A/N: Dziękuję za komentarze! Nie macie pojęcia, ile dla mnie znaczą, kochane Czytelniczki! To czysta przyjemność pisać, gdy się wie, że ktoś czyta.

Zatem, bez dalszych wynurzeń, przejdźmy do części drugiej…


II

Trzy lata poszukiwań. Trzy lata gniewu, udręki i żalu. Bóg jeden wie, ile wydał, żeby się czegoś dowiedzieć, ilu ludzi opłacił- ludzi nie zawsze rzetelnych. Nie poddawał się jednak. Raz na zawsze musiał to załatwić, przerwać te przeklęte więzy, które go krępowały, zacząć od nowa…

Daniel był mu bezcenną pomocą. Jego sekretarz był jego najlepszym przyjacielem, choć wielu członków elity towarzyskiej, do której teoretycznie należał, patrzyło na to nader nieprzychylnym okiem. Nie przejmował się jednak cudzymi opiniami. Jakby nie patrzeć, i tak uchodził za ekscentryka, jeśli nie powiedzieć: dziwaka. Był raczej typem samotnika, zwłaszcza przez te ostatnie lata. Nie bawiły go bale i przyjęcia, a kiedy już musiał na takowe iść, obecność swą ograniczał do niezbędnego minimum, szczególnie, że najwyraźniej był żywym obiektem zainteresowania płci przeciwnej, co było mu bardzo nie na rękę.

Nie po tym wszystkim.

Zdawał sobie sprawę, że jego pozycja, majątek oraz aparycja, czyniły z niego łakomy kąsek na rynku potencjalnych mężów, ale jego nie bawiła miłość, ani tym bardziej małżeństwo.

Już nie. Ten jedyny raz, gdy zdecydował się być mężem, przyniósł mu tylko ból i postanowienie, że nigdy więcej nikomu nie ofiaruje swojego serca, o nazwisku nie wspominając…

Ostatnie wieści wyglądały zachęcająco, choć prawdę powiedziawszy, nie potrafił o nich myśleć bez powątpiewania. W końcu, już nie raz się zdarzyło, iż miał rzekomo dotrzeć do finału swej podróży, a okazywało się, że jej cel nie był nawet odrobinę bliżej niż powinien. Był jak pies, który goni własny ogon i był sfrustrowany.

- O czym pan myśli, sir?- zapytał Daniel Jackson, jego osobisty sekretarz i prawa ręka w interesach, a prywatnie powiernik i przyjaciel.

- Daniel… Ile razy ci mówiłem, że masz mi mówić po imieniu?- westchnął ciężko, spoglądając na kompana, z którym przez ostatni tydzień dzielił miejsce w powozie, a od dwóch kolejnych ramię w ramię jechał w siodle.

- Doceniam propozycję, panie pułkowniku, ale obaj dobrze wiemy, że to nie przystoi. Służę u pana, sir, a zasady decorum są jasne: służba nie zwraca się do swojego pana i dziedzica po imieniu.- stwierdził roztropnie mąż jego ochmistrzyni.

- A co mnie obchodzą zasady decorum, Danny?- odparł bezceremonialnie były oficer.- Wszakże jesteśmy przyjaciółmi, czyż nie?- zauważył.

- W istocie, sir.- przytaknął sekretarz.- Przyjaźń jaśnie pana jest dla nie bardzo cenna…- zapewnił gorąco i bez wątpienia szczerze.

Naprawdę ją sobie cenił, zwłaszcza, iż pułkownik niełatwo dopuszczał do siebie kogokolwiek. Na jego atencję i zaufanie należało sobie najpierw zapracować, lecz kiedy już zyskało się ów przywilej, zyskało się przyjaciela na całe życie. Kiedy pułkownik Jonathan „Jack" O'Neill ogłosił się twoim przyjacielem, zawsze mówił śmiertelnie poważnie, a co więcej, w godzinie próby zawsze stał za tobą murem. Och, jakże inny był od większości bogaczy, z jakimi zetknął się Jackson…

- A jednak uparcie odmawiasz mi tej małej przysługi, przyjacielu.- naciskał Jack.- Przecież nie proszę cię, byś zwracał się tak do mnie w miejscach publicznych, bo i tak wiem, że odmówisz, lecz kiedy nie ma obok nikogo innego, język ci chyba kołkiem nie stanie, gdy nazwiesz mnie Jack?- zażartował ciemnooki i lekko szpakowaty mężczyzna.

