A/N: Dzięki za komentarze! Doceniam!

Also a special thanks for sammie 77a. Like I said, your effort to understand my language and my story means a lot to me. Thank you!


III

- Daniel!- zawołała podekscytowana Janet, gdy jej mąż pojawił się w posiadłości po długiej nieobecności i natychmiast odnalazł ją w kuchni, by móc się porządnie przywitać. W końcu, od tygodni nie miał jej w objęciach i najzwyczajniej w świecie musiał ją przytulić.

- Witaj, najdroższa.- powiedział, gdy pocałował ją w policzek. Na więcej na razie nie mógł sobie pozwolić, bo reszta służby patrzyła, a publiczne okazywanie uczuć nie było w owych czasach powszechne. Uczucie między małżonkami było nader prywatną sprawą i powinno się znajdować za starannie zamkniętymi drzwiami alkowy. Tym nie mniej, uścisk i całus w policzek były akceptowalne, z czego skwapliwie skorzystał sekretarz. Jakby nie patrzeć, on i Janet nadal byli nowożeńcami…

- Witaj, kochany.- odparła szczęśliwa z powodu jego powrotu, po czym uniosła pytająco brew.- A gdzie pan?- spytała, nie słysząc pułkownika w pobliżu.

- Pojechał do Vorash Manor.- odparł Jackson.- Chciał rozmówić się z panią Kate.- dodał, patrząc na żonę wymownie.

Jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki, gdy zrozumiała owo spojrzenie i natychmiast złapała go za łokieć.

- Czyżby?!- wyszeptała ze źle skrywaną nadzieją.

- W rzeczy samej...- potwierdził jej wybranek.-…tym nie mniej, nie w sensie, o którym zamyślasz.- dodał jeszcze.

- Co ty mówisz? Opowiedz mi wszystko natychmiast!- poprosiła niecierpliwie, a wiedząc, że kuchnia nie jest najlepszym miejscem na podobną konwersację, pociągnęła go za sobą ku ich prywatnym pokojom i starannie zamknęła za nimi drzwi sypialni, zanim mąż wyjaśnił, do czego zmierzał. Dość powiedzieć, że była zaszokowana wieściami, ale też poczuła ulgę. Żywiła wielki szacunek dla swojego pracodawcy i jako jedna z kilku jego przyjaciół (naturalnie nieoficjalnie) oraz powierniczka jego tajemnic (była dumna z zaufania jakim ją darzył), nie mogła patrzeć na jego udrękę i poniżenie. Modliła się, by Stwórca zakończył jego krzyż i najwyraźniej jej modlitwy zostały wysłuchane. Pan Jack nie zasłużył na to, co go spotkało i choć odczuwała współczucie wobec okoliczności śmierci pani Sary, to nadal nie wybaczyła jej tej ohydnej zdrady człowieka, który był chodzącą dobrocią. W jej oczach nic nie usprawiedliwiało porzucenia kochającego męża, a co gorsza maleńkiego dziecka, zwłaszcza tak słodkiego, jak panicz Charlie. Żadna namiętność nie mogła być tego warta i sądząc po finale tej historii, ta również nie była. W końcu, pani Sara nie tylko straciła twarz oraz rodzinę, ale również jak się okazało, wiarołomnego kochanka, który znudziwszy się nią nader szybko, poszukał sobie innej, zostawiając ją w nędzy, która ostatecznie doprowadziła ją do bolesnej śmierci.

- Każdy w końcu płaci za swoje grzechy…- pomyślała filozoficznie Janet. Jak Jake Fraiser, jej pierwszy mąż, tak i pani Sara zapłaciła za swoje. Najwyższą cenę…

Po usłyszeniu tej historii, Janet skupiła się wreszcie na osobie swego lubego i powiedzmy, że ich powtórne powitanie zabrało im całkiem sporo czasu, ale jego szczegółów należy się tylko domyślać…

-xox-

- To koniec, Kathlenn.- powiedział zmęczony podróżą Jack, gdy po całodziennej jeździe powozem nareszcie zawitał w domu jedynej siostry. Przybył na sam czas kolacji i dopiero po solidnym posiłku, który tym razem musiała w niego wmusić pani Dixon, oboje przenieśli się do biblioteki, by porozmawiać w spokoju i dyskretnie.

Kate Dixon nie należała do tak zwanych „słabych" kobiet. Była panna O'Neill miała silny charakter, który przejawiał się między innymi w tym, że mimo sprzeciwu ojca, zamiast wpływowego magnata, poślubiła znacznie mniej majętnego, ale o wiele bardziej uczuciowego przyjaciela swego brata, wtedy jeszcze porucznika, a dziś już pułkownika Davida Dixona, z którym miała siedmioro dzieci (dwa razy powiła bliźnięta i raz trojaczki), i z którym wiodła szczęśliwe życie (oczywiście, gdy akurat nie oddawał się służbowym obowiązkom, które rozumiała). Ta oto, oddana żona i matka, była równie oddaną siostrą swego brata i ostatnią strażniczką jego sekretu.

