A/N:Madi… Na romanse przyjdzie czas, a spotkanie, o którym tak marzysz, jest już bliskie…

Lexi… Pamiętaj, że nawet pomimo faktu, iż Jack jest dżentelmenem, wciąż pozostaje mężczyzną. Poza tym, chyba o to chodzi, by wpadł po uszy, czyż nie?

Sammie77a… About that petticoats... I think so too! After all, the first impressions are really matter!;-)


V

Na całe szczęście obyło się bez choroby, choć dla spokojności ducha doktor Syler, który szybko przybył na wezwanie pułkownika, zalecił obojgu pacjentom przymusowy, co najmniej jednodniowy pobyt w łóżkach, i co szczerze mówiąc, żadnemu z nich nie odpowiadało. Po pierwsze: ani Charlie, ani panna Carter nigdy nie potrafili siedzieć bezczynnie. Bezczynność zawsze oznaczała dla nich nudę, a tej nie znosili całą duszą. Po drugie, zarówno chłopczyk, jak i jego guwernantka, od ręki zapałali do siebie sympatią, i zwyczajnie przepadali za swoim towarzystwem. Kiedy więc doktor nakazał im pozostanie w pokojach, owa przymusowa separacja była dla nich nie lada przykrością, a wręcz karą. Żadne jednak nic nie mogło na to poradzić, ponieważ lekarz zobowiązał Janet do tego, by przez ten czas miała oko na jego pacjentów.

- Mają odpoczywać, pani Jackson.- stwierdził zdecydowanie.- Proszę podać im lekki posiłek i przypilnować, by się nie przemęczali. W razie pojawienia się gorączki, w co jednak szczerze wątpię, zostawiłem leki. Wie pani, jak podawać?- upewnił się jeszcze.

- Tak, panie doktorze.- przytaknęła rezolutna ochmistrzyni.

- Doskonale.- uśmiechnął się łagodnie.- Zostawiam więc pacjentów pod pani czułą opieką, a sam zajdę jeszcze do pułkownika.- powiedział, zanim skierował się go gabinetu O'Neilla.

- Jaki werdykt, przyjacielu?- zapytał natychmiast oficer, gdy medyk usiadł naprzeciw jego biurka zarzuconego znienawidzonymi papierami. Nie był przy badaniu synka, bo jeden z zarządców poprosił o pilną rozmowę, która w jego pojęciu okazała się błahostką, ale dla jego pracownika była prawdziwym problemem „nie cierpiącym zwłoki". W każdym razie, gdy już to załatwił, Syler prawie kończył, a malec podobno zasypiał i nie było sensu go budzić. Potrzebował przecież snu po takich przejściach.

- Jak najbardziej pozytywny.- odparł doktor.- Ani młody Charles, ani panna Carter nie wydają się być w żadnym niebezpieczeństwie, choć w przypadku młodej damy nie zaszkodzi baczniej się przyglądać przez następne parę dni. W końcu, jak rozumiem, dość długo była w wodzie?- upewnił się jeszcze.

- Owszem.- potwierdził Jack.- Ledwie zdołałem ją wyciągnąć i przez moment myśleliśmy już, że przypłaciła ten skok życiem. Tylko reakcja Janet sprawiła, że zaczęła oddychać. Ta kobieta ma instynkt!- dodał.

- Rzeczywiście.- przytaknął lekarz.- Pani Jackson, gdyby nie była kobietą, byłaby całkiem niezłym medykiem. Z taką intuicją i refleksem, stanowiłaby dla mnie nie lada konkurencję!- mrugnął z humorem.- Zboczyliśmy jednak z tematu…- dorzucił.

- Istotnie.- skinął głową O'Neill.- Czy w tej sytuacji przewidujesz jakieś problemy w przyszłości, doktorze? Czy panna Carter kiedyś może odpokutować swój wyczyn?- spytał z troską.

Naprawdę się przejął. Ta kobieta zaryzykowała życie dla jego dziecka. Była bohaterką!

- Jeśli w ciągu kolejnych dni nie będzie miała problemów z oddychaniem, to nie sądzę, przyjacielu.- odparł.- Osłuchałem ją i wygląda na to, że wyksztusiła całą wodę z płuc. Jeśli będzie odpoczywać i nie dojdzie do zapalenia, wszystko będzie dobrze.