Kto by pomyślał, że w zaledwie kilka lat włosy pułkownika, niegdyś brązowe niczym ziarno kakaowca, staną się srebrne? Przecież nie był jeszcze stary. Miał zaledwie trzydzieści pięć lat i kondycję, której pozazdrościłby mu niejeden młodszy rywal. Cóż jednak z tego? Zmartwienia i ból mogą zmienić nie tylko kolor włosów, ale całego człowieka i Daniel ze smutkiem musiał stwierdzić, że na jego dobroczyńczy odcisnęły potężne piętno. Niegdyś wesoły i towarzyski, dziś był samotny, zamknięty w sobie i odizolowany od reszty świata. Jego synek był mu jedyną radością i pociechą, a krąg przyjaciół ograniczał się tylko do kilku zaufanych osób, do których zaliczał się sam Jackson, jego żona, miejscowy ksiądz, doktor oraz sędzia. Wszyscy oni dzielili jeden sekret, tajemnicę, której przysięgli strzec dla spokoju ducha jednego tylko człowieka, choć dla niektórych było to wielkie brzemię.

Korzystając ze swojego talentu do wykręcania się od niewygodnych tematów konwersacji, Daniel raz jeszcze zapytał swego pana, co tak zaprząta jego myśli, że ów nie może spać.

- Zawsze to samo, Danny.- odpowiedział O'Neill.- Zastanawiam się, czy to nie kolejny fałszywy trop. Co, jeśli znowu wrócimy z niczym?- dodał ciszej, z nutką rezygnacji w głosie. Szukał już od tak dawna, że czasem miał ochotę rzucić to w diabły i żyć resztę życia w błogiej niewiedzy. W końcu i tak nie zamierzał zmieniać swojej egzystencji ani teraz, ani nigdy…

- Chyba się pan nie poddaje, sir?- zapytał szybko sekretarz.- Jesteśmy już tak blisko miejsca, o którym mówił ten człowiek. Szkoda byłoby zmarnować taki wysiłek.- powiedział.

- Ależ, nie!- zaprzeczył oficer.- Nie poddaję się, przyjacielu. Po prostu bywają dni, że jestem już tym wszystkim zmęczony, że przeklinam moment, gdy…

Nie dokończył. Cokolwiek by się nie stało, ów moment miał jeden pozytywny skutek, za który już na zawsze był wdzięczny losowi. Nie, tylko dla tej jednej rzeczy nie rzucił jeszcze przysłowiowej klątwy.

Tylko dla tej jednej…

- Wszystko będzie dobrze, panie pułkowniku.- Daniel ścisnął ręką ramię przyjaciela. Rzadko pozwalał sobie na podobne gesty, ale ta chwila tego wymagała. Może nie potrafił się zmusić do przełamania zasad i nazwania O'Neilla po imieniu, ale to mógł uczynić.- Taka nieprawość nie może pozostać bez rozwiązania, sir. Będziemy szukać aż do skutku. Ktoś musi coś wiedzieć, bo przecież w końcu nic nie ginie bez śladu.

- Mam nadzieję, Jackson. Mam nadzieję…- westchnął Jack, zanim zamknął oczy i pozwolił, by sen wziął go w objęcia. Po raz pierwszy od bardzo dawna w myślach pomodlił się, by jego krzyż nareszcie się skończył, aby jego udręka nareszcie się skończyła.

Czy to grzech, że wreszcie chciał żyć w spokoju? Co by nie mówić, chyba na niego zapracował własną krwią, czyż nie?

-xox-

Następnego dnia znów ruszyli w drogę. Z informacji, które posiadali wynikało, że byli już blisko. Jeszcze kilka godzin i będą na miejscu.

Denerwował się. Wiedział, że to nie będzie przyjemne, lecz było niewątpliwie konieczne. Jego dotychczasowe działania tylko tymczasowo załatwiały sprawę, tuszując skandal, jakiego w jego rodzinie nie było nigdy. Nie był zadowolony z tego, co zrobił, lecz nie miał innego wyjścia. Tutaj nie chodziło tylko o niego, ale także o przyszłość jego jedynego syna i spadkobiercy, który w tym wszystkim był nie mniejszą ofiarą, niż on sam. Dla jego dobra i spokoju, musiał to skończyć raz na zawsze i bez ryzyka, że przeszłość powróci, by raz jeszcze skomplikować mu życie i zniszczyć reputację klanu oraz złudzenia Charlie'ego.

