Tytuł: raz, dwa, trzy.

Fandom: Gintama

Postacie: Kijima Matako, Kawakami Bansai, Takasugi Shinsuke

Pairing: Takasugi x Matako, Bansai x Matako

Ostrzeżenia: T ? Major Character Death

Prompt: 003. Ends według 100 Female Characters: A Fanfic Challenge

Streszczenie: wizja nieco apokaliptyczna: wybuchła wojna, Edo zostało zrównane z ziemią, Shogun nie żyje; nie ma wygranych, a Takasugi niedługo przegra swoją walkę.

A/N: AU, chociaż bardziej należałoby to nazwać gdybaniem.

Najbardziej depresyjna rzecz, jaką do tej pory napisałam. *seppuku time*

Pisane o czwartej nad ranem. Notka do samej siebie: nie pisze się fików o czwartej nad ranem.


Wojna dobiegła końca, nikt nie wiedział, ile ludzi zginęło. W mediach podawano różne liczby, dopisując kolejne zera, ale tak naprawdę nie liczyła się żadna z tych martwych dusz. Zginął szogun, wycięto w pień połowę Shinsengumi, Edo zostało zrównane z ziemią –wszystko to stało się częścią historii, a oni musieli uciekać jak psy, żeby ratować swoje życie.


Wieczorem, leżąc na starej macie, której nawet nie powinno nazywać się łóżkiem, Matako patrzy w sufit i nie myśli absolutnie o niczym. To jej ulubiony moment dnia –stan nie myślenia. Rozpamiętywanie przeszłości boli, dumanie nad rzeczywistością jeszcze bardziej, więc dziewczyna po prostu leży, pochłaniana przez noc, zapada w krótki sen nad ranem, po czym wstaje kilka chwil po wschodzie słońca, chociaż tak naprawdę nie widzi sensu w zaczynaniu kolejnego dnia.

Bansai siedzi nieruchomo przed wejściem, patrząc w tylko sobie znany punkt w oddali, a Matako zastanawia się, czy jeśli nie spędzają nocy razem, on w ogóle sypia. Siada obok niego, nie odzywają się wcale, żadne z nich nie czuje potrzeby rozmowy. Słowa straciły swoją wartość dawno temu.

Potem Matako słyszy dźwięk, który ją przeraża, którego nienawidzi i którym pogardza, lecz nigdy się do tego nie przyzna. Podnosi się i wolno idzie w kierunku, z którego dochodzi kaszel. Mocno zaciska pięści, próbuje opanować drżenie całego ciała. Doskonale zdaje sobie sprawę, jaki zastanie widok, mimo to każdego dnia nie może opanować strachu. Chciałaby uciec, ale jednak rozsuwa drzwi i wchodzi do pokoju, w którym zamieszkała śmierć.

Takasugi, tak wychudły i blady, że przypomina żałosną parodię samego siebie, patrzy na nią pustym wzrokiem. Matako wie, że on już jest martwy, lecz próbuje nie dopuszczać do siebie tej myśli. To wciąż boli. Nigdy nie przestanie. Patrzenie, jak umiera człowiek, którego kochasz (albo "wydaje ci się, że kochasz") potrafi wyrwać człowiekowi spory kawałek duszy.

Siedząc przy nim, odwracając wzrok, kiedy kaszle krwią, ocierając spocone czoło i patrząc na trawione gorączką ciało, Matako zastanawia się, czy nie lepiej byłoby, gdyby zginął w walce. Wstydzi się tych myśli, od dawna nie potrafi spojrzeć w jego zielone oko. Boi się tak bardzo, jak nigdy wcześniej; wie, że pewnego dnia nie usłyszy jego słabego głosu, a kiedy wejdzie do tego pokoju zastanie jedynie martwe ciało pokonane przez chorobę i to pożera ją od środka, paraliżuje strachem, całkowicie obezwładnia wszystkie zmysły.

Matako szybko nauczyła się opatrywać jego rany, chociaż początkowo brzydziła się dotknąć ziejącej w boku dziury, z której sączy się krew czarna jak smoła, i która w ogóle nie chce się goić. Milczy, owijając ciało pasami materiału, które udają bandaże. Kiedy przynosi mu wodę, jedzenie, zmienia opatrunki, czy po prostu przy nim siedzi, nie mówi nic, chociaż cisza niemal ją dusi.

To trwa za długo, stanowczo za długo, rutyna powtarza się dzień po dniu, a żadne z nich nie wie, ile już minęło od czasu, kiedy znaleźli opuszczony domek i zostali zmuszeni w nim zostać, bo ich przywódca nie był w stanie zrobić kolejnego kroku. Jedynym, co przypomina o upływającym czasie jest krew, coraz więcej krwi wypływającej z umierającego ciała.


Bansai otwiera oczy, wybudzając się ze stanu półsnu. Nie potrafi już sypiać, może jedynie trwać w czymś pośrednim pomiędzy jawą a snem. Nie przeszkadza mu to zupełnie; zawsze postrzegał świat w nieco specyficzny sposób, a po niedawnych wydarzeniach, po kolejnej wojnie, czy cokolwiek to było, nauczył się kompletnie ignorować takie detale. Wiedział, że on sam jest detalem, który niebawem całkiem zniknie.

Wstaje i idzie do pokoju, do tego pokoju, wiedząc, że coś bardzo ważnego nagle się zmieniło. Rozsuwa drzwi i wtem uderza w niego tchnienie samej śmierci niemal zwalając z nóg. Takasugi… czy też osoba, którą kiedyś świat znał jako Takasugiego Shinsuke, leży na łóżku. Jego skóra jest cienka jak papier, nienaturalnie blada, wciąż zroszona potem przez gorączkę, która w ostatnich dniach zupełnie go osłabiła. Bansai zatrzymuje się w progu, nie może zrobić kroku na przód, a zielone oko patrzy się na niego martwo, zupełnie martwo, tak bardzo martwo, że Bansai niemal nie poznaje osoby, której wiele lat temu przyrzekał lojalność.

Nagle zauważa siedzącą pod ścianą Matako. W dłoniach ściska zakrwawione strzępy materiału, pustym wzrokiem wpatruje się w ciało na łóżku (Bansai dziwi się sam sobie, jak szybko zaczyna nazywać go ciałem; przecież kilka chwil temu był osobą). Dziewczyna nie porusza się wcale, sprawia wrażenie, jakby śmierć przyszła także po nią, ale Bansai wie, że żyje. To jedyne, co trzyma przy życiu jego.

Matako porusza się dopiero wtedy, gdy Bansai bierze na ręce i wynosi z pokoju martwe ciało. Upstrzone czerwonymi plamami prześcieradło sunie się za nim jak parodia sztandaru. Odprowadza go wzrokiem, nie jest w stanie podnieść się i iść za nim. Jeszcze nie teraz. Na razie nie ma siły na nic. I chociaż wie, że prędzej, czy później będzie musiała spojrzeć na grób, który tak naprawdę będzie jedynie płytkim dołem, teraz pragnie jedynie siedzieć w tym pustym pokoju, nie myśleć o niczym ani o nikim i czekać, aż po jej policzkach popłyną łzy, które w tej chwili zupełnie nie chcą się pojawić.