A/N: Przepraszam za zwłokę, ale mam teraz kilka problemów. Moja mama jest w szpitalu i między wizytami u niej, a zajmowaniem się całym domem zwyczajnie brak mi czasu, by wchodzić na stronę. Teraz jednak znalazłam chwilę i dorzucam kolejny kawałek.
Miłego czytania!
IV
Korzystając z faktu, że Charlie się jeszcze nie obudził, Jack, po wczesnym śniadaniu, wybrał się w odwiedziny do miejscowego proboszcza, by poinformować go o najnowszych wydarzeniach oraz poprosić, aby przy najbliższej okazji wtajemniczył w nie sędziego Caldwella oraz doktora Sylera, którzy również byli świadomi ucieczki Sary, lecz zgodzili się dotrzymać tajemnicy wiedząc, iż każdy z osobna miał dług wdzięczności wobec pułkownika. O'Neill bowiem pomógł im bezinteresownie w chwilach, gdy tego najbardziej potrzebowali, nie oczekując niczego w zamian. Nigdy nie prosił o rewanż, aż do tamtego feralnego wieczora, gdy wezwał ich do siebie przez Daniela i wyjawił, że jego żona porzuciła rodzinę, by podążyć za kochankiem. Niczego im nie nakazał. Błagał tylko o wsparcie, gdy „zrobi, co musi". Tak więc, choć nie w smak im było owo „naginanie prawdy", z lojalności i wdzięczności zgodzili się na to szaleństwo, a dziś, kiedy Sara naprawdę była martwa, Jack postanowił ulżyć ich sumieniom, by wiedzieli, że to już nie kłamstwo, lecz rzeczywistość.
Był wdowcem. Teraz już naprawdę.
Dość powiedzieć, że kiedy ojciec O'Leary dowiedział się o zejściu wiarołomnej parafianki, wykonał znak krzyża, pomodlił się chwilę, po czym powiedział:
- Niech Bóg jej wybaczy grzechy, a ziemia odtąd lekką będzie. Cieszę się, że na łożu śmierci dokonała aktu skruchy, a ty jej wybaczyłeś synu. Policzą ci za to w Niebie.
- Skrzywdziła mnie, ojcze, ale nie mogłem inaczej. Żałuję tylko, że sprawca jej mizeroty umknął sprawiedliwości. Gdybym go spotkał, wyzwałbym go na pojedynek i zabił jak na to zasłużył. To człowiek bez honoru i tak należy go traktować.- powiedział O'Neill.
- Rozlew krwi niczego by nie zmienił, synu, a byłby skazą na twoim sumieniu. Co innego walczyć i zabijać za ojczyznę, a co innego z zemsty. Kto inny go rozliczy, gdy nadejdzie czas i kara będzie adekwatna do winy.- pouczył ksiądz.
- Jeśli tak, to mam nadzieję, że będzie się na wieczność smażył w piekle!- podsumował Jack.- Nie twierdzę jednak, że jeśli nasze ścieżki się skrzyżują, nic mu nie zrobię. Mój honor tego wymaga. Nawet jeśli go nie zastrzelę, z pewnością obiję mu gębę.- mruknął.
- Obyś tylko pamiętał podczas tego spotkania o przykazaniu Pana…- przypomniał ojciec O'Leary.- Nie zabijaj, ale po gębie daj. Ja na pewno bym to zrobił, gdyby nie mój habit!- mrugnął szelmowsko były wojskowy kapelan i pułkownik się roześmiał.
- Niczego nie obiecuję, ojcze, ale dopóki on nie wyciągnie broni, ja nie wyciągnę innej, poza własną pięścią.- powiedział.
- O nic innego nie proszę.- odparł ksiądz i niedługo potem obaj mężczyźni się rozstali.
Spokojny o to, że kapłan załatwi resztę, Jack wsiadł na konia, swojego ulubionego ogiera- Pioruna i niespiesznym galopem podążył z powrotem do domu. Nadszedł czas, by przywitać się z synem i oczywiście poznać nową pracownicę.
Kiedy już dotarł na miejsce, dowiedział się od Janet, że panna Carter i Charlie zjedli już śniadanie i teraz mają lekcje. Nie chcąc przeszkadzać w edukacji swego potomka, pułkownik postanowił udać się na objazd posiadłości, by zobaczyć, co jest tam do zrobienia. Jakby nie patrzeć, płoty nie naprawią się same, a i ludzie pracują lepiej wiedząc, że ich dobrodziej ma oko na ich pracę i docenia wysiłek.
