NAMBER TU
Draco zaciął się: nie mógł wymówić tego nazwiska, nie po słowach „I mam chłopaka". Z reguły pojawiało się przecież po szeregu niezbyt wyszukanych, ale z pewnością obraźliwych epitetów. To byłby zbyt duży szok dla matki. Trudno jednak nie powiedzieć B, gdy się rzekło A.
— Mów, Draco. Teraz zniosę już wszystko.
To jest za ciężkie, pomyślał. A przecież Pomfrey zabroniła mi dźwigać.
Opuścił wzrok na splecione na kolanach dłonie, których palce nerwowo poruszały się do rytmu jakiejś irytującej muzyczki. Melodia ta spędzała już drugi dzień w głowie Draco i ani myślała się wynieść. Myślę, że nie stało się niiiiiic, niiiiiiiic… Skąd to, u diabła, znał?
— No nie wiem, matko. Może jednak usiądź.
— Wtedy nie będę cię słyszeć. Mów.
Draco przez chwilę otwierał i zamykał usta, aż wreszcie rzekł:
— Ale… Ale jeszcze wpadniesz twarzą w te popioły…
Matka przewróciła oczami, co zdarzało jej się bardzo rzadko. Draco wiedział, że niesamowita cierpliwość tej istoty powoli się wyczerpuje. No cóż, nie co dzień człowiek dowiaduje się, że jego potomek zostanie młodocianym rodzicem i jest innej niż większość orientacji.
— W porządku — skapitulował. — Już ci mówię. Moim chłopakiem jest Ron Weasley.
Draco dobrze przewidział reakcję na tę niedorzeczną informację. Gdzieś w płomieniach nastąpiło niesamowite poruszenie; matka łapała się za serce. Wzięła kilka głębokich oddechów, zachwiała się odrobinę na kolanach (tego Draco nie widział, ale doszedł do takich wniosków), aż wreszcie odezwała się słabo:
— Raczysz powtórzyć.
— Kłamałem, matko — powiedział trochę pewniej Draco. — Chciałem ci tylko pokazać, że zawsze może być gorzej. Chodzę z Potterem. Teraz nie wydaje się to takie złe, prawda?
Matka zbladła jeszcze bardziej. Prawie nie widać jej było zza płomieni.
— Draco, powiedz mi, dziecko, z której strony związek z Potterem wydaje ci się lepszy niż związek z Weasleyem?
— Obiektywnie czy subiektywnie?
— Obojętnie! Poza tym powiedz mi, jakim cudem, będąc na tyle pewnym swojego homoseksualizmu, by wiedziony ogromnymi żądzami związać się ze swoim najgorszym wrogiem, zdołałeś SPŁODZIĆ DZIECKO?!
Po cierpliwości matki nie było już śladu, chociaż ewidentny plus stanowił fakt, że nadal miała siłę na wyrażanie się skomplikowanymi zdaniami. Mimo wszystko Draco szczerze pożałował swojej decyzji o całkowitej spowiedzi. Coming-out mógł sobie zostawić na jakiś bardzo odległy deser.
Matka kontynuowała zadawanie retorycznych pytań, ale gdzieś pomiędzy nimi Draco wychwycił słowa „Twój ojciec się o tym dowie" i tylko strach przed jeszcze większym szałem ze strony rodzicielki odwiódł go od zwrócenia uwagi na to, że to absolutnie jego i tylko jego kwestia.
— Że też znalazłeś na to czas! Nic nie mówią ci słowa: „Czarny Pan", „misja", „pieniądze" i „zginiesz, jeśli zawiedziesz"?
Chociaż Draco w żaden sposób nie zdołał połączyć wyrazu „pieniądze" z resztą, zadrżał i zaraz pośpieszył z wyjaśnieniami:
— Przecież mówiłem ci, że tu akurat wszystko jest jak należy.
— Wspaniale, Draco, spisujesz się na medal. Teraz pozostaje ci tylko wychować dziecko i w jakiejś niedalekiej przyszłości powiedzieć swojemu chłopakowi, że to ty jesteś odpowiedzialny za śm…
— Matko!
— Za sam wiesz co! Przemyślałeś to w ogóle?