- Chwała Bogu!- odetchnął z ulgą Jack.

- Nie mogę się z tobą nie zgodzić, pułkowniku.- powiedział doktor.- A tak swoją drogą, odważna z niej młoda dama.- rzucił.- Podobno szlachcianka?

- I generalska córka.- odparł O'Neill.

- I sama zarabia na swoje utrzymanie?- Syler uniósł wysoko brew.

- Zmusiły ją do tego okoliczności. Jej rodzina straciła majątek, a panna Carter i jej ojciec odmówili jałmużny od przyjaciół, i sami próbują odzyskać choć uszczerbek straconych pieniędzy.

- Bardzo honorowe.- stwierdził lekarz.

- W rzeczy samej, honorowe i godne podziwu. Niejedni na ich miejscu przyjęliby pomoc krewnych, czy przyjaciół, żyjąc na ich łasce. To tylko dowodzi, z jak szlachetnymi ludźmi mamy do czynienia.- rzekł pułkownik i rzeczywiście tak myślał. Mógł tylko podziwiać generała Cartera, że ów wychował tak nieprzeciętną, odważną, zaradną i honorową córkę.- Kieliszek Porto?- spytał podchodząc do karafki i napełniając kryształowe naczynie.

- Dziękuję, przyjacielu, lecz muszę odmówić.- odparł uprzejmie Syler, chociaż miał na to ochotę. Porto pułkownika było najlepszym w okolicy.- Mam jeszcze kilku pacjentów, a w domu gości i Emma nalegała, bym się pośpieszył powrotem. Poza tym, czekam na wezwanie do pani Lorne, która oczekuje narodzin kolejnego dziecka w ciągu najbliższych kilku dni. Muszę być w stałej gotowości w razie problemów. Bóg jeden wie, że ta kobieta nigdy nie miała łatwego rozwiązania i dziwię się, że mimo takich komplikacji nadal powołuje na świat kolejne maluchy.

- Tak, ona już chyba nie pamięta, jak to jest NIE BYĆ przy nadziei.- przytaknął oficer.- Ja rozumiem, że ktoś może pragnąć dużej rodziny, ale czternaścioro, to już chyba przesada. Jej mąż powinien się nad nią ulitować, albo, i niech Pan Bóg ich strzeże przed tą możliwością, w końcu ją zabije, i sam będzie wychowywał te szkraby.

Lekarz tylko westchnął.

- No cóż… Co będzie, to będzie. Ja, ze swej strony, postaram się, by przeżyła kolejny raz, a reszta jest w rękach Opaczności.

Jack nie mógł się z nim nie zgodzić. Zanim jednak lekarz się oddalił, oficer otworzył szufladę i wyjął z niej sakiewkę, chcąc uregulować należność.

- Nie tym razem, przyjacielu.- uniósł rękę medyk, odmawiając pieniędzy.- To wyjątkowa sytuacja, a poza tym, nie miałem tu praktycznie nic do roboty. Potraktuj to jako część spłaty mojego długu wdzięczności.- powiedział.

- O czym ty mówisz, doktorze?!- zaprotestował O'Neill.- Długu? Ależ to ja mam taki wobec ciebie. Dzięki twojej pomocy moja rodzina, mój syn nie dowiedział się…

- Jack…- przerwał mu spokojnie medyk.- Nie zrobiłem wtedy nic, czego ty nie zrobiłbyś w tej sytuacji dla mnie.- stwierdził cicho.- Poza tym, kiedy byłem w potrzebie, mogłem na ciebie liczyć. Powiedzmy więc, że jesteśmy kwita zacznijmy z czystą kartą.- zaproponował.- Teraz, gdy sytuacja się wyjaśniła, obaj mamy czyste sumienie i nie ma sensu roztrząsać przeszłości, więc od tego momentu nie ma między nami mowy o żadnym długu, dobrze?

- Zgoda, ale pamiętaj, że nigdy ci tego nie zapomnę, doktorze.- skinął głową oficer.

- I ja, przyjacielu.- uśmiechnął się lekarz, a niedługo potem pułkownik odprowadził go do wyjścia i patrzył, jak ów na swej dwukółce znika za horyzontem.

Zadowolony, wziął głęboki oddech i wszedł z powrotem do środka. Miał do załatwienia jeszcze jedną ważną rzecz. Nadszedł bowiem czas, by oficjalnie przedstawić się pannie Carter i podziękować jej za uratowanie syna.

