrżałam, Jared przyciągał mnie do siebie na kilka sekund, żebym mogła się ogrzać. Zachód słońca był przepiękny: róż, złoto i barwa pomarańczowa mieszały się ze sobą na horyzoncie, tworząc coś na kształt cudownego dzieła sztuki.
- Kim? – odezwał się Jared uroczystym głosem, co wyrwało mnie z własnych rozmyślań.
- Tak? – Obróciłam się, by na niego spojrzeć i zdałam sobie sprawę, że kiedy ja podziwiałam zachód słońca, on przyklęknął przede mną na jedno kolano. Wziął moją lewą rękę w swoją prawą, a w jego drugiej dłoni dostrzegłam błysk srebrnego pierścionka.
- Jared! – zaprotestowałam, próbując wyrwać się z jego uścisku. Na próżno. – Co uzgodniliśmy odnośnie ślubu?
- Ale to nie jest pierścionek zaręczynowy! – sprostował, patrząc na mnie największymi oczami szczeniaczka, jakie kiedykolwiek widziałam. – To tylko pierścionek „obietnicowy".
- Pierścionek „obietnicowy"? – powtórzyłam sceptycznie.
- Tak – potwierdził i westchnął z ulgą, kiedy przestałam próbować uwolnić swoją rękę.
- No dobrze, ale co ja mam ci dokładnie obiecać? – spytałam z pozorną powagą, udając, że nic nie rozumiem. Jared złapał teraz obie moje dłonie i podniósł się. Cieszyłam się, że już nie padało, bo inaczej miałabym oczy pełne kropel deszczu, gdybym musiała spoglądać w górę. Przez długą chwilę nic nie mówił i poczułam, jak pod wpływem jego oddanego spojrzenia się rumienię. Nigdy nie patrzył na mnie inaczej. I za każdym razem, kiedy to robił, mój żołądek przyjmował szalone pozycje jogi, tak samo jak wtedy w stołówce, gdy pierwszy raz popatrzył na mnie swoimi nowymi oczami. Kiedy w końcu otworzył usta, by coś powiedzieć, jego słowa były łagodne i przepełnione uczuciem:
- Że kiedy cię poproszę, abyś za mnie wyszła – jak już skończymy szkołę, jak zapytam twoich rodziców i jak te całe sprawy związane z wilkołakami i wampirami się uspokoją – to powiesz tak. Że będziesz moja. Na zawsze. – Przyglądałam mu się przez dłuższą chwilę czas, po prostu napawając się szczęściem, jakiego doświadczałam. A on zastygł w oczekiwaniu, wzrokiem próbując odczytać moje emocje.
- W porządku – powiedziałam w końcu, skinąwszy głową. – Mogę to zrobić.
- Więc mogę go włożyć? – zapytał ochoczo. Ponownie kiwnęłam głową, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, jaki wywołała na mojej twarzy jego radość. Delikatnie umieścił srebrny pierścionek na palcu serdecznym mojej lewej dłoni i go pocałował. Potem pocałował moją dłoń i składał pocałunki na całym ramieniu, aż dotarł do ust, gdzie złożył najdelikatniejszy, najsłodszy pocałunek, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam.
Powrót do spokojnego oddychania i przywrócenie normalnego rytmu bicia serca zajęło mi trochę czasu.
- A gdzie jest twój? – spytałam, czując lekkie obciążenie na lewej dłoni. Jared podniósł swoją rękę i w przytłumionym świetle zalśnił identyczny pierścionek.
- Już we właściwym miejscu – odparł z uśmiechem i pochylił się, by pocałować mnie szybko w usta.
- Mogę ci zadać pytanie? – poprosiłam i oparłam się o jego ramię. Palce jego prawej dłoni, trzymającej moją lewą, przesunęły się po pierścionku, jakby się bał, że nagle zniknie. – Po co nam te pierścionki? – spytałam, pocierając nosem jego skórę. – Przecież już wiesz, że jestem twoja.
Wzruszył ramionami i ten ruch sprawił, że się zachwialiśmy, bo przeniosłam na niego praktycznie cały ciężar swojego ciała. Szybko jednak z powrotem ruszyliśmy naprzód, a on rozważał moje pytanie.
- No cóż, ja wiem, że jesteś moja. Na zawsze. Ale chcę być pewien, że inni też będą o tym wiedzieli.
- Jesteś takim małym, zazdrosnym szczeniaczkiem – zażartowałam, odsuwając dłoń, i stanęłam naprzeciwko niego, idąc tyłem wzdłuż plaży.
- Być może – przyznał, uśmiechając się. Ledwie co rozpoznałam złośliwe chochliki w jego oczach, a już ruszył do przodu i zanim się zorientowałam, wylądowałam w jego ramionach. Niósł mnie w taki w sposób, w jaki pan młody przenosi swoją świeżo upieczoną żonę przez próg ich nowego domu, pokrywając jednocześnie moją twarz pocałunkami, przez chichotałam jak oszalała. – Ale jesteś moją partnerką, więc muszę być zazdrosny. – Tym razem nie przeciwstawiłam się takiej terminologii.
Doszliśmy do miejsca, gdzie leżał podmoczony przez fale pień. Jared usiadł na wybielonym drzewie i usadził mnie obok siebie, skrywając przed zimnem w swoim ciepłym uścisku.
- Wiesz – mruknęłam cicho, ponownie opierając się o jego ramie. – Ja zdążyłam się już przyzwyczaić do myśli, że cię kocham, ale ty długo nie miałeś pojęcia, że w ogóle istnieję.
- To nieprawda! – zaprotestował, lecz uciszyłam go, kładąc mu dłoń na ustach.
- A właśnie że prawda i dobrze o tym wiesz – powiedziałam delikatnie. – Ale nie jestem zła. Tylko tak sobie pomyślałam, jak bardzo moje życie się zmieniło, odkąd cię mam. I jaka ze mnie szczęściara. – Przerwałam, poszukując odpowiednich słów, które oddałyby istotę moich uczuć. - Przyzwyczaiłam się do bycia niewidzialną.
- Już nie jesteś niewidzialna – odpowiedział Jared. Jego oczy przeszywały na wskroś moje. – Tak właściwie to jesteś wszystkim, co jestem w stanie dostrzec.
- I właśnie za to cię kocham, za to cię kochałam i za to zawsze będę cię kochać.
- Zawsze? – spytał. Wzięłam jego lewą rękę i przycisnąłem ją do swojej, żeby nasze srebrne pierścionki się zetknęły.
- Zawsze.
I byliśmy, i jesteśmy, i będziemy razem.
Na zawsze.