Prawdę mówiąc urżnąłem się, przespałem z Potterem i nawet tego nie pamiętam, a potem jakoś tak miło nam się leżało i rozmawiało, że… samo wyszło. Mało w tym było myślenia. Nie zamierzał jednak zdobywać się na aż tak absolutną szczerość. Instynkt przetrwania nakazał mu uciec się do kłamstwa:
— Matko, przecież ten związek to takie moje… zabezpieczenie, nie? Wcześniej Potter ciągle się kręcił koło mnie, węszył, podejrzewał… A teraz? Raczej mało prawdopodobne, że będzie śledził swojego chłopaka. No chyba że jest psychicznym zazdrośnikiem. A może jeszcze powie mi coś przydatnego…
Matka ochłonęła odrobinę.
— Dlaczego nie powiedziałeś od razu, że to zabieg taktyczny? Jestem pewna, że przybyło mi właśnie kilka siwych włosów.
— Och, matko, jakich siwych włosów. Wciąż są blond jak zawsze. Piękne, lśniące, mocne. Musisz używać jakiegoś nowego szamponu, bo wyglądają jeszcze bardziej oszałamiająco niż zazwyczaj.
— Oszczędź mi tych sztucznych pochlebstw, Draco. Nie zapomniałam, że przez ciebie Pansy spodziewa się dziecka.
— Jak przeze mnie! — obruszył się Draco. — To jej wina.
— Czy nie uczono was w tej szkole, że należy się zabezpieczać?
Draco wzruszył ramionami.
— Sam wiedziałem.
Matka westchnęła ciężko.
— Jutro się zobaczymy, Draco, i porozmawiamy. Moje kolana mają już dość. Nie klęczałam tyle od nocy poślubnej.
Draco żałował, że to usłyszał.
Kiedy następnego dnia — a była to sobota — pierwszą osobą, jaką zobaczył po opuszczeniu sypialni była Pansy, początkowo miał ochotę zawrócić i schować się pod kołdrę, ale po krótkim zastanowieniu podszedł do niej i warknął:
— Zadowolona jesteś?
Pansy zmierzyła go wściekłym spojrzeniem.
— Bardzo! Jestem tak szczęśliwa, że zaraz zacznę tańczyć salsę.
Draco nie zwrócił uwagi na tę wyszukaną ironię.
— Dziś odbywają się zwołane przez ciebie obrady okrągłego stołu. Jak myślisz, co takiego ustalimy? Powiedziałaś chociaż rodzicom, o co chodzi?
— Oczywiście.
— O. No i jak?
Wściekłość Pansy nagle wyparowała. Wzruszyła ramionami. Chwilę wyraźnie zastanawiała się, jak przekazać Draco to, co chciała mu przekazać, aż wreszcie przemówiła:
— Właściwie to nijak. Mama powiedziała „zdarza się", a tata „nie waż się skakać z mostu".
Draco wybałuszył oczy. Pansy mówiła dalej:
— No wiesz, mama ma teraz trzydzieści dwa lata. Daje do myślenia, nie?
Draco żałował zawsze, że w Hogwarcie nie uczono podstaw matematyki. Mimo to zdołał odjąć szesnaście od trzydziestu dwóch i doszedł do zaskakujących wniosków.
— A więc to u was rodzinne — westchnął ze zrozumieniem.
— Co nie zmienia faktu, że nie mam ochoty ani rodzić, ani zostawać teraz matką — burknęła Pansy, złoszcząc się na nowo.
— No i to jest właśnie najgorsze! — jęknął Draco, starając się nie zwracać uwagi na to, że Potter gładzi go po włosach. Irytowało go to odrobinę i czuł się trochę, jakby mówił do ściany.
— Że tobie się dostało, a jej nie?
— Tak. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak przerażająca potrafi być moja matka. Właściwie nawet ucieszyłem się, że ojciec siedzi w Azkabanie.
— Do usług — mruknął Potter.
— Muszę zadać ci pytanie. — Draco powstał i podszedł do okna w Pokoju Życzeń, za którym prezentował się naprawdę dziwny widok: czyjś trup leżał na moście, a wokół niego krążyły sępy. Draco nie mógł powstrzymać dreszczu przechodzącego przez jego ciało. To Potter wymyślał wygląd pomieszczenia. Dobry Merlinie, jak bardzo spaczoną psychikę miał ten człowiek? A ja siedzę z nim w jednym pokoju!