Nie był mówcą. Zdawał sobie z tego sprawę. Słowa zawsze przychodziły mu z trudnością i wolał czynem dowodzić swej wartości. Jakkolwiek jednak już postarał się, by w pokoju guwernantki znalazły się świeże kwiaty i najlepsze delikatesy z tutejszej kuchni oraz spiżarni, to uznał, że to i tak nie wystarczy. Skoro ona mogła się zdobyć na podobne poświęcenie, on mógł się wysilić i przekazać jej swą wdzięczność za pomocą kilku zdań.

Upewniwszy się, że właściwie się prezentuje (przygładził klapy marynarki, poprawił fular pod szyją i dłonią spróbował poskromić swoje niepokorne kosmyki), a jego oddech jest świeży (ostatnio ograniczał cygara, a zapach tytoniu zabijał, żując listki mięty i szałwii), ruszył do skrzydła domu, w którym aktualnie mieszkała opiekunka jego syna i stanowczo zapukał do drzwi.

Otworzyła mu szeroko uśmiechnięta Cassie, która najpierw dwa razy sprawdziła, czy panna Samantha wygląda korzystnie, zanim otrzymała pozwolenie panienki, wpuściła go do środka i przycupnęła w rogu sypialni, jak na dobrą przyzwoitkę przystało.

Zaschło mu w gardle, gdy ujrzał nieziemskie zjawisko siedzące w tym wielkim łożu i oparte o wezgłowie. Już wcześniej wiedział, że była blondynką i miała niebieskie oczy. Pierwsze dostrzegł, nim skoczyła do wody, a drugie, kiedy na jedną chwilę odzyskała przytomność, gdy już ją z niej wyciągnął. Nie przypuszczał jednak, że owe złote sploty, dotąd starannie upięte w schludny kok, były tak długie i falujące. Opadające znacznie poniżej pasa, lśniły teraz w promieniach słońca przenikających okienne szyby, nadając posiadaczce anielskiej poświaty.

I te oczy…

Już wiedział, jaki błękit z nich bije, ale teraz, gdy spoglądały na niego z taką nieśmiałością (a może z obawą?- choć ta byłaby dla niego niezrozumiała), dosłownie osłabiały mu kolana.

A policzki? Gdyby miał opisywać jej cerę, powiedziałby, że ma barwę najdroższej porcelany, może nawet kości słoniowej. Była delikatna i na dodatek przyprószona tym uroczym rumieńcem…

Nie, nie powinien zauważać w niej tych rzeczy! Nie powinien zauważać, że jest bardzo piękna, a jednak nie potrafił się powstrzymać przed patrzeniem na nią.

Jeśli miał być szczery, to wszystko, co ujrzał teraz, połączone ze wspomnieniem jej w tej mokrej, przylegającej do jej powabnych kształtów halce, wprawiało jego ciało w gorączkę, o której nie chciał i nie mógł myśleć.

Przysiągł coś sobie. Przyrzekł, że żadna kobieta już nigdy nie będzie miała nad nim takiej mocy, że żadnej więcej nie zaufa swoim sercem, lecz nie był na tyle naiwny, by nie zrozumieć, że przy pannie Carter nie będzie łatwo dotrzymać tej obietnicy, oprzeć się tym wdziękom. Był jednak zdecydowany zrobić wszystko, żeby się udało i właśnie dlatego zmusił się (nie lada wysiłkiem), by oderwać oczy od kształtnej sylwetki, spojrzeć jak na pracodawcę przystało i zrobić, co trzeba…

- Panno Carter…- zaczął.- Jestem…

- …pułkownik O'Neill.- dokończyła za niego, kiedy już zapanowała nad rumieńcami i oddechem.