Jack nigdy niczego przed nią nie ukrywał, tak więc i gorszące wieści o ucieczce małżonki powierzył swej bliźniaczce, która była bardzo oburzona i zniesmaczona tą „zbrodnią". To Kate naciskała, by upomniał się o sprawiedliwość, by odnalazł Sarę, jej kochanka i zrobił, co należało, aby uwolnić się od tej kobiety. Cała sympatia, jaką Kathlenn niegdyś darzyła bratową, obróciła się teraz w pogardę i współczucie dla dwóch największych ofiar tego występku. Kiedy Jack zaproponował, by ogłosić śmierć Sary, jako przyczynę jej nieobecności, poparła ów pomysł, albowiem chciała zaoszczędzić bratu i bratankowi skandalu oraz upokorzenia. Zaznaczyła jednak, że należy się przy tym ubezpieczyć. Sara nie mogła kiedyś wrócić i znów próbować zająć miejsce w rodzinie. Nie zasługiwała na to.

- Znajdź ją i rozwiedź się, Jack. To jedyny sposób!- podkreśliła tamtego feralnego dnia.- Niech zrzeknie się praw do dziecka i majątku. Dzięki temu będziesz wolny.- dodała wtedy.

Było to drastyczne posunięcie, zwłaszcza ze strony osoby wychowanej w konserwatywnej, irlandzko- katolickiej rodzinie, w której NIGDY nie praktykowano rozwodów. Kate jednak uznała, że wina Sary stanowi wyjątek od tej reguły i gdyby nie fakt, iż należało za wszelką cenę uniknąć niepotrzebnego rozgłosu (dla dobra obu- Jacka i Charlie'ego), Jack napisałby do papieża prośbę o unieważnienie tego małżeństwa. Chłopczyk jednak nigdy nie powinien się dowiedzieć, że własna matka go porzuciła i splamiła nazwisko, które nosił.

Tak czy owak, pani Dixon spokojnie wysłuchawszy sprawozdania brata, poklepała go dobrotliwie po ramieniu i powiedziała:

- Dzięki Bogu! Przynajmniej teraz możesz normalnie żyć, braciszku. Skończyły się kłamstwa i powiem ci szczerze, że jak Bóg nakazuje, w tym momencie wybaczyłam zmarłej Sarze twoją krzywdę, ale nie zapomnę nigdy.

- I ja tak uczyniłem przy łożu jej śmierci, bo ujrzałem skruchę w jej oczach, lecz jak ty, Kate, nie zapomnę zdrady i to nie ze względu na mnie, ale na mojego syna…- wyznał.- Pal licho, że porzuciła mnie. Mogę to zrozumieć, ponieważ rzadko wtedy bywałem w domu i mogła czuć się samotna, ale żeby zostawić dziecko? Tego sobie nie wyobrażam. Z drugiej strony, cieszę się, że nie przyszło jej do głowy zabierać Charlie'ego ze sobą. Aż strach pomyśleć, w jakim stanie mógłbym go tam znaleźć. Przecież to była kompletna nędza! Na dodatek, jaki przykład by mu dała? Nie, cieszę się, że zostawiła go z domu. Przynajmniej oszczędziła mu tego piekła.- dokończył z westchnieniem.

- W istocie, Jack.- przytaknęła Kate.- To była jej jedyna słuszna decyzja. Nie przejmuj się już tym jednak. Co było, minęło. Możesz zacząć od nowa, poszukać sobie żony i…

- O nie, nie!- zawołał zaraz pułkownik.- Nigdy więcej! Mam dość małżeństwa i szczerze powiedziawszy, po doświadczeniach z Sarą, również kobiet, które interesuje tylko jedno: wygodne życie u boku ślepego męża. Drugi raz się na to nie nabiorę!- stwierdził stanowczo.

- Och, nie mów tak, mój drogi.- odparła jego siostra.- Nie wszystkie kobiety są miary Sary. Jestem pewna, że tam gdzieś jest dama, która w niczym jej nie przypomina i tylko czeka, aż ktoś tak jak ty, kochający, dobry i honorowy, pojawi się w jej życiu. Wierzę, że kiedy już się spotkacie, oboje odnajdziecie przy sobie prawdziwe szczęście. Musisz mieć tylko oczy szeroko otwarte, Jack.- powiedziała z uśmiechem pani Dixon.