— Taaak? — zapytał Potter. — Widzę, że robi się poważnie.
Dlaczegoś wymarzył sobie zwłoki na moście i sępy, do cholery?!
— Dlaczego odrzuciłeś moją przyjaźń na pierwszym roku?
— Odrzuciłem ją także na drugim, trzecim, czwartym i piątym.
— Wtedy wcale ci jej nie proponowałem — zdziwił się Draco.
— Widzisz, a mimo to ją odrzuciłem. — Potter westchnął. — Draco. Zachowywałeś się wtedy jak dupek.
— Nie zauważyłem różnicy w moim zachowaniu, wiesz.
— Ale ja zauważyłem, Draco.
Ten gnój robi mnie w konia!, wściekał się Draco. Jest ze mną tylko dlatego, że podejrzewa, że coś knuję! Mam nadzieję, że Czarny Pan mnie nie słucha. A jeśli słucha? Dzień dobry, Czarny Panie. Piękną mamy pogodę, prawda? Argh, dość! Rozłączam się, Czarny Panie.
Draco miał nadzieję, że Czarny Pan go jednak nie słuchał.
— Najmocniej przepraszam za moje karygodne spóźnienie. — Draco wbiegł do nieużywanej (jak większość, z racji tego, że była sobota) klasy i stanął jak wryty. Jego oczom ukazał się dziwnie znajomy obrazek: wściekli rodzice, zapłakana dziewczyna i blady, roztrzęsiony chłopak.
— Co to, zlot? — zirytował się. — Przyjdzie mi teraz szukać ich po całym Hogwarcie! Mówili, że będą tutaj! No dobrze, nie przeszkadzam, do widzenia.
Draco zamknął za sobą drzwi od sali i zaczął krążyć po korytarzu, zastanawiając się, gdzie też mogło podziać się umówione z nim towarzystwo. Zaglądał do kolejnych klas, natrafiając na rzeczy, których nigdy nie chciał widzieć.
— No dobrze, to musi być tutaj — powiedział do siebie, naciskając na klamkę ostatnich na tym korytarzu drzwi. Zajrzał do środka i opadła mu szczęka. — Crabbe! Goyle! Co robicie z Potterem?! Dość! Nie bijcie go!
— Dlaczego? — zdziwił się Goyle.
— Bo… przemoc jest zła!
— Dlaczego? — zdziwił się Crabbe.
Potterowa głowa latała w przód i w tył, jakby ledwo trzymając się szyi, kiedy potrząsały nim silne ramiona.
— Mam chorobę lokomocyjną — wykrztusił. — To się źle skończy.
— Dajcie mu Aviomarin — zakomenderował Draco. — Sorry, Harry, ale nie mam czasu.
— Może być Lokomotiv? — zapytał Goyle, wyciągając z kieszeni małe, białe pudełko.
Draco nie zostawiłby Pottera na pastwę losu, gdyby miał wyrzuty sumienia. Trudno jednak mieć wyrzuty czegoś, o czego istnieniu się nie wie.
— PANSY! — krzyknął, biegnąc korytarzem znajdującym się piętro wyżej. Jego głos poniósł się echem. — PARKINSON!
— ALZHEIMER!
— Hę? — Draco podniósł głowę i zobaczył znajomego ducha krążącego pod sufitem. — Spieprzaj, Irytku. Parkinson to nazwisko.
— Alzheimer też — wzruszył ramionami Irytek.
Draco machnął ręką. Nie miał czasu zajmować się idiotycznym poltergeistem. Odszedł odeń szybkim krokiem i skręcił w lewo, by zniknąć z jego oczu. Oparł się o jedną ze ścian, po czym zaczął intensywnie myśleć. Daty pomyliłem czy co? Przeniosłem się w czasie? Może… Może o siedemnaście lat i dziewięć miesięcy do przodu? Nie, cholera. Crabbe, Goyle i Potter wyglądali na raczej młodych. Nagle wpadło mu do głowy dość niekonwencjonalne rozwiązanie. Słyszałem, że ktoś tak kiedyś zrobił z sufitem czy coś… Może na ludzi też to działa?