Żadna jego podobizna nie oddawała rzeczywistego wyglądu i dziewczyna musiała przyznać, iż w naturze był jeszcze przystojniejszy niż na portrecie, który wisiał w galerii jego przodków, połączonej z salonem. Wysoki, atletyczny niczym rzeźby Michała Anioła (no, może przesadzała, ale był tego bliski), z oczyma nie tylko ciemnymi jak noc, ale ciepłymi jak żadne inne, które dotąd widziała i włosami przyprószonymi srebrem, dzięki którym wyglądał niezwykle dystyngowanie, emanował siłą, autorytetem, lecz jednocześnie pewnego rodzaju łagodnością. Spotkała już wielu atrakcyjnych mężczyzn, spośród których gro było oficerami, a jednak on pierwszy sprawił, iż zadrżała słodko pod wpływem tego spojrzenia. Zaiste, był pięknym mężczyzną…

-…Poznałam pana z portretu, sir.- dodała onieśmielona, spoglądając na niego spod rzęs.

Uśmiechnął się jakby zawstydzony jej inicjatywą i serce Samanthy załopotało.

A myślała, że nie może być już bardziej uroczy…

- Skoro tak, nie pozostaje mi nic innego, jak wyrazić mą niewysłowioną wdzięczność za pani niezwykłe poświęcenie, panno Carter.- odparł, a ona natychmiast zaprotestowała:

- Wdzięczność, sir?! Ależ ja nie zasługuję na żadne podziękowania! Przez moją nieuwagę omal nie doszło do tragedii…- ciągnęła zgnębionym głosem, bliska łez.- Dając mi tę posadę, powierzył mi pan, pułkowniku, swój największy skarb, swe jedyne dziecko, a ja zawiodłam zaufanie, którym tym samym pan mnie obdarzył. Tak mi przykro, sir!- szeptała.

- Cóż pani wygaduje, panno Carter?- rzucił natychmiast.- Nie zrobiła pani nic złego! Gdyby nie pani szybka reakcja, mój syn byłby martwy, a pani twierdzi, że zawiodła? Która inna kobieta skoczyłaby za nim do wody, ryzykując własnym życiem?- zapytał miękko, podchodząc bliżej łoża, lecz nie zbliżając się nadto, by jej nie wprawiać w zakłopotanie, a w sobie nie podsycać zdradliwej wyobraźni, której z pewnością nie przeszkadzał fakt, że miała na sobie tylko nocną koszulę i delikatny peniuar, co prawa zapięty od góry do dołu, ale wciąż niezwykle kobiecy.

- Zrobiłam, co trzeba, by naprawić swój karygodny błąd, sir. Chwila mej nieuwagi mogła kosztować Charlie'ego życie i nie mogłam na to pozwolić.- powiedziała cicho, skromnie.- Proszę przyjąć moje najgłębsze przeprosiny, pułkowniku i zapewnienie, że jeśli taka jest pańska wola, jak najszybciej opuszczę Błękitny Zamek bez sprzeciwu i jakiejkolwiek odprawy.- dokończyła z żalem.

Byłoby jej przykro odchodzić, bo polubiła to miejsce, ale jeśli trzeba, zrobiłaby to. Tak dyktowało jej sumienie…

- Widzę, że uparła się pani, by się obwiniać, panno Carter…- stwierdził z rezygnacją.- Zapewniam jednak, że nie ma ku temu żadnych podstaw. To nie pani zaniedbanie, lecz nieuwaga mego synka doprowadziła do tego incydentu, co zresztą nie zdarza się po raz pierwszy, ponieważ Charlie od zawsze lgnie do kłopotów niczym ćma do płomieni…- mówił spokojnie.- Jak tylko się obudził, przeprosił i poinformował mnie stanowczo, że to on się zagapił, i wylądował w stawie goniąc motyla. Powtarzał jeszcze, że odkąd pani tu jest, ostrzegała pani, by nie zbliżał się do wody, a on mimo tych ostrzeżeń i tak zrobił swoje. Przykro mi, jeśli myślała pani, iż obarczę ją winą za to zajście. Jestem od tego daleki, panno Carter.- ciągnął.- Skoro więc, jako jego ojciec, nie dostrzegam w tym pani błędu, błagam, by i pani przestała, i pozwoliła sobie wreszcie podziękować za to bohaterskie poświęcenie. Byłbym zaszczycony, gdyby pozostała pani w naszym domu i kontynuowała opiekę nad Charlie'em, ponieważ od dawna nie widziałem go równie szczęśliwego co teraz, a z tego, co dodatkowo słyszę, równie pilnego w nauce. Słowa nie oddadzą mej wdzięczności, panno Carter. Mogę tylko dodać, że mimo całego tego uporu, pani ojciec musi być z pani niezwykle dumny. Ja byłbym, gdybym miał tak odważną córkę.- dokończył i blondynka okryła się szkarłatem.