Nie mógł na to pozwolić. Po prostu nie mógł…

Niewiele mówili, przemierzając skalistą i krętą drogę prowadzącą do celu ich podróży. Zarówno Jack jak i Daniel pogrążeni byli w rozmyślaniach, choć w przypadku tego drugiego nie chodziło tylko o misję. Danny zwyczajnie tęsknił za swoją świeżo poślubioną żoną- Janet. Ścieżka ich uczucia nie była łatwa. Janet w młodym wieku została zmuszona do małżeństwa z człowiekiem, którego nie kochała, z mężczyzną nie tylko znacznie od niej starszym, lecz gwałtownym, agresywnym i najogólniej mówiąc, bardzo kontrolującym. Jej życie z nim było gehenną, zwłaszcza, że pałała on młodzieńczym uczuciem właśnie do Daniela, który z pewnością odwzajemniał jej afekt. W tym czasie był jednak zbyt biedny, by móc ubiegać się o rękę ukochanej, bowiem jeszcze nie piastował żadnej poważnej funkcji i zarabiał mało. Tak więc pieniądze stały się główną przyczyną tragedii, jaką było wymuszone małżeństwo Janet i w efekcie dwa złamane serca. Jednak, mimo tego, mimo wszystkich przeciwności, uczucie nadal sekretnie płonęło, nawet jeśli w owym czasie wydawało się beznadziejne. Lata mijały, wydarzyło się wiele złego, ale ich miłość trwała, nigdy nie skonsumowana. Dla dobra ukochanej, Daniel nigdy nie zbliżał się do niej za bardzo, lecz z daleka posyłał jej tęskne spojrzenia pełne najczystszych uczuć, a ona dyskretnie robiła tak samo. Żadne z nich nie odważyło się modlić o koniec tej mordęgi, z rezygnacją przyjmując wyroki losu, a jednak i dla nich wreszcie zaświeciło słońce. Mąż Janet, znany z upodobania do alkoholu, upojony tą używką wsiadł na konia wracając z oberży i przypłacił to własną głową, spadając, i łamiąc sobie kark. Pani Fraiser została wdową, a w Danielu i w niej samej odżyła nadzieja. Teraz, gdy miała pieniądze po mężu, mogła sama wybierać sobie nowego towarzysza życia. Jej rodzice już nie mieli nad nią władzy. Zakochani cierpliwie przeczekali więc okres wymaganej zwyczajem żałoby, po czym z czystym sumieniem rozpoczęli konkury, po roku zalotów stając przed ołtarzem.

Teraz byli małżeństwem, a ich życie było wypełnione wzajemnym szacunkiem, miłością i szczęściem, jak zawsze tego pragnęli. Ich jedynym życzeniem było jeszcze, aby ich pan, ich kochany pułkownik, który się o nich troszczył i tak im ufał, również znalazł kogoś, z kim mógłby się zestarzeć. Wiedzieli, że stanowczo odrzucał tę myśl, ale przecież nie zaszkodzi się o to pomodlić, prawda?

Tak czy owak, Jackson tęsknił za Janet i zastanawiał się, co tam słychać w Błękitnym Zamku. W końcu miał on nową lokatorkę, której sekretarz był niezwykle ciekaw. Wiedział o niej bowiem tylko tyle, że była ofiarą finansowego nieszczęścia i mimo swego pochodzenia, postanowiła walczyć o godny byt własną pracą. Już za samo to ją szanował. Pytanie, jak owa osóbka wpłynie na pułkownika?

Była to w istocie bardzo interesująca kwestia…

Jack tymczasem, myślał o swoim kłopocie, tym, który od lat spędzał mu sen z powiek. Nowa guwernantka jego syna na razie nie przewijała się wśród wielu myśli kotłujących się w jego głowie. Jakby nie patrzeć, to tylko nowy pracownik, czyż nie? Dopóki robiła, co trzeba, a Charlie był zadowolony z towarzyszki, nie było powodu się tym zajmować…

- Sądzę, że dojeżdżamy, sir.- usłyszał głos Daniela, który zatrzymał konia i ręką wskazał omszony kamień pokazujący kierunek.

- Chwała Bogu!- westchnął Jack, wiercąc się w siodle. To prawda, że jazda konna nie była dla niego pierwszyzną. Był doskonałym dżokejem i świetnie prezentował się w siodle, ale nawet tak doświadczony jeździec potrzebował chwili wytchnienia, zwłaszcza, że siodła nie należały do najwygodniejszych. Tak to jednak jest, gdy podróżujesz wynajętymi końmi…- Moje pośladki chyba umarły!- zażartował i sekretarz się roześmiał.

- Moje również, sir.- przyznał.- Ktokolwiek garbował tę skórę, był kiepskim rzemieślnikiem.- dodał.

- Nie mogę się z tobą nie zgodzić, przyjacielu.- przytaknął oficer.- W życiu nie miałem równie niewygodnego siodła, a przecież nawet te wojskowe nie należały do luksusowych!- stwierdził.