— Accio… — Niemalże powiedział „Accio Parkinson", ale uznał, że nie warto zwoływać na siebie choroby. — Accio Pansy!
— Tu jesteś, idioto! — rozbrzmiało gdzieś po prawej.
Draco wybałuszył oczy i popatrzył w stronę źródła głosu. To cud! W jego stronę biegła Pansy! Zła jak osa co prawda, z mordem w oczach, ale biegła.
— Pansy, nie uwierzysz, co właśnie zrobiłem… — zaczął, ale brutalnie mu przerwano:
— Uwierzę! Chciałeś wywinąć się od odpowiedzialności! — Pansy złapała Draco za rękę. — Za mną!
W głowie Draco pulsowała krew. Można by powiedzieć, że to dobrze, ale czy musiała robić to tak głośno? Dudnienie doprowadzało go powoli do szału. Prawie nie słyszał tego, o czym rozmawiali rodzice Pansy i jego matka.
— Myślę… TUDUM, TUDUM… wziąć… TUDUM, TUDUM…
— Co powinniśmy zrobić ze ślubem? — zapytał, zdezorientowany.
Adam Parkinson podrapał się po brodzie i powtórzył głośno:
— Myślę, że powinniście wziąć ślub.
Pansy i Draco wymienili zdegustowane spojrzenia.
— Nie wydaje mi się, by było to dobre rozwiązanie — zaoponowała matka Draco, który jeszcze nigdy nie czuł takiego przypływu miłości do rodzicielki. — Mój syn jest przecież gejem. — I pewnie już nigdy nie poczuje…
— Wiemy, ale czy nie dałoby się jakoś zmienić mu tej orientacji? — odezwała się Amanda Parkinson.
Draco zmarszczył brwi.
— Zaraz, zaraz, jak to wiecie?
— Widać po tobie na kilometr. — Machnęła ręką Pansy. — Równie dobrze mógłbyś mieć wypisane na czole „gej".
— I nie przeszkadzało ci to? — Szczęka Draco opadła delikatnie.
— Kolej, to kolej… — szepnęła Pansy do ucha Draco. — Poza tym całkiem nieźle się bawiłam.
Na Merlina, jakie to irytujące, gdy człowiek ostatni dowiaduje się, jakiej jest orientacji. No, pomijając matkę, która też nie wiedziała. Naburmuszył się. Ciekawe, czy ojciec wie…
— Obawiam się, że nie da się zmienić jego preferencji — powiedziała matka. — Można próbować, ale wątpię…
— Oczywiście, że się nie da! — krzyknął Draco. — Czy możemy wrócić do głównego tematu?
Całe spotkanie nie zaowocowało żadnym ciekawym ustaleniem poza jednym: wszyscy chcieli być obecni na USG. Narcyza nalegała, żeby poczekać z tym aż Lucjusz wyjdzie z więzienia, ale przypomniała sobie po chwili, że został skazany na dożywocie. Oprócz tego umówiono się, że młodzi nie przerwą edukacji, a do Hogwartu sprowadzi się kogoś do pomocy przy wychowaniu dziecka. Oczywiście po omówieniu tego z dyrektorem, chociaż wydawało się, że nikt o tym nie pomyślał.
Później rodzice Pansy zechcieli zostać sam na sam z córką, więc Draco z matką opuścili klasę.
— Widzisz, Draco, nie będzie tak źle — mówiła matka. — Rodzice Pansy to rozsądni ludzie.
— Bardzo — mruknął w odpowiedzi. — Powiedziałaś już ojcu?
— Nie. Czekam, aż pozwolą mi na widzenie.
Draco westchnął. Cieszył się jedynie, że to nie on musi przekazywać ojcu cudowne nowiny.
— Dzięki, że mi pomogłeś, gdy maltretowali mnie twoi kumple — burknął Potter podczas lekcji zielarstwa. Specjalnie zajął stanowisko tuż obok Draco, by co i rusz powtarzać ironiczne podziękowania, odrobinę zmieniając ich formę.