- Co do dumy, nie wiem…- uśmiechnęła się nieśmiało, raz jeszcze chwytając go za serce, gdy jej twarz stała się tak promienna, jak u żadnej innej kobiety, którą znał.-… ale mój ojciec istotnie niejednokrotnie wytykał mi upór.- wyznała.- Nie powinno go to jednak dziwić, bowiem to cecha wszystkich Carterów, z nim na czele.- dodała.

- A więc bez wątpienia jest pani córką swego ojca!- zażartował pułkownik, po czym odkaszlnął niezgrabnie, gdy zorientował się, jak łatwo przychodzi mu prowadzenie lekkiej, pełnej humoru konwersacji z tą młodą damą.

Samantha Carter była niebezpieczną kobietą, niebezpieczną dla jego serca i musiał się bardzo pilnować, by nie ulec jej urokowi osobistemu.

No dobrze… Zapewne mógłby ofiarować jej swoją przyjaźń. Byłoby to nawet wskazane, zważywszy, iż uratowała mu jedynego syna i spadkobiercę. W końcu, była mu równa urodzeniem, inteligentna i najwyraźniej miała poczucie humoru, które bardzo sobie cenił. Problemem, WIELKIM problemem była jednak jej niepodważalna uroda i czar, przed którym niełatwo było się bronić.

- Na litość boską!- mruknął w myślach.- Byłoby o wiele łatwiej, gdyby nie wyglądała jak anioł wcielony!

Widząc, gdzie zdradliwie podążają jego myśli oraz zdając sobie sprawę, że zbyt długo już przebywa w jej sypialni (nawet, jeśli towarzyszy im przyzwoitka), szybko wymamrotał jeszcze kilka kurtuazyjnych zdań i skłoniwszy się lekko, dokonał taktycznego odwrotu.

Przebywanie w jej towarzystwie narażało na szwank jego żelazne postanowienia, bowiem zrozumiał, że walczy z nimi jego własna natura. Musiał więc zrobić coś, by znów nie dać się wplątać w sercowe tarapaty.

Sara dała mu nauczkę na całe życie i nie miał zamiaru powtarzać tej lekcji…

-xox-

Jak tylko pułkownik wyszedł, Cassandra poprosiła o pozwolenie na powrót do kuchni, bo już nieco zgłodniała. Samantha wykorzystała więc ten czas, by napisać do ojca…

„…Zadowoli Cię również, najdroższy Ojcze, iż pułkownik O'Neill okazał się takim, jakim opisywali go podwładni. To dżentelmen w każdym calu, wspaniały ojciec i pracodawca. Bardzo się cieszę z tej posady, zwłaszcza, że pułkownik zapewnił mi tutaj wszelkie wygody, a nawet opiekę lekarza, choć ta, moim zdaniem, była zupełnie zbędną, ponieważ czuję się bardzo dobrze.

Z serca spadł mi wielki ciężar, że mój chlebodawca nie wini mnie za wypadek syna i przysięgłam sobie, iż nigdy więcej nie dopuszczę do takiej sytuacji, szczególnie, że ten chłopczyk jest tak słodkim i bystrym dzieckiem. To przyjemność się nim opiekować…

Ukochany Rodzicu…

Mam nadzieję, że ten list znajdzie Cię w dobrym zdrowiu i uspokoi nerwy. Wiedz Ojcze, że modlę się za Ciebie każdego dnia, a po niedzielnych nabożeństwach palę świece w intencji Twego rychłego powrotu, na który oczekuję niecierpliwie.

Tymczasem polecam Bogu opiekę nad Tobą i wyglądam wieści.

Twoja kochająca córka

Samantha"

Kończąc te kilka słów, panna Carter starannie zaadresowała list, pieczętując go lakiem i rodowym pierścieniem z pieczęcią, a kiedy jej pokojówka wróciła z obiadu, poleciła wysłać go pierwszym gońcem.

Nie oczekiwała szybkiej odpowiedzi. Taki był już los rodzin żołnierzy, że czasami długo trwało, nim nadeszły. Spokój ojca był jednak dla niej ważny, a ona potrafiła być cierpliwa i zamierzała poczekać jak długo trzeba. Skoro miała tu zostać, miała czas…

TBC