- Na szczęście, kiedy już staniemy w gospodzie, by nająć pokój, odsapniemy od tej męczarni, panie pułkowniku.- odrzekł Jackson.

- O ile w tej mieścinie znajdziemy coś odpowiedniego. Boję się, że wylądujemy w stodole, śpiąc z końmi na sianie!- rzucił z humorem O'Neill.

- Och, nie przypuszczam, by było aż tak źle.- powiedział sekretarz.- Miasto rzeczywiście nie wygląda na metropolię, ale zupełnie małe też nie jest. Oby się tylko nie okazało, że adres, który nam podano, znajduje się na jego samym końcu.- dodał z wahaniem.

- Nawet jeśli, to i tak pojedziemy. Chcę to mieć z głowy raz na zawsze, a jesteśmy już praktycznie u celu.- podsumował oficer.

Daniel tylko skinął głową. Co do tego nie było wątpliwości.

Już na miejscu istotnie szybko znaleźli nocleg w sporej tawernie z (o dziwo) czystymi i przytulnymi pokojami oraz przyzwoitym posiłkiem. Zmęczeni drogą, postanowili dopiero następnego dnia ruszyć na poszukiwania, a do tego czasu, po smacznej kolacji i wieczornych ablucjach, udali się na spoczynek.

Ku swemu zdziwieniu, Jack szybko poczuł, jak opadają mu powieki i zasnął szybciej niż przypuszczał. Kłopotliwe myśli tej nocy odstąpiły i pułkownik spał snem sprawiedliwego.

W istocie, czemu nie? W końcu nie on był winny. Jego sumienie było z grubsza czyste.

Z grubsza.

Nie skłamał. Naprawdę tak czuł i choć ojciec O'Leary powtarzał, że tak nie można, nie czuł wyrzutów sumienia. Nie w tej sprawie…

-xox-

Ranek okazał się dżdżysty i ponury. Słońce nie pokazało się ani razu za gęstych chmur, ale marna pogoda bynajmniej nie zniechęciła obu podróżników. Przyjechali tu w konkretnym celu i zamierzali go zrealizować, jeśli tylko informacje okażą się prawdziwe.

- Oby ta sakiewka, której zażądał handlarz, nareszcie dała jakieś efekty. Mam dość płacenia za fałszywe tropy.- powiedział pułkownik, z determinacją przemierzając wąskie, brukowane uliczki miasta.

- Mnie bardziej martwi sama lokalizacja adresu, sir.- przyznał niepewnie Jackson.- Nie wyobrażam sobie…- zaczął, lecz Jack mu przerwał.

- Ja również, ale kto wie, co się zdarzyło?- stwierdził.- Po prostu miejmy to już za sobą. Czy dokumenty są gotowe, Daniel?- spytał jeszcze.

- Mam wszystkie, sir!- sekretarz poklepał skórzaną sakwę, którą miał przewieszoną przez jedno ramię.

- A więc, do dzieła!- powiedział stanowczo oficer i jak tylko stanęli przed poszukiwanymi drzwiami, sam sięgnął po kołatkę.

Otworzyła mu dość wynędzniała kobieta, a gdy się przedstawił, skinęła tylko głową i zaprosiła go do środka.

W małej izbie, przylegającej do korytarza, odnalazł to, czego szukał, lecz niekoniecznie w stanie, o jakim myślał.

W niczym nie przypominała damy, którą dawniej znał. Była chuda, blada, pozbawiona blasku i ewidentnie chora, sądząc po okropnym kaszlu dobiegającym z jej ust. Nawet on wiedział, że nie zostało jej dużo czasu.

Czy było mu jej żal? Zapewne. W końcu niegdyś była mu bliska. Mimo współczucia jednak odkrył, że nie pozostał mu dla niej cień dawnego uczucia. Jej postępek całkowicie je wymazał. Tym nie mniej, podszedł bliżej i jak na dobrego człowieka przystało, przywitał się nader łagodnie w stosunku do jej winy.

- Witaj, Sara…- powiedział.

- Jack…

Kiedy wyjeżdżał trzy dni później, zamiast dokumentów rozwodowych, wiózł ze sobą zaświadczenie o jej śmierci, potwierdzone przez miejscowego sędziego oraz prawdę o jej zdradzie i ucieczce.

Tym razem już nie musiał naginać faktów. Jego żona, kobieta, która dała mu syna, a potem uciekła z kochankiem, rujnując swoją reputację i życie męża, który ją kochał, ta kobieta teraz naprawdę była martwa, a historia jej upadku i śmierci miała się stać kolejną tajemnicą Błękitnego Zamku.

Pochował ją, pochował Sarę, a teraz był nareszcie wolny…

TBC