Jack wychodził z założenia, że zachętą i sympatią zyskasz więcej, niż batem i agresją (poza polem bitewnym, oczywiście). Starał się poznać wszystkich swoich pracowników, ich problemy i radości, i pomagać im w miarę możliwości. Dzięki temu zyskał ich lojalność oraz szacunek, a w efekcie dobrze utrzymane włości.
Wrócił około południa, jeszcze przed obiadem i zamknął się w gabinecie, by wraz z Danielem omówić bieżące sprawy dotyczące posiadłości. Wyglądało na to, że ceny płodów rolnych w tym roku miały być niskie i należało się zastanowić, ile zbiorów sprzedać, a ile przetrzymać na czas, gdy ceny wzrosną. Pułkownik nigdy nie uważał się za hodowcę, czy farmera. Był przede wszystkim żołnierzem i to dobrym. Tym nie mniej, był również posiadaczem ziemskim i miał swoje obowiązki względem odziedziczonych posiadłości, więc robił, co musiał, by utrzymać je w jak najlepszym stanie. Dlatego właśnie zatrudnił jeszcze wtedy niezbyt doświadczonego sekretarza w osobie Daniela Jacksona, który w owej pracy debiutował tuż po zakończeniu szkół, a dziś, dzięki szansie od O'Neilla, radził sobie doskonale.
Po długich (i nudnych, jeśli ktoś by go zapytał) dysputach o interesach, on i Daniel znaleźli najlepsze rozwiązanie, i to akurat w momencie, gdy zabrzmiał gong, obwieszczając domownikom, iż nadszedł czas na posiłek.
- Doskonale!- wyszczerzył się, bo akurat zaburczało mu w brzuchu.- Jestem głodny jak wilk. Nie wiem jak ty, Danny, ale u mnie rozmowy o interesach zawsze wzmagają apetyt. Może dlatego, że są takie męczące?- zażartował.
Gdyby nie zasady decorum, Daniel zapewne przewróciłby oczami, słysząc te słowa. Pohamował się jednak i odrzekł dyplomatycznie:
- Skoro pan tak mówi, sir…
O'Neill tylko pokręcił głową i wstał.
- Chodźmy zatem coś przekąsić, zanim twoja żona wyśle za nami Cassandrę. Bóg wie, że ta dziewczyna i tak się tu nabiega. Nie ma potrzeby dodawać jej pracy.- powiedział.
Lubił tę nastoletnią pokojówkę. Odkąd została sierotą i Janet przygarnęła ją pod swoje skrzydła, załatwiając jej posadę w domu pułkownika, Cassie stopniowo wychodziła z nędzy, w której żyła pod rządami swojego byłego dziedzica. Jack O'Neill kochał wszystkie dzieci i gdyby mógł, zapewne byłby ją adoptował, bo była uroczą panienką, lecz obawiał się reakcji opinii publicznej. Wiedział, że nawet pod jego nazwiskiem dziewczynka nigdy nie zostałaby przyjęta do kręgu jego znajomych i byłaby wytykana palcami, albo co gorsza, poniżana. Na dodatek, ktoś mógłby pomyśleć, że to jego nieślubne dziecko, a „bastardzi" nie byli dobrze postrzegani w społeczeństwie. Nie chciał dla niej tego. Zamiast tego, dał jej dobrą pracę, której nie musiała się wstydzić, a Janet i Daniel namiastkę rodziny, jakiej w wieku lat czternastu niewątpliwie nadal potrzebowała. Nalegał przy tym, by w wolnych chwilach Cassandra się kształciła, zwłaszcza w kwestii czytania i pisania. Nie zamierzał tolerować analfabetyzmu na swojej ziemi, ponieważ twierdził, że niedouczony pracownik, to zły pracownik.
Ze swojej strony Cassie zrewanżowała się ogromną wdzięcznością i rzetelną pracą, którą z dumą wykonywała, co dla Jacka było największą nagrodą. W jego pojęciu żadne dziecko nie powinno zaznać podobnej biedy, jakiej zaznała Cassandra i chociaż nie mógł pomóc im wszystkim, to mógł przynajmniej zapewnić w miarę godziwe warunki pociechom swoich własnych ludzi, w oczach Cassie i wielu innych stając się niemal świętym.