— Bądź mężczyzną — fuknął w końcu Draco, grzebiąc w ziemi w poszukiwaniu nasion Merlin wie czego. — Mam trochę na głowie. Wyobraź sobie, że nie mam czasu być twoim supermanem. Poza tym tylko tobą potrząsali. Z tego co widziałem oczywiście.
— Ale przez dziesięć godzin! Lokomotiv działa tylko cztery! — Potter podniósł głos. Profesor Sprout popatrzyła na niego złowrogo i przyłożyła palec do ust.
— Taki byłeś, kurczę, kochany. „Oj, Draco, spadła ci kondycja psychiczna". „Jakbyś chciał, to przyjdź do mnie". „Myślałem, że chcesz się wygadać" — zdenerwował się Draco. — A teraz tylko pretensje! Gorzej niż z babą.
— Wspieram cię przecież! — oburzył się Potter. — Ale ty w kółko gadasz o tej ciąży… Oszaleć można.
Draco skrzywił się.
— Nie sądziłem, że nasz związek nie przetrwa tygodnia.
Potter wzruszył ramionami i wsunął dłonie do swojej doniczki.
Draco wiedział, że Snape nie odpuści. Bez przerwy wypytywał o to, jak idzie misja, czy Draco nie potrzebuje jakiejś pomocy, och, och, och. Draco przez moment myślał nawet, że Snape również jest gejem i jest to jakaś forma podrywu, ale przypuszczenie to napełniło go swego rodzaju obrzydzeniem, więc przestał wymyślać niestworzone rzeczy. Mimo wszystko niesmak pozostał.
— No i jak, Draco? Dasz radę?
— Oczywiście, że tak.
— Ale na pewno?
— Tak!
— Czarny Pan mówił, że rozmyślasz o głupotach.
— Och! To tylko… Dam radę.
— Ale jesteś pewien?
— Oczywiście.
— Na sto procent?
— Czy ja jestem w jakimś teleturnieju, profesorze? DAM RADĘ!
Nie dam rady!, rozpaczał, siedząc na kufrze odpowiedzialnym za bolesnego siniaka na jego piszczelu. W ogromnym Pokoju Życzeń pełnym wszystkich rupieci świata Draco czuł się wyjątkowo samotny i bezradny. Przecież miał plan, naprawił Szafkę Zniknięć przy pomocy książki „Sam Naprawiam", mógł liczyć na wsparcie Śmierciożerców, a mimo to… gdy tylko myślał o zamordowaniu Dumbledore'a, zbierało mu się na wymioty. Strasznie głupio byłoby puścić pawia tuż przed wykończeniem wielkiego dyrektora Hogwartu. Nawet bez świadków.
W stercie złomu odnalazł kartkę i pióro. Chciał wziąć się za pisanie, jednak w ostatniej chwili przypomniał sobie, że nie ma kałamarza. Niestety nie mógł go znaleźć. Kolejna rzecz, która nie szła po jego myśli.
Cóż, westchnął. Zrobię sobie mentalną listę.
Za: umrę, jeśli tego nie zrobię
Przeciw: zwymiotuję, jeśli to zrobię.
Bilas wydawał się oczywisty, ale Draco cierpiał na emetofobię i sprawa się komplikowała.
— POTTER! — Głos Draco rozbrzmiał na korytarzu. — Stójże!
Potter zatrzymał się i bardzo powoli odwrócił.
— Malfoy. Śpieszę się.
— Trzeba było szybciej się odwracać. Chcę z tobą porozmawiać.
— Nie mam czasu, idę do Dumbledore'a… My… niedługo coś… musimy zrobić.
W głowie Draco zapaliła się czerwona lampka. Czy to już?
— Nie! — krzyknął rozpaczliwie. — Nie możecie dziś! Ja jeszcze… Na Merlina, zapomniałem dać Rosmercie… Czarny Pan mnie zabije!
— Co? — Potter wydawał się autentycznie zszokowany.
Draco intensywnie grzebał w pamięci. Katie Bell dotknęła naszyjnika, co znaczyłoby, że Rosmerta jednak jest pod działaniem Imperiusa. No dobrze, ale czy ma tę pieprzoną monetę? Powinna mieć. Przecież wtedy jeszcze nie musiał myśleć o Pansy i bachorze, więc mógł skupić się na robocie.