- Droga siostrzyczko…- odpowiedział.- Obawiam się, że jesteś jedynym wyjątkiem od reguły, a Dave jest prawdziwym szczęściarzem, że cię poślubił. Jak powiedziałem, zraziłem się do kobiet i wątpię, czy kiedykolwiek mi przejdzie, a o małżeństwie w ogóle nie zamierzam więcej myśleć.

- Więc nie chcesz dać synowi nowej matki?- zapytała Kathlenn.- Czyż Charlie nie zasługuje na macierzyńskie uczucie?- naciskała.- Jest w delikatnym wieku. Potrzebuje kobiecego ciepła i przykładu.

- I właśnie dlatego nająłem mu guwernantkę.- stwierdził rzeczowo O'Neill.- Będzie miał kobiecego przykładu pod dostatkiem.

- Guwernantkę? I dopiero teraz o tym wspominasz?- spytała z niedowierzaniem.- Kim jest ta osoba? Co o niej wiesz?- dopytywała się z troską, dobro bratanka mając w najwyższym względzie.

- No cóż…- odpowiedział powoli.- Jeszcze, co prawda, nie poznałem owej damy osobiście, lecz jej list polecający zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pochodził bowiem od jednego z najbardziej szanowanych oficerów, o jakich słyszałem. Generał Hammond znany jest z doskonałej intuicji, honoru oraz tego, że zna się na ludziach. W swoim liście gorąco polecał pannę Carter na to stanowisko, podkreślając, że jest to osoba szlachetnie urodzona, lecz tragicznym zbiegiem okoliczności popadła w finansowe kłopoty. Zapewniał, że jej wiedza i obycie będą korzystne dla mojego syna, więc postanowiłem dać szansę tej pannie. Nie mam wszelako nic do stracenia. Jeśli się nie sprawdzi, zawsze mogę ją odesłać, prawda?- dodał.

- Skoro tak mówisz?- odparła bez przekonania pani Dixon. Znacznie bardziej wolałaby osobiście rozmówić się z panną Carter i poznać jej charakter zanim dopuści się ją do małego, ale jak to mówią, mleko się już rozlało. Oby się tylko nie okazało, że to był błąd…

- Przestań się martwić na zapas, siostro.- odezwał się jej brat, bez trudu interpretując zmarszczki na jej czole i zamyślone spojrzenie.- Jeśli panna Carter nie spodoba się mojemu synowi, albo okaże się złą guwernantką, odprawię ją i tyle. Póki co jednak, pomogę owej młodej damie w kłopocie, zwłaszcza, że to podobno córka innego dobrego oficera. Tak się po prostu godzi.- powiedział.

Zgodziła się, bowiem co innego mogła uczynić? Ostatecznie to Jack miał ostatnie zdanie. To on był ojcem tego aniołka i wiedział, co dla niego najlepsze. Poza tym, może istotnie pojawienie się owej panny będzie korzystne dla Błękitnego Zamku? Coś podpowiadało jej, by nie oceniać książki po okładce.

-xox-

W Vorash Manor Jack spędził jeszcze trzy dni, ciesząc się towarzystwem siostry, rozpieszczając jej siedmiu synów do granic możliwości i rozprawiając ze szwagrem o „starych" czasach.

Jeszcze gdy służyli razem, Dave Dixon nie raz uratował swego dowódcę. Jack również odwdzięczył się tym samym i obaj mężczyźni nawiązali wspaniałą, długotrwałą przyjaźń, której ukoronowaniem był ślub Davida i Kate.

Jack od początku był im sprzymierzeńcem, wspierając ich na ciężkiej drodze do ślubnego kobierca. Jego ojciec wybrał już bowiem męża dla swojej córki i kategorycznie zażądał, by Kathlenn poddała się jego woli. Ona jednak była uparta i z pomocą brata postawiła na swoim, dziękując niebiosom, że dały jej tak wspaniałego bliźniaka, który nie tylko stał za nią murem, ale też sprowadził do jej życia kogoś tak cudownego jak Dave. Sam Jack cieszył się szczęściem siostry i nie przestał jej wspierać nawet, gdy ojciec zagroził jej wydziedziczeniem. Prawdę powiedziawszy tylko fakt, iż O'Neill senior zapadł ciężko na zdrowiu, ocalił posag Kathlenn. Stary i schorowany, dał się wreszcie przekonać, zwłaszcza, że córka karnie sprawowała nad nim czułą opiekę, a jej wybranek robił, co mógł, by przekonać do siebie głowę rodu ukochanej. Nim Jonathan O'Neill starszy wyzionął ducha, dał obojgu swe błogosławieństwo, a synowi nakazał, by zawsze strzegł siostry, na co ów skwapliwie się zgodził. Nie było ku temu co prawda potrzeby, bo Dave okazał się oddanym mężem i ojcem, ale słowo Jacka to był parol. Po drugie, w jego naturze leżała opieka nad tymi, którzy byli mu drodzy. Taki już zwyczajnie był- dobry i opiekuńczy do szpiku kości.