Naturalnie on sam nigdy się za takowego nie uważał. Po prostu uważał, że przywileje niosą ze sobą obowiązki, z których chciał się jak najlepiej wywiązywać, a na pochwały kierowane pod jego adresem tylko machał ręką. Chciał być dobrym człowiekiem i pracodawcą. Tylko tyle…
Kiedy wszedł do jadalni, ani Charlie'ego, ani jego opiekunki jeszcze nie było przy stole.
- Gdzie mój syn i panna Carter?- zapytał zaraz, unosząc wysoko brew. Malec bowiem zazwyczaj był bardzo punktualny, jeśli chodzi o posiłki i nigdy się na takowe nie spóźniał.
- Zapewne nie usłyszeli jeszcze gongu, sir.- odpowiedziała Janet, która nadzorowała podawanie do stołu.- Gdy bawią się w ogrodzie, zdarza im się stracić poczucie czasu. Wtedy z reguły trzeba po nich posłać.- dodała.
Na te słowa brew oficera uniosła się jeszcze wyżej. Jego syn zapominał o jedzeniu? Niebywałe!
- Mówisz więc, że dobrze się rozumieją?- spytał zaintrygowany.
- Doskonale, sir.- potwierdziła pani Jackson.- Panicz bardzo szybko polubił pannę Carter, a ona polubiła jego. Spędzają ze sobą całe dnie.- powiedziała.
- A jak oceniasz jej edukacyjne wysiłki?- spytał znowu. Ufał osądowi Janet, ponieważ była spostrzegawcza i miała instynkt. Była również bardzo inteligentna, choć oficjalnie nie miała solidnego wykształcenia. Jack jednak uważał, że wiedza akademicka to nie wszystko, a ludzie posiadający „wiedzę życiową" są niejednokrotnie mądrzejsi od tych, którzy ukończyli szkoły. Janet dysponowała właśnie wiedzą życia i za to ją sobie cenił.
- Chyba dobrze, bo panicz czyta coraz lepiej i zaczął nawet rachować.
- Rachować, powiadasz? Interesujące. Nie za wcześnie na to?- zaniepokoił się.
- Panna Carter uważa, że nie, bo panicz ma naturalny talent do liczb, który powinno się rozwijać. Robi to jednak bardziej przez zabawę niż zadania i widać, że malec bardzo to lubi.- odpowiedziała.
- W takim razie, to chyba dobrze.- stwierdził Jack.- Posłałaś już po nich Cassie?- dorzucił.
- Jeszcze nie, panie pułkowniku. Zamierzałam zrobić to zaraz…
- Nie fatyguj jej. Sam pójdę po nich do ogrodu. Spacer dobrze mi zrobi przed posiłkiem. Apetyt mi wzrośnie!- mrugnął wesoło.
Janet uśmiechnęła się z rozbawieniem, patrząc na wychodzącego oficera.
- Jakby pułkownik faktycznie potrzebował do tego spaceru!- zachichotała pod nosem. Dobrze wiedziała, że potrafił zjeść sporo i bez tego, ale co się dziwić? W końcu był postawnym i energicznym mężczyzną, więc potrzebował solidnych posiłków. Co ważniejsze, jakimś cudem przy tym nie tył, a jego sylwetka była po prostu doskonała!
Gdy wyszedł przez tylne drzwi do ogrodu, już z daleka usłyszał dziecinny śmiech, który był muzyką dla jego uszu i łagodne nawoływania kobiety, której dotąd jeszcze nie poznał.
Mimo że jeszcze jej nie zauważył, uznał, iż miała przyjemny, miękki głos, który mu się spodobał, choć nawet przed sobą nie chciał się do tego przyznać.
- Po prostu ma miły głos!- wymamrotał pod nosem, przypominając sobie o postanowieniu względem płci przeciwnej. Nim jednak miał okazję pomyśleć o tym głębiej (albo próbować nie myśleć o tym wcale), ów przyjemny tembr zmienił się natychmiast, gdy Charlie zawołał:
- Panno Sammie! Panno Sammie! Proszę zobaczyć!
Nie widział, co się stało chwilę potem. Jej krzyk zmroził mu krew w żyłach i Jack pędem puścił się w kierunku, skąd dochodził.