— Ile czasu was nie będzie?
— Pewnie całkiem sporo. A co?
— A nic — uciął Draco. — Miłej podróży.
Plan nie poszedł do końca tak, jak powinien pójść. Nikt nie zapraszał Greybacka na imprezę, ale ten gburowaty typ sam się wprosił. Draco pamiętał, jak obleśny wilkołak zepsuł jego imprezę urodzinową swoim przybyciem — a wtedy również nie został zaproszony.
Śmierciożercy rozpanoszyli się po Hogwarcie, wszędzie latały zaklęcia, a nieustanny jazgot mógł przyprawić o ból głowy. Draco czuł się trochę, jakby nad jego głową stała słynna ze swej gadatliwości Millicenta Bulstrode.
— Idź, Draco, osłaniam cię — powiedziała Millicenta, a Draco podskoczył, dopiero teraz zdając sobie sprawę z jej obecności. A więc jednak przeczucie go nie myliło! — Gdybyś jeszcze został, opowiedziałabym ci, jak…
Draco w panice oddalił się w stronę Wieży Astronomicznej — tam spodziewał się zastać Dumbledore'a. Serce waliło mu jak… Przychodziły mu do głowy same zbereźne porównania i to z Potterem w roli głównej.
Może nie powinienem go rzucać? Może faktycznie zbyt dużo gadałem o ciąży? Może on też ma swoje problemy? Muszę koniecznie powiedzieć Crabbe'owi i Goyle'owi, żeby przestali go dręczyć. Chyba mogę choć raz zachować się jak człowiek, zwłaszcza, że za chwilę zabiję kogoś, kto jest dla Pottera prawie jak dziadek.
Tak się zamyślił, że potknął się o czyjeś martwe ciało leżące na podłodze. Zaklął w złości. Bałagan tu prawie jak w Pokoju Życzeń.
Draco wspinał się po spiralnych schodach z prędkością niemalże świetlną. W pewnym momencie musiał zwolnić, ponieważ obawiał się, że faktycznie zwymiotuje. Chociaż… może lepiej byłoby mieć to już za sobą i nie upokarzać się w obecności Dumbledore'a?
Dotarł wreszcie do drzwi Wieży Astronomicznej i już chciał je wyważać kopniakiem, kiedy usłyszał stłumiony starczy głos:
— Biegnij, Harry, po Snape'a.
Zmarszczył brwi. Dumbledore nie był sam? Mimo wszystko Draco kopnął drzwi i, ignorując piorunujący ból stopy, wycelował różdżką w swoją ofiarę, krzycząc:
— Expelliarmus!
Broń Dumbledore'a poszybowała w powietrze i… Draco zamrugał. Musiał mieć zwidy, ponieważ właśnie odniósł wrażenie, że różdżka odbiła się od niewidzialnego kształtu pod ścianą, po czym spadła na podłogę.
— Z kim rozmawiałeś? Kto tu jeszcze jest? — zapytał, oddychając szybko.
Dumbledore podrapał się po nosie.
— Mówiłem sam do siebie. Nikogo tu nie ma, absolutnie, absolutnie nikogo.
— Masz na drugie Harry?
Dumbledore pokiwał głową.
— I sam sobie kazałeś biec po Snape'a.
Dumbledore pokiwał głową. Draco wzruszył ramionami.
— Starość nie radość.
— A śmierć nie paraliż — dokończył dyrektor.
— Zaiste! Zaraz się o tym przekonasz.
Draco nie spuszczał z Dumbledore'a wzroku i różdżki.
Nie no, nie mogę. Ale muszę. Czarny Panie, słyszysz mnie? Nie odpowiada. Oby mnie nie słyszał. Na Merlina, nie chcę tego robić! Jak mi to napaskudzi w papierach, to aż strach. Z Azkabanu nie wyjdę, jak mnie złapią…
— Draco, Draco, nie jesteś mordercą.
— Skąd wiesz?! — Dlaczego wszyscy wiedzą, kim jestem, a kim nie jestem? Czy zawsze muszę dowiadywać się ostatni?! — Nie wiesz, do czego jestem zdolny.