Tak czy owak, trzy dni później, już niewątpliwie stęskniony za własnym synkiem, pułkownik wyruszył w drogę powrotną do własnego domu, objuczony prezentami od „cioci Kate", jak nazywał siostrę ojca malec.

Kathlenn zawsze pamiętała o bratanku, gdy sprowadzała zabawki i ubranka dla swoich szkrabów, ponieważ kochała go równie mocno, co własną krew. Z tego też powodu, powóz Jacka aż uginał się od zabawek i modnych strojów, w które zawsze ubierała ulubieńca Kate.

Nie, żeby ojciec o niego nie dbał… Wprost przeciwnie! Pułkownik uważał jednak, że wygoda jest ponad wszystko, nawet ponad modę, a jego energiczny i lubiący wyzwania syn musiał czuć się komfortowo podczas swoich zabaw. Jak ojciec, nie przepadał za wytwornymi strojami, które nierzadko krępowały mu ruchy i nie zapewniały tak uwielbianej przez obu swobody. Kiedy jednak trzeba było, Jack i Charlie prezentowali się elegancko i doskonale. Tyle tylko, że unikali takich okazji jak ognia. Lubili swój odosobniony, spokojny zakątek, gdzie mogli robić co chcą, nie oceniani przez nikogo i opuszczali go najrzadziej jak to możliwe.

- Ciekawe, jak się ma mój synek?- pomyślał O'Neill, siedząc wygodnie w swoim powozie i przemierzając kolejne mile.

Miał nadzieję, że wszystko jest w porządku. Byłby bardzo rozczarowany, gdyby było inaczej. W końcu, nowa guwernantka sprawowała teraz pieczę nad najcenniejszym skarbem, jaki posiadał oficer.

Sięgnąwszy po swój kieszonkowy zegarek, sprawdził godzinę i westchnął. Gdy przybędzie do domu, chłopczyk już zapewne będzie smacznie spał, a w takim przypadku ojciec nie zamierzał go budzić. Doświadczenie go nauczyło, że jeśli to zrobi, Charlie będzie miał kłopoty z ponownym zaśnięciem, a nie od dziś wiadomo, że dzieci potrzebują snu, szczególnie dzieci tak żywiołowe jak on.

Istotnie, kiedy wreszcie powóz stanął przed wejściem do Błękitnego Zamku, we dworze było już ciemno, za wyjątkiem dwóch, czy trzech okien, w których jeszcze widać było blask świec.

Nie zdążył jednak jeszcze wysiąść, gdy drzwi się otworzyły i Daniel, z kandelabrem w ręku, ubrany w swą nocną koszulę oraz szlafmycę, zaspanym głosem powitał pracodawcę informując go, że Janet przygotowuje już dla niego szybką przekąskę w kuchni i wodę na kąpiel.

Równie zmęczony drogą Jack tylko skinął głową i natychmiast wszedł do środka, kierując się do kuchni. Nie zamierzał jeść w jadalni o tak późnej porze, a poza tym, nie było sensu wnosić gorącej wody na górę, gdy równie dobrze mógł obmyć się w balii na dole. Nie był wybredny. Czasy spędzone w wojsku nauczyły go korzystania z ograniczonych zasobów i tak mu już zostało. Właściwie, zwykła miska z wodą w zupełności by mu starczyła…

Zjadł szybko, acz niewiele. Nie był przesadnie głodny. Zanim jednak udał się na spoczynek, wypił kieliszek wina i zajrzał jeszcze do pokoju synka, który rzeczywiście spał snem sprawiedliwego, ściskając w rączkach ulubionego, wypchanego misia, którego uszyła mu ze skrawków Janet. Malec kochał tę zabawkę ponad wszystkich drewnianych żołnierzy, jakich posiadał, no, może za wyjątkiem swojego konika na biegunach, który był prezentem od papy. Lubił wszystkie swoje zabawki i dbał o nie, ale te dwie kochał najbardziej, bo były miękkie i mógł się do nich przytulać.

- Słodkich snów mój mały żołnierzu…- wyszeptał pułkownik, czule całując synka na dobranoc, po czym równie cicho, jak się pojawił, opuścił sypialnię potomka i udał się do własnej.

Gdyby poczekał chwilę, ujrzałby, jak pewna urokliwa panna wymyka się nocą z domu i idzie do ogrodu, by podziwiać gwiazdy. Och, gdyby tylko wiedział, jak podobną do jego duszę posiadała! No cóż… Jak jednak mówi przysłowie: „co się odwlecze, to nie uciecze"*. W końcu, następnego dnia i tak miał ją spotkać, czyż nie? Tyle tylko, że wtedy będzie już inaczej ubrana…

TBC


A/N: *What will be will be