Już z daleka ujrzał swego synka w stawie, walczącego o to, by utrzymać się na powierzchni i jego guwernantkę, która nie bacząc na suknię, wskoczyła do wody, żeby go ratować.
Jakoś zdołała zaciągnąć go do brzegu, lecz ciężki materiał zaczął wciągać ją pod wodę, zanim sama była w stanie się podciągnąć. Nim O'Neill dobiegł do celu, krzycząc przez ramię o pomoc, była już pod powierzchnią.
Jedno spojrzenie na synka i wiedział, że choć przestraszony, Charlie sobie poradzi, szczególnie, że służba już biegła. Teraz Jack musiał zatroszczyć się o kogoś innego, o kobietę, która uratowała jego syna. Niemal w biegu zrzucił buty i zanurkował w poszukiwaniu panny Carter, pozostawiając swego pierworodnego pod opieką Janet i Daniela, którzy przybiegli minutę potem.
Wydawało mu się, że upłynęła wieczność, zanim wreszcie ją znalazł, choć naprawdę minęły może ze dwie minuty, a może nawet mniej. Choć był w dobrej formie, musiał się nieco wysilić, by wypłynąć z nią na powierzchnię, ponieważ ciężka od wody suknia nie ułatwiała mu zadania. Ostatecznie jednak się udało, gdy zdołał rozerwać cienkie wiązania na jej plecach i zrzucić problematyczny fragment jej garderoby, zostawiając dziewczynę tylko w lżejszej halce. Wiedział, że cenny czas upływał, ale to było jedyne wyjście.
Kaszląc, dopłynął z nią do brzegu i przy pomocy Daniela wyciągnął na trawnik, po czym wyczołgał się za nią z wody. Janet natychmiast przewróciła nieprzytomną na bok i zaczęła masować jej plecy w nadziei, że to pomoże jej pozbyć się wody z płuc i oddychać lepiej. Gdy to nie pomogło, zdesperowana walnęła z całej siły pomiędzy łopatkami blondynki i o dziwo, dziewczyna wyksztusiła wszystko, co połknęła tonąc.
- Charlie?- wyszeptała, na krótko otwierając oczy i spoglądając na ochmistrzynię.
- Bezpieczny.- ta zapewniła natychmiast.
Samantha tylko się uśmiechnęła i znów pogrążyła się w błogim niebycie. Nie pamiętała, jak znalazła się w swojej sypialni i nie miała pojęcia, że tego dnia, choć nieświadomie, znalazła sobie drogę do serca pewnego oficera, chociaż on sam jeszcze nawet tego nie podejrzewał…
-xox-
Siedząc przy łóżku synka, wciąż od nowa w myślach odtwarzał scenę, której był świadkiem, a potem uczestnikiem. Strach go paraliżował na samą myśl o tym, co by się stało, gdyby panna Carter nie była w pobliżu i nie skoczyła za nim.
Gdyby stracił synka, chyba by tego nie przeżył. Charlie był dla niego wszystkim, jedyną pociechą. Bez niego życie nie byłoby nic warte.
Myśląc o nim, nie mógł nie myśleć i niej, o kobiecie, która go uratowała. Nie przypuszczał, że skoczy. Inna na jej miejscu zapewne wołałaby o pomoc, która pewnie i tak przybyłaby zbyt późno. Nie, panna Carter zachowała się niezwykle odważnie i nie bacząc na własne życie, rzuciła się na pomoc ratując jego jedyne dziecko.
Zaimponowała mu ta odwaga. Na swój sposób, panna Carter przypominała mu Kate. Potrzeba bowiem charakteru, silnego charakteru, by dokonać czegoś podobnego i Jack nie znał dotąd żadnej innej kobiety, poza swoją siostrą oraz zmarłą matką, która by takowy posiadała.
Bóg jeden wiedział, jak był jej wdzięczny za to poświęcenie, za ten heroizm. Nie miał pojęcia, jak się jej odpłaci, ale już wiedział, że zatrzyma ją w Błękitnym Zamku, jeśli tylko panna Carter wyrazi takie życzenie. Uznał bowiem, iż posiadała przymioty, jakie chciałby wpoić swemu synkowi i poza faktem, że potrafiła skłonić go do nauki (co wcześniej nie było łatwe), była dla niego zwyczajnie dobrym przykładem.
- Ojciec z pewnością jest z niej dumny…- pomyślał z podziwem. On byłby dumny z takiej córki, gdyby ją miał.