— Słyszałem, słyszałem, Draco. — Na twarzy dyrektora ukazał się figlarny uśmiech. — Wymyśliliście już imię?
— TEN POTTER! Wszystko wygada! — zirytował się Draco. — Nie twoja sprawa! Co cię to obchodzi, skoro zaraz zginiesz?
— Daj spokój — mruknął Dumbledore. — Już mówiłem, nie jesteś mordercą. Nie popełniaj tego błędu — dyrektor mówił coś dalej, ale Draco nie usłyszał jego słów, ponieważ coś załomotało na schodach i dał się słyszeć wściekły okrzyk: „Kto, do cholery ciężkiej, wyrzucił tu skórkę od banana?"*.
— Możesz powtórzyć? — poprosił.
— Oczywiście. „Nie rób tego, nie przechodź na złą stronę mocy".
— Ale Czarny Pan mnie ukatrupi!
Dumbledore nie wydawał się przejęty.
— Ukryjemy cię, Draco. No, daj spokój, naprawdę. Ja miałbym cię nie ukryć? Daj mi tylko szansę. Voldemort nigdy cię nie odnajdzie.
— Ale tak całe życie w ukryciu… — zawahał się Draco. — Och, no dobrze. Kapituluję. Ukryj mnie i zadbaj o moje bezpieczeństwo.
Dumbledore zafrasował się.
— Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Tam na dole są Śmierciożercy, prawda?
— Tak.
— I zaraz pojawi się Snape… — rozmyślał dyrektor. — Tak jakby… nie mam czasu cię ukryć.
Draco wpadł w panikę i we wściekłość jednocześnie.
— Cholerny dziadzie! — krzyknął. — Teraz to dopiero mogę cię zabić!
— A nie! Już wiem! — Dumbledore klasnął w dłonie. — Pod ścianą stoi sparaliżowany Potter w pelerynie niewidce. Schowaj się razem z nim!
Draco wiedział, że nie ma czasu na bycie zdziwionym. Podbiegł do ściany i po omacku szukał Pottera. Jego dłoń wreszcie natrafiła na jakiś kształt. Podniósł wyczuwalny pod palcami materiał i jego oczom ukazał się wypięty tyłek. Draco zaczerwienił się okrutnie i odchrząknął z zakłopotaniem.
— Sorry, Potter, niechcący. Wkraczam. — I schował się pod peleryną.
— Draco, widać ci stopę. No, już lepiej.
Jakieś 2 lata później.
— No dobra, Draco, możesz już wyjść. — Harry zapukał do drzwi szafy w salonie Blacków. — Pokonałem Voldemorta.
10 lat później.
— Tatooooooooooo! A opowiedz mi jeszcze raz, jak prawie zabiłeś tego dyrektora!
Draco pokręcił głową z udawaną dezaprobatą i zaraz popatrzył z rozczuleniem na syna: malec ciemne włosy odziedziczył po Pansy, ale rysy twarzy ewidentnie miał po tacie. Miło było obserwować mniejszą kopię siebie.
— Nie dość na dziś? Może Harry opowie ci, jak wykończył kreaturę bez nosa.
— Tak, tak! — krzyczał dziesięcioletni Sean, wiercąc się w łóżku. Imię wymyślała Pansy. Draco nie do końca się podobało: obstawiał Scorpiusa, ale wywalczył jedynie kompromis: imię zaczynało się na literę „S".
— Nie no — jęknął Harry. — Nie mam siły. Wiecie, że ta historia jest strasznie długa. Jakby ją tak spisać, to pewnie zajęłaby jakieś siedem grubych tomisk.
— No to chociaż zakończenie! — prosił Sean. — Jestem u was tylko raz na tydzień, możesz się poświęcić!
— No dobrze: walnąłem go Expelliarmusem.
Sean zaśmiał się.
— Ale z niego cienias, nie?
KONIEC
EMETOFOBIA - strach przed wymiotowaniem
* klasyczny żart nr 1. Aż żal, że nie miałam gdzie wcisnąć upadku z hamaka i gazety niesionej wiatrem uderzającej w twarz