Ta ostatnia myśl wywołała w nim skojarzenia, o których nie chciał teraz myśleć, tak jak nie chciał myśleć o tym, że panna Carter okazała się nie tylko odważną, ale także nieprzeciętnie piękną kobietą.
Nie chciał myśleć o tym, jak złote były jej włosy, albo jak błękitne były jej oczy, gdy spojrzała na Janet, a już na pewno nie powinien myśleć o tym, jak mokra halka przylgnęła do jej ciała, obnażając powabne kształty ukryte dotąd pod suknią.
Nie, nie chciał i z pewnością NIE POWINIEN tak o niej myśleć. W końcu był oficerem i dżentelmenem, czyż nie?
Z owego zamyślenia szczęśliwie wyrwał go dźwięk budzącego się Charlie'ego, który po tym strasznym incydencie niemal natychmiast wylądował w łóżku i zasnął chwilę potem pod czułą opieką swojego ojca.
- Przepraszam, papo.- wymruczał ze łzami w oczach.- Nie chciałem. Chciałem tylko pokazać pannie Sammy, jakiego ładnego motylka złapałem. Proszę, nie złość się na nią. To nie była jej wina. Panna Sammie zawsze powtarza, że nie powinienem zbliżać się do wody, ale na chwilę się odwróciła, a ja zobaczyłem motylka i…
- Szzzzz, maleńki!- Jack delikatnie przerwał mu ów słowotok.- Nie jestem zły na nikogo, synku.- zapewnił miękko.- Wiem, że nie chciałeś, a co do panny Carter, jak mógłbym być zły na kogoś, kto mi ciebie ocalił? Nie przejmuj się, Charlie…- dodał spokojnym, kojącym głosem.- Po prostu odpoczywaj, synu.- dodał, a malec uśmiechnął się blado.
- Kocham cię, papo.- szepnął, zanim znowu zamknął oczy.
- A ja ciebie, mój mały żołnierzu.- odparł O'Neill, całując go ze wzruszeniem w czoło.- Bardzo mocno…- dorzucił, chociaż wiedział, że Charlie już go nie słyszał, ponieważ ponownie zasnął.
Kiedy Daniel zjawił się w pokoju małego z posiłkiem dla pułkownika, ten podziękował, lecz odmówił jedzenia, gdyż jego apetyt zniknął po ostatnich wydarzeniach. Poprosił jednak sekretarza, by ów posiedział przy chłopcu, ponieważ sam miał coś do zrobienia.
Musiał na własne oczy przekonać się, że pannie Carter nic nie będzie, a w razie potrzeby, sprowadzić do niej lekarza. Dzień był co prawda ładny, ale nieco chłodny, a panna Carter spędziła trochę czasu w wodzie. Jeszcze tego brakowało, by się rozchorowała…
- Jak ona się miewa?- zapytał Janet, gdy ta wpuściła go do sypialni śpiącej guwernantki, po szyję okrytej ciepłą kołdrą i pledem.
- Nadal śpi, panie pułkowniku. Od tego krótkiego przebudzenia na brzegu stawu, jeszcze nie otworzyła oczu.- odpowiedziała pani Jackson.
- Powinienem posłać po doktora?- spytał znowu.
- Myślę, że nie zaszkodzi, sir.- przytaknęła ochmistrzyni.- Mógłby zajrzeć też do panicza, tak na wszelki wypadek.- dodała rzeczowo.
- A więc, tak zrobię.- skinął głową.- Proszę dać mi znać, gdyby się przebudziła. Będę u mojego syna.
- Tak jest, sir.- usłyszał w zamian i raz jeszcze obrzuciwszy blondynkę uważnym spojrzeniem, opuścił jej pokój.
Jakby nie patrzeć, nie przystoi, by dżentelmen przebywał w sypialni damy, która nie jest jego żoną, ani pacjentką (nawet lekarz badał kobiety z przyzwoitką u boku), a po drugie…ummm… Na litość boską! Przecież nie był ślepy i powinien unikać sytuacji, które mogłyby go skłaniać do myślenia o niej w kategoriach innych niż pracodawca- pracownik.
Przysiągł sobie, że już nigdy… i zamierzał dotrzymać tej przysięgi, choć coś mu mówiło, że nie będzie to łatwe. Nie z taką niesamowitą kobietą w jego domu…
TBC
